Grzegorz Walczak – Teatr Zakopiańczyków – Andrzej Dziuk i Witkacowskie Bractwo na wysokościach

0
180
Na Przełęczy

Część 1.  Spotkanie z szalonymi bohaterami

Jak zwykle w lutym odbywa się wielka cykliczna uroczystość Teatru Witkacego w Zakopanem – tym razem 37 Urodziny Teatru. Jak podaje informator teatralny: „Organizowane są (one) od początku istnienia zakopiańskiej sceny, założonej 24 lutego 1985 roku, dokładnie w 100 rocznicę urodzin patrona instytucji. Jest to impreza cykliczna ciesząca się ogromnym powodzeniem wśród ciągle poszerzającego się grona publiczności, Przyjaciół, Gości, Dobroczyńców i Sponsorów Teatru. W ciągu kilku dni Zespół stara się przedstawić dorobek realizacyjny ostatniego sezonu, nowe premiery i zaskoczyć publiczność niespodziankami artystycznymi przygotowanymi specjalnie na tę wyjątkową okazję. W trakcie obchodów urodzinowych odbywają się koncerty zaprzyjaźnionych z Teatrem muzyków (nie tylko) jazzowych. Urodzinom często towarzyszą działania plenerowe i niespodzianki specjalnie na tę okazję przygotowane przez aktorów”.

            Teatr Witkacego w Zakopanem jest i siedzibą kultury na wysokościach, i zjawiskiem absolutnie wyjątkowym, a to przede wszystkim ze względu na klimat, nie ten sensu stricto górski, ale atmosferę przesyconą fluidami sztuki, jakie Andrzej Dziuk – wraz ze swoimi współtowarzyszami nieustającej artystycznej podróży – potrafi rozsiewać. Potwierdza to też pięknym słowem Wojciech Kuczok, który się zna najlepiej na wszystkim, co Tatrami pachnie, tym bardziej, jeśli Witkacym „zajeżdża”. W „Demonizmie tatrzańskich podziemi” z inteligentnie złośliwą swadą swych tropów literackich, spiętrzonych niczym łańcuch górski, ów wyznaje: „Potworności nie należy mylić z demonicznością, a zatem smog, swąd ostateczny grillowanej karkówki i smród nadpotliwego narodu, co się tłumnie w stolicy Tatr wyraja, przynależy raczej do kategorii pospolitych obrzydliwości, choć być może jest coś demonicznego w masowości zjawiska” *. Aprobatywnie przeciwstawia temu poczynania grupy artystów zakopiańskich, których ja nazywam  elitarnym przyczółkiem szlachetnie nawiedzonych u podnóża Tatr. Wytrawnego twórcę, jakim jest bez wątpienia Wojciech Kuczok, w tym zakopiańskim napływowym bajorze powszechności podnosi na duchu to, co samo jest ponad, naturalnie, samo przez się, per ipsum, tak, jak góry i kiedy „ Andrzej Dziuk ze swą teatralną kompanią wznoszą się ponad gnuśń powszechną i pielęgnują sanktuarium naszego Patrona…” **.                                                                                            Bywałem w wielu teatrach Polski, nawet w jednym przez kilka lat byłem kierownikiem literackim, ale nigdzie nie czułem się tak serdecznie przyjmowany, jako gość i jako widz hołubiony, dopieszczany, już na wejściu uwodzony gorącą herbatą, a to przy większej okazji winem lub Andrzejową nalewką o niezwykłym smaku, a to – jak ostatnio – miejscowymi specjałami. I nie w tym rzecz, że traktowano mnie wyjątkowo. Tu się wyjątkowo traktuje każdego, kto zbłądził nawet przypadkiem do tego schroniska sztuki, co nie znaczy, że każdego zaprasza się zaraz  na kolację. Kiedy zostałem już rozpoznany jako świadomy poszukiwacz i pożerca niebanalnych spektakli i doczekałem się zaszczytnego miana „teatrała” (tak Witkacy nazywał artystów i widzów krążących w duchowych sferach sztuki), zostałem przyjęty przez Andrzeja Dziuka, jego żonę – Dorotę Ficoń –  i innych aktorów do grona przyjaciół Teatru. Podejmowany byłem z estymą, poważnie, choć często też żartobliwie, bo chodzi się tu nie tylko na koturnach.

___________________________

*, ** Wojciech Kuczok „Demonizm tatrzańskich podziemi”,Witkacy! Nr 6-7. (witkacy.eu) 19.11.2019

 Po kolejnych spotkaniach, a było ich niemało, wiedziałem, że tutaj sztuką żyje się naprawdę.                                                                                           

            Kiedyśmy się przed wielu laty już lepiej rozpoznali z Andrzejem Dziukiem i stało się wiadomym, że jesteśmy, choć w nieco różny sposób, potrąceni kopytem Pegaza, zaczęła się nasza przerywana odległością i szybko umykającym czasem zażyłość, wielogodzinne nocne dyskusje filozoficzne, literackie, dramaturgiczne, a potem także współpraca. Dwukrotnie miałem przyjemność i zaszczyt mieć wieczory autorskie w Teatrze Witkacego, pierwszy raz w wykonaniu aktorów tego Teatru w reżyserii Dziuka, drugi raz w moim własnym niemalże monodramowym występie, kiedy przyjechałem na zaproszenie Pana Dyrektora razem ze słynnym –  Krzysztofem Ścierańskim i jego rozbudowanym instrumentarium muzycznym. Wspomagała nas w naszych artystycznych zmaganiach urodziwa aktorka Zakopiańskiego teatru Joanna Banasik. Wcześniej jednak wydarzyła się znacząca dla mnie i intrygująca przygoda, przy zalążkowych próbach naszkicowania spektaklu „Na Przełęczy”, którego zarysy przedstawię (w części 2) przy okazji opisu istoty tego widowiska. Wspomnę jeszcze tylko o mojej ostatniej wizycie w zakopiańskim teatrze w sierpniu 2021 r., kiedy to nieoczekiwanie znalazłem się na jego gościnnych progach, zaproszony ku mej radości na krótki pobyt przez Szefa tej specyficznej Instytucji.  Dom ZAiKS-u był po brzegi zajęty i miałem niemały kłopot ze znalezieniem lokalu w masowo wówczas okupowanej przez ceprów tej górskiej miejscowości, a przygnało mnie tu całkiem miłe wezwanie. Miałem odebrać  nagrodę w 50. Ogólnopolskim Konkursie Literackim na wiersz o tematyce górskiej, w ramach odbywającego się w Zakopanem Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Był to dla mnie niezły pretekst, by zobaczyć się z przyjaciółmi i obejrzeć kilka dla mnie nowych sztuk.

W Teatrze Witkacego ja z dyr. A. Dziukiem

Obejrzałem trzy spektakle, które sprawiły mi nie mniejszą rozkosz niż odbiór nagrody, a mówiąc prawdę – większą. Jeden z nich to „Stachura…” w reżyserii Andrzeja Bieniasa

 i dwa spektakle A. Dziuka: „Rzeźnia” S. Mrożka, którą dopiero tu właściwie doceniłem, oraz „The Underground Man”, według „Notatek z podziemia” Fiodora Dostojewskiego w niesamowitym – jak i rzecz sama –  wykonaniu Andrzeja Bieniasa (Beziminny) i towarzyszącej mu, głównie w niemej roli Emilii Nagórki (Liza).

Jest coś wspólnego w tych tak przecież różnych przedstawieniach. Wskazuje na to już sama zewnętrzna forma – rodzaj konstruowanej przestrzeni, dynamiczne traktowanie scenografii, stylistyka kostiumu, sposób wykorzystywania instrumentu, jakim jest aktor. Dziuk stworzył swój styl teatru. Jego duchowość i stylistyczne piętno odcisnęły się również na zresztą całkiem samodzielnym i precyzyjnie ułożonym spektaklu Andrzeja Bieniasa, spektaklu tyleż poetyckim, co filozoficznym, w którym muzyka (również A. Bieniasa) odgrywa niemałą rolę. Czuje się szkołę Mistrza, ale to i dobrze, bo jest w tym pewna zasada artystyczna, pewna jednolitość, tożsamość teatru. Czuje się dążność do tworzenia spójnego teatru myśli i formy. Twórcy tych spektakli  filozofują. Dziuka – reżysera nie ma bez jego filozofii. Nie pragnie on teatru jedynie zgrabnie dopasowanych foremek. Zawsze mu o coś chodzi. Te trzy odległe w czasie i poetyce dzieła jakby się uzupełniały, jakby szukały odpowiedzi na podobne, nurtujące obydwu reżyserów pytania, pytania o tożsamość, o istotność indywidualności, odrębności. Jest ono powielane, reduplikowane przez analogiczne byty, analogiczne „ja”. „Ja”  wobec świata i „ja” wobec siebie, w walce ze sobą, mimo uświadomienia sobie przekleństwa absolutnej wagi siebie dla siebie, a przez to uświadomienie jeszcze większej niemożności pozbycia się tego naddatku siebie wobec innego, chyba  że przez unicestwienie. Wokół tych myśli bezradnie i beznadziejnie obraca się Stachura, zwłaszcza w głęboko przeżytej i intelektualnie przetrawionej rzeczy o egoizmie –  w „Fabula rasa”. A spójrzcie tylko, co się dzieje z głównym bohaterem Dostojewskiego z „Notatek z podziemia”, które stały się początkiem, zaczynem dla jego dalszych najwybitniejszych dzieł. Osnuty na tym utworze spektakl Dziuka – „The Underground”, skupia się na  analogicznym do wątku Stachury szaleństwie człowieka, który nie może zaakceptować siebie i gotów jest skończyć podobnie, jak to uczynił wybitny polski poeta. Świat nie do wytrzymania ogniskuje się w bohaterze, musi się więc on z siebie wyzwolić. Czyni to przeciw sobie, desperacko „zabijając” miłość ku niemu Lizy, jedynej mu bliskiej osoby. Niemoc w relacjach z innymi jest objawem niemocy w relacji z samym sobą. To potęguje stan patologicznej reakcji na rzeczywistość, chęć jej przekreślenia, absolutnego wyobcowania się z niej, pragnienie autodestrukcji. Obydwaj bohaterowie zestawianych dzieł szukają prawdy o świecie w sobie samym, w głębi własnego ja. W rezultacie szukają siebie. Pytanie, kim jestem? – to żadna w literaturze nowość. Postawienie tego problemu, próba dotarcia do tej tajemnicy jest udziałem prawie wszystkich znaczących twórców. To też w dziełach swych najczęściej gadają oni sami ze sobą. Podróż w głąb siebie jest dziś zabiegiem w twórczości ogranym. Ważne jest przede wszystkim,  jak to jest przeprowadzone. Ważne, jakimi sposobami dochodzi autor, a za nim kreator sceniczny, do zanegowania siebie w sobie  lub siebie w swoim bohaterze, jaki nadaje ładunek emocjonalny i wyraz artystyczny opisowi szaleństwa albo też rezygnacji, czy też innej formy upadku.  I na czym kończy.  Bywają szaleństwa, wynikające z mroku duszy, z totalnej alienacji bohatera, jak u Dostojewskiego – Dziuka – Bieniasa. Ten ostatni momentami – wydawać by się mogło – w swej grze zatraca granicę między własną fizjologiczną, fizyczną tożsamością siebie jako człowieka, swoją nagą skórą, mięśniami i psyche, a postacią Bezimiennego. Andrzej Bienias w tym niesamowitym, bolesnym przedstawieniu obnaża się nie tylko cieleśnie. Zastanawiam się nawet nad tym, czy on tej roli nie musi odchorowywać, czy jakiś czas nie musi minąć, by mógł odnaleźć siebie z codzienności, człowieka, który tylko na moment spektaklu zanurzał się w skórze i wnętrzu Bezimiennego. Dziuk reżyser – ten „okrutnik” w sztuce radykalny – dla dobra sztuki czyni coś takiego, co doprowadza do osobliwego, psychicznego stanu udręczenia aktora nie mniej jak on szalonego. Wyobrażam sobie, że prawdziwi artyści, ludzie ekstremalnej sztuki, w chwilach pełnego się jej oddania przestają być sobą i przez ten czas, kiedy „odjechali”, prawdziwie cierpią. Dlatego są trudni na co dzień, dlatego ich żony, a myślę tu i o mojej, nie mają z nimi łatwo, choć ci wyrafinowani zapaleńcy potrafią być też w codzienności przemili i łagodni. Strzeżcie się prawdziwych artystów, ale korzystajcie z ich talentu, a nawet z szaleństwa. Może się zapędziłem.

Część 2.  „Na przełęczy” okiem świadka    

26 marca 2021 r. na Facebooku została przekazana transmisja spektaklu on-line Teatru Witkacego w Zakopanem, pt. “Na przełęczy”, spektaklu 166 razy granego na żywo nie tylko w głównej sali widowiskowej Teatru na Chramcówkach, ale i w prawdziwie górskim otoczeniu – w schronisku na Morskim Oku i na Kalatówkach. Za kanwę tego niezwykle oryginalnego widowiska posłużył reżyserowi, Andrzejowi Dziukowi, nietypowy reportaż Stanisława Witkiewicza, ojca Witkacego, momentami instruktażowy, o zdobywaniu gór, a momentami sprawiający wrażenie poetycko-filozoficznego eseju. Bez względu na to, jak byśmy określili gatunek adaptowanego materiału, reżyser zrobił z niego prawdziwy teatr,  przedziwne, nietypowe przedstawianie, które chyba pobiło rekordy utrzymywania się sztuki w repertuarze Teatru Witkacego – od 2002 r do dziś. Spektakl prezentowany był też w Teatrze TVP w 2005 r. Kiedy staniecie przed bohaterami tej sztuki, spotkacie się z nimi nie tylko na przełęczy, ale i na skrzyżowaniu poetyckiej wysokiej (może wysokogórskiej) zadumy i nadkabaretu, realności miejsca i modernistycznej, a może i postmodernistycznej wyobraźni, piosenki lirycznej – z tonami nienachalnej religijności – i piosenki żartobliwej, dobrodusznie prześmiewczej, rodem z teatru satyry. Nie da się opisać całej tej artystycznej hecy, a zwłaszcza tego, jak reżyser pokazał góry i co wyprawiał ze swoimi aktorami, tymi nieszczęśnikami, zawieszonymi nad czeluścią Wszechbytu.

            I ja  – jak powiadają – w tym palce maczałem. We wprowadzeniu do spektaklu Andrzej Dziuk pisze: „Istotnym elementem całości są Pieśni – czasami o charakterze wyraźnie kabaretowym, a innym razem liryczno-modlitewnym. Autorem tekstów tychże Pieśni jest współczesny poeta i dramatopisarz – Grzegorz Walczak. No i muzyka – tzw. motyw przewodni – czyli motyw wędrowania autorstwa Zbigniewa Namysłowskiego oraz muzyka Pieśni – kompozycje Jerzego Chruścińskiego. Co ważne – muzyka wykonywana jest na żywo.”

Na prośbę reżysera, dyrektora zakopiańskiego Teatru, rozpocząłem prace przygotowawcze do adaptacji teatralnej tego wyjątkowo trudnego do zaadoptowania dzieła, pozbawionego bowiem fabularnych wątków i dramaturgii, bez której spektakl nie miał się prawa udać. Przy pierwszej konfrontacji z Zespołem aktorskim wydawało się, że klęska jest nieunikniona. Większość aktorów obecnych na pierwszym czytaniu adaptacyjnego scenariusza odmówiła uczestnictwa w tym „fatalnym” projekcie. Rzecz rzeczywiście nie wyglądała zachęcająco, mimo kilku moich autorskich „manipulacji” i dołączonego już w tej fazie pracy do wyboru fragmentów tekstu „Na Przełęczy” (1889) zabawnie i archaicznie dziś brzmiących urywków pierwszego „Przewodnika do Tatr i Pienin” Walerego Eljasza Radzikowskiego (1886). Do tej rozkosznej „instrukcji” ze wskazówkami, jak się należy zachowywać w górach, jak się ubrać, jakie akcesoria ze sobą zabrać, uporczywie, na zasadzie leitmotivu, dorzucałem tu i ówdzie: „… no i korkociąg”.   W piękne i wzniosłe opisy naszych dosłownie wzniosłych Tatr prawem kontrastu wkomponowywały się z lekka prześmiewcze, łagodnie satyryczne obrazy posuwających się mozolnie w górę wędrowców–zdobywców, czyli ceprów galantych, którzy z punktu widzenia miejscowych górali musieli nico być śmieszni i nieco umysłowo podejrzani. Dystans i ironia, choć przesycone dobrotliwą nutą, splatają się z metafizycznym doznaniem wyjątkowego piękna gór, czystości przestrzeni, w której są zatopione, czegoś nieskończonego i majestatycznego, wobec czego jesteśmy tylko drobinką („Jaki jesteś drobny wśród tych stromych grani, jaki jesteś wielki, gdyś tu stanął z nami…”)*.Moje teksty piosenek i muzyka Jerzego Chruścińskiego oddają owo jakże zasadne pomieszanie pozornie przeciwstawnych żywiołów dominujących w sztuce.  Z jednej strony niby filuterne igraszki, ukazujące satyryczny obraz wspinaczy, którzy pną się nie wiedzieć, po co, a z drugiej strony, kiedy na wysokościach mrok ich zaskoczy i zdawać by się mogło, że już wyjścia nie ma, pojawia się „między niebem i ziemią”** ze swą zawsze pomocną dłonią „górski Pan, górski Bóg”***.  A  oni, a „my” skruszeni, już nie tacy pewni w chwilach zagrożenia, szukamy swojej Orędowniczki:

                        „Panno Jasna nad wierchami” ****

Panno Górska, Panno Święta,
która brodzisz w chmur gęstwinie,
co bezpiecznie nas sprowadzasz,
gdy zmrok zapadł, ku dolinie,
co się zjawiasz, gdy słabniemy
i tracimy w siebie wiarę,
Ty rozgrzewasz nasze ręce,
nasze serca oszroniałe.

Panno nasza Jaworzyńska,
Panno Jasna nad wierchami,
choć nie zawsze my chwalebni,
nie opuszczaj nas, bądź z nami.
Niech lawina nas nie sięgnie
ani obcy nie zatrwoży,
niech tu grzech się już nie lęgnie,
daj tej ziemi pobyt zbożny.

Zanim Pan nas nie zawoła,
nim czas ziemski nam upłynie,
dozwól godnie żyć Twym wiernym,
pobłogosław tej krainie.

Panno Górska, Panno Święta,
która brodzisz w chmur gęstwinie,
Panno nasza Jaworzyńska!

Na Przełęczy

Jest jeszcze romantycznie-metafizyczny wątek tajemniczej niewieściej postaci, kreowanej przez oderwaną nieco od rzeczywistości, uduchowioną, a może by należało raczej powiedzieć, natchnioną niewieścią postać – Dorotę Ficoń. Cóż to za tajemnicza postać, czemu tak intensywna i takie mocne pozostawia piętno jej każdorazowe pojawienie się? Nie będę wszystkiego dopowiadać. Nie rozwiejemy tej mgiełki tajemnej, która się unosi nad Tatrami, a w młodopolskiej symbolice jest po prostu konieczna. Mgiełka ta przynależy i do Stanisława Witkiewicza i do Andrzeja Dziuka, twórcy spektaklu, który nie tylko tak szczęśliwie przewartościował pierwotną moją, zalążkową próbkę adaptacyjnego scenariusza, ale i znalazł jakże prosty, a dowcipny klucz scenograficzno-inscenizacyjny do tego pełnego kontrastów, a jednak stylistycznie spójnego spektaklu. Zobaczcie, jeśli Wam będzie dane, jak ta słodka brać aktorska pędzona nie tylko rozkazem reżyserskim, ale i własną szwoleżerską swadą wspina się, zwisa, pełznie i niemalże spada  z tych naszych Zawratów, Giewontów  niedosiężnych, z tych… szaf kanciastych, po których ten ich „sadystyczny” Demiurg kazał się przetaczać, mościć, a najpierw je zdobywać. Tak, tak – staromodne szafy stały się w w tym synkretycznym widowisku szczytami, przełęczami, zboczami i graniami, a czasem wysokogórskim schroniskiem. Wygrała wyobraźnia. Wszyscy artyści zakopiańscy wraz ze swym dowcipnym, ale i wrażliwym na mowę gór reżyserem zdobyli za swą sztukę niemałe uznanie.  A olśniewające piękno tych gór obnażyły zmysłowe słowa Stanisława Witkiewicza:

Spojrzeliśmy ku Tatrom. Płynęły morzem blasków i błękitów – czyste, jasne, kryształowe, srebrzyste, w śnieżnej, skrzącej się, niepokalanej bieli.
Przemówił Witkiewicz, przemówili Zakopiańczycy, przemówiły góry. 

Przemówili też widzowie na Facebooku po spektaklu one-line „Na Przełęczy”:

Anna Chmura
Spektakl jest wspaniały- przywołuje ducha Tatr…i nigdy się nie znudzi – grajcie go do końca świata.                              

Monika Lewicka                                                                                                                                       Spektakl “Na przełęczy” widziałam kilka razy w różnych odsłonach na żywo, w Tv też, chętnie obejrzę online, ale niech to nie będzie pożegnanieMam nadzieję, że “na szlaku” zobaczymy się jeszcze nie raz…    

Iwona Wicher
Ale jak to pożegnanie?Wprawdzie widziałam ten spektakl już na żywo i na szklanym ekranie (chyba razem 4 lub 5 razy), ale to jednak hit, do którego zawsze z przyjemnością się wraca. 

Marta Porębska
Nie , ale obejrzeliśmy spektakl 2 lata temu i zarówno ten jak i każdy wcześniejszy to jakieś metafizyczne doznanie. Bardzo tęsknimy za tym ,żeby ponownie znaleźć się w waszych progach. Trwajcie proszę!

Ewa Olejnik
Teatr Witkacy, to nie mogło być pożegnanieNie było, prawda? Ten spektakl jest tak wspaniały, że chciałoby się natychmiast wsiąść do pociągu, z niego podbiec do Teatru, przywitać z Wami, a zaraz potem powitać Tatry na jakimś ich szczycie

Marek Tyszkiewicz
I korkociąg!!!

______________________________

„NA PRZEŁĘCZY” wg St. Witkiewicza i W. Eljasza,  w reżyserii Andrzeja Dziuka
Teatr Witkacego w Zakopanem, premiera 31.12. 2002 r.

———————————————–

*  **  *** ****  cytaty z tekstów piosenek Grzegorza Walczaka

Na przełęczy

            wg St. Witkiewicza i W. Eljasza

Obsada

  • Dorota Ficoń
  • Adrianna Jerzmanowska
  • Katarzyna Pietrzyk
  • Joanna Banasik
  • Krzysztof Wnuk
  • Krzysztof Łakomik
  • Piotr Łakomik
  • Andrzej Bienias
  • Dominik Piejko
  • Marek Wrona
  • scenariusz i reżyseria Andrzej St. Dziuk
  • asystentki reżysera Dorota Ficoń Marzena Wnuk
  • scenografia Marek Mikulski
  • choreografia Iwona Pasińska (Polski Teatr Tańca z Poznania)
  • muzyka Zbigniew Namysłowski
  • muzyka do piosenek i aranżacja Jerzy Chruściński
  • realizator dźwięku Natalia Sosna
  • teksty piosenek, współpraca dramaturgiczna Grzegorz Walczak
Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko