Strona główna Rok 2024 Nr 572 Wiersze tygodnia – Krystyna Konecka

Wiersze tygodnia – Krystyna Konecka

1
344
Bogumiła Wrocławska
mal. Bogumiła Wrocławska


POWROTY

Gdy odchodzą, odchodzi świat. Ta cała jego
logiczna użyteczność, choć on nie wie o tym.
Sen bez sen-su w pościeli jak kamień u brzegu
Styksu. I umieranie z tęsknoty. Z tęsknoty.
Przez jakie trzeba przebrnąć bezdroża rozpaczy.
Przedzierać się przez ile zapętlonych nocą
labiryntów milczenia. Gdy krzyk nic nie znaczy,
bo nie ma kogo wołać i oprzeć się o co.
I oto złapać oddech daleko przed świtem.
Zaniemówić. Bo nagle ta postać w oddali.
Bo na polu kwitnącym cichym lnem błękitnym
w ślepym od dawna sercu płomyk się zapalił…
     Nie pytajmy o sensy. Uwierzmy najprościej:
     są takie przebudzenia. Powroty z ciemności.


SONETY CODZIENNE. VIII

Od księżyca do słońca oszalałe konie
w czerwonych grzywach osty na pamięć wolności
zeszłoroczne kopyta po drewnianym moście
zardzewiały cieniutko naprzeciw pogoni

jeszcze horyzont grzbietu lemieszom w pokłonie
i aksamitne nozdrza w uzdę cierpliwości
zanim w gorących kłosach ziarenko radości
zanim stromym topolom posiwieją skronie

pod konarem obłoku do mnie nachylonym
w krwi oratorium zliczam moje nasze plony
z wtórnych nobilitacji z popielnych feniksów

stylowy szał legendy cień apokalipsy
liturgia kontestacji antynomie świata
dzień na śmierć się zaorał w monologu bata.


SONETY CODZIENNE. IX

dzień na śmierć się zaorał w monologu bata
do kolejnego świtu będzie po pogrzebie.
Trumna z blasku księżyca na wygasłym niebie
ostatnia garstka myśli przy wyschniętych kwiatach.

Konieczne umieranie śnieg na skraju lata
kula o której cicho nóż w gorącym chlebie
dobra cisza pamięci pozbawiona ciebie
któraś ledwie zapachem w spopielałych szatach.

Za górami brzozami naszyjnik z bursztynów
siwa pieśń o Jasieńku fotografie synów
strzelistość ostrobramskiej w liliowym obłoku

i aksamitka wisły dwudziestego roku
poskąpiono werniksu wyblakłym obrazom. 
Chryzantemy złociste potrzaskany wazon.


OGIEŃ

Ten dom był chory. Wgięty dach papą łatany.
Wróżono… prędzej – później… nic go nie uchroni.
No, i stało się. Ledwie w niebo skoczył płomień –
było po… Straż bez syren. Śnieżysty poranek.

Krokwie, stropy pospołu w wypalonych ścianach
parteru. Niczym w urnie. Szal, patefon, konik
na biegunach już tylko w domyśle. Agonia
obcego losu. To – tam. A co nam pisane?

Pośród zgliszcz pierwsze pąki na ściętych gałęziach.
Niedorzeczny zielony stolik. I w wesołych
klamerkach sznur do prania przy pniu na uwięzi.

Pod kominem zwycięska sterta szczap się bieli.
Gdyby nie węzeł włosów w kolorze popiołu…
Gdyby nie twarz kobieca w wygasłej pościeli…


DOTKNĄŁ MNIE ŚMIERĆ

Nie średniowiecznie blady z kosą w kostkach dłoni
u wezgłowia, czy w pląsach z dance macabre. Lecz z kości
i krwi. Z przypadku. Z męskiej na drodze sprawności.
… Rozdźwięk między tym dźwiękiem a ciszą tuż po nim…

– Jeszcze cię nie chcę – westchnął – zaledwie pogłaszczę.
Jakoś mi nie przystajesz do typowych reguł
geometrii kolizji. Więc bądź. Choć z niczego
nie wychodzi się cało. Gdy drzwi nie ma zwłaszcza.

Zatem odkrywam krwiste hiszpańskie El Móro
Tempranillo Gernacha umykając chmurom
jedenaście tysięcy metrów nad grobami.

Kruchy statecznik skrzydła jak anielskie ramię.
Żywe krople – łez? Wina? Dławiący dylemat.
Więc śmierć mnie nie ma. Ale i mnie trochę nie ma…


MODLITWA

Zdarzyłam się bezgłośnie. Myślałeś, że kamień.
Zapomniałeś. A czas – nie. Ciął mój los jak brzytwa.
Ileż razy słowami nieznanej modlitwy
szeptałam, byś nie rzucał mną o ziemię, Panie.
Jak więc przez bagna, morza, przez ogień i chmury
przebrnęłam? Jak w ciemnościach rozpoznałam miłość?
I to, co zwą sukcesem? Strwożona prosiłam
niebo nocą –  nie podnoś mnie, Panie, do góry.
Mam dla siebie samotność o świcie. I chwilę
na westchnienie nad światem, z którym coś się stało
niewyobrażalnego, o czym nie wiedziałam.
Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Czy obok? Więc tylko
     proszę, proszę, nim los mój zamieni się w śnienie
     –  nie podnoś mnie do góry. Nie rzucaj o ziemię…


SEKRETNE SCHODY W HOLYROODHOUSE

Więc było depresyjnie. Mroczne doświadczenie,
gdy przez chwilę samotnie wstępując w historię
w wąskiej obręczy wieży, w strachu i euforii
zdana byłam na łaskę pustki i kamieni.

Tylko w górę. Spiralnie poprzez wachlarz schodów.
Zawrócić? W zakręconej przepaści pode mną
odcięli drogę inni. Już są. Lecz daremnie
walczę z irracjonalnym szlochem bez powodu.

Czy już po tych posępnych doznaniach? Łagodnie
uchyla się portiera wnętrza buduaru
Marii, królowej Szkotów. Ale krzyczą słowa,

że po spiralnych stopniach weszła tutaj zbrodnia,
której skutkom do dzisiaj nie można dać wiary.
Wydostać się. Zapomnieć. O, łzo… O, królowo…


NA WILEŃSKIEJ JEROZOLIMCE

A grobów wciąż przybywa. Już duszno pod ścianą.
Stawiałam tutaj znicze, teraz palę nowe.
I pod najcichszym krokiem, pod najlżejszym słowem
pęka coraz dotkliwiej ziemia obiecana.

A jeszcze noszę w sobie cmentarzysko złudzeń.
Mroczne krypty miłości. Nagrobki nadziei.
Kurhany rozczarowań do wzniosłych idei.
Betonowe grobowce wiernej wiary w ludzi.

Trwamy tak pośród mogił już wczoraj skazani.
Umarli. Konający. I ci co umrzemy
z tą jaskrawą pewnością wobec darów losu.

Moi w wileńskich mogił rodzinnej przystani
Nieświadomi jak ptaki dokąd zmierza ziemia
– ta eliptyczna urna w meandrach kosmosu.


POCZĘCIE

Wtedy na Wileńszczyźnie stał mróz. W rannym chłodzie
ojciec zgarniał ze śniegu nagich ptaków stada.
Nocą w drewnianym domu wojennym w Podbrodziu
odnajdywali ciepło, chyba przez przypadek.
Dzieci spały nie wiedząc. Dziewięciomiesięczny
brat pod betami z pierza w kolebce drewnianej.
Dziesięciodniowa siostra też – w kruchej trumience
pod kamieniem z pasyjką za rzeką Żejmianą.
Ledwie stałam się kroplą, tylko domniemaniem,
a już mi nieśli dary trzej wujowie z Jałty –
i bilet w jedną stronę do niejasnych granic
ziemi i wyobraźni narzucony gwałtem.
     Nie porzucajcie swoich – prosiłam – ogrodów.
     Niestety… Nikt nie słyszał nawoływań płodu…


MOGIŁKA W PODBRODZIU. II

Z sercem ściśniętym nadziei obręczą
i fotografii blizną papierową
w miejscu gdzie nikt już nikogo nie chowa
przez szczątki bramy wchodziłam na cmentarz

po śladach znaków opłakanych deszczem.
Niepamięć tutaj mrok i skrzydło sowy
nad zgodną ciszą bezskrzydłych aniołów
wypełniającą tę prapolską przestrzeń.

Już pożegnałam wierszem krzyż nieznany
na starszej siostry grobie niemowlęcym
w litewskim dzisiaj Podbrodziu – Pabrade

i oto stoję jak sosna złamana
z bliźniaczym grobem na zetlałym zdjęciu
łzom dając płynąć na rodzinny kamień.


KOŁYSANKA DLA NAS

Jest zwykle jakieś niebo pogodę wróżące.
Jest najzieleńsze drzewo. Jego szept nad domem
z miłości jak jaskółcze gniazdo ulepionym.
Radosny czas dzieciństwa pod bezpiecznym słońcem.

I jest szyderstwo losu. I modlitw daremność.
Tracisz niebo. I drzewo. I dom. I nadzieję.
Historia – ironistka przewrotna szaleje
nigdy nienasycona człowieczym nieszczęściem.

Gniew. Lęk. I nic co ludzkie… I spalone mosty.
Umieranie z rozpaczy, tęsknoty i żalu.  
Więc nim ludzkość się znowu w obłędzie pogrąży –

przez horyzonty śmierci i krwi drogą prostą
wracaj do siebie.  Trafisz szukając wytrwale.
Zdążysz przypomnieć swoje niebo. Może zdążysz.


BŁĘKITNY BALKON

I to wśród augustowskich zatrzymam pamiątek.
Oniryczne poczucie nierzeczywistości –
wizualny incydent. W śródmiejskim zakątku
wiszący balkon. W trwałym stanie nieważkości
z chagallowską fantazją swobody koloru.
Kto? Kiedy zdobił ażur? Według czyich marzeń?
Po kim smutny pustostan? Okienne otwory –
parter ślepy z grafitti niczym w tatuażu?
Kto wzniecił ogień?! Krokwie zwęglone w płomieniach
odkryły nad mansardą niebo. Akt ostatni
za szybą, że ruina grozi zawaleniem.
Niech wreszcie. Tylko balkon w powietrzu zostawcie.
     Wiatr strąca z balustrady tony nieuchwytne
     glissanda gershwinowskiej rapsodii błękitnej.


THE HOMELESS BARD

Trafalgar Square z Nelsonem w ludzkich falach tonie.
Pośród nich – niczym wyspa – Bezdomny Poeta
kreśli strofy na płytach białą kredą w dłoni.
Ktoś z tłumu odpryskuje do puszki monetą.
Swe kamienne tablice w zgodzie z Dekalogiem
na kolanach, z pokorą – przed Bogiem? Przed Słowem?
zapisuje spowiedzią – przed Słowem? Przed Bogiem?
Przede mną? Gdy w półszepcie schyla siwą głowę…
Wersety są czytelne z bożej wysokości.
Więc swój LITTLE VOICE posyła ten, co mu nieobce
nic co ludzkie. By przyszła z aniołem miłości
DEATH wziąć strudzone ciało o posturze chłopca.
     Bard Lee klęka nad wierszem z pożegnalnym gestem.
     – Nie trać wiary! – Ty także. Bądź szczęśliwy. – Jestem…

Londyn, 1.06.2018


Z ŻYCIA KOLIBRÓW. TREN

           Pamięci Edwarda Zymana

Ptasie były z Kanady listy w zeszłą jesień.
Za oknem kokietuje mnie – pisał – urodą
koliberek, i już tak jak w pierwszym okresie
nie płoszy się. Uwielbia tkwić w gąszczu ogrodu.
Nie sam, bo w towarzystwie drobnej kulki puchu
– mistrzyni „kokieterii gamy wyszukanej”.
„Gdy macha skrzydełkami, prędkość jego ruchów
 wprowadza mnie w kompleksy”. Codziennie od rana
witają razem wenę i słońce w zieleni
– poeta w swoim oknie, ptaszki pośród liści.
Już pewien, że podobnie jak on przyjaźń cenią,
i są to – w kwestii gniazda – tradycjonaliści.
      Czemu więc zniknął? Przecież trwają tam uparcie.
     Tego nie robi się też kolibrom. Edwardzie.


CZARNE MOTYLE

Raz tylko krwisty płomień szarpnął kartek białych
wachlarzem. Potem lekko wionęły ku niebu
czarne płatki skrzydełek. Wśród iskier nieśmiałych
oświetlających ścieżkę cichego pogrzebu.
Życzę im odpoczynku w obłokach. Na chwilę.
Zanim dotrą do celu. Tym bardziej chcę wierzyć
Faulknerowi, gdy mówił, że „przecież motyle
są zbyt lekkie, ażeby mocno się uderzyć”.
Dlaczego w tym momencie odległy o wieki
jawi się – bez odniesień, poza tym, że ogień –
pożar aleksandryjskiej cennej biblioteki,
gdzie podpalano zbiory uznane za wrogie?
     W końcu w ogrodzie tylko odeszły w zaświaty
     duszyczki rękopisów sonetów. Prywatnych.


KRUCHOŚĆ. XIV

Czy „Bóg ją zetrze palcem” czy „wleje w nią życie”
zaczynając od kropli. Od kroplówki deszczu.
Podłączyć respirator. I jak okno przestrzeń
na oścież. I na światło wypełznąć z ukrycia.
Ze zdjęcia majowego śnieg na płatkach gruszy
ucałować… Rozliczyć ciężkich grzechów rejestr.
Myliliśmy się. Kłamiąc. I myśląc że nie jest
nam obce nic co ludzkie – śladem Terencjusza.
Gdzie my dzisiaj? Gdzie Ziemia? Wlecze się to wszystko
na jednym Wielkim Wozie. A obok Tanatos
niepostrzeżenie groźny w niewidzialnych szatach.
Kto zostanie strącony? Człek – Boże igrzysko.
     I nam ścieżki splątano, gdy oszołomieni
     właśnie mieliśmy jechać… Prześcigać marzenia…

Maj, 2020


ZNIKANIE

Znów – często – coraz częściej – pod pętli nawisem
Odbywam, jak monodram, z masek rozebrana
Dialog z minionym. Skąd tu dobiega nad ranem
Szept w tonach requiem. Kto jest ze mną. Ty? Czy nicość.

Selekcja księgozbioru świtem. Niech księżyca
Oko nie dojrzy tomów myszom darowanych.
Stopklatek codzienności rozliczane. Zmiany
W maskę rafaelickich do niedawna rysów.

Resetowanie wspomnień. Drogim spadkożercom
Nic po nich. Więc odfruną wraz z szyderstwem wiatru.
Gwałtowny przypływ ciemnej krwi odetnie serce.

W tym prześmiesznym spektaklu z proscenium teatru
Schodzimy maska w maskę. Ostrożnie, kochanie.
Przed nami najtrudniejsza z trudnych ról. Znikanie

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
[email protected]

Poprzedni artykułAndrzej Walter – Lekka przesada raz jeszcze
Następny artykułDARIUSZ PAWLICKI – O OGNIU, NIE TYLKO Z HERAKLITEM W TLE

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko