Stanisław Mazuś – Wieczny Tułacz o siwej brodzie doświadczenia i o oczach pełnych pokory, swoisty Edyp wygnany z ojczyzny znanej jedynie bogom, Prometeusz Śląski skuty swoimi ograniczeniami, ale wolny od tyranii norm dyktowanych przez butę i brak rozumienia – Naturę uczynił osobistym domem, nauczycielką prawd do przyswojenia, źródłem wszelkiego światła, przystanią w błądzeniu i osnową poznania. To niezwykle celna charakterystyka artysty malarza, któremu obszerny esej poświęciła Jagoda Adamus – profesor sztuk plastycznych z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach w jednym z albumów dedykowanych jego twórczości. Była dzieckiem, kiedy młody absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, pochodzący z Lubelszczyzny, zakorzeniał się na obcym mu Górnym Śląsku, w Tychach, czego oświadczaliśmy na równi z nim. Po latach uległa fascynacji mistycznej osobowości i twórczym przesłaniom subtelnego, lirycznego malarstwa Staszka, podobnie jak my, jak wielu innych artystów, naukowców, przyjaciół – bo kto ma szczęście poznać Stanisława Mazusia, staje się jego przyjacielem…

Album „Z paletą przez życie”, o którym mowa, wydało Muzeum Miejskie w Tychach z okazji wystawy na 70 rocznicę urodzin artysty w roku 2010. To jeden z wielu edytorskich ukłonów wobec artysty, wchodzącego w 85 rok życia, nieustająco czynnego. Telefonuje Staszek, tradycyjnie, z życzeniami noworocznymi. – A co u mnie? Maluję. Przez cały czas. Codziennie. Wciąż są nowe tematy…
Tych nigdy nie zabraknie: jeżeli nie plener z mrocznym niebem, powietrzem, struną słońca zza obłoku, to w pracowni zawsze są pod ręką „muzy”: złociste cebule w skrzynce, wyschnięty badyl kopru, ceramiczna skorupa i sztućce, coś białego na białym, garść orzechów w foliowej torbie, odbijające refleksy światła banalne szklanki czy słoiki, wszystko to artysta kilkoma ruchami pędzla na płótnie podniesie do rangi sztuki.
Wciąż są aktualne refleksje przyjaciół odnośnie tej twórczości. Artysta malarz i pisarz Henryk Waniek: W naszej epoce, gdy jako masło sprzedaje się coś, co masłem już nie jest, a sprytne miernoty występują w roli autorytetów, ten rodzaj malarstwa, jakie Mazuś ma w małym palcu, wydaje się należeć do rzeczywistości przebrzmiałej (…). Lecz on, mimo wszystko, bierze na siebie ten balast i (…) nawet pomyślnie go rozwija (…) Nieważne jest, czy malarstwo Mazusia przypiszemy do nowoczesności, czy – przeciwnie – tej nowoczesności przeciwstawimy. Całą filozofię tej sztuki wyznacza prosta droga: od oka, przez paletę i pędzel, ku obrazowi.
Śpiewak operowy Wiesław Ochman: Uczciwa wobec własnego sumienia artystycznego sztuka tego artysty utwierdza mnie w przekonaniu, że hałaśliwe okrzyki pozbawionych talentu „twórców” są jedynie próbą usprawiedliwienia ich własnych nieudolnych eksperymentów. Kogo nie stać na twórczość, tego z reguły stać na lekceważenie i pogardę dla osiągnięć innych. Mazuś tworzy tradycyjnym językiem nową jakość, co jest zadaniem trudnym i ambitnym. Mówi o swoich przeżyciach i fascynacjach malarskich bez hałasu, niemalże szeptem, i dzięki temu obcowanie ze sztuką tego artysty staje się intymnym i osobistym przeżyciem.
Reżyser filmowy Kazimierz Kutz: Z radością odkrywam w malarstwie Stanisława Mazusia jego wrażliwość na światło i kolor. To jest malarstwo życzliwe światu i ludziom, subtelne, refleksyjne i nastrojowe. Przywraca stare tęsknoty do świata bardziej łagodnego, niż tego po kataklizmie XX wieku.
Poeta i krytyk Maciej M. Szczawiński: I tutaj – co krok – poezja i codzienność (…) Stanisław Mazuś pośród zgiełku pożerających się nawzajem awangard – cicho, konsekwentnie i po mistrzowsku wygrywa rzecz dla każdego twórcy bezcenną: zainteresowanie odbiorcy.
Prof. Stanisław Tabisz, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie: …Artysta z gigantycznym dorobkiem, podziwiany za swój kunszt, tkliwość i precyzję detalu, wrażliwość na cudowne igraszki światła, ceniony za bystre oko i niezwykłe zamiłowanie do malowania z natury, co jak wiadomo zanika w dzisiejszym świecie artystów-kreatorów otumanionych przez multimedia, zwłaszcza fotografię cyfrową.
To już w albumie wydanym przez Muzeum Podlaskie w Białymstoku z okazji 50-lecia pracy twórczej w roku 2017, chociaż w tym poprzednim prof. Tabisz poświęcił Mazusia „Autoportretowi w cieniu” (jednemu z niezliczonych) wiersz, co mówię – cały poemat, z taką oto frazą:
Zmierzwione kosmyki włosów
ranią moją ciemną twarz…
Wyraziste smugi pędzla
zielonkawe ugry
brązy
błyszczące alkoholicznie oczy
odbijają białe kropki światła…
Prawie nie mam ust
tylko patrzę ze smutkiem
frasobliwego Chrystusa
jak gdyby za chwilę
rzymscy żołnierze
mieli nałożyć cierniową koronę
aby drwić ze mnie i szydzić…
I wreszcie, na gorąco – dr hab. Krzysztof Korotkich, prof. Uniwersytetu w Białymstoku, prorektor do spraw kształcenia, po wizytach u Stanisława Mazusia pod koniec roku 2024:
W każdym portrecie żyje jakaś cząstka charakteru utrwalonej postaci, jej dusza, można odczytać nastrój i myśli towarzyszące człowiekowi oddającemu artyście siebie w akcie twórczym. A może to on sam, niezależnie od gotowości portretowanego, jak chirurg, precyzyjnie wykroił dokładnie to, co należało wybrać, by w płótnie zamknąć prawdę o człowieku? To tylko zapowiedź niezwykłego szkicu opisującego spotkanie z artystą, o czym za chwilę…
Na zdjęciach z tego spotkania, więc aktualnych, i na autoportretach odnajduję podobieństwo Staszka (czy tylko ja?) do wielkiego mistrza polskiego malarstwa, Jana Matejki, który, odszedłszy w wieku 55 lat, wykreował swój wizerunek podobny Wernyhorze. I ta zbliżona kruchość sylwetki, w kontraście z mocą twórczą… Zwalczali go impresjoniści za surowość i unikanie subtelnych odcieni kolorystycznych – pisał Juliusz Starzyński. Cóż, innych zwalczano właśnie za subtelność odcieni kolorystycznych… Spisuję wspomnienie artysty malarza Włodzimierza Tetmajera o autorze „Bitwy pod Grunwaldem”, który zwierzał się:„…jak jestem u siebie na wsi, nieraz obserwuję jak wczesnym rankiem obywatelki (…) idą z konwiami po wodę rzucając poza siebie głębokie niebieskie cienie. Ja widzę też i słońce, i kontrasty cienia odbijającego niebo, tylko że tego nie potrafię zrobić (…). Pozostanę ze swoimi królami.
Nie potrafię zrobić… Mazuś potrafi… Zaproszona przez artystę i białostockich wydawców jubileuszowego albumu (2017), miałam sposobność przypomnienia ponad półwiecza znajomości…


Tak. Przyjaźnią życia można nazwać nasze relacje, trwające nieprzerwanie od tylu lat. W 1968 roku, po studiach warszawskich niemal równocześnie zamieszkaliśmy z rodzinami w Tychach. Kontakty zostały nawiązane bardzo szybko, za sprawą wspólnych zainteresowań twórczych. Pierwszą wizytę złożyliśmy w ciasnym, dwuizbowym mieszkaniu teściowej Staszka, gdzie ciągnęło od zimnej podłogi i nie było żadnych warunków do pracy twórczej. Współczucie nasze było wtedy umiarkowane, ponieważ z mężem i małym dzieckiem gnieździliśmy się w mieszkaniu jednoizbowym.
W roku 1970 Staszek przeprowadził się do dużego mieszkania z pracownią „na dachu” wieżowca, a wkrótce i nasza rodzina otrzymałam „podniebne” mieszkanie w pobliskim wieżowcu. Odtąd wzajemne wizyty stały się normą. Zwłaszcza Staszek często pojawiał się u nas z małą Emilką, niemal rówieśnicą i przyjaciółką naszej Ewy. Po paru latach to dziecięce grono powiększyło się o Karolka Mazusia, a potem – o naszego Adasia. Zachowało się z tych spotkań, zwłaszcza plenerowych, kilka wspólnych fotografii…
Dla mnie znacznie ważniejsze było „bezkarne” przebywanie w pracowni młodego artysty – buszowanie pośród albumów z reprodukcjami dzieł mistrzów, możliwość podglądania procesu tworzenia: przygotowywanie blejtramów, gruntowanie napiętego na ramie płótna, te wszystkie akcesoria – pędzle, tubki z farbami, dziwnie stare sztalugi, słoiki z rozpuszczalnikiem, werniks. Staszek malując rozmawiał albo nic nie mówił, kładł na płótnie szybkimi ruchami zamysł obrazu i nagle spod pędzla pojawiał się wizerunek… sterty garnków w zlewie z naturalnymi refleksami blasku i bogactwem światłocieni, w szarych głównie tonacjach, w niczym nie ujmujących urody artystycznej wizji rzeczywistości. Albo portretował mojego męża, lub mnie. Albo sztalugi wędrowały wprost na dach wieżowca. Nasze córki taplały się w blaszanej balii, a Staszek malował pejzaż nowoczesnego podówczas blokowiska, któremu kilkoma ruchami pędzla nadawał wymiar swoistego piękna.
Tu – dygresja. Z okien naszego mieszkania na ósmym piętrze przy dobrej pogodzie widoczny był zarys górskich grzbietów Beskidu Śląskiego, czasem poblask nieodległego jeziora Paprocany. Pewnego dnia Staszek pojawił się u nas z wiaderkiem i szerokim pędzlem, którym wyczarował na ścianie… fresk w szarozielonej tonacji z taflą jeziora, odbiciem drzew w wodzie, różowiejącym porannym niebem i zarysem żagli. Ten, nielandszaftowy urokliwy pejzaż, obiekt zazdrości licznych znajomych, zajmował przestrzeń ściany od sufitu do wiszących w połowie wysokości półek o formacie 1,20 x 4 metry. Wyprowadzając się po latach do Białegostoku zostawiliśmy to dzieło, które tylko nieudolnie (wybacz, Mistrzu) skopiowałam w miniaturze na kawałku pilśniowej płyty.
Czy mieliśmy świadomość, że ot tak, po prostu, przyjaźnimy się z coraz bardziej cenionym w kraju i za granicą polskim artystą? Już w tym czasie Staszek został członkiem renomowanej grupy Realistów. Byliśmy ogromnie dumni, kiedy w IX wystawie prac tej grupy w warszawskiej „Zachęcie”, zorganizowanej przez Związek Polskich Artystów Plastyków i Centralne Biuro Wystaw Artystycznych pokazano siedem znanych nam wcześniej prac Stanisława Mazusia, a w katalogu ekspozycji został umieszczony jedyny obraz pt. „Relaks”. To był olejny portret o wymiarach 100 x 80 cm siedzącego w pracowni artysty mężczyzny, mojego męża. Katalog zachował się do dzisiaj…
Podobnie jak liczne wspomnienia. Kilkudniowa opieka nad mieszkaniem Staszka, kiedy wyjechał z rodziną, więc sama możliwość cichej obecności w tym twórczym sanktuarium. Jego przeprowadzka po paru latach do większego mieszkania przy tej samej ulicy, ale już z osobną pracownią na parterze bloku (mój mąż pomagał wtedy wnosić pianino małej Emilki po piętrach). Liczne rozmowy o procesie tworzenia, a potem moje teksty na łamach tygodnika „Echo”, gdzie pracowałam. Kolejne sukcesy krajowe i zagraniczne, którym nie mogliśmy nadziwić się, bo przecież artysta łączył pracę twórczą z zarobkową, utrzymując rodzinę. Nie odżegnywał się też od wspierania inicjatyw artystycznych, których serdeczną pamięć zachowałam dotąd. M.in. współpracował z utworzoną przeze mnie w 1974 r. przy „Echu” – tyską grupą poetycką „Symbol”. Kiedy w cztery lata później oddział katowicki Związku Literatów Polskich wydał nam (w tzw. czarnej serii) skromny almanach, Stanisław Mazuś ozdobił go wkładką z czterema akwafortami i linorytem na okładce. Uroczysty koncert poetycki grupy został połączony z rodzinną prezentacją Mazusiów: ekspozycją malarską i koncertem fortepianowym córki, już wtedy występującej w Państwowej Filharmonii Śląskiej.
Wyjeżdżaliśmy ze Śląska, odprawiając spotkanie pożegnalne – gdzie? Oczywiście, w gronie zaprzyjaźnionych osób w pracowni Staszka Mazusia. Do białostockiego domu trafiły z tyskiego mieszkania skarby – dary Mistrza: „Relaks” i mój portret z tego samego „szarego” okresu, kolejny w cieplejszej tonacji pt. „Dziennikarka”, olejne portrety dzieci oraz rysunkowe wizerunki męża i Ewy. Do tej mini galerii doszły po latach kolejne prace Staszka – portret teścia i replika meczetu w Kruszynianach, który został namalowany podczas uczestnictwa artysty w plenerze białowieskim. Potem jeszcze – „Grecki oset”: w 1997 r. Staszek miał być obecny na promocji mojej książki „Cisza” w tyskiej bibliotece. Spotkanie już trwało, kiedy – wprost po przylocie z Grecji, w rozwianym płaszczu wbiegł na spotkanie z obrazem w objęciach. Są malowane ad hoc długopisem miniaturowe portreciki w naszej domowej kronice.

Fot. K. Konecka

Są zdjęcia z kolejnych spotkań: w 2012 roku niemal wprost z Rzeszowa zdążyłam samochodem z synem na otwarcie wystawy Stanisława Mazusia w Łomży, w 2014 – on pojawił się w Muzeum w Tychach na promocji mojego albumu poetyckiego, dedykowanego Wojciechowi Weissowi i jego żonie Aneri (Irenie) – ich miłości do sztuki i do siebie nawzajem. To w pracowni Staszka, gdzie na co dzień obcowałam ze sztuką wysoką, zapatrzyłam się w „Demona” Wojciecha Weissa. Dlatego nie mogło zabraknąć w książce refleksji Mazusia. Rozmowa telefoniczna, jedna z licznych (bo Staszek zawsze pamięta o imieninach, wysyła kartki świąteczne albo coraz to nowe katalogi z ekspozycji lub jubileuszy, opatrzone znakomitymi esejami na temat jego dzieł) zamieniła się wiernie w sonet, który został umieszczony na okładce albumu „Szklana kula”. Czas upływa, ale ta nasza przyjacielska, twórcza rozmowa trwa nadal…
MISTRZ
(Rozmowa ze Stanisławem Mazusiem)
Staszka (którego prace czujnie i w zachwycie
podglądałam przez wieki wysoko nad ziemią)
czy bliższy mu profesor – pytam – z Akademii
Eugeniusz Eibisch, czy Eibischa nauczyciel.
– Weiss jest mi bliższy – odrzekł. – Chylę przed nim czoło.
Od swego ucznia bardziej oszczędny w kolorze.
Sprawniejszy warsztatowo. Swoje dzieła tworzył
jako kontynuator starej dobrej szkoły
holenderskiej. Hiszpańskiej. Przewodnikiem jego
był warsztat Velasqueza. Vermeera. Tycjana
rzecz jasna (więc pytanie nie było daremne).
– To, co ponadczasowe. On trzymał się tego
równając do najlepszych. Więc rozumiesz sama,
ci także są mi bliżsi. Podobnie jest ze mną.
Krystyna Konecka
(„SZKLANA KULA. Wiersze dla Ireny i Wojciecha Weissów”
Fundacja Muzeum Wojciecha Weissa, Kraków, 2013)
Kiedy w roku 2012 zorganizowano ekspozycję dzieł Stanisława Mazusia w Łomży, zatytułowano ją „Obrońca Piękna”. Tytuł odzwierciedlał każdą z ponad 300 wystaw artysty w kraju i za granicą, że wspomnę tylko o Nowym Jorku, Waszyngtonie czy Galerii Uffizi we Florencji. Zanim teraz, z okazji zbliżającego się 85-lecia zgromadzi nową kolekcję w swoim dorobku, wspominamy tę, ukazującą w Białymstoku półwiecze twórczości. W dwóch przestrzennych salach muzeum zmieszczono 90 prac z różnych okresów twórczości Stanisława Mazusia, począwszy od młodzieńczych „Piaskarzy toruńskich” sprzed ponad 60 lat: akwarele, rysunki, grafiki i obrazy, w tym 5 prac z kolekcji prywatnych z Białegostoku i Łomży.
Wśród gości wernisażu, obok żony jubilata Bożeny Mazuś był artysta malarz Henryk Waniek. Ale dlaczego artysta z Tychów świętował swój jubileusz w Muzeum Podlaskim?
– Jestem związany z tą ziemią od ponad trzydziestu lat – mówił Stanisław Mazuś. – Pierwsze spotkanie z Podlasiem miało miejsce w 1983 r. Powstało wtedy kilka obrazów, m.in. motyw cerkiewny z Białegostoku czy meczet w Kruszynianach. Już w 1985 roku uczestniczyłem w Plenerze Białowieskim, potem przyjeżdżałem tam wielokrotnie. Natomiast w roku 1986 miałem indywidualną wystawę w białostockim Biurze Wystaw Artystycznych „Arsenał”, a w 2012 – w Galerii Sztuki Współczesnej w Łomży.
Andrzej Lechowski, ówczesny dyrektor Muzeum Podlaskiego podkreślał, iż kolekcja prezentowanych na ekspozycji dzieł to jest w zasadzie jeden obraz, piękna nastrojowa opowieść, prostota tego malarstwa, która wzrusza. Jak sam twórca napisał w katalogu – nie ma nic piękniejszego nad to, co stworzył Wszechmogący. A my korzystajmy z tego.
Należy pamiętać, że, jak podkreślał Staszek Mazuś, jednym ze współwydawców białostockiego albumu był Jan Kukuczka, z którym znają się od lat 70. To marszand z Istebnej, inicjator organizowanych od lat plenerów pod nazwą BIS – Beskidzkie Integracje Sztuki. Podczas wernisażu artysta na wielu egzemplarzach wpisywał dedykacje. Odbierając swoją, pani Julia z wielkopolskiego Wągrowca sformułowała krótką i celną recenzję jubileuszowej ekspozycji: – Wszystkie te prace zabrałabym natychmiast do domu.

Gdyby odwiedziła pracownię artysty? Jak my wielokrotnie? Jak ostatnio w czerwcu 2024 roku? Gdzie w dobrze znanym miejscu witają nas jeszcze nie wyschnięte martwe natury na prostokątach płyty pilśniowej – wiśnie na talerzu, kompozycja szklanki z wodą, muszelką, główką czosnku i obok pracy – „modele”, jeszcze nie usunięte. I gospodarz pozwala sfotografować ten gorący efekt swojej pracy razem – nigdy nie miałam takiego kadru w tej pracowni. I potem nasze przyjazne rozmowy, wspomnienia, wzajemne dedykacje na ostatnich skończonych pracach…

Fot. K. Konecka


Fot. K. Konecki

w Tychach. Fot. K. Konecka
A dr hab. Krzysztof Korotkich, prof. Uniwersytetu w Białymstoku, filolog, autor książek z zakresu Romantyzmu i nie tylko, wrażliwy humanista? Co mówi dzisiaj o twórczości tyskiego pejzażysty i portrecisty? Swoje refleksje na użytek niniejszego tekstu zatytułował: „Jak w lustrze”:
Pierwsze obrazy Stanisława Mazusia zobaczyłem na żywo w domu Krystyny i Konstantego Koneckich w Białymstoku. Kilka chwil zachwytu, no i oczywiście przyjemność słuchania opowieści Krysi o tym, jak się poznali z artystą w Katowicach, jak razem pracowali i jak się zaprzyjaźnili, na długie lata. Niedługo potem otrzymałem od Krystyny piękne prezenty, pierwszy to obrazek Babcia, drugi to Korowód, oba wykonane w technice suchej igły. Do dzisiaj wiszą w takim miejscu, by odwiedzający nas mogli się zaczepić wzrokiem o milion czarnych kreseczek.
Czasami drogi się plączą, innym razem się splatają, więc gdy mnie nogi zaniosły do Katowic, zdobyłem numer telefonu, zadzwoniłem, a mistrz znalazł dla mnie chwilę i pojechałem na spotkanie do Tychów.
Domek niewielki, pobielane ściany, otoczony cisami, nad wejściem fresk przedstawiający aniołka wśród kwiatów, nieco już wyblakły, ale nie stracił piękna. Wita mnie niewysoki, lekko przygarbiony, uśmiechnięty, z białą czupryną i takąż bródką, jak u Mickiewicza, starszy pan. Do pracowni przechodzimy przez malutkie podwóreczko udekorowane żółknącą winoroślą. Na wąskich półokrągłych drzwiach miedziana tabliczka z godzinami otwarcia. I jeszcze przed przestąpieniem niewielkiego progu, zaraz po uchyleniu przez gospodarza drzwi, z wnętrza wybiega zapach, furia zapachów, terpentyny, farb olejnych, woń półmroku i zasuszonych kwiatów.
Głos Stanisława jest cichy, mówi szybciutko, ale wyraźnie, powtarza niektóre słowa tak, jakby sam sobie nie ufał czy dobrze wybrzmiały. Wymieniamy się informacjami o sobie, poznajemy się prędko, malarz pokazuje portret swojej żony, ale mój wzrok biega po ustawionych wokół, nawet na łóżku, tysiącach ram. Obrazy ustawione równiutko, jak karty biblioteczne, kryją się przed oczyma, kuszą swoją opowieścią. Artysta pokazuje kilka z nich, najbliżej niego ustawionych płócien i opowiada, lekko i z zapałem dzieli się swoją pasją.
Pytam go, czy mógłbym odkryć pozostałe prace, odstawiam jedną po drugiej, podnoszę, przechylam w stronę światła, włączam się w jego głos i już razem mówimy o świecie zamkniętym na płótnie. Dobrze mi się słucha, ale i on jest ciekaw tego, co ja widzę, jak widzę, wymieniamy się wspólnym doświadczaniem chwil, życia, piękna. Trwa to jakiś czas. Przerwa. Wracam na chwilę, siadam obok, naprzeciw stołu, przy sztaludze. Na wielkim stole mnóstwo przedmiotów, farby, pędzelki, buteleczki z tajemniczą miksturą, kwiatki i gałązki, jakieś tabletki, orzechy i czosnek. Wątki się plączą, rozmowa nabrzmiewa. I wtedy mistrz mówi: „Wiesz, ja cię znam długo. Przejrzałem cię, od razu polubiłem. Mówmy sobie po imieniu. Mów mi Staszek”. Odwzajemniam życzliwość, a raczej coś, co się zjawia jako bezwarunkowe zrodzenie uczucia przyjaźni. Nieczęsto zdarza się takie porozumienie, które się miesza z uczuciem zaufania, zrozumienia, podobnej wrażliwości. Pyta mnie: „Które obrazy szczególnie ci się spodobały? Postaw je przy drzwiach”. Odstawiam je kolejno, acz wybór niełatwy. Większość bym przeniósł od razu do auta.


Przechodzimy do pomieszczenia obok, w którym znajduje się regał, jak w bibliotece, wypełniony ustawionymi pionowo i poziomo, jeden na drugim, obrazami większymi, mniejszymi, starszymi i tymi, które stworzył niedawno. Na odwrocie obrazów zapisane są tytuły i kolejny numer, odpowiednio „zaksięgowane” także w wielkiej księdze, prowadzonej przez artystę od początku jego twórczości. Przeglądam, a on mi opowiada ich historie, przywołując momenty, w których przyszła inspiracja. Są to krajobrazy, martwa natura, dużo sportretowanych naczyń, kwiatów i czosnku. Ale chyba większość to portrety, twarze przeniesione bardziej realistycznie i takie, które się odbiły w farbie przez kilka pociągnięć impresyjnego pędzla. W każdym portrecie żyje jakaś cząstka charakteru utrwalonej postaci, jej dusza, można odczytać nastrój i myśli towarzyszące człowiekowi oddającemu artyście siebie w akcie twórczym. A może to on sam, niezależnie od gotowości portretowanego, jak chirurg, precyzyjnie wykroił dokładnie to, co należało wybrać, by w płótnie zamknąć prawdę o człowieku?
Chciałbym oglądać i rozmawiać o wiele dłużej, ale obaj wiemy, że czasu oszukać się nie da. Pytam Staszka czy zechciałby namalować portret mojej żony, chociaż to pytanie wydaje mi się trochę absurdalne, nigdy jej przecież nie widział. Bez wahania się zgadza i mówi, bym przysłał zdjęcia. Teraz wiem, że pytanie moje było instynktowną prowokacją, szukaniem sposobu by kiedyś powrócić do tej pracowni. Potem wspólnie owijamy w szary papier obrazy przygotowane w długą podróż, rozmawiamy o przygotowaniach Staszka do następnej wystawy. Moje oko kolejny raz zatrzymuje się na niewielkim szklanym kielichu, może to z powodu jego kształtu, a może dlatego, że widziałem go chwilę wcześniej na którymś obrazie. Pytam, czy by mi go podarował. Staszek z uśmiechem odpowiada: „Weź go i wypij czasem coś z niego myśląc o mnie”.
Przed odjazdem zatrzymujemy się przed gankiem zwieńczonym aniołkiem, jak się teraz okazuje, z twarzą jego żony. Światło jesiennego słońca przebiega przez żółte liście winnego krzewu. Robię na pożegnanie kilka zdjęć. Staszek mówi: „O, jak dobrze na tym zdjęciu wyszedłem! Chciałbym je zamieścić w moim kolejnym albumie”. Odbija się w nim rzeczywiście jak w lustrze. Teraz on dał się złapać w ten jeden, rzadki moment, kiedy kawałeczek duszy przykleja się do portretu…
x x x
Klęski? Laury? Nie bywały tematem naszych rozmów, kiedy co jakiś czas odwiedzaliśmy na Śląsku stare kąty. Z trudnych doświadczeń osobistych i środowiskowych Stanisław Mazuś podnosił się, za wiele z nich – płacił. Pomiędzy I nagrodą w Konkursie Studentów Warszawy z 1965 roku a srebrnym medalem Gloria Artis i tytułem Honorowego Obywatela Miasta Tychy mieści się cały wachlarz dowodów uznania za talent, za konsekwencję, także za podejmowanie cennych inicjatyw społecznych. Otworzył się nieco w wywiadzie z Patrykiem Oczko, wydanym przez Muzeum Miejskie w Tychach, w formie bogato ilustrowanego albumu w roku 2022.
To wszystko ważne. Ale nie ponad samą twórczość. Jej ideę. Może dlatego w tym wywiadzie, zatytułowanym tylko nazwiskiem, skrzydełko okładki zdobi fragment jednego z tekstów o artyście autorstwa nieżyjącego już profesora Jerzego Madeyskiego: Stanisław Mazuś jest romantykiem o wyrafinowanym, lirycznym zabarwieniu, co różni go w sposób zasadniczy od heroiczno-epickich przedstawicieli tego światopoglądu. Zaś romantyzm – to przeciwstawienie się supremacji intelektu i rozumowego poznania świata, to kult uczucia, fantazji i przeszłości…





