Trzeci raz powtarzała klasę szóstą i nie chciała chodzić do szkoły.
„Musisz” – tłumaczono jej. Jeżeli tym razem otrzymasz promocję, to nie musisz już chodzić do klasy siódmej i ósmej, bo masz szansę przeniesienia do szkoły ogrodniczej. Tam przyjmują po szóstej klasie takich, co skończyli lat 15 czy 16 lat.
Czesia pojawiła się więc w szkole i, nie patrząc na nikogo, usiadła cichutko w wolnej akurat, ostatniej ławce. Była zresztą najwyższa i najstarsza. Siedziała ze spuszczoną głową, a włosy zwisały jej tak, że prawie nie widać było jej twarzy, bladej i nijakiej. Zapytana raz i drugi nie wiedziała o co chodzi. Postała chwilę w milczeniu i siadała z ulgą na pani skinienie. Pani wiedziała, że musi mieć duże zaległości. Nie da rady jej z tego wyciągnąć. Byle dotrwała do końca roku szkolnego, to pójdzie do tej ogrodniczej i będzie spokój. Jeszcze tylko pół marca, kwiecień, maj i z pół czerwca. Nie musi nawet przychodzić na zakończenie roku, bo świadectwo szkoła prześle tamtej szkole. Ach, jakie tam świadectwo. Byle zdała i będzie spokój.
Na przerwie próbowała z nią porozmawiać, ale Czesia zbywała ją monosylabami. Pani Uznańska pospieszyła więc do pokoju nauczycielskiego zostawić dziennik, wziąć inny na kolejną lekcję. Ledwo zdążyła przed dzwonkiem. Nie była z siebie zadowolona. Współczuła Czesi, a tak niewiele mogła dla niej zrobić. Powiedziała tylko: przyjdź po lekcjach do gabinetu historycznego. Pomogę Ci trochę w nauce.
– Dziś muszę iść z mamą do lekarza – odparła dziewczyna.
– To jutro.
Takich jak Czesia było w szkole wiele. Niektórych udawało się upchnąć w szkole specjalnej. Dobrze zapamiętała, jak mały Jasiu, któremu nic się w szkole nie udawało, uśmiechnął się po raz pierwszy, gdy usłyszał, że go tam przeniosą. Nie docierało do niego, że teraz na niego koledzy będą wołać: „głupek”, bo tam takich wysyłano. Nawet, jak na WF, ktoś zostawał w biegach w tyle, straszono: „No, bo pójdziesz do głupków!”.
O Jasiu myślała pani Uznańska, gdy po lekcjach wracała już do domu z torbą pełną zakupów, jakie po drodze robiła. Przyszło jej to do głowy, bo cały dzień myślała o smutnej Czesi, która dziś wróciła wreszcie do szkoły, a dobrze ją rozumiała, jak jej tu źle. Jak na złość, chcąc kupić lepsze mięso na obiad, zapędziła się jeszcze w uliczkę, gdzie stała owa szkoła specjalna, do której przeniesiono kiedyś smutnego Jasia i on się ucieszył, że tu będzie mu lepiej. Widziała go później raz, jak siedział na schodach tej szkoły sam, ze spuszczoną nisko głową, tak jakoś opuszczony i znowu zgaszony, osowiały. Zabrakło jej wtedy odwagi zagadać do niego. Pospiesznie przeszła na drugą stronę ulicy. Potem długo to sobie wymawiała. Dziś postanowiła usiąść obok niego na tych schodach. Ale go tam nie było.
Czy już do niego dotarło, że i tu nie jest tak dobrze. Cieszył się, że będzie miał lżej. Czyżby i tu się mu nie wiodło? Zawsze cieszył się na jej widok. Współczuła mu, głaskała po głowie. Ona go dobrze rozumiała, ale skrywała to głęboko przed koleżankami. Znała smak porażki.
Zresztą zawsze była wrażliwa na czyjś ból. Dotąd pamięta tych dwóch z ostatniej ławki, co nie zdali w pierwszej klasie. Ona, jako mała dziewczynka, siedziała w pierwszej ławce pod oknem, zaraz przy stole nauczycielki i była dobrą uczennicą, a ci dwaj, źli uczniowie, po przeciwnej stronie. W ostatniej ławce ostatniego, trzeciego rzędu. Zapamiętała ich, jak stoją tam, obaj smutni, ale jeden wysoki i chudy, nieco przygarbiony, drugi niski, pękaty, i nic nie mówią. Nic nigdy nie umieli. Oni nie zdali. Ten wysoki był strasznie smutny. A drugi? Już nie pamięta. Tylko, ile razy zobaczy ich w pamięci, to robi się jej od razu strasznie żal. Nikt nie mógł im pomóc? Co się z nimi stało? Dlaczego nikt nie zadbał, żeby byli weselsi? Obaj byli biednie ubrani, może nawet trochę brudni. Co się z nimi potem stało? Dotąd pamięta ich nazwiska, choć tyle lat minęło. I tylu już widziała smutnych uczniów z trudnościami w nauce.
Tak wyszło, że i ona, choć chciała być lekarzem, najlepiej okulistą, została nauczycielką i teraz często styka się ze smutkiem ucznia. Nie opowiedziała za dużo dyrektorce ani koleżankom, gdy jako wychowawczyni Czesi musiała iść w jej sprawie do sądu rodzinnego, gdy ta długo była nieobecna w szkole. Czesia przyszła tam z matką, starą, schorowaną kobieciną, biednie ubraną. Jakże się ta Czesia czule nią opiekowała. Prowadziła ją za rękę i cały czas trzymała. Mówiła za nią i uspakajała, żeby mama się nie denerwowała. A ta matka miała czymś pod rajstopami poowijane nogi, żeby nie zmarzła. Widać nie miały pieniędzy na ciepłe spodnie. Ta szorstka dziewczyna była wobec matki niezwykle czuła i delikatna. Tego się po niej nie spodziewała. Dlatego walczyła o nią, żeby jej nie wyrzucać ze szkoły i wnioskowała o pomoc finansową.
Jakże ona tę dziewczynę rozumiała! Wiedziała, co to znaczy chcieć się dobrze uczyć, a nie dać rady. Siedzieć godzinami nad podręcznikiem, a nic z tego nie pojmować. Pamięciowo wchodziło jej to nawet do głowy, dlatego radziła sobie z historią, ale z matematyką to nie wychodziło, Ani z fizyką. Dlatego ona dobra uczennica w szkole podstawowej, zadbana jedynaczka, oczko w głowie mamusi i tatusia, w liceum nie zdała.
To było straszne! Co teraz zrobią rodzice, którzy dotąd oboje chodzili na każdą jej wywiadówkę i szkolne zebranie i wykłócali się z nauczycielką o każdą jej trójkę a nawet czwórkę? I co zrobili? Kupili jej na pocieszenie biały, plastikowy koszyczek i białe klipsy w kształcie stokrotki. I tylko prosili, aby nie płakała. Długo siedziała w domu, a jak wreszcie wyszła raz pod wieczór, jak na złość, spotkała dwie koleżanki z klasy, które oczywiście zdały! Jakże one jej tych klipsów zazdrościły! I białego koszyczka, w którym niosła kosmetyczkę w kwiatki oraz czekoladę. Poczęstowała je i czuła się od nich ważniejsza. O świadectwie żadna się nie zająknęła.
Odtąd zaczęła wychodzić z domu. Gdyby nie te klipsy w formie stokrotek i pocieszenia rodziców, że nic się nie stało, coś by się w niej zacięło na całe życie i zniknęłaby w bylejakości, jak ów Tłusty i Nieradka, którzy nie zdali już na początku szkoły. W Czesi też się tak zacięło, gdy nie zdała po raz pierwszy nie otrzymała promocji. Powtarzając klasę, nie miała szans na dobre wyniki, bo nienawidziła szkoły. Za trzecim razem nie chciała nawet przychodzić.
Niejeden uczeń tak przepada. Ją uratowały klipsy na pocieszenie. Może i zazdrość koleżanek. One, choć zdały, nie dostały nic.
Potem znowu nie zdała przez głupią matematykę. I, jak to w życiu, wielkich niepowodzeń miała więcej. Szkoda sobie przypominać. Lekarzem nie została, lecz nauczycielką w szkolnej świetlicy. Potem zdobyła zaocznie magisterium i jest pełną gębą nauczycielką od historii. Tylko nie może za bardzo się nad uczniami roztkliwiać, żeby nie ujawnić, iż jej też się kiedyś nie udało. W szkole i nie tylko w szkole. I to tak, że nie ma jej nawet kto kupić klipsów na pocieszenie. Ale nie opowiada za dużo o sobie. I nad sobą się nie roztkliwia.
Długo w noc o tym wszystkim myślała, a nazajutrz ucieszyła się, że Czesia znowu przyszła do szkoły. Przywołała ją na przerwie i wręczyła małe zawiniątko.
– To moje klipsy. Ja ich dawno nie noszę, bo to dla młodych. Patrz na nie każdego dnia. Niech ci przypominają, że masz chodzić do szkoły, zdać i zostać dobrą ogrodniczką. Może kiedyś wyhodujesz dla mnie kwiat podobny do nich. A dziś po lekcjach pomogę ci trochę w nauce. Wszystkiego nie nadrobisz, ale poszukamy, co polubisz. Może coś z historii, może z biologii…
I Czesia dotrwała do końca roku. Nauczyciele stosowali wobec niej taryfę ulgową i zdała. Mogła nawet nie przychodzić po świadectwo, bo je już do szkoły ogrodniczej wysłano z innymi dokumentami.
Ale ona przyszła.
Tylko nie zajęła miejsca wśród swojej klasy. Stanęła z tyłu sali gimnastycznej przy samych drzwiach. Wszyscy teraz mogli zobaczyć, że była jakaś inna. Nie wystraszona, jak dotychczas, nie smutna ze spuszczoną głową, jakby bała się, że zaraz ją zapytają i dostanie dwóję. Stała wyprostowana, pogodna i zwycięska. Jakby chciała pokazać, że jest inna. W jakiejś szafirowej garsonce w paski, chyba przerobionej. A w uszach bielały jej klipsy, jak kwiatki. Już nie musiała być po szkolnemu.
Dziwiono się, po co przyszła?
Tylko pani Uznańska wiedziała.
Krystyna HABRAT
Katowice 23.1.25r.





