Strona główna Rok 2025 Nr 578 Franciszek Czekierda – SPRZECZNOŚCI I PARADOKSY

Franciszek Czekierda – SPRZECZNOŚCI I PARADOKSY

0
124

W eseju Antynomie i paradoksy w literaturze na wybranych przykładach (pisarze.pl nr 448 i 449 z 2020 roku) zarysowałem sprzeczności w poezji i prozie. W niniejszym tekście pragnę przedstawić niektóre sprzeczności i paradoksy na polu społecznym, nieznacznie zahaczając o łan literatury.

DYCHOTOMIA GOSPODARKI SOCJALISTYCZNEJ
Zacznę od refleksji historycznej. W państwach tzw. demokracji ludowej dominowała gospodarka państwowa uzupełniona spółdzielczą i prywatną. Ta ostatnia, zgodnie z założeniami ustrojowymi, miała później zostać wyeliminowana. W 1947 roku rozpoczęła się „Bitwa o handel”.  Władze postanowiły radykalnie ograniczyć, a w dalszej perspektywie zlikwidować handel prywatny. Po dwóch latach został on niemal całkowicie zniszczony, pozostały tylko jego drobne resztki, które nie miały większego znaczenia dla partii i rządu. Po wyeliminowaniu go, obumarło również prywatne rzemiosło, chociaż nie całkowicie.
Sytuację tę obrazowo przedstawił Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954: „[…] Poszedłem do mojego fryzjera. Jest to ponury cham, ale bardzo go lubię. Ginąca inicjatywa prywatna, malutki zakładzik w podwórzu na Chmielnej. W środku atmosfera niegrzecznej, prostackiej uprzejmości dla swoich klientów. […]. Z prasy i oficjalnego obrazu życia nikt by się nie dowiedział o istnieniu ginącej inicjatywy prywatnej w piątym roku polskiej sześciolatki. Wydaje się, jakby już jej nie było, a tymczasem tu widzimy jakiś sklepik, ówdzie warsztacik, tam kieszonkową fabryczkę krawatów lub broszek […]. Ostatnie schronienie kapitalizmu […]. Staro-nowa wiara, niezniszczalna przez swą zgodność z naturą ludzką i w ogóle. Cena istnienia: zmowa milczenia. Czy marksiści mają jeszcze czelność nazywać to zjawiskiem społecznym, dającym się wyjaśnić kategoriami walki klas?”.
Drugi przykład dotyczy również rzemiosła. Prywatny szewc, brat mojej teściowej, w latach sześćdziesiątych ub. wieku robił na zamówienie buty żonie pierwszego sekretarza PZPR, Zofii Gomułkowej, która nie chciała nosić sztancowego obuwia z państwowych zakładów. Ten przypadek pokazuje, jak na dłoni, dwoistość postępowania partyjnej elity: przywódca partii i  kraju tępił prywatną inicjatywę, jego żona zaś wspierała ją swoimi zamówieniami. Można jedynie domyślić się, że jeżeli Gomułka nie mógł przekonać żony do noszenia butów z państwowej fabryki, tym bardziej nie mógł przekonać społeczeństwa do wyższości gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną.
Przez cały okres istnienia PRL-u funkcjonowała prywatna przedsiębiorczość w handlu, drobnej wytwórczości i rolnictwie, dowodząc swojej wyższości nad nieefektywną gospodarką państwową; oto jeden z paradoksów ekonomii socjalizmu. Zgodnie z ideologią dwa sektory: przeważający państwowy (wsparty uspołecznionym) i skromny prywatny miały być wzajemnie się wykluczające, natomiast w praktyce rynkowej owe dychotomiczne elementy uzupełniały się. Obłuda i dwoistość myślenia władzy polegała na tym, że wyznając zasadę wyższości gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną, władza zezwalała na istnienie prywatnej inicjatywy, przyznając tym samym (wstydliwie i niechętnie), że państwo nie było w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb społecznych, a sektor prywatny (ciągle sekowany), dobrze je uzupełniał i nieźle sobie radził.

DWOISTOŚĆ WYBITNYCH JEDNOSTEK
„Cechą główną Marka Hłaski była dwoistość. W wieku lat dwudziestu kilku, kiedy miał twarz najbardziej ruchliwą, dominowały w niej dwa grymasy: tragiczno-zrozpaczony i pełen oszalałego szczęścia. […] W wielu listach są ślady tej rozpaczy [powieść radziecka o chłopcu, który został bohaterem narodowym, bo doniósł na ojca], że świat zmierza ku katastrofie, ponieważ umierają stare wartości, takie jak honor czy wierność. Z drugiej strony Marek był młodym, silnym, pełnym wigoru chłopakiem. To pchało go ku ogromnej radości życia. Dwie natury: wesoła i smutna, jasna i tragiczna splatały się mocno, zwłaszcza kiedy wypił trochę wódki. Wtedy jedną minę robił wesołą, a drugą smutną w ciągu pięciu minut” – pisała Agnieszka Osiecka o swoim przyjacielu (Alfabet Agnieszki, 1998). Ta krótka charakterystyka trafia w punkt i kto wie, czy nie jest wartościowsza od naukowych analiz literackich.
Rozdwojenie ludzkiej natury jest cechą charakterystyczną nie tylko tego pisarza. Plastycznie, choć w sposób przerysowany, przedstawił to Robert Louis Stevenson w noweli Niezwykły przypadek doktora Jekyll’a i pana Hyde’a (1886; pierwsze polskie wydanie ukazało się w 1925 roku pt.: Człowiek o dwu twarzach). Autor, znając wewnętrznie sprzeczne zachowania wielu osób, postanowił powołać do życia bohatera literackiego o podwójnej osobowości; spokojnego i szanowanego doktor Jekyla, który, po wypiciu w nocy tajemniczej mikstury, przemieniał się w groźnego mordercę Hyde’a.
W 1971 roku w warszawskiej Kulturze Hamilton (Zbigniew Słojewski) w felietonie Non possumus zauważył, że: „Ludzie nieznośni w życiu prywatnym bywają ludźmi niezastąpionymi w życiu publicznym. Ludzie najbardziej produktywni i twórczy nie zawsze bywają najmilsi dla swych żon i dla swego potomstwa”. Szkoda, że nie rozwinął tego wątku, lecz tylko zasygnalizował, pokazując sprzeczność ludzkiej natury. Tezą tą wyprzedził o kilkanaście lat Paula Johnsona, który w książce Intelektualiści (1988, wydanie polskie 1994) rozwinął ją z naukową wnikliwością, o czym pisałem we wspomnianym eseju Antynomie i paradoksy… Przypomnę w skrócie, że autor przeanalizował żywoty i dokonania piętnastu wybitnych postaci: Jana Jakuba Rousseau, Percyego Sheleya, Karola Marksa, Henryka Ibsena, Lwa Tołstoja, Ernesta Hemingwaya, Bertolda Brechta, Bertranda Russella, Jeana-Paula Sartra, Edmunda Wilsona, Victora Gollancza, Lilian Helmann, Georga Orwella, Evelyn Waugh i Cirila Connollyego. Charakteryzowali się oni zaburzeniami osobowości skutkującymi patologicznymi zachowaniami w relacjach z osobami najbliższymi. Ludzie ci tworzyli dzieła, w których – mówiąc w uproszczeniu – pouczali innych, co jest dobre i właściwe, a co złe, i nie właściwe, natomiast w prywatnym życiu rażąco naruszali głoszone przez siebie ideały i zasady. Takie zachowania wypełniają znamiona teorii dezintegracji pozytywnej, której twórcą jest prof. Kazimierz Dąbrowski, ceniony za to odkrycie na świecie (O dezintegracji pozytywnej, 1964).
Jedną z przyczyn dwoistości ponadprzeciętnych osobowości, a w niektórych przypadkach ich patologicznych zachowań może być deficyt umiaru, na co zwrócił uwagę Lucjusz Anneusz Seneka: „Wielkość natomiast jest szkodliwa przez brak umiaru: tak zbytnia plenność powala zboże na ziemię, tak pod zbytnim ciężarem owoców łamią się gałęzie, tak nadmierna wybujałość nie osiąga dojrzałości. To samo spotyka dusze ludzkie, które niszczy nieumiarkowane powodzenie” (Myśli, IV 39, 2-6).
Okazuje się, że dwoistość (i paradoksalność) dotyczy również ludzi zwyczajnych, na co zwrócił uwagę w rozmowie z Leopoldem Tyrmandem (Dziennik 1954) Stefan Kisielewski „Kisiel”: „Ja mam teściową. Jest stara, niemądra i nieludzko dobra. Jak popatrzyć wstecz na jej życie, nagle okazuje się, że ta głupia kobieta postępowała zawsze niezwykle mądrze”.
No i bądź tu mądry…

PORAŻKA – PIERWSZY KROK DO SUKCESU
Hasło to znają niemal wszyscy, począwszy od nauczycieli wszelkich przedmiotów, trenerów, menadżerów, polityków, a skończywszy na zwykłych zjadaczach chleba. Uczestniczyłem w wielu szkoleniach dotyczących różnych dziedzin, lecz na żadnym z nich nikt się nie zająknął, skąd to paradoksalne powiedzenie się wzięło. Najprawdopodobniej pierwszy sformułował je wspomniany już Seneka: „Często krzywda sprowadza lepszy Los. Wiele rzeczy runęło, by wznieść się wyżej” (Myśli, XIV, 91,13). Jest też drugie podobne starożytne powiedzenie: Per aspera ad astra – przez ciernie do gwiazd, rozumiane w ten sposób, że pokonując przeszkody osiągamy sukces. Sentencja ta towarzyszy mi od szkoły średniej, kiedy wychowawczyni zaproponowała, aby klasa wybrała ciekawą myśl i powiesiła ją na ścianie. Wybrano moją propozycję „Per aspera ad astra”. Niektórzy koledzy interpretowali ją w zawężony sposób: cierniami są nauczyciele, z którymi musimy się uporać, by ukończyć szkołę. Nawiasem mówiąc w równoległej klasie „A” uczniowie wykazali się większą odwagą, wybierając maksymę Heraklita „Nie każdy kto dużo wie, jest mądry” (w oryginale: „Wielość wiedzy nie użycza rozumu”), która była jawnym prztyczkiem w nos wobec niektórych wymądrzających się nauczycieli.
Fryderyk Nietzsche, prawdopodobnie posiłkując się powyższymi aforyzmami, sformułował nowy: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Zdanie to jest dzisiaj jednym z najczęściej cytowanych powiedzeń podczas różnego rodzaju szkoleń. Te trzy paremie pozwoliły narodzić się czwartej: „Porażka jest pierwszym krokiem do sukcesu”. Seneka i Nietzsche niewątpliwie na podstawie własnych doświadczeń i przemyśleń doszli do wniosku, że klęska w dążeniu do celu nie oznacza końca kariery, lecz jest integralnym elementem egzystencji; kształcenia się, rozwoju i wytrwałego dążenia do szczytów. „Nawet jeśli inni zajmą miejsce w pierwszej linii, a ciebie los rzuci między żołnierzy trzeciego szeregu, walcz także stamtąd głosem, zachętą, przykładem, odwagą” – wzywał Seneka.
Świadectwem prawdziwości tytułowego powiedzenia jest kariera pisarska Janusza Głowackiego, który po stanie wojennym rozpoczął od zera swoją amerykańską przygodę dramaturga. Po wielu dojmujących przeżyciach osiągnął niekwestionowany sukces na scenach międzynarodowych m.in. sztukami Polowanie na karaluchy (1986) i Antygona w Nowym Jorku (1992). W rozmowie z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą stwierdził: „Nic tak dobrze nie robi pisarzowi, jak upokorzenia” (Magazyn GW, 9-10 października 1998). Głowacki, człowiek  sukcesu, który wiele przeszedł, najlepiej wiedział, jak smakuje upokorzenie i jak można je przerobić na własną korzyść, aby stało się paliwem, dzięki któremu jest szansa wspięcia się na szczyty. Krótko mówiąc: najpierw poniżenie, potem sukces, kolejny paradoks jedności przeciwieństw.
Dydaktyczny wniosek (trącący myszką, lecz zawsze aktualny) dla wszystkich marzących o laurach: po doznaniu porażki nie wolno się poddawać, nie można jej wypierać. Trzeba ją „wziąć na klatę” i przerobić, czyli rozpisać na czynniki pierwsze, przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Porażka jest wpisana w sukces. Oczywiście łatwo się wymądrzać, bo wiemy dobrze, że fiasko, kompromitacja, ujma, pasmo nieszczęść, pech, plajta, przegrana, degradacja czy dotkliwa strata zniechęcają, zabijają aktywność, doprowadzają do depresji. Ale jeśli ma się świadomość, że początkowe klęski mogą być treściwym podglebiem sukcesu, łatwiej jest przełknąć ich gorycz. Ważne są jeszcze trzy dodatkowe czynniki: nie tracenie wiary (nie poddawanie się), wsparcie osób bliskich i czas leczący rany; one są fundamentalne w wydźwignięciu się z dołka i – jeśli nie w dążeniu do laurów – w wyjściu na prostą.

DYSONANS BOGATYCH
W uproszczeniu można powiedzieć, że bogactwo stanowi materialny fundament cywilizacji. Z bogactwem związane są także inne wartości, jak władza, znaczenie, sława, prestiż, pycha, próżność, snobizm, pragnienie podobania się itd. Prawda jest brutalna: ludzkie bytowanie sprowadza się głównie do parcia do przodu, zdobywania, osiągania, pomnażania pieniędzy i dóbr materialnych. Podszyte jest więc w znacznej mierze chęcią bogacenia się. Ale hola, hola… Przy nadmiarze materii gubi się duch. Pojawia się tu zasadnicza sprzeczność między tym, co ziemskie, czyli związane z dobrami doczesnymi, a tym, co pozaziemskie; święte, wieczne. Przed bogactwem przestrzega Jezus: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego [tym, którzy w dostatkach pokładają ufność]. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Mk 10, 24-25). I radykalniej: „Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 33).
No i mamy ambaras, który można ładniej nazwać paradoksem: jeśli zatem trudno jest wejść bogaczowi do nieba, rodzi się pytanie: czy osoby wyznające prymat ducha nad materią powinny żyć w ubóstwie lub co najwyżej skromnie? Raczej to drugie, lecz gołym okiem widać, że tak nie jest. W tych regionach globu, gdzie w większości zamieszkują chrześcijanie lub społeczeństwa zakorzenione w tradycji chrześcijańskiej dużo jest bogactwa (pozostańmy przy tym ogólnikowym określeniu) i ludzi bardzo zamożnych. Bogactwo, jako się rzekło, jest fundamentem cywilizacji i jednym z motorów dobrobytu. Moja konstatacja nasączona jest pesymizmem: ludzie wolą żyć w kleszczach między niebem a piekłem, w dysonansie między powierzchownym odczytywaniem Ewangelii, a rzetelnym stosowaniem jej nauki w praktyce, niż gdyby mieli się wyzbyć bogactwa i dobrobytu.
W pewnym momencie zauważono, że świat (ściślej ludzie na nim żyjący) podzielił się na bogatą Północ i biedne Południe. Przykra dwoistość, która powstawała przez wieki. Teoria o bogatej Północy i biednym Południu została sformułowana w 1980 roku przez Komisję ds. Międzynarodowych Problemów Rozwoju, której przewodniczył Willy Brandt, były kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Jednym z najważniejszych wniosków komisji było stwierdzenie istnienia wielkiej przepaści w poziomie życia ludności Południa i Północy.
Wspomniałem o dwoistości świata rodzącej się przez wieki. Myślę o czasach sprzed kolonializmu i niewolnictwa (choć oczywistym jest, że drapieżny wyzysk państw kolonialnych dramatycznie pogorszył sytuację ludności Południa). Pytanie: czy początki tego podziału nie były spowodowane w jakiejś mierze miejscem zamieszkania i warunkami klimatycznymi? Hipoteza jest następująca: wszelkie trudności na zamieszkiwanych obszarach wyzwoliły w mieszkańcach aktywność w celu ich pokonania, okiełznania i przerobienia ku pożytkowi ogółu. Działania tych społeczności odbywały się niejako wedle zasad „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” i „Przez ciernie do gwiazd”. Natomiast łatwiejsze do życia regiony ziemi, łagodniejsze klimatycznie, korzystniejsze pod względem ukształtowania terenu, a więc wygodniejsze do bytowania nie wyzwoliły w mieszkańcach takiego dążenia do poprawy swojego bytu, do innowacyjności (życie ich do tego nie zmuszało), jak u mieszkańców Północy.
Ta swobodna hipoteza oparta jest na paradoksie: tam, gdzie było trudniej, trudności pokonywano, aby żyło się lepiej. Tam, gdzie było łatwiej, niewiele zrobiono dla poprawy własnej egzystencji. Może w tej teorii ziarno prawdy jest zawarte?

SPRZECZNOŚĆ MIĘDZY NAGOŚCIĄ A POPRAWNOŚCIĄ

1. ROZBIERANIE SIĘ JAKO PROTEST
Inspiracją dla autorów libretta musicalu Hair (1967), Jamesa Rado i Gerome Ragniniego, była demonstracja uliczna przeciwko wojnie w Wietnamie. Kiedy policja zaatakowała młodych pacyfistów, ci na znak protestu rozebrali się. Przeniesiona na scenę nagość miała więc swoje uzasadnienie. Kilka lat po nowojorskiej premierze musicalu wspomniany wcześniej Hamilton w felietonie Striptease jako problem polityczny (1970) zastanawiał się: „Zresztą bardziej od nudystycznych demonstracji muzycznych interesują mnie nudystyczne demonstracje polityczne. Osobnik bez ubrania, ale z hasłem politycznym w miejscu publicznym… Czy to ma jakieś perspektywy? Czy to się przyjmie?”.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wówczas wydawać, że tego rodzaju akty raczej się nie przyjmą. Bo co ma piernik do wiatraka? Co rozbieranie się ma wspólnego z protestem społecznym? Ewidentna sprzeczność nagości z poprawnością społeczną i polityczną. Ówczesne rozumowanie było logiczne: nieprzystawalność dwóch zjawisk z dwóch różnych bajek powoduje, że między nimi nie ma punktu zaczepienia.
Od tamtego czasu podobne akty dość często się pojawiały w przestrzeni publicznej jako indywidualne bądź zbiorowe protesty przeciwko czemuś lub w obronie jakichś wartości. Oto trzy przykłady z ostatnich lat: w stanie Maine w USA w 2010 roku – marsz pań w topless w proteście przeciw nierównemu traktowaniu kobiet bez staników z mężczyznami z nagimi torsami; w Berlinie w 2021 roku – marsz aktywistek w topless i aktywistów protestujących przeciwko wyrzuceniu z miejskiego parku kobiety opalającej się bez stanika; w Teheranie w 2024 roku na terenie Islamskiego Uniwersytetu Azad – demonstracyjny spacer studentki rozebranej do bielizny protestującej przeciw napaści na nią przez korpus strażników rewolucji za rzekomo niewłaściwie noszoną chustę-hidżab. W tym ostatnim przypadku godne podkreślenia jest, że dziewczyna, walcząc o określone wartości, narażała się na surową karę lub nawet na utratę życia.
Wbrew sceptycyzmowi Hamiltona po latach okazało się, że publiczne rozbieranie się nabrało sensu, nagość stała się nową pozaestetyczną wartością. Nieprzystawalność nagości i poprawności była pozorna. Życie pokazało, że połączenie golizny z protestem stało się synonimem walki o coś.

2. STRIPTIZ W DOMU STARCÓW
Na zakończenie rozważań o sprzecznościach w wymiarze społecznym przytoczę krótką relację o striptizie w domu spokojnej starości św. Matyldy w miejscowości Heiberg w Belgii. Już samo zestawienie słów: striptiz i dom świętej Matyldy wywołuje niepokojącą refleksję. We wrześniu 2024 roku w związku ze zbliżającym się Tygodniem Osób Starszych terapeuta zajęciowy, Dorien Deboel, zaproponował zorganizowanie pokazu profesjonalnego striptizu. Seniorzy zgodzili się. Występ striptizerki i striptizera odbył się w stołówce. Pensjonariusze aktywnie uczestniczyli w pokazie, a striptizerka podczas występu (jeszcze częściowo ubrana) usiadła na chwilę starszemu panu na kolanach. Przed imprezą widzowie, zgodnie z przepisami, musieli potwierdzić swoją pełnoletniość, co zostało potraktowane, jako jeden z elementów zabawy. Podczas pokazu striptizerka wystąpiła w koronkowej bieliźnie, a następnie rozebrała się, pozostając w skąpych elementach garderoby bez górnej części. Jedna z seniorek podeszła do niej i pomagała jej w zdejmowaniu okrycia. Później wystąpił striptizer, mając na sobie kapelusz i  ręcznik. Przed imprezą organizatorzy obawiali się, czy się powiedzie. Przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem; frekwencja dopisała, a publiczność znakomicie się bawiła.
Odnosząc się do poruszanej tematyki myślę, że striptiz przed osobami w zaawansowanym wieku jest kolejnym paradoksem w ramach rozpatrywanych antynomii, zaś kluczowe w tym kontekście słowa: striptiz i starość mogły zrazu wywołać dreszczyk niepokoju. Przyjęło się bowiem, że tego typu imprezy odbywają się tylko dla osób młodych i dojrzałych. Belgijski przypadek złamał ten stereotyp, dowodząc, że nie ma sprzeczności między taką rozrywką a starością, natomiast skostniałe myślenie, że nietypowa zabawa jest niepoprawna, a więc nie wskazana dla ludzi w podeszłych latach, legło w gruzach. Paradoksalna sytuacja okazała się ożywcza.

ZAKOŃCZENIE
Zarysowane sprzeczności zdarzeń i sytuacji, dwoistość, dwubiegunowość, paradoksy, czy aporie wespół z jego logicznymi, prawidłowymi i harmonijnymi mechanizmami malują wielobarwny obraz świata. Wspólnie więc współtworzą jego bogatą i złożoną materię, której nie można oceniać tylko z punktu widzenia wartościującego, na przykład jako jedynie złej lub jedynie dobrej, niepoprawnej bądź poprawnej. Sprzeczności niedoskonałego świata i ułomnego człowieka koegzystując, tworzą paradoksalną i zarazem spójną całość NATURY.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułMarcello Comitini – wiersze. Przekład z języka włoskiego Izabella Teresa Kostka
Następny artykułTadej Karabowicz – Pieczęcie i stygmaty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko