Franciszek Czekierda – NIEPOJĘTE PRZYPADKI

2
201


WIDZENIE GOETHEGO
Dwudziestojednoletni Johann Goethe, po przerwanych studiach w Lipsku, kontynuował naukę prawa na uniwersytecie w Strasburgu. W październiku 1770 roku w pobliskiej wiosce Sesenheim poznał osiemnastoletnią córkę pastora, Fryderykę Brion. Młodzi zakochali się. Po niecałym roku Johann postanowił zakończyć związek. Podczas ostatniego spotkania nie potrafił jej tego powiedzieć (uczynił to dopiero listownie po pewnym czasie). Wracając od niej konno miał wizję:  ujrzał Fryderykę w szarej sukni z delikatnym złotym ornamentem. Po ośmiu latach we wrześniu 1779 roku, podczas drugiej podróży do Szwajcarii, jechał tą samą drogą, by odwiedzić byłą ukochaną. W Sesenheim spotkali się. Fryderyka miała na sobie taką samą suknię, w której widział ją w swojej wyobraźni przed kilkoma laty. Nie mógł pojąć, jak to się stało.

PIŁSUDSKI I CYGANKA
Józef Piłsudski przebywał jako zesłaniec dwa i pół roku na Syberii, od grudnia 1887 do lipca 1890 roku. We wspomnieniach z tego okresu zanotował następujący epizod: „Poszedłem pewnego razu do nędznej jurty, w której przebywała cyganka trudniąca się wróżbiarstwem, zamawianiem i leczeniem. Zachciało się popatrzeć w przyszłość.
– Powróż, babo – rzekłem. Cyganka nie dała się prosić. Coś tam mruczała, skrzeczała i wreszcie ujęła mnie za rękę. Gdy jednak spojrzała na dłoń, twarz się jej wykrzywiła strachem, czy też zdziwieniem. Krzyknęła tylko:
– Cariom budziesz! – i uciekła”.
Choć wśród cyganów zdarzało się wielu naciągaczy, ta musiała być prawdziwą wróżką. Po latach okazało się, że istotnie, Piłsudski został „polskim carem”, czyli naczelnikiem państwa.

SZTAFETA HOFFMANÓW
Od jakiegoś czasu na naszych ziemiach zachodnich i północnych poszukuje się śladów ciągłości historycznej nie bacząc na to – i słusznie – że kiedyś coś było niemieckie, a teraz jest polskie. W 1971 roku ukończyłem Liceum Ogólnokształcące w Strzelinie w niecałe sto lat od założenia tej szkoły, Gimnazjum Męskiego, w 1873 roku. Po przejęciu tych ziem przez Polskę w budynku gimnazjalnym dnia 7 listopada 1945 roku rozpoczęło działalność edukacyjną Państwowe Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące.
Niemiecki dyrektor szkoły, Otto Hoffman, przekazał klucze do szkoły polskiemu dyrektorowi Kazimierzowi Hoffmanowi. Nie muszę dodawać, że zbieżność nazwisk była przypadkowa. I zarazem symboliczna w kontekście historycznej spuścizny i ciągłości dziejów.

DOM W ŚWIDNICY
Maria i Marian Skorupscy, rodzice Kazika, mojego przyjaciela, przed drugą wojną światową mieszkali na kresach wschodnich we wsi Łoszniów koło Trembowli. Na skutek wojny i przesunięcia granic Polski, zostali w ramach repatriacji przewiezieni na ziemie zachodnie do Świdnicy. Tu ulokowano ich w poniemieckim domu, w którym znajdowała się pracownia krawiecka z kilkoma maszynami do szycia marki singer. Właściciel został ewakuowany, podobnie, jak inni Niemcy, przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Rodzina Skorupskich mieszkała tam krótko, ponieważ dowiedziała się od znajomego, że prawie wszyscy łoszniowiacy ulokowali się w Kuropatniku koło Strzelina. Nie namyślając się długo spakowali swój skromny dobytek (łącznie z niemieckim „singerem”, bo ojciec Kazika był krawcem) i opuścili Świdnicę.
Od czterdziestu lat Kazik mieszka we Francji. Jednym z jego znajomych jest Niemiec, architekt Eckart Lüps, zwany Lupo, który dość często go odwiedza. Podczas jednego ze spotkań koledzy zgadali się na temat swoich rodzin.
– Moi rodzice po wojnie mieszkali krótko w Świdnicy – Kazik opowiadał.
– Dokładnie gdzie? – Eckart zainteresował się.
– Pojęcia nie mam. Wiem tylko, że była to willa po jakimś krawcu.
– Był tam zakład krawiecki?
– Na parterze. W największym pokoju znajdowały się cztery stanowiska z singerami.
– Cztery? – upewnił się. – Stary! – wykrzyknął Lupo. – Ja się tam urodziłem. To był warsztat krawiecki mojego ojca – ucieszył się jak dziecko.
– Witaj w domu – podsumował Kazik.
Po ponad siedemdziesięciu latach od wojny synowie dwóch rodzin – polskiej i niemieckiej – przypadkowo się spotkali, odkrywając, że ich rodzice mieszkali w jednym domu w Świdnicy. Co prawda w różnym czasie, ale jednak ta niemiecko-polska sztafeta zmian (wymuszona przez los) została przekazana w świdnickiej willi krawca, a jej symbolicznymi uczestnikami byli Eckart i Kazik.

TRZEJ BRACIA
Tenże Kazik ma dwóch braci: Staszka mieszkającego w Kanadzie i Zbyszka w Stanach Zjednoczonych. Kazio został zmuszony do opuszczenia Polski w 1982 roku z powodów politycznych (był internowany w stanie wojennym), Staszek i Zbyszek wyjechali z przyczyn ekonomicznych. Któregoś dnia wszyscy spotkali się w Kanadzie. Postanowili to uczcić. W związku z tym, że Staszek mieszka w pobliżu granicy z USA, gdzie alkohol jest tańszy, we trójkę pojechali tam, by zakupić większą ilość trunku. Butelki włożyli do bagażnika. W drodze powrotnej do Kanady zatrzymała ich amerykańska policja. Bracia przestraszyli się, ponieważ przewozili znacznie więcej alkoholu, niż dopuszczają przepisy. W razie szczegółowej kontroli mogli mieć poważne kłopoty; wiadomo, że z policją USA nie ma żartów. Najpierw jednak funkcjonariusz w ramach rutynowych czynności poprosił trójkę mężczyzn o dokumenty. Każdy z braci wręczył mu swój paszport; na każdym widniały trzy identyczne nazwiska: Skorupski. Jednak dokumenty te zostały wydane w różnych krajach; Kazika we Francji, Staszka w Kanadzie, a Zbyszka w Stanach.
– What’s the matter? – Policjant, wskazując palcem na nazwiska w  paszportach, był szczerze zdziwiony.
Staszek nie chciał mu tłumaczyć skomplikowanych polskich i rodzinnych losów, bo trwałoby to długo, Amerykanin zaś mógłby tego nie zrozumieć. Powiedział więc prostym dla niego językiem:
– Rodzice dużo podróżowali po świecie.
Policjant uśmiechnął się i kazał im odjechać.

DOBRA INTENCJA
Pewnego dnia w kuchni pracowniczej piłem z Leną herbatę. Rozmawialiśmy o dziwnych przypadkach, których klimat przypominał nieco Opowiadania profesora Tutki Jerzego Szaniawskiego. Lena zaczęła snuć opowieść, którą przeżyła ze swoim partnerem, obecnie mężem.
– Przed paroma laty szłam ze Stevenem do kina Atlantic. Na chodniku przed rotundą PKO zatrzymała nas stara kobieta, prosząc o pieniądze na lekarstwa. Steven, bez ociągania się, dał jej dwadzieścia złotych. Poszliśmy dalej. „Po co aż tyle? – zdziwiłam się. – Przecież ona mogła cię naciągnąć”. Steven odparł, że liczy się dobra intencja.
– Następnego dnia powaliła go poważna choroba – ciągnęła Lena – która od jakiegoś czasu mu doskwierała, lecz lekarze nie potrafili jej zdiagnozować. Karetka zawiozła go do szpitala, gdzie po badaniach przeszedł poważną operację. Po długim czasie doszedł do zdrowia. Kiedy czasem wspominamy spotkanie z nieznajomą proszącą o pieniądze na leki, Steven uważa, że tamten gest dobrej woli uratował mu życie. 
– Wielu ludzi odnosi się krytycznie do takiego zbierania pieniędzy – powiedziałem. – Ale w tym przypadku wsparcie Stevena dla kobiety stało się pewnego rodzaju zadatkiem we własnej intencji, jak modlitwa.
– Która została wysłuchana – Lena podsumowała.

SZCZĘŚLIWE PRZYPADKI PANA TADEUSZA
Podczas realizacji węgierskiego filmu Flisacy przez kilka tygodni pracowałem w sanockim skansenie z panem Tadeuszem Poznańskim, robotnikiem od wszystkiego. Polubiliśmy się. Po zakończeniu zdjęć, gdy rozstawaliśmy się, opowiedział mi, jak cztery razy cudem uniknął śmierci.
– Gdy miałem trzynaście lat pływaliśmy z kolegą w Sanie. Przepłynąłem rzekę dwa razy i nagle złapał mnie w nogę skurcz. Poszedłem na dno. Kolega zanurkował i wyciągnął mnie za włosy. Dzięki niemu nie utopiłem się.
– Drugi raz było to w wojsku w czasie ćwiczeń z ostrą amunicją. Jeden z żołnierzy nagle przestraszył się dzikich koni, które rzekomo zaczęły na niego galopować. Koni nikt nie widział. Przerażony wystrzelił w ich kierunku całą serię pocisków. Akurat stałem na linii strzału, kule przeszły mi nad głową, po chwili zdjąłem czapkę i zobaczyłem w niej kilka dziur.
– Trzeci raz uniknąłem śmierci, gdy jechałem wozem konnym. Na tych naszych krętych drogach różnie bywa… Ni stąd ni zowąd pojawiła się przed nami ciężarówka, która z dużą prędkością pędziła prosto na mnie. Uderzyła w wóz, z którego została harmonia. Koń został zabity. Nie wiem jakim cudem wyszedłem bez szwanku.
– Za czwartym razem szczęście dopisało mi podczas wyrębu. Rębacz ściął wielkie drzewo, które przechylało się, ale dość daleko ode mnie, po czym z hukiem zaczęło spadać na sąsiedni dąb, następnie odbiło się od niego i rykoszetem otarło mnie o rękę i nogę. Gdy zdjąłem koszulę i podwinąłem nogawkę spodni, przestraszyłem się; cała prawa strona ciała była czarna, był to jeden wielki siniak. Najdziwniejsze, że nie miałem żadnego złamania.
– Tyle razy czmychnąć spod kosy… – dziwiłem się.
– Cud. Nie rozumiem tego. – Po chwili dodał: – Ja serdecznie wierzę w Boga. – Po kolejnej pauzie powtórzył to zdanie dobitniej.
Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś z taką żarliwością złożył wyznanie wiary.

WSPANIAŁA MATKA
– Michał, mój syn, zaczął studiować prawo na Uniwersytecie Wrocławskim – opowiadała mi Gośka, koleżanka z ogólniaka. – Postanowiłam dotrzymać mu kroku i również podjęłam zaoczne studia prawnicze. Na trzecim roku miałam egzamin ustny z prawa rodzinnego. W gabinecie profesora zupełnie przypadkowo egzaminowany był także mój syn. Gdy przygotowywałam się do odpowiedzi widziałam, jak męczył się przed egzaminatorem; na pierwsze pytanie nic nie odpowiedział, na drugie – dukając – udzielił niezadowalającej odpowiedzi. Profesor podziękował mu mówiąc, że musi postawić mu ocenę niedostateczną. W tym momencie nie wytrzymałam; przeprosiłam profesora, przedstawiłam się mówiąc, że jestem matką tego studenta i że jesteśmy na jednym roku. Po czym poprosiłam go, aby dał mu jeszcze jedną szansę. Egzaminator, zdziwiony nietypową sytuacją, zadał Michałowi jakieś proste pytanie, na które otrzymał prawidłową odpowiedź. Syn zdał egzamin. Gdy opuszczałam gabinet, usłyszałam, jak profesor powiedział mu cicho: „Ma pan wspaniałą matkę”.

EGZAMIN Z EKONOMETRII
– Raz w życiu doświadczyłam obecności ducha – opowiadała mi Ola.
– Mówiłaś, że w duchy nie wierzysz – przekomarzałem się.
– Nic takiego nie mówiłam – obcięła mnie. – Miałam egzamin z ekonometrii, która była dla mnie czarną magią. Nawiasem mówiąc nie jestem uzdolniona z przedmiotów ścisłych. W gabinecie profesora wylosowałam kartkę z pytaniem. Przeczytałam uważnie i przeraziłam się, bo nic nie zrozumiałam. Poprosiłam o zamianę pytania. Profesor nie zgodził się. Bezradna siedziałam nad kartką, mając pustkę w głowie. Nagle zaświtała mi myśl, żeby poprosić o pomoc nieżyjącego ojca.
– Desperacki pomysł.
– Zawsze mnie wspierał w trudnych chwilach. Jego marzeniem było, abym ukończyła studia. I wyobraź sobie, że po kilku sekundach namacalnie poczułam jego wsparcie. W skupieniu przeczytałam jeszcze raz pytania i olśniło mnie. Zrozumiałam zadanie. Po kilku minutach rozwiązałam je. Wydarzyło się coś, czego do dzisiaj nie rozumiem. Wierzę, że wtedy pojawił się przy mnie duch taty, który mnie wspomógł.

PAMIĄTKA Z JEROZOLIMY
Z szafy wyjąłem pamiątkę z Ziemi Świętej w kształcie małego kartonowego pudełeczka z przeźroczystą folią na wierzchu. Otrzymałem ją od Zdziszka, mojego brata. Wewnątrz  znajdują się cztery fiolki: z wodą święconą, kadzidłem, oliwą z oliwek i świętą ziemią, zaś pośrodku krzyżyk z drewna oliwkowego z figurką Jezusa. Postanowiłem postawić pamiątkę na regale z książkami. Odkurzyłem ją i zamierzałem zapisać na tylnej ściance rok, w którym otrzymałem prezent. Nie pamiętałem jednak, kiedy to było. Zamierzałem zadzwonić w tej sprawie do brata. Wziąłem telefon i… w tym momencie zadzwonił Zdziszek.
– Telepatia – mówię po przywitaniu się. – Właśnie zamierzałem do ciebie zatelefonować. Słuchaj, w którym roku dałeś mi to pudełeczko z Jerozolimy?
– Nie uwierzysz… – usłyszałem jego zdumiony głos. – Właśnie w tej chwili robimy porządki, bo mamy nowe meble i Lidka wyciągnęła identyczne pudełeczko z Ziemi Świętej, które też jej dałem w prezencie. To był 2018 rok.


SEN I JAWA
Byliśmy z rodziną na letnim wypoczynku w miejscowości Burbiszki nad jeziorem Gaładuś przy granicy litewskiej. Któregoś dnia zaplanowaliśmy wycieczkę do Sejn. Przed nią w nocy miałem niepokojący sen: jechałem samochodem i z naprzeciwka nacierał na mnie z impetem jakiś samochód osobowy; doszło do czołowego zderzenia i w tej sekundzie obudziłem się spocony. „Muszę uważać, jak będę jechał” – pomyślałem.
Po śniadaniu z żoną i dziećmi wyruszyliśmy tavrią do miasta. O śnie zapomniałem. Wąska kręta droga z Burbiszek do szosy prowadzącej w kierunku Sejn wiodła pagórkami przez wysokie zboża. Kiedy zbliżałem się do kolejnego pagórka, zza którego nie było widać dalszej drogi, zza jego szczytu wyłoniła się zielona łada, jadąc środkiem drogi z dużą prędkością prosto na nas. Kilka metrów przed niechybnym – zdawałoby się – czołowym zderzeniem skręciłem gwałtownie w prawo. Jakimś cudem udało mi się wykonać ten manewr, unikając zderzenia. Wjechałem do rowu, który na szczęście był płytki. Łada minęła nas, ciągnąc za sobą tuman kurzu. Kierowca uciekł, nie interesując się pasażerami w wozie leżącym w rowie; z pewnością wiedział, że stało się coś złego. Nikt z rodziny nie doznał obrażeń, skończyło się na strachu. W samochodzie zostało uszkodzone przednie zawieszenie i lewe koło. Tego samego dnia odszukaliśmy sprawcę, którym okazał się osiemnastolatek.
O dalszych sprawach związanych z nim i kolizją przez niego spowodowaną nie ma potrzeby opowiadać. W tym zadziwiającym wydarzeniu istotne jest dla mnie co innego: tajemnicza korelacja snu i rzeczywistości. Czymś niebywałym jest, że mój umysł  – a raczej podświadomość, intuicja, przeczucie, instynkt, senna wyobraźnia…, wymieniać można w nieskończoność – wyświetlił we śnie obraz czołowego zderzenia, a kilka godzin później niemal to samo stało się w realu. „Niemal”, ponieważ na szczęście nie doszło do wypadku. Nieraz zastanawiam się nad tym: może ten sen pomógł mi uniknąć groźnej kolizji przez to, że pod jego tajemniczym wpływem podświadomość przyspieszyła refleks? Niektórzy mówią, że coś przeczuwają. Ja niczego nie przeczuwałem, jednak moja senna projekcja okazała się prorocza.

Franciszek Czekierda

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Poza zdarzeniami, w których ujawnia się element świata pozamaterialnego, większość tak zwanych niezwykłych przypadków jest po prostu konsekwencją ciągu zdarzeń, których początek jest nam nieznany. Dlatego tej logicznej konsekwencji nie widzimy, sądząc, że to przypadki. Na przykład taki popularny przykład z cegłą spadającą niespodziewanie na głowę. Ta cegła spadła z przyczyn bezwzględnych praw fizyki: przez długi czas zaprawa łącząca cegłę z innymi murszała, ulegała wietrzeniu, korozji i w określonym przez prawa fizyki momencie musiała spaść. Człowiek uderzony przez nią również wcale nie przez przypadek akurat tamtędy szedł, widocznie były powody, ę szedł akurat tam i akurat w tym czasie. Mozę do pracy, może wracając z niej, może po zakupy… To tak na marginesie dopowiedzenie moje.

  2. Przeczytałem Pana opowiadania. Naprawdę dobrze napisane, bez patosu, bardzo naturalne historie.
    Nawiązuje do nich moje opowiadanie, w którym przytaczam historię opowiedzianą mi przez mojego Ojca.
    Załączam link do opowiadania i audiobooka. Tytuł NADZIEJA
    Ebook https://wilczynski-nowele.pl/nadzieja/
    Audiobook https://youtu.be/DDSHf-TJQkU?si=Ts5GedNU6IJNIgHV
    Moja strona autorska http://www.wilczynski-nowele.pl
    Pozdrawiam
    Wojciech Wilczyński Wwa Wilanów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko