Strona główna Rok 2025 Nr 582 Franciszek Czekierda – MIŁOŚĆ NA OŁTARZU SZTUKI I ŻYCIA ZOFII STRYJEŃSKIEJ

Franciszek Czekierda – MIŁOŚĆ NA OŁTARZU SZTUKI I ŻYCIA ZOFII STRYJEŃSKIEJ

0
198

Mała Zosia narysowała w swoim szkicowniku damę idącą w eleganckiej sukni oraz krok za nią nianię niosącą na rękach córkę owej pani. Dama ma na głowie zielony kapelusz z kwiatami, delikatny naszyjnik, w prawej ręce rozpiętą niebieską parasolkę przeciwsłoneczną, w lewej trzyma małą torebkę w kolorze umbry. Na rękach ma brązowe rękawiczki. Niania ubrana jest z ludową elegancją w białą bluzkę z szerokimi rękawami, zieloną spódnicę, na którą nałożony jest jasny fartuch. Na głowie ma czerwoną chustkę zawiązaną do tyłu, na szyi dwa rzędy czerwonych korali. Cały ubiór, z wyjątkiem brązowego gorsetu, pokryty jest czerwonymi groszkami. Około roczna dziewczynka ubrana jest w żółtą sukieneczkę, na głowie ma coś w rodzaju fantazyjnego różowego kapelusika, który można wziąć za bezkształtną wielką kokardę. Obie postaci uchwycone są z profilu. Szkic (obraz?) częściowo pokryty jest farbami, jedynie suknia damy pozostała w ołówku. Postaci mają prawidłowe proporcje, a rysy twarzy dobrze oddają ich status społeczny. Aż nie chce się wierzyć, że autorką obrazu z 1901 roku jest dziesięcioletnia dziewczynka, Zosia Lubańska, późniejsza Stryjeńska.

Po nauce malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdzie studiowała jako mężczyzna pod fałszywym nazwiskiem: Grzymala Tadeusz (kobiet tam nie przyjmowano), Zofia powróciła w październiku 1912 roku do Krakowa. Następnego roku w Pałacu Sztuki czyli w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych zaprezentowała siedem bajek w osiemnastu obrazach składających się na cykl Polskie bajdy na tle opowieści ludowych. Jerzy Warchałowski w dzienniku Czas napisał entuzjastyczną recenzję, ogłaszając narodziny nowego talentu. Ojciec, Franciszek Lubański, jakkolwiek zadowolony z sukcesu, nie popadł jednak w euforię, komentując gazetową recenzję: „Bóg dał Zosi talent, ale rysowała sama”.
Hrabia Henryk Tyszkiewicz po obejrzeniu na wystawie obrazów wpadł w zachwyt. Zakupił od malarki cały cykl za 3000 koron, co było oszałamiającą kwotą przekraczającą kilkuletnie wynagrodzenie robotnika. Zosia wspomogła finansowo rodzeństwo: Jancię, Marylę, Stefcię, Stefana i Tadeusza, który uczył się w Grenoble. Nie zapomniała o matce, Annie, której dała 100 koron.
Mimo pobytu za granicą Zofia była chorobliwie nieśmiała. Po dorocznym balu prasy w Starym Teatrze przyszła do domu zapłakana.
– Co się stało, Zosiu? – matka zmartwiła się.
– Nikt mnie nie poprosił do tańca – szlochała.
– Nie pojmuję, pięknie wyglądasz w tej karnawałowej sukni ze srebrzystym szalem – dziwiła się.
– I co z tego?
– Naprawdę tam byłaś? – powątpiewał ojciec.
– Mhh… – odrzekła niepewnie.
Ojciec wyczuł, że coś było nie tak.
– Dokładnie gdzie?
– Cały wieczór przestałam za kotarą przy oknie – przyznała szczerze.

Aby córkę nieco onieśmielić, ojciec zapisał ją na lekcje tańca. Po drugiej lub trzeciej lekcji rozpłakała się z nieznanego powodu i uciekła do domu. Więcej tam nie wróciła. W dziewczynie prawdopodobnie istniał silny rozziew między marzeniami, a światem realnym. Już w wieku siedemnastu lat zapisała w notesie, że jej pożądanymi cechami męskimi są jasne włosy, apolliński kształt sylwetki i oczy – „błękitne reflektory, przez które widać pejzaż nieba”. Ideał miał mówić po angielsku i francusku, być „lekko wykolejony i mieć fiołka”. Przez długi czas nie mogła trafić na „płowego lwa” ze swych wyobrażeń. Do czasu…

Trwała Wielka Wojna, która na szczęście omijała Kraków. Od 1916 roku Zofia pracowała w dziale zabawkarskim Miejskiego Muzeum Techniczno-Przemysłowego przy ulicy Smoleńsk. W pracowni projektowała i wykonywała drewniane zabawki (lalki, zwierzęta, klocki itp.), które później malowały dzieci. Wiosną tego roku spotkała starszego o cztery lata Karola Stryjeńskiego, projektanta sztuki użytkowej, grafika i architekta. W muzeum projektował meble. Blondyn o surowej twarzy, niebieskich oczach, z gęstą strzechą włosów, często umorusany farbą, ale uroczy. Był taki, jak chciała nastoletnia wówczas panna Lubańska: „lekko wykolejony, mający fiołka…” Owszem miał go na jej punkcie, ale także na punkcie innych przedstawicielek płci nadobnej. Malarz Rafał Malczewski, syn słynnego Jacka, tak go widział: „Karol umiał się bawić i czarować kobiety od lat 1 do 100, wszelkiego pochodzenia: góralki, arystokratki, intelektualistki, artystki, sportsmenki, zakonnice, czarownice, święte, wariatki lub zgoła normalne, społecznice, ladacznice, dziewice, półdziewice, mężatki, rozwódki”.
Kiedy Karol dostrzegł w pracowni czarnowłosą Zofię, spodobała mu się. Tego dnia i przez następne zerkał na nią wielokrotnie, ona zaś z radością odwzajemniała jego spojrzenie. Podekscytowana zanotowała w zapiskach: „Wgapiamy się na siebie”. Wzajemne zauroczenie szybko przerodziło się w miłość. Zofia przeżywała rozterki, że żyje uczuciem, kiedy wokół trwa wojna. Jednak ono było silniejsze. Po trzech tygodniach Karol wyznał jej miłość, po niecałych trzech miesiącach oświadczył się. Mimo to wciąż zwracali się do siebie per pani i pan.
– Panno Zosiu, kiedy ślub? – zapytał pewnie.
– W sobotę – odrzekła uszczęśliwiona.
– W którą?
– Muszę mieć czas na przygotowanie się, na kupno sukni, bucików, pończoszek, kapelusza, rękawiczek, wiązanki kwiatów… – wyliczała podekscytowana.
– Zdążymy do Bożego Narodzenia? – zapytał zlękniony.
– Może pierwsza sobota po Wszystkich Świętych? – zaskoczyła go.
– To już następna…
– Jeśli nie chcesz pan czekać do Bożego Narodzenia, to trzeba batem pogonić czas. Więc wio, koniku!  
– Muszę więc pospieszyć się i poprosić pana Wojciecha na świadka.
Wojciech Jastrzębowski, uczeń Mehoffera i Wyspiańskiego, był wykładowcą w Miejskim Muzeum Techniczno-Przemysłowym oraz współzałożycielem doświadczalnego warsztatu stolarskiego, który dał początek Towarzystwu Polskiej Sztuki Stosowanej w Szkole Sztuk Pięknych.
– Moim świadkiem będzie pan Warchałowski.
– Będę zazdrosny. Wiem, że smalił do panny cholewki. W kawiarni Koziarskich ponoć głosił teorię, że z panną Zofią Lubańską należy się jak najszybciej ożenić w celu otoczenia jej opieką, aby nie dopuścić do zmarnowania talentu. Wytypował dwóch kandydatów na jej męża: siebie i mnie.
– Wybrałam ciebie, panie Karolu – Zosi zaiskrzyły się oczy.
– Ślub ma być skromny.
– Też tak uważam. Rodziców uwiadomię dzień przed, żeby… – chrząknęła – nie zdążyli przyjść.
Karol uśmiechnął się dyskretnie.
– Dobry pomysł. Nie miałem zamiaru prosić ich o twoją rękę – pocałował ją. – I nie rozgłaszajmy naszego zamiaru.
Zgodnie z ustaleniem ślub odbył się w sobotę czwartego listopada 1916 roku. Zofia miała na sobie ciemną atłasową suknię, co – według przesądów – źle wróżyło, bo panna młoda powinna mieć jasną. Na ceremonii ze strony Zofii, oprócz świadków, była tylko jej siostra Stefcia. Podczas uroczystości i długich modłów odmawianych przez proboszcza, Jana Masnego, młoda para nie wytrzymała nudnej modlitwy i zaczęła skręcać się ze śmiechu. Zagniewany ksiądz przerwał ceremonię. Dopiero po ich uspokojeniu się dokończył dzieła. Po ślubie Karol z Warchałowskim poszli do muzeum, natomiast Zosia poszła ze Stefcią kupić farby.
– Czy nowożeńcy po ślubie powinni rozchodzić się w dwie różne strony? – Stefania zmartwiła się.
– A jakie to ma znaczenie? – Zofia próbowała zignorować jej uwagę.
– Czy to nie dziwne? Sama nie wiem…
– Nie wierzę w przesądy. W kościele jakaś dewotka, gdy przechodziłam obok niej,  burknęła pod nosem: „Do ślubu w ciemnej sukni?”. Idiotka. Stefciu, precz z gusłami!
– Ja tylko tak… – nie wiedziała, jak zareagować.
– Po kupieniu farb odwiedzimy Kossakówny, chcę im się pokazać w ślubnym stroju – okręciła się dookoła siebie.
– Wyglądasz ślicznie.
– Wieczorem do domu przyjdzie Karol i będziemy razem. Zobaczy rodziców, no i w ogóle wszystkich.
– Mama i tatuś udzielą wam błogosławieństwa.
– Jakoś to przeżyję – Zofia zażartowała.

W podróż poślubną młoda para pojechała do Zakopanego. W pociągu spoglądała na męża, gdy ten zapatrzony był w zmieniający się za oknem krajobraz. „Wgapiam się w niego z miłością i lękiem, bo przeraża mnie myśl, że świat może mi go odebrać – zastanawiała się pełna obaw. – Nie wiem, dlaczego nachodzą mnie te diabelskie myśli. Czyżby jakieś przeczucia? Precz z nimi, precz z ciemnymi zabobonami! Nikt nie może mi go odebrać. A jeśli… No to zostanę sama jak palec, bezbronna ze swoją sztuką. Nie, przenigdy!”.
Karol oderwał wzrok od okna. Widząc jej smutną buzię, potarmosił z czułością jej kędzierzawe włosy.
– Czupiradełko kochane, co się tak głęboko zamyśliłaś?
– Dziwne myśli mnie atakują, ale chyba już się ich pozbyłam.

Zamieszkali w pensjonacie Szałas. Wieczory spędzali wspólnie z innymi wczasowiczami przy muzyce, o co dbali właściciele, państwo Brzozowscy. Na pianinie Egon Petri grał muzykę klasyczną, po nim właścicielka grała melodie ludowe. Kujawiaki i inne polskie kawałki stanowiły dla niej dobrą inspirację; siedziała w sieni, żeby nikt jej nie przeszkadzał, robiąc szkice do ludowych śpiewów i tańców.
Może to wydawać się dziwne, ale w pensjonacie Zofia i Karol nie spędzili nocy poślubnej. Stryjeńska w zapiskach podała przyczynę: „Nie mieliśmy odwagi, ani Karol, ani ja, zniżać lotów naszej podniebnej pieśni cherubicznej do spraw zmysłowych, do tego stopnia, że […] przemawialiśmy do siebie per «pan» i «pani», unikając z nadmiaru wzajemnego uwielbienia wszelkich przyziemnych tematów”. Stryjeński wrócił wcześniej do Krakowa, by przygotować mieszkanie, z okien którego rozciągał się widok Wawelu. Po jego umeblowaniu i udekorowaniu w kilimy, zamieszkali razem. Karol, będąc osobą towarzyską, zapraszał znajomych. W mieszkaniu nowożeńców ciągle kłębili się artyści: malarz Józef Czajkowski, rzeźbiarz Ludwik Puget, pianista Zygmunt Dygat, dramaturg Hubert Rostworowski, wspomniany już Wojciech Jastrzębowski. I krytyk Jerzy Warchałowski. Zofia do pracy potrzebowała samotności, a panujący gwar uniemożliwiał jej skupienie. Nie miała jednak śmiałości, by powiedzieć o tym mężowi. Łatwiejszą rzeczą było dla niej coś zrobić, niż wyartykułować potrzeby. Dlatego któregoś dnia w tajemnicy wyjechała do Zakopanego, by w samotności dokończyć rozpoczęte obrazy, które miała ułożone w głowie. W jej uszach wciąż rozbrzmiewały góralskie melodie, sycące twórczą wyobraźnię. W tym czasie jej styl cechował się baśniową ludowością, żywiołowością i tanecznością w treści, natomiast w formie wielobarwnością, nieco geometrycznymi, skontrastowanymi postaciami i celowym pominięciem głębi przestrzeni (która pojawiła się w późniejszym okresie).
Tajemnicze zniknięcie małżonki zirytowało Karola, co było jedną z wielu przyczyn ich późniejszych nieporozumień. Na jesieni Zofia zaszła w ciążę. Pragnęła mieć niebieskookiego syna, „który by wyśpiewywał poezję Słowiańszczyzny”. Z początkiem lipca 1918 roku urodziła czarnooką córkę, Magdalenę Marię. Była nie tyle zawiedziona, co wściekła. W Pamiętniku kilka razy podkreśliła to słowo. Można by się zastanowić, czy niechciana płeć noworodka mogła być wystarczającym powodem do tak mocnego rozdrażnienia.

Ostatniego dnia października 1918 roku polscy żołnierze przejęli koszary austriackie w Podgórzu. Kraków był wolny. W listopadzie Polska odzyskała niepodległość.
W połowie października 1919 roku Stryjeńscy wyjechali do Paryża. Córka Magda została pod opieką jej rodziców, Anny i Franciszka Lubańskich w mieszkaniu na Garncarskiej. Zofia nie znała francuskiego, więc nie czuła się tam komfortowo. Małżonkowie spotykali się z polską cyganerią artystyczną, wśród której prym wiedli Xawery Dunikowski, Włodzimierz Terlikowski, Mojżesz Kisling, Olga Boznańska, Stefan Drzewicki i Władysław Mickiewicz, syn wieszcza.
W czerwcu 1920 roku zmarł na serce Stefan, brat Zofii. Po otrzymaniu depeszy wiadomość wstrząsnęła nią. Niemożność bycia na pogrzebie dodatkowo wpłynęła na nią przygnębiająco.
Karol robił drzeworyty, Zofia malowała i sprzedawała obrazy. Malarstwo nagle stało się dla niej torturą. Pewnego dnia nie wytrzymała nagromadzonego w sobie napięcia. Wstała nerwowo od stołu, na którym leżały jej kartonowe szkice i obrazy.
– Potwornie mnie to wszystko męczy! – krzyknęła poirytowana w stronę siedzącego Karola.
– Co konkretnie, Zosiu? – spojrzał na nią zaniepokojony.
– Malarstwo.
– Nie rozumiem. Przecież od dziecka miałaś do niego szwung. Po to kończyłaś akademie, by teraz to wszystko rzucić?
– Czuję, że już nie leży w moim temperamencie. Nienawidzę ciągłego przymusu skupiania się, nieruchomego pochylania się nad rajzbretem, tej głuchej ciszy. Nienawidzę! – krzyknęła.
– Co cię naszło?
– Malarstwo nie daje mi satysfakcji, ani możności wyżycia się, jak by mi dał taniec, śpiew, scena…
– Zawsze unikałaś tańca, chowałaś się, zamiast się bawić. A co do śpiewu… Musiałabyś podjąć naukę, by występować na scenie. Trochę za późno. Powiedz, czy coś się zmieniło?
– O właśnie. Zmieniło się – mówiła, jakby nie swoim głosem.
Karol patrzył na jej rozognione policzki, na chorobliwie powiększone źrenice. Był pełen obaw, czy wszystko jest z nią dobrze.
– Nie możesz zmarnować danego ci z góry talentu – przekonywał spokojnie.
– Jaki tam talent – rzekła lekceważąco.
– Nie obrażaj Boga.
– Liczą się tylko geniusze: da Vinci, Tycjan, Michał Anioł, Rembrandt… Reszta to nijakie tło.
– Każdy artysta ma swoje miejsce, a ty wyrobiłaś już sobie oryginalną pozycję. Wszystkie recenzje z twoich prac są entuzjastyczne.
– Świstki papieru. – Po krótkiej pauzie ciągnęła dalej. – Na widok farb robi mi się ciemno w oczach, a ich zapach wywołuje mdłości.
Stryjeński, zmartwiony, podparł ciężką głowę. Po chwili wstał z krzesła i podszedł do niej.
– Może wrócimy do Polski? – zaproponował.
– Finisz z malarstwem! – wydarła się, nie słuchając go. Po czym podbiegła do stołu i zaczęła drzeć na pół swoje prace. – Teraz będę kochaną dla siebie samej, nie dla pacykarstwa. – Nagle przerwała niszczenie obrazów. Zapłakana rzuciła się Karolowi na szyję, obcałowując go nerwowo. Ten, zląkłszy się jej zachowania, odepchnął ją ze wstrętem.
– Nie będziesz wcale kochana! – huknął wściekły. – Opanuj się, kobieto! Co się z tobą dzieje?
Zofia ponownie go objęła.
– Sama nie wiem. Przepraszam – niespodziewanie zaczęła mówić innym głosem.
Stryjeński znowu ją odepchnął.
– Chciałem mieć żonę, nie wariatkę.
– Nie jestem wariatką. Jak możesz…
Nie słuchając jej ostatnich słów, podszedł energicznie do wspólnego łóżka, zabrał swoją poduszkę, z krzesła koc i poszedł do pokoju Zygmunta Dygata, który wspólnie z nimi wynajmował mieszkanie.
Na jej zachowanie mogły wpłynąć: śmierć brata, niemożność pożegnania go, poczucie wyobcowania na obcej ziemi oraz brak żywego kontaktu z polską ludowością tak przez nią uwielbianą i inspirującą. A być może także wypalenie zawodowe, jak to określiliby współcześnie psychologowie pracy. Były to jej pierwsze w małżeństwie objawy załamania nerwowego. Po awanturze pojechała do perfumerii Coty, by kupić sobie trochę kosmetyków dla poprawy samopoczucia oraz „aby podbić Karola jako kobieta”.
Zofia nie porzuciła malarstwa. Podjęła się wykonania ilustracji do powieści historycznej Anatola France’a Pod znakiem królowej Pedauque (La Rôtisserie de la reine Pedauque). Robiła je wyłącznie dla pieniędzy, zaciskając zęby i miotając kapralskimi przekleństwami. Gdy miała wolny czas, zdarzało się jej coś namalować dla przyjemności, na przykład Wyspę Cité i Wyspę św. Ludwika od strony quai d’Anjou.

Zachowanie Zofii wstrząsnęło Karolem. Przemyślał sprawę i podjął decyzję.
– Nie mogę już z tobą żyć – wyznał trzęsącym się głosem.
– Karol, co ty? – przeraziła się.
– Nie chcę cię okłamywać. Po prostu nie mogę…
 – Mówisz poważnie?
– Po twoim histerycznym wyskoku coś się we mnie przełamało.
– O jakim wyskoku ty mówisz? – otworzyła szeroko oczy.
– Jeśli tego nie wiesz, to tym bardziej nie możemy być razem.
Zofia zorientowała się, że sprawa jest poważna.
– To była tylko… – szukała odpowiednich słów – chwilowa zmiana nastroju.
– Nie chcę o tym rozmawiać. W ogóle nie rozmawiajmy. Wyjeżdżam.
– Jak możesz? – zapłakała. Poczuła, że wali się przed nią świat.
Karol milczał.
– Proszę, odezwij się – błagała.
Wyszedł bez słowa.
„Znienawidził mnie? – zastanawiała się przerażona. – Za co? Za przypływ niechęci do malowania? Czy to go aż tak mocno zraniło? Przecież to było tylko chwilowe szarpnięcie nerwów… Kobiety tak mają. Faceci w ogóle nas nie rozumieją”.

Nazajutrz, było to czwartego października 1920 roku, Karol, nie żegnając się, wyszedł z domu z walizką. Pojechał do Krakowa. Stryjeńska podeszła do okna i odprowadzała go wzrokiem. „Zostawił mnie z pięcioma frankami i nienawiścią do świata. Jak tak można?! Czy to jest mąż? Kocham go i nienawidzę. Nienawidzę!” – kotłowało się jej w głowie. Po chwili poczuła dotkliwy ból w okolicach lędźwi. Złapał ją atak lumbago. Dziesięć dni przeleżała w łóżku, jak na katafalku, nie mogąc się ruszyć. Dzisiejsza medycyna ma na to odpowiedź: wystąpiły u niej bóle psychosomatyczne, czyli fizyczne dolegliwości, mające źródło w problemach emocjonalnych lub psychicznych.
Niemal dokładnie po dwóch miesiącach od wyjazdu męża, szóstego grudnia Zofia pojawiła się w mieszkaniu rodziców. Córka, Magda, przebywała u Karola. Po pewnym czasie Lubańscy zaniepokoili się, że młodzi małżonkowie mieszkają oddzielnie.
– Zosiu, czy coś jest nie tak między wami? – zainteresował się ojciec.
– Wszystko w najlepszym porządku – skłamała.
– To dlaczego nie mieszkacie razem? – włączyła się matka.
– Mam zlecenie od Fukiera. Maluję cztery obrazy, które będą zdobiły jego winiarnię w Warszawie. Potrzebuję spokoju.
– Aha… – westchnęła z niedowierzaniem.

Gdy upływ czasu spowodował chwilowe wygaszenie napięcia, którejś styczniowej niedzieli Karol z Magdzią odwiedzili Zofię. Ta, ujrzawszy go po dłuższym niewidzeniu, uległa tak silnemu przypływowi emocji, że padła przed nim na kolana.
– Błagam cię, nie porzucaj mnie – zawołała histerycznie.
Córeczka, przestraszona sytuacją, pobiegła do dziadków, którzy jeszcze nie pojawili się w przedpokoju.
– Uspokój się! – rzekł nieprzyjemnym tonem. – Przyszliśmy w gościnę, a ty robisz  sceny.
– Obiecaj mi!
– Wstań z kolan – rzekł kategorycznie. – Jak ty się zachowujesz. Co pomyśli o tobie Magdzia?
Kiedy do przedpokoju weszli Lubańscy, by przywitać się z Karolem, Zofia już stała. W trakcie spożywania posiłku Franciszek zasugerował, by młodzi małżonkowie spędzali czas razem. Zofia milczała, nie mogąc w pełni dojść do siebie po przeżytych emocjach. Pod koniec wizyty Karol zgodził się zaprosić ją do teatru. Anna spostrzegła, że uczynił to niechętnie, ulegając, dla świętego spokoju, namowom jej męża. Wybrano spektakl i ustalono datę.
Zofia przygotowała się starannie począwszy od makijażu i fryzury, przez elegancką suknię i buciki, skończywszy na torebce i bransoletce. Wszystko to pożyczyła od najmłodszej siostry.
Umówionego dnia Karol przyjechał po żonę przed czasem. Wsiedli do dorożki.
– Po drodze wstąpię na krótko do kliniki profesora Piltza – uprzedził.
– Ale to nie po drodze – zaniepokoiła się.
– Spokojnie… Zdążymy.
Do lecznicy weszli razem. Karol poprosił żonę, żeby poczekała w korytarzu, sam zaś wszedł do gabinetu. Po chwili przy Zofii pojawili się dwaj rośli pielęgniarze. Chwycili ją mocno pod ramiona, podnieśli i poprowadzili w głąb korytarza. Zofia rozpaczliwie krzyczała, lecz szybko zdała sobie sprawę, że nie ma szans, by się im wyrwać. Mężczyźni zaciągnęli ją do zamkniętego pomieszczenia, w którym dwie kobiety zdjęły z niej suknię, po czym założyły szary kaftan bezpieczeństwa. Pielęgniarze zaprowadzili ją na oddział „F” (oznaczający furiatów) do sali bez klamek, kładąc na łóżku pośród innych pacjentów.
„Ja, normalna, wśród ludzkiej nędzy obłąkanych. Boże miłosierny! Oddział boleściwych z rozczochranymi włosami, z wykrzywionymi twarzami i ustami, z których spływa ślina, z otępiałymi oczami, w które strach zajrzeć. Jak w dantejskim piekle. Wokoło mnie ludzie jęczący, bulgoczący, krzyczący i szarpiący siatkę. Gdzie ja jestem? Czyżby na dnie dziewiątego kręgu? Nie może to być. Boję się. Jak on mógł mi to zrobić? Matce jego córki. Szczyt niewyobrażalnego draństwa i podłości” – myślała zrozpaczona.
Tego samego dnia Stryjeńską przenieśli do jednoosobowej sali. Rodzice byli przekonani, że po spektaklu pojechała do męża. Nazajutrz, gdy ze szpitala przyszedł do Lubańskich goniec po farby i rozpoczęte obrazy, które Zofia zamierzała dokończyć, ci zorientowali się, gdzie przebywa ich córka. Franciszek i Anna natychmiast pojechali do szpitala i ją zabrali.

Wyjazd do Warszawy w lutym 1921 roku z obrazami dla Fukiera oraz inne zlecenia spowodowały, że Stryjeńska, skupiona na twórczości, nie miała czasu, ani głowy zastanawiać się nad tym, co się wydarzyło.
Po kilku miesiącach w stolicy pojawił się Karol. Zofia otrzymała od pośrednika wiadomość, że chce się z nią spotkać. Przez pół nocy ważyła na szalach dobra i zła swoją miłość i postępek męża. Przeważyło uczucie.
– Zrobiłem to dla twojego dobra – tłumaczył naiwnie.
– Ładne mi dobro. Za kratami wśród obłąkanych… – skontrowała go.
– Po śmierci Stefka było tak przygnębiająco na Garncarskiej, że nie chciałem cię tam pozostawić.
– Podziwiam twoją szlachetność – ironizowała.
– Światli lekarze wpłynęliby na ciebie kojąco. W jasnej lecznicy mogłabyś spokojnie robić swoje prace.
– Wolny twórca pracujący w zaryglowanej celi… Piękne!
– Nigdy nie myślałem cię więzić.
– Przeczysz sam sobie; raz mówisz, że mogłabym tam malować, drugim razem, że nie chciałeś mnie więzić – podniosła głos. – Czy w końcu wiesz, co chciałeś?
– Noc na oddziale „F” była pomyłką. To nie moja wina.
– Tłumaczysz się, jak dziecko.

Czy przeciętna kobieta zamknięta w domu obłąkanych przez swego męża mogłaby potem utrzymywać z nim jakiekolwiek stosunki? Zofia nie należała do przeciętnych kobiet. Chciała dalej być jego żoną.
W tym czasie artystka weszła w najlepsze lata swojej twórczości. Namalowała trzy duże obrazy: Pochody bogów słowiańskich, Poranek, Zmierzch oraz cykl ilustracji do gawęd Na skalnym Podhalu Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Miała kilka wystaw, m.in. w Zachęcie, w której zaprezentowała tryptyk Polowanie bogów. Antoni Słonimski w recenzji dla Skamandra napisał, że jest dziełem genialnym. W 1922 roku otrzymała propozycję od Warchałowskiego namalowania wielkiego panneau do pawilonu polskiego na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu. Wystawę planowano otworzyć w 1925 roku.

Może to wydawać się dziwne, lecz Zofia  nie żywiła nienawiści do Karola, bo jako się rzekło, jej miłość była mocniejsza od zła, które ją dotknęło. Po pewnym czasie małżonkowie pojednali się. Wiosną 1922 roku zaszła w ciążę. Kiedy zauważyła w lustrze swój powiększający się brzuch, zawstydziła się zdeformowanej – jej zdaniem – figury. Nie chciała się „obrzydzać złym wyglądem” mężowi i znajomym, uważając, że „deformacja” ciała jest krępująca. W listopadzie przyszły na świat bliźniaki: Jan, zwany Kantusiem i Jacek.
Małżonkowie z dziećmi zamieszkali w willi rodziców Stryjeńskiego, gdzie apodyktyczne rządy sprawowała jego siostra, Joanna zwana Żańcią. Zofia uważała ją za antypatyczną starą pannę i obłudną histeryczkę. W obcej willi wytrzymała kilka miesięcy. Wiosną 1923 roku uciekła z bliźniakami do Zakopanego. Zresztą tu Karol przebywał częściej, niż w Krakowie, pracując w Szkole Przemysłu Drzewnego. Córka została w Krakowie pod opieką Żańci. Małżonkowie wynajęli pokój. Względnie poprawne stosunki szybko zaczęły się psuć. Pewnego dnia Zofia wystąpiła z pretensjami.
– Siedzę w domu z chłopcami, jak służąca, a ty wszędzie latasz, jak kawaler – powiedziała z żalem.
– Jako wykładowca jestem zapraszany. Zresztą nie tylko jako wykładowca – Karol nie rozumiał jej pretensji.
– Przecież masz żonę.
– O co ci chodzi? – odrzekł niemiło.
– Czasem moglibyśmy wyjść gdzieś razem.
O dziwo Stryjeński zgodził się. Byli na kilku góralskich weselach, z których najbardziej znane było wesele pisarza Jerzego Rytarda (Mieczysława Kozłowskiego) z Heleną Rojówną w kwietniu 1923 roku. Wśród gości byli m.in. Witkacy, Jarosław Iwaszkiewicz, Mieczysław Grydzewski i Karol Szymanowski.
Karol i Zofia gościli również u Jakimowiczowej w pensjonacie Zawrat, w Chochołowie na wieczornicach, na których słuchali kapeli Bartka Obrochty. Kiedy jeden z muzyków zawodził góralskie przyśpiewki, a Staszek Roj wywijał hołupce i krzesał obcasami deski podłogi, Zofia, chłonąc piękno podhalańskiej ludowości, dzieliła się spostrzeżeniami z siedzącym obok Karolem:
– Jacy oni piękni w góralskiej prostocie.
– Mhh – mruknął.
– Te kolorowe stroje, obroty dziewczyn, podskoki chłopaków, muzyka… taka surowa, wesoła, strzelista i jednocześnie barbarzyńska – ciągnęła zachwycona. – Zgadzasz się? – odwróciła się w stronę męża. Ten chrapał smacznie na krześle.

W Krakowie organizowano jakieś prestiżowe przyjęcie. Zaproszenie przeznaczone było tylko dla Karola. Powiedział o tym Zofii. Zdenerwowała się, jednak nie dała tego po sobie poznać. Kiedy pakowała mu walizkę, we fraku wycięła nożyczkami kilkadziesiąt dziurek. 

Karol wymykał się jej. Po kolejnej sprzeczce zamieszkał w Szkole Przemysłu Drzewnego. Zofię wypełniała zazdrość, miłość i złość, słowem hassliebe. Pewnego dnia spotkali się.
– Albo zamieszkasz ze mną, albo skończę z tą małżeńską farsą – zagroziła.
– Jesteś mieszanką zmiennych nastrojów. Powiem otwarcie: czasem aż się boję  – rzekł przekonywująco.
– Ciężko pracuję, zajmuję się dziećmi… – zapłakała.
– Tego ci nie ujmuję. Ale musisz być spokojna. Nie mogę żyć z takim wulkanem nerwów.
Po kilku tygodniach względnie spokojnego pożycia, znowu wybuchły awantury. Zofia nie wytrzymała napięcia i wyjechała z dziećmi do Krakowa.

Na początku 1924 roku pojawiła się w Warszawie. Znawcy sztuki obwołali ją księżniczką polskiego malarstwa. W połowie tego roku Warchałowski przedstawił jej konkretną już propozycję wykonania sześciu wielkich obrazów do polskiego pawilonu w Paryżu. Ustaliła z nim honorarium na siedem tysięcy złotych. Zlecenie wykonała. Po wielu wahaniach, które sama uznała za głupie, wybrała się na paryską wystawę. Karol również tam pojechał, jako twórca kilku projektów, m.in. straganu do sprzedaży rękodzieła ludowego. Nad Sekwaną małżonkowie mieszkali oddzielnie. Jednak Zofia wciąż go kochała.
Wedle relacji Jarosława Iwaszkiewicza, gdy któregoś dnia Stryjeński jadł w bistro śniadanie, żona podeszła do niego z rewolwerem. Kiedy jej uciekł, goniła go po bulwarach Raspail i Montparnasse. Iwaszkiewicz z Augustem Zamoyskim biegli za nią, po czym zmęczona Zofia oddała pistolet Augustowi. Później dochodziło jeszcze do innych scen, z których jedna była szczególnie przykra: Zofia, widząc idących Stryjeńskiego i Jastrzębowskiego, obrzuciła tego ostatniego kilkoma ostrymi wulgaryzmami. Dostojny Jastrzębowski rzucił się na nią, lecz Karol powstrzymał go i, wskazując na żonę, pokazał na czole kuku na muniu. Nazajutrz małżonkowie przypadkowo się spotkali.
– Nie licz na dalsze pożycie – rzekł nieprzyjemnym tonem.
– Jesteś moim mężem i bez mojej zgody tego nie zmienisz – odpowiedziała wyjątkowo spokojnie.
Podczas paryskiej wystawy Zofia Stryjeńska została nagrodzona za większość swoich prac: za obrazy składające się na panneau, ilustracje, zabawki, plakaty i gobelin. Prezydent Francji przyznał jej Legię Honorową. Na przyjęciu z okazji wielkiego triumfu wystawy zaprzyjaźnieni artyści nakłonili Stryjeńskich do pogodzenia się. Jednak „zawieszenie broni” trwało krótko.

Po powrocie do Polski zamieszkali w Zakopanem. Oddzielnie. W tym czasie docierały do Stryjeńskiej plotki o flirtach męża. Starała się tym nie przejmować. Od jakiegoś czasu spotykała się z Witkacym, który cenił jej sztukę. Niewykluczone, że mógł być między nimi romans, na co wskazywały pewne poszlaki; ona nosiła na głowie przepaskę, za którą miała fotografię Witkiewicza, on zaś za swoją przepaską miał jej zdjęcie. Ponadto Witkiewicz kilka lat wcześniej zaprojektował dla niej ex libris (nawiasem mówiąc, nie należał on do jego szczytowych osiągnięć twórczych).
Któregoś październikowego wieczoru oboje spotkali się.
– Zapewne słyszałaś, Zosiu, o skokach w bok twojego towarzysza doli-niedoli, samczego chućmana? – wspomniał mimochodem, używając ulubionych neologizmów.
– Ech… – machnęła lekceważąco ręką.
– Ostatnio Karola łączy coś z Ireną.
Chodziło o Irenę Domaniewską, żonę Janusza, inspektora ochrony przyrody.
– O niej nie słyszałam – zdenerwowała się.
Witkacy wyjął z portfela list.
– Czytaj – wręczył jej.
Zofia przeleciała wzrokiem list Karola, który zarzucał Witkiewiczowi rozpuszczanie wyssanych z palca plotek dotyczących pani D. oraz poinformował go o definitywnym zakończeniu z nim znajomości.
– Jeśli w ten sposób zareagował, to musi w tym coś być – Stryjeńska oddała mu list. – Ale nie wszystko rozumiem. Pamiętam, że zrobiłeś jej ładny portret. Przecież z Ireną i Januszem jesteś zaprzyjaźniony.
– Byłem. To delikatna kwestia. A ona? Sucze plemię – Witkacy syknął przez zęby. – Rozbemboszona baczamara. Powiedziałem jej w zaufaniu o kilku flirtach twego mężulka i przypuszczam, że z tego powodu powtórzyła mu wszystko. Zazdrosna dziamdzia. Nikomu więcej nie mówiłem, wybacz, o erotycznych podbojach twego wandrygowatego nadsamca.
Sprawa nie skończyła się na liście. Stryjeński wezwał Witkacego na pojedynek. Obie strony powołały sekundantów. Jednak w wyniku różnych zawirowań i pertraktacji nie doszło do pojedynku. Wszystko rozeszło się po kościach.

W Warszawie małżonkowie czasem się spotykali, lecz rozmawiali jak dalecy znajomi, wymieniając się komunikatami o dzieciach, że na przykład Żańcia była z nimi na wakacjach w Zakopanem. Wówczas naszły Zofię myśli, że może nie jest wszystko stracone. Kiedy przyjechała do Zakopanego, dowiedziała się, że w życiu Karola pojawiła się o czternaście lat młodsza kochanka, Zofia Mikucka (późniejsza żona Rafała Malczewskiego).
W sierpniu 1927 roku małżonkowie spotkali się. Po krótkiej wymianie zdań na temat dzieci, Karol zmienił ton.
– Wyjedź z Zakopanego – powiedział kategorycznie.
– Jeszcze czego! – zaprotestowała.  
– Proszę cię dla naszego dobra.
– Żebyś mógł spokojnie spotykać się z Mikucką?
– Przecież między nami wszystko już skończone.
– Zanim wyjadę, to tej twojej flamie zdążę jeszcze wydrapać oczy.
– Wariatka, normalna wariatka! – rzekł sfrustrowany. – I żebyś wiedziała, że będę się spotykał z kim chcę.

Stryjeńska obserwowała z ukrycia męża i Mikucką. Pewnego razu, gdy kochanka odwiedziła go w gabinecie szkoły, Zofia rzucała kamieniami w okna. Doszło do tego, że Stryjeński ukrywał się przed nią. Któregoś popołudnia Zofia wtargnęła do willi Mikuckiej, wygrzmociła ją i podrapała po twarzy.
Innym razem wytropiła Karola nocą na polnej ścieżce. Gdy wyłoniła się przed nim z ciemności, niczym zjawa, przestraszył się.
– Błagam cię, Karolu, wróć do mnie, do dzieci – płakała, zastąpiwszy mu drogę.
– Już całkiem wzięłaś rozbrat z rzeczywistością – odrzekł głośno.
– Przebaczam ci, że zburzyłeś rodzinę i dom. Wróć, a wszystko stworzymy na nowo.
– Idź precz. Nie strasz ludzi po nocach. I nie bądź pośmiewiskiem – ominął ją i przerażony uciekł.
„We łbie mi się przewróciło, godność osobistą rozpuściłam we łzach – nerwy się rozpuściły” – zanotowała po tym zdarzeniu.

Ostatniego dnia sierpnia 1927 roku wieczór w Zakopanem był ciepły. Około godziny dziesiątej przed północą Zofia Stryjeńska robiła ostatnie poprawki do dziewięciu projektów pocztówek pod nazwą Tańce polskie oraz kończyła projekt scenografii do spektaklu Skałka Wyspiańskiego dla Teatru Miejskiego w Krakowie. Gdy po energicznym pukaniu do drzwi otworzyła je, do środka weszli dwaj sanitariusze i doktor. Powołując się na dokument podpisany przez Tadeusza Gabryszewskiego, lekarza gminnego w Zakopanem, przybyły doktor oświadczył Stryjeńskiej, że zabiera ją do zakładu psychiatrycznego, gdzie zostanie przebadana. Artystka nie stawiała oporu, „żeby nie wyjść na wariatkę”, jak później stwierdziła. Idąc do taksówki, rzuciła przed siebie:
– Nigdy nie przypuszczałam, że nikczemność może sięgnąć tak daleko.
Świadkowie widzieli malarkę prowadzoną w towarzystwie trzech mężczyzn. Nazajutrz powiedzieli dziennikarzom, że szła spokojnie, nie zdradzając choroby umysłowej. Zawieziono ją do prywatnego sanatorium dla nerwowo chorych w Batowicach koło Krakowa.
Nazajutrz i przez kilka następnych dni gazety trąbiły o porwaniu Stryjeńskiej i uwięzieniu w domu obłąkanych. Witkacy nazwał to skandalem. Wiadomo, że stał za tym Karol, choć jego przyjaciele wydali oświadczenie przeciw fałszywemu przedstawianiu zdarzenia. Opinia publiczna podzieliła się na dwie części; jedna w obronie Stryjeńskiego, druga w obronie Zofii. Powołano nawet komitet jej obrony, na czele którego stanęła Aurelia Reymont, wdowa po nobliście.
Trzeciego września Zofii udało się uciec z sanatorium. Sprawa trafiła do Sądu Powiatowego w Krakowie, który – na podstawie opinii biegłych psychiatrów sądowych – szóstego września uznał Stryjeńską za osobę nie dotkniętą chorobą umysłu, czy jego niedołęstwem, ani za osobę niepoczytalną lub bezwłasnowolną, nakazując wypisanie jej ze szpitala, co nastąpiło tego samego dnia. Kosztami postępowania sądowego został obciążony Karol Stryjeński.
Osoby, które dopuściły się bezprawia poniosły konsekwencje. Dwa tygodnie po wyroku władze Zakopanego zwolniły doktora Gabryszewskiego ze stanowiska lekarza gminnego i klimatycznego. Również zdymisjonowany został Komisarz Rządu dla gminy Zakopane, radca Starosolski.

Niedługo po tej aferze Karol Stryjeński ciężko zachorował. Pierwszymi objawami były silne bóle głowy i lewej nogi. Po operacji kości potwierdzona została wstępna diagnoza: zapalenie szpiku kostnego. Kolejne operacje na przestrzeni pięciu lat nic nie dały. Stryjeński zmarł w klinice Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1932 roku trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia. Jego śmierć dla Zofii, mimo iż zachowywał się wobec niej nikczemnie, była dojmującym przeżyciem. W Pamiętniku zapisała: „Niewypowiedzianie straszliwa wieść”. Odłożywszy pióro, zastanowiła się: „Nawet nie chcę o tym myśleć, czy los wyrównał z nim rachunki. Niech spoczywa w pokoju”. Prawnym opiekunem ich dzieci został młodszy brat Karola, Władysław.

Powróćmy do roku 1927. Po dojmujących przeżyciach Zofia Stryjeńska złożyła pozew o rozwód, który został orzeczony tegoż roku. Na podstawie wyroku dzieci pozostały pod opieką Karola Stryjeńskiego, co artystka uznała za swoją porażkę. „A jednak nie powinno się iść do ślubu w ciemnej sukni – pomyślała zasmucona, czytając wyrok sądu. – Precz z zabobonami, precz z życiem!” – krzyknęła do siebie.
Po rozwodzie Zofia spotkała się z najmłodszą siostrą, Jańcią.
– Nareszcie jestem wolna – powiedziała z satysfakcją.
– Wolna od drania, który zrobił ci taką krzywdę. Nie rozumiem dlaczego wcześniej go nie rzuciłaś – siostra dziwiła się.
– Upierałam się przy nim, bo na jego punkcie byłam stuknięta.
– Przecież wiedziałaś, że był bezwstydnym babiarzem. O jego innych podłościach nie wspomnę.
– Jak ktoś jest zaślepiony, to nic nie widzi, chociażby podstawiono mu pod oczy oczywisty dowód. – Po chwili dodała: – Ale już odzyskałam wzrok. I chyba się otrząsnęłam z tego wszystkiego.
– Jesteś jeszcze młoda…
– Minęło już ponad półtora roku, a ja nie miałam żadnego kochanka. Niedawno, wyobraź sobie, zainteresował się mną wspaniały aktor. Na pewno widziałaś go w Cyrano de Bergerac.
– Artur Socha? – Jańcia zgadywała.
– Właśnie. Jest cudowny. Ma niski wibrujący baryton.

Stryjeńska wyszła za niego za mąż wiosną 1929 roku. Jednak i ten związek był nieudany. Po sześciu latach rozwiedli się. Nazwała go bęcwałem-lalą i fajtłapą. Faktycznie Socha był „blagierem, pijanicą, kabotynem, dziwkarzem”. Zofii przyznał się, że zaraził się syfilisem. W drugiej połowie lat 30. artystka na krótko połączyła się z Achillesem Brezą (architektem), który okazał się również babiarzem i hulaką. Jej kolejnym partnerem został pisarz i podróżnik, Arkady Fiedler. Poznali się w 1938 roku w kawiarni Zodiak, w której swój stolik miał Gombrowicz. Już podczas ich pierwszego obiadu, gdy pisarz opowiadał o swoich egzotycznych podbojach miłosnych i innych podobnych historiach, Zofia szybko go rozszyfrowała: „Zadufany w sobie narcystyczny Casanova z żółtymi zębami”. Związek ten również nie trwał długo.

Mimo, że malarka otrzymywała wysokie honoraria za swoje prace, ciągle borykała się z brakiem pieniędzy. Doszło nawet do tego, że sprzedawała obrazy lichwiarzom. W połowie lat 30. realizowała dekoracje w cukierni Wedla oraz w jego domu na ulicy Puławskiej 28. Na rok przed wybuchem wojny otrzymała zamówienia na wykonanie kilimu dla cesarza Japonii, Hirohito i na dekoracje wnętrz statków MS Batory i MS Piłsudski.
Drugą wojnę światową przeżyła w Polsce. Dzieci przebywały w willi u jej teścia, Tadeusza Stryjeńskiego, u którego czuły się bezpiecznie dzięki jego szwajcarskiemu obywatelstwu. Kiedy w styczniu 1945 roku do Krakowa weszły wojska rosyjskie, Stryjeńska rozpoczęła przygotowania do wyjazdu do Szwajcarii, gdzie była jej córka. Po wielu trudach znalazła się nad jeziorem Bodeńskim niemal dokładnie rok później, pod koniec stycznia. Po pewnym czasie dotarli do niej synowie.
W listopadzie 1975 roku we francuskim szpitalu psychiatrycznym Bélair w Charleville-Mézières zdiagnozowano u Stryjeńskiej schizofrenię. Zmarła w Genewie 28 lutego 1976 roku, przeżywszy osiemdziesiąt pięć lat.

ZAKOŃCZENIE
Zofię Stryjeńską często nawiedzały gwałtowne ataki emocjonalne, wahania nastrojów, niekontrolowana złość i płacz. Sama intuicyjnie wyczuwała, że jej świat duchowy nie był idealny, co ilustrowała niekonwencjonalnymi zapiskami, na przykład: pracuję „Z poczuciem bzika i bezsensu durnej egzystencji”, „Niech diabli biorą wszystko”, albo: „Zaraz mnie szlag trafi z tej całej cholery”, czyli z powodu niesatysfakcjonującego efektu malarskiego. Aby zapobiec popadaniu w krańcowe nastroje modliła się żarliwie, „Żeby mnie diabeł odszedł, bo mi prawi do ucha anarchistyczne rzeczy”. Tu należy dopowiedzieć, że Stryjeńska, poza talentem plastycznym, miała duże zdolności literackie, które zostały uwiecznione w jej Pamiętniku.
Często tak jest, że jeśli Opatrzność obdarowuje artystę wielkim talentem, równocześnie nakłada mu na plecy wór pełen dojmujących przeżyć. Jeżeli w tym worze znajdują się dodatkowo turbacje psychiczne, jego ciężar jest jeszcze większy. Strzeżmy się zatem zawiści wobec ludzi wybitnych, ponieważ ich los jest często nie do pozazdroszczenia.

Franciszek Czekierda

Literatura:
Chylińska Teresa – opracowanie, Szymanowski. Korespondencja, 1978
Grońska Maria – opracowanie, Chleb prawie że powszedni. Zofia Stryjeńska, Pamiętnik, 1995.  
Degler Janusz, Witkacego portret wielokrotny, 2016.
Kuźniak Angelika, Stryjeńska. Diabli nadali, 2015.
Sołtysik Marek, Uprowadzenie Zofii Stryjeńskiej, Palestra, 2005.

Poprzedni artykułMassimiliano Giannocco – wiersze – Przekład z języka włoskiego Izabella Teresa Kostka
Następny artykułSieciechowicz Ida

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko