Kompletnie się nie zgadzam z potocznym rozumieniem dotyczącym zawodu aktora. Nie raz i nie dwa spotkałem się z tym epitetem w odniesieniu do osoby, która w realnym życiu kryje swoje prawdziwe zamiary, by mogła odgrywać własną makiaweliczną rozgrywkę.
Ja na pewno nie jestem osobą ze wspomnianej branży artystycznej, ale zdecydowanie mniemam o sobie, że jestem obdarzony okruchem tego rodzaju spostrzegawczości, a więc mój głos w sprawie może przynajmniej być uznany za opinię osoby z pogranicza sztuk kinestetycznych i oczywiście współtworzonego przez osoby piszące świata literatury.
Chcę gromko zaprotestować przed takim ujemnym ujmowaniem sztuki scenicznej, ponieważ ten rodzaj wyobraźni jest chyba najuczciwszym sposobem przetwarzania osób. Dokonuje się on od wnętrza twórcy i jest ukierunkowany przez niego w ruch od ,,ja” do ,,ja”, które oscyluje między światem wewnętrznych przeżyć, a tych współdzielonych dzięki obserwacji.
Z mojego doświadczenia wynika, że potrafię przesiadywać godzinami, tylko po to, by wczuwać się w nawet raz spotkanego mi człowieka, próbując dotknąć jego bycia, wyselekcjonować charakterystyczne przekonania i wyakcentować sobą istotne cechy zachowania mojego szczególnego obiektu kontemplacji. Tak, wiem, czytelnikowi może zapalić się czerwona lampka, ponieważ ,,opisać to jest zabić” jak przestrzegał w wierszu ,,Czułość” Zbigniew Herbert, ale czuję, że byłbym uboższym od kawałka deski bez tego światka mentalnego. Potrzebuję również w przypływie bezpośredniości wyznać tę tajemnicę poliszynela, że zdradzam tę metodę obserwacji z kartką papieru albo klawiaturą urządzeń elektronicznych, co mam nadzieję, że nie czyni mnie karkołomnym papierologiem.
Aktor może rozpocząć podróż do roli od jego kawałka napisanego przez scenopisarza lub dramatu twórcę. Magister tych sztuk potrafi ukierunkować wewnętrzną historię własnego zaistnienia tak, by ona przez osadzenie w prawdomówności, oddawała piękno autentyczną kreacją. Starogrecka bogini, Atena, wyszła z głowy Zeusa, a jej siostra Afrodyta uroniła się z morskiej piany. Dla mnie te akty mitologicznych zjawisk poświadczają dwa obecne w kulturze europejskiej kierunki przysposobienia aktora do roli: z głowy, czyli z przetworzenia własnych doświadczeń oraz z morskiej piany, czyli ze świata współdzielonego i zaobserwowanego. Pamięć aktora w myśl postumentalnej metody teoretyka sztuk teatralnych, Stanisławskiego, jest czarną skrzynką. Rozumiem przez to, że poza danymi wejściowymi i wyjściowymi wiemy o niej tyle dla przedstawicieli sztuk kinestetycznych, że jest składnicą przeżyć. Interpretator sceniczny dąży do wczucia w cele określonej roli, ponieważ pragnie uchwycić jej senso-twórczą prawdę.
Ten rodzaj artystycznej działalności przypomina mi poczynania branży z innych stron. Logistyk umieszcza w odpowiednim miejscu magazynu dany przedmiot, przechowuje go, a następnie odsyła do adresata. Zarówno komediant, jak i aktor dramaturgiczny czyni coś całkiem podobnego z własnymi wspomnieniami: pobiera je, przechowuje oraz przedstawia. Formalnie rzecz przedstawiając zawód aktora, przypomina również poczynania profesjonalnego szachisty. Gra królewska (pomijając predyspozycje do niej) polega w mojej ocenie na korzystaniu z zasobów własnej pamięci i twórczym ich przetwarzaniu tak, by przetransponować układ widoczny na szachownicy w korzystny dla gracza sposób. Powoływanie roli kinestetycznej przypomina mi również w swojej esencji akt rodzicielstwa. Na dajmy na to, deskach teatralnych jest powoływany ciałem interpretatora nowy człowiek, choć nie spotkałem się jeszcze z takim ujmowaniem przez artystów scenicznych swoich ról, co jednak zdarza się w świecie literatury. Czasem pisarze z taką czułością mawiają o swoich książkach. Przykłady tak szeroko pojmowanej twórczości (rodzicielstwo również zasługuje w mojej ocenie na to miano) można by zestawiać jeszcze długo, ponieważ rdzeń twórczości aktorskiej, jak i innych działalności zawodowych jest w mojej ocenie ten sam. Jest nim zdolność wytwarzania myślenia na podstawie zasobów własnej inteligencji, ale przede wszystkim sposobów korzystania z niej, czyli mądrości. W ujęciach psychologicznych pomimo różnic indywidualnych jesteśmy pod tym względem podobni, ponieważ wyjaśnienie naukowe udzielone w latach siedemdziesiątych XX wieku dotyczące inteligencji płynnej (zdolności analizy) jest solidnie osadzone w korpusie nauk o poznaniu, jak i rozwinięte o np. model inteligencji skrystalizowanej (wiedzy).
Zdarza się również i przecież, że aktor jest pod względem poznawczym typem kumulatysty, czyli np. akademikiem, a ten jak każda osoba dyscyplinująca własne myślenie tekstami kultury przypomina w zachowaniu Anacharisa Scytę. Jak podaje Diogenes Laertios on ,,chciał, by wszyscy żyli według greckich zwyczajów”. Tak samo lwim zadaniem wykładowcy np. Akademii Teatralnej jest wpojenie studentom określonej dyscypliny myślenia i ukształtowania etosu czytacza. Ostatecznie literatura piękna spełnia to kryterium zadania aktorskiego. Może być odczytywana po to, by móc wczuć się w opowieść, której czytelnik mógł nie przeżyć w swoim życiu, co poszerza horyzont. Dlatego jakkolwiek by to brzydko nie zabrzmiało, czyta się też ,,po coś”. Rozumiem to ćwiczenie intelektualne jako kształtowanie umiejętności wymagających wysiłku i zatracania się w nim, by być jak jaskółka w locie, którą porywa prąd powietrza. Dlatego literatura jest narzędziem twórcy ról scenicznych, ale na takiej samej zasadzie jak np. inscenizacja jest źródłem inspiracji pisarza. Laertios będąc intelektualistą swoich czasów, być może w epigramacie o tym sławnym Scycie filozofii jego wymóg interpretował jako toczenie życia pełnego refleksji, a ja jako jeden z wielu jestem przekonany, że nie ma większej ostoi myśli niż w książce, z której się następnie sączy się przemyślenia w odwiecznym dialogu kultury. Mylił się oczywiście Sokrates platoński co do tego nośnika informacji, choć przyznaję, że z moich doświadczeń wynika dozowanie lektur, ponieważ można tak naostrzyć krawędź tnącą noża, aż z jego grzbietu nic już nie pozostanie. Słowem, na nic komukolwiek czytanie książki, o której się nie myśli, którą się odbębnia, tylko po to, by przerzucać strony dla źle rozumianego sportu, który nie przystoi zwłaszcza osobom z szeroko rozumianej branży artystycznej. Nie odkryję żadnej Ameryki, gdy napiszę, że źródłem inspiracji sztuki jest życie. Wszyscy jesteśmy aktorami, ba, sami przedstawiciele świata nauki w zakresie psychologii społecznej przyznają, że jesteśmy aktorami społecznymi. Jesteśmy tacy, ponieważ wczuwamy się w rolę: ojca, przedsiębiorcy, matki, ale też w inne, określone role zbiorowości. ,,Nie ma nic w umyśle, czego by przedtem nie było w zmysłach” pisał Arystoteles, a te moim zdaniem są domeną reaktywności, a stąd już tylko krok do czucia. Aktor to przeżywanie po prostu ukierunkowuje dla tych, którzy chcą korzystać z najwspanialszego dobra danego ludzkości, z kultury, dzięki której przezwyciężymy naturę autorską refleksją!






