Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
130

Ten wspaniały Pan Samochodzik w jego pokracznym wehikule

Wakacje letnie to szczególnie dobry czas na lekturę w trybie sentymentalnym, choć może lepszym określeniem będzie słowo „wspomnieniowym”. Wśród takich lektur zafundowałem sobie ostatnio powrót do przygód Pana Samochodzika Zbigniewa Nienackiego, choć akurat wydanego przez łódzkie Wydawnictwo Literatura „Pana Samochodzika i zagadek Fromborka” (któraż to już edycja tego tytułu, ja szczególnie zapamiętałem go w pamiętnej z dzieciństwa serii Klubu Siedmiu Przygód) nigdy nie czytałem, bo moimi jedynymi panasamochodzikowymi lekturami dzieciństwa były „Pan Samochodzik i Templariusze” oraz rozgrywająca się w scenerii Kazimierza Dolnego nad Wisłą, zekranizowana skądinąd z udziałem Stanisława Mikulskiego, „Wyspa złoczyńców”. Nie czytałem też zresztą, jak dotąd, n.p. przygód Pana samochodzika z Fantomasem, a to zrobić powinienem, ale odnoszę wrażenie, że zapoznanie się z Templariuszami i Wyspą Złoczyńców wystarczyło, by wniknąć wyobraźnią w świat powieści Nienackiego. Jego proza nie ma językowego bogactwa i bujnej, momentami niemal surrealistycznej wyobraźni oraz językowej inwencji Edmunda Niziurskiego, bliższa jest literacko powieściom Adama Bahdaja, ale tak czy owak zanurzenie się w niej jest niczym podróż wehikułem czasu w okres dzieciństwa i wczesnej młodości. Kogoż to napotykamy w „Panu Samochodziku i zagadkach Fromborka”? Poza samą tytułową postacią napotykamy m.in. jego ministerialnego szefa (Pan Samochodzik jest urzędnikiem Ministerstwa Kultury i Sztuki, w PRL rzecz jasna), dyrektora Marczaka, jego łasą na słodycze, leciwą sekretarkę panią Zosię, nieco groteskowych i jednocześnie nieco demonicznych rywali z ministerialnego kręgu, Waldemara Baturę i magistra Pietruszkę, dziwnego towarzysza przygód fromborskich Pana samochodzika, iluzjonistę o przydomku „Józef Cagliostro”, tajemnice skarbu (stare monety) skradzionego podczas wojny przez pułkownika SS Koeniga, wyprawę do Fromborka w poszukiwaniu tegoż skarbu, rozbudowane dygresyjne opisy topografii i historii tego miasteczka oraz  Zalewu Wiślanego i jego okolic, z postacią Mikołaja Kopernika (akcja powieści rozgrywa się w 1973 roku podczas wielkich obchodów kopernikańskich), w tym wątkiem tajemnicy miejsca jego pochówku oraz Krzyżakami w tle. Mamy tajemnicze nocne akcje i śledzenia, dziwne, podejrzane postacie brane początkowo za Marsjan czy miłą oku Pana Samochodzika dziewczynę w tle. No i oczywiście jego zadziwiające auto, hybrydę limuzyny, wyścigowca i i amfibii, ów „pokraczny wehikuł” z turbosilnikiem klasy superlux. No i te oznakowania kolejnych rozdziałów opatrzone, wzorem wielkiego mistrza powieści przygodowej, Juliusza Verne, skrótowymi, w stylu „telegraficznym”, zajawkami  kolejnych wątków, których może spodziewać się czytelnik.  Cóż więcej trzeba w lekturze na letni czas?

Zbigniew Nienacki – „Pan Samochodzik i zagadki Fromborka”, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2023, str. 202, ISBN 978-83-8208-198-5

Andrzej Bobkowski – pisarz nieokiełznany


O prozie Andrzeja Bobkowskiego (1913-1961) nie jest łatwo pisać, jeśli chce się wykroczyć przez wyrazy uznania czy nawet zachwytu dla stylu jego prozy. Autor znakomitych „Szkiców piórkiem” jest bowiem pisarzem-omnibusem tematycznym, który podejmuje problematykę tak zróżnicowana i migotliwą, że znalezienie dla niej jakiegokolwiek wspólnego mianownika jest trudne o ile nie niemożliwe. Bo choć „Szkice” poświęcone są w lwiej części Francji 1940 roku po najeździe niemieckim, to klasa i wydźwięk tej prozy dalece wykracza poza warstwę reporterską.  Próbuje się często co prawda w celu znalezienia wspólnego mianownika wykorzystywać poglądy polityczne pisarza, jakiś nieokreślony bliżej „konserwatyzm” czy „antykomunizm”, ale to raczej wątły asumpt do analizowania twórczości Bobkowskiego.  Także niepolska, często emigracyjna sceneria jego opowiadań nie jest wystarczającym wspólnym mianownikiem, pomocnym w próbach syntetycznego ujęcia fenomenu jego pisarstwa. Sięgnijmy choćby do tomu jego opowiadań, które ukazały się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, przy czym ich część ukazuje się po raz pierwszy w edycji książkowej, a wcześniej były rozproszone po różnych emigracyjnych tytułach prasowych. Na zbiór składają się: „Gdie tak swabodno dyszyt czełowiek”, „Uśmiech z góry”, „Drogami słońca i wina”, „Nekyia”, „Pożegnanie”, „List”, „Coco de Oro”, „Siódma”, „Punkt równowagi”, „Spotkanie”, „Spadek”, „Alma”, „Wielki akwizytor”. Rzecz nie tym, że te opowiadania są bardzo zróżnicowane tematycznie i formalnie, bo to normalne u każdego pisarza, ale w tym, że każde z nich przynależy do innego, porządku artystycznego, pisarskiego, a ich faktura jest tak odmienna, jakby pochodziły od różnych pisarzy. Do tego ich wewnętrzna struktura także jest bardzo wielowarstwowa. To wszystko sprawia, że Bobkowski pozostaje pisarskim, nieposkromionym i trudnym do teoretycznego okiełznania żywiołem. Autor posłowia do obu tomów, Krzysztof Ćwikliński nadał posłowiu do opowiadań słowa samego pisarza: „Ja wiem, że nigdy nic wielkiego nie napiszę…”. Źródłem tej deklaracji jest zapewne skromność i samokrytycyzm Bobkowskiego, ale być może mimowolnie odzwierciedla się w tych sowach intuicja, że jako autor nie jest stworzony do wielkich form epickich, nawet do zwykłej do powieści, ale że przeznaczony do tworzenia małych form. A okazał się w nim mistrzem. Także w esejach i szkicach publicystycznych podejmował Bobkowski problematykę bardzo zróżnicowaną, nie nadającą się do podciągnięcia pod żaden strychulec czy algorytm.  Pisarstwa Bobkowskiego nie trzeba próbować analizować, interpretować i porządkować. Wystarczy spontanicznie chłonąć potoczysty, migotliwy potok jego prozy i eseistyki. Jego słowa, że „pisze się, bo nie można nie pisać…”, które autor posłowia do zbioru esejów i szkiców wykorzystał jako tytuł, bynajmniej nie wyrażają popędu grafomanii, ale to, że pisanie było dla Andrzeja Bobkowskiego żywiołowym procesem, częścią jego życia, „życiopisaniem”.

Andrzej Bobkowski – „Na tyłach. Eseje i szkice”, wybrał, opracował i posłowiem opatrzył Krzysztof Ćwikliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 391, ISBN 978-83-8196-448-7

Andrzej Bobkowski – „Spotkanie. opowiadania”, wybrał, opracował i posłowiem opatrzył Krzysztof Ćwikliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 503, ISBN 978-83-8196-552-1

Historia w języku – ruchoma i niedomknięta

Tomasz Łubieński jest estetą, koneserem formy, toteż różnych form próbował w swoim literackim życiu. Tym razem chodzi o Łubieńskiego-dramaturga, aczkolwiek to dawne już jego literackie zatrudnienie. Tom „Koczowisko” wydany przez Instytut Badań Literackich PAN zawiera pakiet dramatów, a rozpoczynają go „Zegary” (1968), dość ekscentryczny w formie dialog z narodową przeszłością. Jak napisała autorka wstępu, tekst polega na „sprzecznym z regułami potocznej gry komunikacyjnej – użyciu słów i budowaniu wypowiedzi” (…) „polegających na ekspansywnym, zadziornym stylu, którego podstawę stanowi codzienna polszczyzna, pełna klisz i skamielin poddanych operacjom  dekonstrukcji, przestawień i i rekombinacji”. „Wydarzenie mowy, jakim jest tekst „Zegarów”, zdradzające patronat z jednej strony Witkacego i Gombrowicza, z drugiej twórców poezji lingwistycznej, uruchamia nowe możliwości języka i (…) porządki znaczeniowe, zaskakujące słownymi kombinacjami, bywa że mającymi walor odkrywczych metafor. Godzi w ten sposób przenikanie się różnych pół semantycznych z żywiołową energią mowy; żywiołem jednak tak rozpasanym, że pomysłowe innowacje ześlizgują się niekiedy w czystą grę językową, przeradzają  w popis słowotwórczo-stylistycznej inwencji. Poetycki kształt języka zawiesza kryteria historycznej referencji dramatu, którego akcja to czy się w epoce Królestwa Polskiego lat 40tych XIX wieku (…) uwyraźnia fantasmagoryczny i teatralny status kreowanego w ten sposób świata i odsłania jego prześmiewczy, karykaturalny wizerunek”. (…) „W grze językowej i konstrukcji głównej postaci (którą jest Rożek, pod którym to mianem kryje się ex-generał napoleoński i bohater narodowy Aleksander Rożniecki ( szef policji Wielkiego Księcia Konstantego  przyp. KL) kryje się konflikt z odbiorczymi przekonaniami na temat romantyzmu jako afirmacji buntu, heroizmu, idei wolnościowych, domeny poznania duchowego i wzniosłości, który przez dziesięciolecia ogniskował polska wyobraźnię symboliczną. Spod powierzchni zbanalizowanych idiomów, niedopowiedzianych fraz, niespodziewanych przestawień i zestawień czy pociętych dialogów wyzierają zastanawiające, mroczne sensy”. „Koleje współpracy Rożka z carskim reżimem przywołane są głównie (i fragmentarycznie) w epickich komentarzach, zwłaszcza w agresywnych diatrybach towarzyszących mu trzech oskarżycieli-prześmiewców – nie  (od)tworzone w scenicznym „tu i teraz”. W rezultacie historia wymyślana, nie apelując do wiedzy historycznej odbiorców, będzie tylko historią możliwą – niedomkniętą i ruchomą”. (…) Niedomknięciu historii odpowiada kilka pokrewnych, nakładających się na siebie matryc konstrukcyjnych: retrospekcja, konwencja snu i formuła metateatru. Ciąg płynnie następujących po sobie wyrazów, zgodnie z ruchem cofających się wskazówek zegara, ukazuje rzeczywistość śnioną, a może wspominaną przez Rożka. Strumień świadomości, mający znamię inscenizacji, ujęty jest w metateatralną ramę, mocno zaakcentowaną pod koniec sztuki, kiedy jesteśmy świadkami deziluzji świata przedstawionego”.

Nie ma potrzeby wyręczania autorki świetnego posłowia, która wnikliwie i precyzyjnie przeanalizowała dramaturgię Łubieńskiego. Wspomnę tylko, że tytułowy dramat zbioru, „Koczowisko”, osnute wokół polskich działań niepodległościowych w okresie wojny Rosji z Imperium Osmańskim (legion Mickiewicza, działalność cadyka paszy Michała Czajkowskiego), ma inną strukturę, bliższą fakturze faktograficznego konkretu. Jego motywem wiodącym jest demistyfikacja i demitologizacja romantycznych mitów i sensów romantycznej poezji a także teatralizacja, fasadowość życia politycznego. Z kolei „Śmierć Komandora”, to – wykorzystujący mit Don Juana – ekspresjonistyczno-groteskowy obraz zderzenia polityki i historii z literackim mitem. „Sławek i Sławka”, „Trzeci oddech”, „Śniadanie do łóżka” i „Ostatni”, to osadzone we współczesności dramaty dotykające historii zakotwiczonej w indywidualnych doświadczeniach ludzkich, w tym nawiązując do nurtującej Łubieńskiego w tamtym czasie kwestii emigracji z Polski.

W przypadku dramaturgii Łubieńskiego godne uwagi jest także to, że poza jej zróżnicowaniem tematycznym, cechuje ją też zróżnicowanie formalno-gatunkowe. I tak n.p. , „Zegary”, to persyflaż widowiska romantycznego, „Koczowisko” ma cechy „teatru dźwięku”, „Śmierci Komandora” blisko do formuły teatru muzycznego, „Sławek i Sławka” i „Śniadanie do łóżka” mają cechy typowego dramatu realistycznego, „Trzeci oddech” – poetyckiego monologu scenicznego, a „Ostatni” nawiązuje do formy dramo-komedii mieszczańsko-szlacheckiej i jest swoistym persyflażem form i motywów dramaturgii, od Aleksandra Fredro po Tadeusza Rittnera („W małym domku”) i Witkacego („W małym dworku”).

W pakiecie dołączam wzmiankę o oświeceniowym numerze wydawane go także przez IBL PAN znakomitego„Pamiętnika Literackiego” (z.1/2020), gdzie można m.in. znaleźć teksty „Miasto polskiego Wieku Świateł” Aleksandry Norkowskiej, „Poezja religijna masonów polskich epoki oświecenia” Tomasza Chachulskiego, „In vino veritas? Czyli jak czytać „Monachomachię” i „Antymonachomachię” Romana Dąbrowskiego, „Jan Potocki i oświeceniowy grand monde” Janusza Ryby, „Autor „Powrotu posła” .  Elżbiety Dąbrowicz, Finansista Voltaire” Marcina Kuli oraz recenzje i wspomnienia pośmiertne.

Tomasz Łubieński – „Koczowisko. Dramaty”, wybór i wstęp Ewa Wąchocka, Wydawnictwo IBL PAN, Warszawa 2021, str. 553, ISBN 978-83-66898-10-3

Powstanie odwinięte z fałszów

Jak zwykle, jak co roku od lat, 1 sierpnia, w 79 rocznicę wybuchu postania warszawskiego, odbyły się liczne imprezy, akademie, marsze, capstrzyki, apele, koncerty powstańczych piosenek oraz ulała się lawina lukrowanych uniesień werbalnych. I jak zwykle nie było w tym wszystkim ani grama prawdy. Zalane lukrem do mdłości, zagłaskane bogojczyźnianymi frazesami, sprowadzone do infantylnych przebieranek, śpiewanek, wzruszeń i recytacji, Powstanie Warszawskie już dawno utonęło w powodzi sentymentalnego, melodramatycznego kłamstwa. Nie zostało nawet śladu po sporach o sens powstania, dyskusjach między „romantykami” i „realistami”, jakie toczyły się od lat czterdziestych po dziewięćdziesiąte, m.in. na łamach ówczesnej prasy. To wszystko skończyło się definitywnie w 2005 roku, gdy w Warszawie otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego. To ono w decydującym stopniu narzuciło obecną, wyidealizowaną, zafałszowaną narrację. Muzeum, skonstruowano tak, że straszliwa, przerażająca klęska tego zrywu zakończonego kolosalnym rozlewem krwi i zniszczeniem miasta, zostały przedstawione jako emocjonująca, spektakularna przygoda i triumf moralny.  Jednocześnie powstanie zostało wyjęte spod strefy myśli, analiz i rozważań, przestało być kwestią historiozoficzną, a nawet historyczną w ścisłym znaczeniu tego słowa i stało się zmitologizowaną, sentymentalną, ahistoryczną, obłą, słodką pop-fantasmagorią. Powstańcy zaś stali się jakby postaciami z bajek, z narodowego Disneylandu.

Gdyby ktoś z tysięcy odbiorców tego tandeciarskiego widowiska przeczytał w tych dniach pięć tomów „Zakłamanej historii powstania”, ten mógłby odnieść wrażenie, że styka się z zupełnie innym tematem, inną rzeczywistością, innym wydarzeniem historycznym. Bo w pięciu tomach zredagowanych przez Pawła Dybicza i Józefa Stępnia, a wydanych przez Oratio Recta odnajdziemy to, co było tematem zarzuconych i zapomnianych dyskusji: „zbrodniczy” charakter decyzji dowództwa AK (na tym poziomie decyzyjnym także błędy bywają zbrodnicze) o rozpoczęciu powstania, tak właśnie określony przez generała Władysława Andersa, potworna hekatomba krwi ludności cywilnej, która po okresie entuzjazmu, po uzmysłowieniu sobie, jaki los zgotowali jej inicjatorzy powstania, zaczęła im okazywać wrogość (do Bora Komorowskiego: „Morderco naszych dzieci”), setki, jeśli nie tysiące osób skazanych na okrutną śmierć w zasypanych domach i piwnicach. Dzisiejsza poprawność polityczna związana z wojną na Ukrainie blokuje nawet wiedzę  o tym, że warszawiacy, m.in. na Woli i na Ochocie padli ofiarą najokrutniejszych formacji pacyfikacyjnych, jakie tworzyli naziści ukraińscy, główni wykonawcy (na rozkaz Niemców) rzezi na Woli i na ochockim Zieleniaku. W  tekście I tomu znajdujemy tekst dyskusji zatytułowanej „Dlaczego prawda o powstaniu warszawskim jest zastępowana mitem?”, a uczestnik powstania, wybitny historyk Jan Ciechanowski nazywa je „nie tylko głupotą ale i zbrodnią”. Tę generalną opinię podziela grono znamienitych autorów, historyków i publicystów, których teksty tworzą I tom, m.in. Jan Ciechanowski, Eugeniusz Duraczyński, Bronisław Łagowski, czy Jerzy Stefan Stawiński. Tomy II, IV i V zawierają treść dokumentów obrazujących poufne rozkazy, analizy sytuacji, memoriały, depesze, zawartość „Biuletynów Informacyjnych”, etc, obszernie obrazujących powstanie i jego historyczne konteksty. Ten straszny obraz bezsensownego powstania, który doprowadził do śmierci dziesiątków tysięcy ludzi i ruiny miasta wzmocniony jest w III tomie zapiskami majora Włodzimierza Kozakiewicza i Antoniego Mieczkowskiego. Taki nieufryzowany błyszczącym żelem „polityki historycznej”, nieulukrowany, niezmitologizowany obraz powstania mógłby posłużyć racjonalnej edukacji historycznej. Niestety, nie prawdziwy obraz powstania zawarty w wartościowym pięcioksiągu o „Zakłamanej historii powstania. Historii bez IPN”, lecz właśnie zmitologizowany, bezrefleksyjny, cukierkowy, melodramatyczny obraz powstania jaki wylewa się od lat każdego roku z mediów. A jak głosił wybitny, antysowiecki polski pisarz Józef Mackiewicz, „tylko prawda jest ciekawa”. Niestety, paradoksalnie, w Polsce, ojczyźnie Mackiewicza, jest ona przedmiotem szczególnego lekceważenia, a nawet pogardy.

„Zakłamana historia powstania”, red. Paweł Dybicz,   Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2014, tom I, str. 328, ISBN 978-83-64407-03-1; tom II, „Błędy dowódców. Poufne rozkazy i dokumenty”, wybór, wstęp i opracowanie Józef Stępień, Warszawa 2018, str. 302, ISBN 978-83-64407-22-2; tom III, red. Paweł Dybicz i Józef Stępień, „Obłęd i głód. Nieznany dziennik powstańczy”, Warszawa 2018, str. 294, ISBN 978-83-64407-24-6; tom IV, tom IV, red. Paweł Dybicz i Józef Stępień, „Generał Władysław Anders: Powstanie to zbrodnia”, str. 421, ISBN 978-83-64407-73-4 ; tom V, red. Paweł Dybicz i Józef Stępień, „Raporty oficerów AK: To się skończy katastrofą”, str. 327, ISBN 978-83-64407-42-0

Alchemia przebaczenia

Vladimir  Jankélévitch (1903-1985) był francuskim filozofem żydowsko-rosyjskiego pochodzenia, był uczniem Henri Bergsona w Paryżu. Po wojnie (był w Ruchu Oporu) wykładał filozofię moralną na uniwersytecie w Lille i na Sorbonie. Jego myśl moralna i metafizyczną kształtowali m.in. Plotyn, Lew Szestwo, Franciszek Salezy i Jan od Krzyża, a jego głównym filozoficznym był Jean Paul Sartre i egzystencjaliści. W języku polskim ukazały się jego prace: „To, co nieuchronne” (2005) i „Bez przedawnienia” (2013).

Studium „Wybaczenie” Vladimira  Jankélévitcha pochodzi z 1967 roku, więc jego polska edycja ukazująca się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w serii „Biblioteki Myśli Współczesnej” ponad półwieku później, trafia w odmienny dziś  kontekst kulturowy. Żyjemy bowiem w czasach, w których chrześcijańska cnota przebaczenia jest w fazie zaniku, jest fenomenem rzadko się pojawiającym, wręcz ekskluzywnym. Stąd lektura „Wybaczenia” wywoływała we mnie wrażenie obcowania z czymś w jakimś sensie nie do końca rzeczywistym. Autor pisze o takich aspektach, składnikach i konotacjach procesu wybaczenia, jak zrozumienie, łaska, relacja z drugim człowiekiem, pobłażliwość, o zniewadze i grzechu. Ważnym aspektem tego procesu psychiczno-moralnego, jakim jest wybaczenie, jest zużycie przez czas, zapomnienie, integracja, uobecnianie przyszłości, naturalność wygasania emocji. Autor postrzega wybaczenie jako rezultat zrozumienia, prowadzącego do usprawiedliwienia, jako wyzbycie się woli zła, wyrozumiałość. Dokonuje też analizy rodzajów wybaczenia: totalnego, cząstkowego, a także „szalonego” („acumen veniae”). Traktuje je jako wybaczenie nieczyste, graniczne, wtórne, związane z litością, wdzięcznością i skruchą. Zajmuje się też wybaczeniem bezinteresownym.

Lektura analizy fenomenu jakim jest wybaczenie pokazuje jak skomplikowany psychologicznie, intelektualnie i emocjonalnie jest to proces, jak rozległe konteksty kulturowe się za nim kryją. Pokazuje jak złożone są nasze, pozornie proste procesy psychologiczne, jak wieloczynnikowe zjawiska „chemiczne” są ich nośnikami. Studium  Jankélévitcha nie jest napisane zimnym, hermetycznym językiem uniwersyteckiej humanistyki, lecz stylem emocjonalnym, świadczącym o osobistym zaangażowaniu autora w analizowane zagadnienie, a finałowy, podsumowujący rozdział opatrzył on mottem z szekspirowskiego „Makbeta”.

Vladimir Jankélévitch – „Wybaczenie”, przekład Grażyna Majcher, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 243, ISBN 978-83-8196-360-2

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko