Krystyna Habrat – UWIELBIAM  MOMENT  ZAJARZENIA  SIĘ  POMYSŁU

2
100

DZIWNA DZIEWCZYNA

 Którejś  październikowej soboty  wybraliśmy się z mężem na wycieczkę  do lasu i wracając pod wieczór wstąpiliśmy  do kościoła.

 Kiedy podjeżdżaliśmy z boku kościoła  stała grupka dziewcząt, może pięć. Otaczały szczelnie jedną w czarnej sukni. Ten kontrast rzucał się w oczy, bo one były ubrane na jasno. Czyniły wysiłki, by ją zasłonić lecz z bliska dało się zauważyć, że ta w czerni pali łapczywie papierosa i słania się na nogach cała zapuchnięta od płaczu. Przejechaliśmy obok, szukając miejsca na parkingu. Płacze nieszczęśliwa, no cóż, płacze. Tyle wkoło nieszczęścia.

 W kościele odbywała się tam ceremonia ślubna. Kościół przybrany białymi kwiatami. Wszystko dostojnie i elegancko. Przy ołtarzu urodziwa para,  panna młoda śliczna w białej sukni i długim welonie, pan młody przystojny w czarnym garniturze.

 Po krótkiej  modlitwie i odczytaniu po raz któryś spod sufitu naszego ulubionego  wersu do patrona świątyni: „Franciszku,  uporządkuj dom swój, bo chyli się ku upadkowi.” wychodzimy, stąpając jak najciszej, żeby nie zakłócać uroczystości ślubnej. Za drzwiami  dzień  słoneczny, otoczenie kościoła interesujące,  warto się przespacerować.

Kiedy wracaliśmy do samochodu, goście weselni wysypywali się z  drzwi kościoła. Wszyscy składali życzenia parze młodych. Zaraz fotograf  ustawiał ich na schodach do zdjęcia. Przemknęliśmy za nimi ukradkiem,  a z boku kościoła nadal w tym samym miejscu stała płacząca dziewczyna w czerni. Tylko teraz otaczali ją ubrani w ciemne garnitury wysocy i szczupli chłopcy. Wyglądali na gości weselnych. I oni starali się ją osłonić przed oczami innych. Przytrzymywali ją za ręce a ona się wyrywała. Z bliska wyglądało, jakby jej coś gorąco perswadowali. 

Nigdy nie dowiem się co  oznaczała ta scena, ale wyobraźnia podpowiada, że to porzucona dziewczyna przyszła na ślub swego chłopaka z inną. Może chciała się zemścić? Pokazać, że ona jest, istnieje?

Bardzo to przeżyłam. Tak bym chciała ją pocieszyć! Miłość jest szczęściem. Ale bywa też nieszczęściem. A wyobraźnia? Wyobraźnia jest bardzo ciekawska i ze skąpych danych wymyśla niestworzone rzeczy.

–   – –

   Tak, coś się wydarza,  jesteśmy tego mimowolnym świadkiem, ale nie ma możliwości   dowiedzieć się o co chodzi i co dalej, a takie niedokończone historie później prześladują. Jak książka z brakującymi na końcu kartkami, jak fragment rozmowy, która w przelocie dotarła do naszych uszu i… umieramy z ciekawości, co było dalej…

  Wtedy włącza się wyobraźnia. Taka scenka może być pomysłem do napisania opowiadania.

    Uwielbiam moment zajarzenia się pomysłu. I stan, jaki po nim następuje, kiedy obezwładnia żarłoczny przymus, aby ubrać ten pomysł w słowa. To tyleż męka, co rozkosz. A na pewno coś niecodziennego. Nie z tego świata.

    Ludzie potrzebują, by ich życie, ich zabiegana codzienność nabrała czasem innego wymiaru. Potrzebują świętości będącej ponad codzienność. Czegoś niezwykłego.

   Dla mnie tym czymś niecodziennym, tym z innego wymiaru, jest pisanie. Najpierw się chodzi z głową w chmurach i  zbiera pomysły. Kiedy się ich szuka, każde małe zdarzenie,   krótka scenka, obraz, głos, przypomniany na nowo   zapach towarzyszący czemuś dawniej,  wywołuje wzruszenie, że z tego coś powstanie. To nieustanne nastawienie na zbieranie pomysłów  przypomina stan zakochania. Jest w tym wzruszenie, zachwyt i przepełnienie nadzieją.

    AKTORKA

Zobaczyłam ją w lokalnych wiadomościach, jak przyjmowała odznaczenie i gratulacje z okazji jubileuszu.

Zmieniła się. Dawno jej nie widziałam. Kiedyś tak dobrze się zapowiadała. Grała  główne role. Wyróżniała się urodą. Była smukła, zgrabna. Miała wielkie, rozmarzone oczy i twarz otoczoną burzą blond loków.  Myślałam, że gdzieś wyjechała, a ona gra  w jakimś mniej znanym teatrze. Jest nadal zgrabna, zadbana, tylko jej oczy, jak to z wiekiem następuje, zmalały, włosy przycichły, przyciemniały. Nie wybiła się. Nie piszą o niej, nie udziela wywiadów, Nikt nie wie nic o jej prywatności. A teraz tylko na moment tego 30-lecia zaistnieje w szerszej świadomości, na krótko w lokalnej prasie, telewizji. I zaraz wszyscy zapomną.

   Zastanawiam się, co ona myśli? Nagradzają ją z tej okazji, gratulują, komplementują, zasypują kwiatami a przecież  musi mieć świadomość, że doszła zaledwie do połowy schodów kariery. Wyżej nie zajdzie. Kto ma talent szybko wbiega na górę. Czy takie częściowe zwycięstwo może ją zadowolić? Przecież wie, że te komplementy są na wyrost. Zawierają tylko pół prawdy. Są jakby pocieszeniem

– – –

  Chodzę nieraz oszołomiona, zbieram pomysły, bo mogę z nich robić opowiadania. Jakiś czas, nawet długi, wydawało mi się to bez sensu. Słyszałam zewsząd, że ludzie coraz mniej czytają, że więcej teraz piszących niż czytających. Ale pozwalam sobie ostatnio na złudzenie, że mogę pisać. Dlatego trwam w gorączkowym wzruszeniu i zbieram pomysły. Potem próbuję zrobić z nich coś więcej.

   Nagle w myśli wkrada się złowieszcza rozterka: czy mi się uda? Czy nie zatrzymam się w połowie schodów, bo na wyżej zabraknie sił? Czy to mi wystarczy? Przecież chce się pisać najlepiej. Tylko najlepiej warto.

 GDZIE  NASZE LOKI?!

   Zobaczyłam ich na  spotkaniu  naszej-klasy. Siedzieli wokół długiego stołu, na którym sterczały na wpół opróżnione butelki, pustawe talerze, kieliszki, salaterki. Cztery dziewczyny i jedenastu chłopaków – maturzyści sprzed lat  siedemnastu.

  Ktoś na portalu nasza-klasa stworzył ich klasę maturalną. Szybko dołączali kolejni uczniowie. Dorzucali swe fotki, na których dobrze jeszcze wyglądali. Wreszcie postanowili się spotkać w realu i  powspominać. Przypomnieć, jak to było, gdy na wycieczce Bartek zawieruszył się z Ola i wszyscy długo ich szukali. Gdzie podział się na koniec roku dziennik? Kto się z kim ożenił? Komu , jak się powodzi?

  Niektórych ledwo można było poznać. Najważniejsze, że aż tyle osób się zjechało. Każdy miał dużo do opowiadania. Może nieco mniej ci, którym się nie udało. Nie taka praca, o jakiej się marzyło. Kłótliwa żona. Rozwód. Samotność. Dziecko. Ktoś może miał odrobinę nadziei, że tu spotka kogoś i coś się zmieni. Jedli, pili wspominali. Dobrze już po północy  z trudem walczyli z sennością. Gadać się już nie chciało. Jeszcze nie wiedziało się wszystkiego, ale już się nie chciało więcej wiedzieć.

  Nagle ktoś zburzył obezwładniająca senność:

   – Panowie, ale z nas łysole. Gdzie nasze loki z maturalnego tableau?

   – Gdzie tamte marzenia?- dodał ktoś   w zadumie.  

 – Dziewczyny trzymają się pięknie,  ale nam i lat przybyło i kilogramów – podsumował Tomek.

 – Zawsze takie myśli przychodzą na podobnych spotkaniach – orzekła Tamara.

  Ona  jeszcze niewiele o sobie nie powiedziała. Przyznała wprawdzie, że jest sama, ale kładła nacisk na swe osiągnięcia zawodowe. Jest już kimś. Na ważnym kierowniczym stanowisku. Starannie ubrana, z wyszukana elegancją,  bez ekstrawagancji. Zawsze taka była: wzorowa i niczym nie przyciągająca oka.  Tylko imię miała niezwykłe.

– – –

­    Gdybym teraz spróbowała zrobić z tych uzbieranych skrawków rzeczywistości opowiadanie i w ten tekst je włożyć, stałoby się ono niewiarygodne. Widać by było, że wymyślone, podczas gdy ukazany fragment bez zakończenia wygląda na prawdziwy.

ŁYŻWIARZ

   A kiedy o tym myślę i grzebię wśród starych zapisków i wycinków z prasy, znajduję  tekst, który kiedyś mocno mnie poruszył. To tylko kilka zdań podsumowujących występ pewnego łyżwiarza. On był w tańcach na lodzie naszą wielka nadzieją. Przez kilka lat. Zawsze z naszych najlepszy. Tylko ile razy startował w zawodach międzynarodowych, wypadał gorzej niż zwykle. Przewracał się, podpierał ręką, pominął efektowny skok – długo ćwiczonego potrójnego flipa. Był już tak blisko wygranej, a   znowu się nie udało.  Jego bezbarwny,  pasywny, występ świadczył o braku wiary w sukces. Że tylko jedzie, kręci się, podskakuje, lecz bez przekonania, że uda się naprawdę i na wszelki wypadek nie ryzykuje potrójnego flipa. Twarz jego na zbliżeniu  jest przestraszona. Można z niej wiele wyczytać…

– – –

  O czym świadczy dla mnie ten ostatni obrazek, wizja przegranego łyżwiarza? Wniosek jest jeden. Trzeba pisać nie bacząc na nic. Pisać pomimo wszystko, nie pytając o możliwości druku, o talent, o to czy ktoś to zechce czytać. Pisać, tak jak żeglować, gdy mówi się: Necezare necessae est. 

DWIE FOTOGRAFIE

 I  na koniec o dwóch fotografiach  ze starego albumu mojej ciotki. Zainteresowała mnie tam piękna kobieta z futrzanej etoli. A ciotka wskazała inne zdjęcie, gdzie przystojny  oficer zdawał się podrywać do przodu w górę, jakby chciał gdzieś biec, jakby nie mógł się zatrzymać.. Pamiętam, było w nim cos porywającego, coś, co nie pozwalało przejść obojętnie. A ciocia powiedziała, że on przychodził do siostry tej  pani w etoli. Pani była zamężna, a siostra, panna, mieszkała u niej.  A było to na krótko przed wojną. On przychodził i przychodził a jakoś nie oświadczał się owej siostrze. Zakochał się w pani domu. Była od niego trochę starsza, ale jak piękna i elegancka. A on młodzieńczo roztrzepany, trochę nieporadny, nieśmiały. Wkrótce i ona uległa jego czarowi. Postanowiła zostawić męża i wyjechać z ukochanym. Kiedy już miała wyjechać, mąż poprosił ją o jeden, ostatni pocałunek. Na pożegnanie. Podniosła woalkę, przybliżyła twarz z zaciśniętymi ustami i wtedy mąż zbliżył się gwałtownie i…odgryzł jej nos.

 Nie wyjechała.

 Przemykała potem czasami późnym wieczorem po pustych zaułkach, gdzie rzadko kto się pojawiał, a gęsta woalka mogła zakryć jej ujmę. A młody oficer, co z nim? Nie wiadomo. 

– – –

 To były okruchy czyjegoś życia. Prawdziwego życia. Zrobiły na mnie wrażenie, zajarzyły się jako pomysł na opowiadanie, a nawet większy utwór. Pisałam podobnych wiele, ale akurat  tych nie potrafiłam przerobić na własny tekst. Próbowałam i bałam się zburzyć to coś, co kryło się za banalną jednorazową sceną, obrazkiem. Przecież było w tym coś więcej. Zostawiłam więc surowe obrazki  z zawartą w nich tajemnicą.

Krystyna Habrat

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Opowiadanie skłoniło mnie do zadumy. Myślę, jak życie jest nieprzewidywalne, jak gra nam na nosie. Ci, którzy doskonale się mieli, zdolni, piękni, zasobni, niekoniecznie w tym trwali. zdarzało sie – całkiem nie rzadko, że po drodze zbłądzili, że poniosła ich pycha, zawadiactwo,. Że nie potrafili pokonać trudności życiowych., potknięć. W alkoholu topili smutki. Długo wierzyli w swoją wyjątkowość, zbyt długo. Przyszła starość, bez żadnych już sukcesów. Zostały wspomnienia o minionej , wspaniałej przeszłości. Bolą takie wspomnienia.
    Z kolei ci, którzy nie najlepiej rokowali, rozwinęli skrzydła, parli do przodu. Drobne sukcesy dawały kopa do dalszej pracy. Wiele trudu to kosztowało ich, dali radę. Przyszła starość. Teraz opowiadają wnukom, z jakim trudem osiągali to, co mają. I namawiają do rozwagi życiowej.
    Bo życia na moment nie można spuścić z oczu…….

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko