Zuzanna Ginczanka (1917-1944), poetka, egenda warszawskiej cyganerii międzywojennego dwudziestolecia. Sana, Gina, Gwiazda Syjonu, jak ją nazywano. Zaprzyjaźniona z Tuwimem i Gombrowiczem, bywalczyni kawiarni Ziemiańska.
Autorka jednego tomiku poezji O Centaurach.
Rozstrzelana przez Niemców w Krakowie zimą 1944 roku, tuż przed zakończeniem wojny.
Przesłanie artystyczne Ginczanki to „heroiczna radość” z samego istnienia, choćby nawet naznaczonego egzystencjalnym niepokojem czy obcością, poetka nieustannie w wierszach i w życiu podkreślała swoją odmienność, osobność, wynikającą z żydowskiego pochodzenia. Jej poszukiwania w zakresie języka poetyckiego oraz bezkompromisowość w przedstawianiu doświadczeń kobiety i Żydówki pozwalają przypuszczać, że w przedwcześnie zmarłej Ginczance polska poezja XX w. utraciła wybitny talent.
80 lat od tragicznej śmierci jej poetycka osobowość wciąż budzi ogromne zainteresowanie.
Ginczanka w swoich utworach odwoływała się do poetyki Skamandra – obniżenie tonu, słownictwo potoczne, witalizm, i Leśmiana – liczne neologizmy, a w ostatnich wierszach bliska była katastrofizmowi Czechowicza czy żagarystów.
Tak pisał o jej poezji w 1955 roku w „Twórczości” Michał Głowiński: „Już w swoich najwcześniejszych, najbardziej młodzieńczych utworach nie była Ginczanka epigonem, nie przejmowała bezkrytycznie stylu, obrazowania od poetów starszych, nie patrzyła na świat ich oczyma. Przypuszczam, że nawiązania do Tuwima i Leśmiana /…/ nie powstały tylko z urzeczenia ich twórczością. Poetka wyrażała ten sam właściwie stosunek do świata – stosunek jakby zachłannej wrażliwości na jego stronę zmysłową, biologiczną. Ginczanka jakby „agrafkami wpina się w świat”- by sparafrazować fragment jej wiersza. Nie kontempluje piękna przyrody, nie analizuje go, ale jakby wchłania tkwiący w niej ruch. /…/ Nie zna ona wyrazów łagodnych, miękkich, pieszczotliwych. Bardzo często ostrość sformułowań prowadzi aż do brutalności – oczywiście jest to brutalność zamierzona, zawsze umotywowana artystycznie. Dalej zauważa, że nie jest to poezja kobieca, choć w takim ujęciu próbowano ją czasem widzieć, nazywając Tuwimem w spódnicy.
Przeciwnie, jej poezja, jak z kolei pisze w książce Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki. Agata Araszkiewicz – jest to projekt na wskroś genderowy, zawierający rys androgyniczny, który stanowił próbę przezwyciężenia zdeterminowanej przez płeć kondycji kobiety.
Była kobietą wyzwoloną, łamiącą stereotypy, zbuntowaną, która – jak pisze Izolda Kiec, autorka pierwszej monografii Ginczanki – nie potrzebowała męskiej rekomendacji, by zaistnieć w świecie kultury. Ale pod pozorami tej niezależności a także zachwytami mężczyzn chwalących jej wiersze i urodę, krył się też dramat, który wyrazić mógł się w pełni tylko w melancholijnej i pełnej androgynicznych wątków poezji.
Czy rzeczywiście w świecie dominującej męskiej kultury Ginczanka mogła „odegrać jedynie rolę martwej albo demonicznej piękności”? Czy piękno było tu równoznaczne z piętnem? Jak naprawdę wyglądało życie poetki?
Zuzanna Ginczanka, a właściwie Zuzanna Polina Gincburg urodziła się w Kijowie w marcu 1917 r. w rodzinie żydowskiej. Pół roku później rodzina uciekając przed rewolucją przeniosła się do Równego na Wołyniu, do domu babki Zuzanny – Klary Sandberg.
W ciągu najbliższych pięciu lat Zuzannę opuścili oboje rodzice. Najpierw wyjechał ojciec, aktor, do Berlina, potem do Ameryki. Później matka z nowym mężem do Hiszpanii. Zuzannę, nazywaną Saną lub Saneczką, wychowywała babka.
Zuzanna samodzielnie nauczyła się języka polskiego, w jej domu mówiło się po rosyjsku. Debiutowała utworem Uczta wakacyjna w 1931 roku zamieszczonym w gazetce polskiego gimnazjum w Równem, do którego uczęszczała. W 1934 roku jej wiersz Gramatyka został wyróżniony na Turnieju Młodych Poetów ogłoszonym przez Wiadomości Literackie. Studiowała pedagogikę na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego, intensywnie uczestnicząc w życiu literackim i towarzyskim. Publikowała w „Wiadomościach Literackich” i „Skamandrze”. Od 1936 współpracowała z tygodnikiem satyrycznym „Szpilki”, gdzie ukazywały się m.in. jej zjadliwe satyry przeciw rosnącemu antysemityzmowi i faszyzmowi. W 1936 wydała swój jedyny tomik poezji O centaurach.
Pierwsze lata wojny spędziła we Lwowie, musiała maskować swoje pochodzenie, co nie było łatwe ze względu na ogromną i typowo semicką urodę. Na Ginczankę, jako ukrywającą się Żydówkę, złożyła donos niejaka Chominowa, gospodyni kamienicy, w której poetka mieszkała. W 1944 aresztowało ją gestapo. Została rozstrzelana na dziedzińcu więzienia przy Montelupich.
Wiersz Non omnis moriar Zuzanny Ginczanki ocalał cudem i stał się jednym z najbardziej dojmujących wierszy wojennych. Nazwisko donosicielki Chominowej przeszło do dziejów nikczemności i o ironio! do dziejów literatury, bo poetka uwieczniła ją w arcydziele wiele razy czytanym i omawianym przez wykładowców literatury i poetów, m.in. przez Annę Kamieńską i Juliana Przybosia.
Non omnis moriar
Non omnis moriar – moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I
suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze –
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.






