Franciszek Czekierda – GAŁCZYŃSKI – ZBŁĄKANY KOCHANEK

1
206

Była dżdżysta jesień 1936 roku. Jerzy Waldorff szedł Nowym Światem w kierunku Starego Miasta. Po drugiej stronie ulicy zauważył machającego do niego znajomego poetę Bolesława Micińskiego, idącego z jakimś niewysokim, czarnowłosym mężczyzną. Gdy Jerzy podszedł do nich, rozpoznał w nieznajomym Konstantego Gałczyńskiego, którego wiersze dobrze znał. Mimo chłodu poeta szedł w rozpiętym płaszczu. Był lekko wstawiony.
– Poznajcie się – powiedział Bolesław.
Konstanty i Jerzy spojrzeli na siebie badawczo.
– To dla mnie zaszczyt, że mogę poznać świetnego poetę – Waldorff rzekł emfatycznie.
– Staruszku, nie rozwijaj przede mną dywanu, nie dmij w fanfary, nie pieprz. Mów prosto z mostu – Gałczyński odezwał się bezpretensjonalnie nawiązując do tytułu pisma, w którym drukował. – Kostek jestem, możesz mi też mówić Kot – wyciągnął w jego kierunku rękę.
Waldorffowi spodobała się jego bezpośredniość.
– A ja – Jerzy. Ale możesz mi też mówić Jurek – Waldorff uścisnął mu dłoń i poczuł, że miał lodowatą. – Jeśli mówisz do mnie prosto z mostu, odpowiem ci tak samo: rękę masz zimną, jak koci nos, a paradujesz w rozpiętym płaszczu, niczym Humphrey Bogart pod kalifornijskim niebem; zapnij go, staruszku.
– Ooo! Pierwszy raz widzę faceta na oczy i od razu roztacza nade mną opiekuńczy parasol – Gałczyński zaśmiał się życzliwie, klepiąc go po barku.
Po prezentacji obaj poczuli do siebie sympatię.
– Jakie plany na dziś? – Miciński spojrzał na Jerzego, który wzruszył ramionami.
– Ja też nie mam żadnych…. – Gałczyński zastanowił się chwilę. – Może z wyjątkiem ruszenia z posad bryły Ziemi – rzekł beztrosko. – I wypicia czegoś wzmacniającego, żeby ten zamiar zrealizować.
– No to idziemy do mnie – Waldorff bez wahania rzucił propozycję.
– Świetnie – zatarł z radości ręce. – Piwo masz?
– W domciu mama czeka na mnie z obiadem.
– No nie… – Gałczyński był zawiedziony.
– Zamiast piwa proponuję gorącą zupę – Jerzy odparł zdecydowanie.
– Bolek, ratuj! Mój najświeższej daty przyjaciel nie dość, że chroni mnie przed zimnem, to dodatkowo chce zrobić ze mnie abstynenta  – Konstanty spojrzał na Micińskiego, po czym przerzucił wzrok na Waldorffa. – I ja na to z całym moim poetyckim majestatem przystaję. Zupa zamiast piwka, kapuściana proza zamiast poetyckiej ambrozji. Nie lubię cię za to, Jureczku, ale propozycji nie odrzucę.
– Starczy dla nas zupki? – Bolesław zmartwił się.
– Starczyłoby też i dla Neli, gdyby z tobą była – zapewnił Jerzy. – A tak w ogóle, co z nią? Dawno jej nie widziałem.
– Siostrzyczka jest na Sorbonie, wraca za rok – odpowiedział Miciński.
– Muszę ją tam odwiedzić – zażartował Konstanty. – Na studiach zaliczała się do najładniejszych romanistek.

Od tego dnia Jerzy Waldorff i Konstanty Gałczyński zostali wiernymi przyjaciółmi do końca krótkiego życia poety (zmarł 6 grudnia 1953 roku w wieku czterdziestu ośmiu lat). Do chwili wybuchu drugiej wojny światowej często się spotykali, a nawet występowali razem na scenie kawiarni SIM przy ul. Królewskiej 11 prezentując własne teksty. Gałczyński kilkakrotnie recytował wiersze wsparty łokciem o fortepian, „był piękny w swojej natchnionej szpetocie”, jak po latach napisał Waldorff w Czarnych owcach dla Apolla. Jerzy często odwiedzał Natalię i Konstantego w podwarszawskim Aninie (leżącym dzisiaj w granicach stolicy) w domku przy ul. Leśnej 18.

25 sierpnia 1939 roku późnym wieczorem posłaniec dostarczył Gałczyńskiemu wezwanie do wojska w ramach powszechnej mobilizacji. Z walizką w ręku pożegnał się z żoną Natalią (jak się okazało na ponad sześć lat) i wyjechał pociągiem na wschód. Po kapitulacji załogi na Westerplatte napisał przejmującą Pieśń o żołnierzach z Westerplatte, która w połowie września 1939 roku dotarła do rąk Natalii. Wiersz był popularny w okupowanej Polsce. Podczas kampanii wrześniowej Gałczyński nie zdążył wykazać się umiejętnościami żołnierskimi, ponoć nawet nie umiał posługiwać się bronią. Po przekroczeniu granic Polski przez Armię Czerwoną poeta ze swoim oddziałem dostał się do niewoli do obozu w Kozielsku. Przed wojną z powodu niesubordynacji w podchorążówce dla studentów przeniesiono go karnie do zwykłej jednostki, toteż nie został oficerem, co przyczyniło się do uratowania mu życia (jak wiadomo wszyscy oficerowie z Kozielska zostali zamordowani). Po oddzieleniu żołnierzy od oficerów, tych pierwszych odesłano pociągiem do Niemiec. Poeta znalazł się w obozie przejściowym w Mühlbergu, skąd został skierowany do wiejskiego majątku w bogatej wsi Kreis Stendal. Właścicielką gospodarstwa była – jak później ją określił – „twarda i dosyć napalona baba”. Gałczyński wykonywał roboty gospodarcze, m.in. kopał buraki i przerzucał obornik. Nocami „zastępował” jej nieobecnego męża. Od tego momentu zaczynają się erotyczne przygody jeńca Konstantego Ildefonsa, o czym za chwilę.

Podczas okupacji Natalia Gałczyńska z córką Kirą i matką przeprowadziły się na Żoliborz do małego mieszkania przy ul. Czarnieckiego. Pierwsza wiadomość od poety dotarła do Natalii w czerwcu 1941 roku, w liście pocieszał ją i informował, że jest zdrowy. Wcześniej, bo w kwietniu 1941 roku, napisał list do Jerzego Waldorffa dziękując mu za opiekę nad Natalią i Kirą. Waldorff wysyłał mu paczki, jednak Konstanty prosił go, aby prowiant dostarczał Natalii, co Jerzy czynił do końca wojny. Po powstaniu warszawskim Gałczyńska z córką i matką zostały wypędzone z Warszawy, jak wszyscy mieszkańcy. Z tłumu maszerującego do Pruszkowa Jarosław Iwaszkiewicz wydostał gorączkującą Natalię, Kirę oraz matkę i przez pewien czas przechowywał je u siebie w Stawisku. Jeszcze w tym samym roku Natalia z rodziną pojechała do Krakowa, gdzie w teatrze Bagatela zatrudniła się jako szatniarka, dzięki czemu otrzymała jednopokojowe mieszkanie na ulicy Basztowej w pobliżu Starego Kleparza.
Po zakończeniu wojny, gdy Gałczyński przez dłuższy czas nie dawał znaku życia, po Polsce krążyły wieści, że zginął. W 1945 roku potwierdził to Natalii były jeniec ze stalagu Altengrabow mówiąc, że „widział Kota wykasłującego resztki płuc”. W grudniu 1945 roku opublikowany został w „Tygodniku Powszechnym” artykuł Jerzego Turowicza Poeta z łaski bożej poświęcony zmarłemu, zaś na początku następnego roku ukazał się w piśmie jego nekrolog.

W pierwszych dniach stycznia 1946 roku Jerzy Waldorff rozpoczął pracę w krakowskim tygodniku Przekrój na etacie redaktora literackiego. Pewnego majowego dnia, gdy w redakcji pisał jakiś tekst, zadzwonił telefon.
– Jerzy, przyjedź natychmiast – usłyszał po drugiej stronie dziwnie brzmiący głos Natalii.
– Co się stało? – Waldorff zaniepokoił się, nie mogąc rozszyfrować, czy jej głos był dramatyczny, czy radosny. Na pewno był inny niż ten, który dobrze znał.
– Proszę cię, jesteś potrzebny. Na miejscu ci wytłumaczę.
Jerzy Waldorff co tchu pobiegł do jej mieszkania oddalonego o kwadrans drogi od redakcji „Przekroju”. W głowie kłębiły mu się czarne myśli związane z Kostkiem, obawiał się wielu złych rzeczy z wyjątkiem jego śmierci, bo wcześniej dotarła do niego wiadomość, że wędrował po Polsce z jakąś dziewczyną. „No tak – skojarzył – może chodzi właśnie o nią”.
Po wejściu do mieszkania zobaczył w długim ciemnym korytarzu Konstantego w angielskim battledressie. Stał przygarbiony, twarz miał pooraną zmarszczkami, a czarne niegdyś włosy przeplecione były pasmami siwizny. W jego oczach nie dostrzegł radości. Wyglądał na skrępowanego. Jerzy chciał się z nim serdecznie przywitać, lecz gdy ujrzał z bliska jego poszarzałe źrenice, zląkł się. Wyciągnął tylko ku niemu rękę.
– Witaj, Kostek – rzekł uprzejmie.
– Jurek, dziękuję ci za wszystko – Gałczyński skłonił głowę i zamierzał coś jeszcze dodać, lecz nie był w stanie nic z siebie wydusić.
Przyjaciele długo stali w milczeniu ściskając sobie dłonie. Waldorff czuł, że coś ciężkiego wisiało w powietrzu. Natalia poprosiła go, aby wszedł do środka. Konstanty został w korytarzu, chodząc wolno z rękami w kieszeni. Gość wszedł do pokoju, w którym zobaczył pod oknem babkę z dziesięcioletnią Kirą na kolanach. Już sam widok dużej dziewczynki trzymanej na kolanach wydawał mu się zagadkowy. Matka Natalii starała się zachować kamienną twarz, z której można było jednak wyczytać napięcie. Ukłonił się jej, lecz nie zareagowała.
– Dzień dobry, wujciu – ucieszyła się dziewczynka.
– Cześć, Kiruś – Jerzy pomachał jej ręką.
W kącie dużego pokoju zauważył stojącą niepewnie młodą kobietę przy dwóch dużych plecakach i wojskowych workach. Miała na sobie battledress i spódnicę, jaką nosiły „Pestki”, żołnierki z angielskiej Pomocniczej Służby Kobiet. Surowa elegancja munduru podkreślała jej przystojność. „Acha, rozumiem… To ta, z którą jeździł po kraju – uświadomił sobie. – Ale po diabła ją tu sprowadził? Fantasta. Czy on naprawdę musi mieszać życie z poezją?” – pomyślał zły.  Chciał się z nią przywitać, gdy wtem Natalia wzięła go pod łokieć i zaprowadziła do kuchni.
– Idź do niego! – nie tyle szepnęła, co mruknęła mu do ucha. – Może tobie powie, co mam teraz począć?  – jej słowa odebrał niczym krzyk zrozpaczonej żony. – Przemów mu do rozumu, błagam. On ciebie posłucha… – Jerzy zrozumiał, że całą nadzieję pokładała w nim.
„Natalia, tak nie można! Przerzucasz na mnie cały ciężar rozwiązania tej beznadziejnej sytuacji, której dobrze nie znam – pomyślał przestraszony Jerzy – ciężar waszych zaszłości, jego tajemnic, wieloletniej nieobecności i cholernie zmiętej duszy, której nawet on sam nie rozumie”. Waldorff przyjrzał się jej z bliska, usta miała zaciśnięte, oczy zaś błyszczały na przemian złością i tłumioną nadzieją.
– Nie wiem… – odpowiedział zlękniony.
– Idź, zrób coś! – zażądała. – Tylko ty możesz pomóc. Proszę… – złagodziła ton.
Jerzy wrócił do ciemnego korytarza, w którym Gałczyński wciąż chodził tam i z powrotem. Obaj znaleźli się przy łazience.
– Zmiłuj się. Coś ty najlepszego narobił? – Waldorff załamał ręce w przesadnym geście. – Na Boga i na wszystkie świętości, Kostek! – zawołał dramatycznie.
Gałczyński stanął, spojrzał mu przenikliwie w oczy i wybuchnął gromkim śmiechem, w którym była rozpacz i triumf, zdumienie i zadowolenie. Zrazu Jerzy pomyślał, że była to jedna z jego aktorskich gierek, sztuczny chichot mający zatuszować rzeczywistość. Niewygodną, zasupłaną. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że był to szczery śmiech zmaltretowanego przez niewolę człowieka, który cudem przeżył i przyznał sobie nagrodę zwycięstwa w postaci przywiezionej dziewczyny. „No tak, Porfirion przywiózł sobie łup wojenny – pomyślał wściekły Waldorff. – Zadziałał spontanicznie, bezmyślnie. Co za osioł”.
– Muszę do sracza – rzekł Gałczyński po strzelistych wezwaniach przyjaciela i zniknął w łazience.
„Najlepiej zamknąć się w schowku jak dziecko, żeby uciec od odpowiedzialności – pomyślał Waldorff. – Czy on nigdy nie dorośnie? Będzie tam siedział dzień, dwa, aż sytuacja sama się rozwiąże? Kostek, weź ten problem w swoje łapy i rozwiąż jednym cięciem”.
Minęło kilka minut.
– Chodź tu – Gałczyński zawołał przez uchylone drzwi. Wskazał mu ręką taboret, na którym Jerzy usiadł. Poeta chodził wzdłuż sporej łazienki.
– Kot, narobiłeś bigosu i musisz go zjeść – Jerzy powiedział twardo.
– Jureczku, przestań. Nie chcę teraz o tym myśleć.
– Musisz o tym myśleć, nie masz wyjścia. Musisz – naciskał Jerzy.
– Wiesz, że nienawidzę, gdy ktoś mi mówi: musisz. Ale przedtem chcę ci coś powiedzieć.
– Mów – zachęcał go Jerzy.
Gałczyński usiadł na brzegu wanny.
– Wszystko zaczęło się w majątku blisko powiatu Stendal, gdzie wywieziono mnie na roboty. Właścicielką była mocna i chętna Niemra. Wiesz, znam niemiecki, więc nie było problemu z gadką. Ciężko pracowałem za dnia, a w nocy ona chciała – zdusił w sobie sardoniczny śmiech – żebym ją ten tego… Mąż był na froncie. Starałem się, jak mogłem. Nie była gwiazdą, ale też nie maszkarą… No cóż…, męczyłem się. Nie było…
– Znam cię dość dobrze i nie mów, że nie sprawiało ci to przyjemności – wszedł mu w słowo Jerzy.
– Nie było miło, bo za dnia harowałem, jak dziki osioł, a w nocy… wiesz. Chciałem od niej uciec, ale groziła za to kulka w łeb. W tym czasie pojawiła się w gospodarstwie boska Włoszka, która trafiła tu za partyzantkę. Dziewczyna jak Wenus. Tylko Italia może wydać taką wspaniałość. Na polu przy ładowaniu śmierdzącego obornika rozmawialiśmy godzinami o literaturze pięknej. Co za zestawienie: gnój i poezja.
– Jak u Staffa – zauważył przyjaciel.
– Polubiliśmy się. Esterina chwaliła mnie nawet za język włoski.
– Ty w każdym języku potrafisz się dogadać.
– Zazdrosna Frau rozdzieliła nas, załatwiła przeniesienie mnie do robót w lesie. Nie będę opowiadał ci szczegółów, przeskoczę parę latek do przodu. Na jesieni czterdziestego czwartego do obozu przyjechały pociągi z powstańcami warszawskimi. Wśród nich poznałem ją.
– Tę tutaj? – Waldorff wskazał oczami w kierunku pokoju.
– Maruta. Marysia Stobiecka, lwowska poetka. Moja Saskia. Czytała mnie przed wojną. W czasie powstania przywaliła ją ściana domu, ale znalazła się w jakiejś niszy i cudem przeżyła. Odkopali ją. W obozie opowiadała mi, jak mnie rozpoznała. Weszła do świetlicy stalagu, gdy w tłumie jeńców usłyszała kogoś recytującego wiersz donośnym głosem. Mówiłem wtedy poemat Inge Bartsch. Przysłuchując się pomyślała, że tak może deklamować tylko poeta. Dwa, może trzy dni później poznaliśmy się, gdy złapała zapalenie płuc. Załatwiłem jej ciepły koc i porządne męskie ubranie. Wyleczyła się. Saskia krótko przebywała w Altengrabow, była żołnierką Armii Krajowej i – podobnie jak inne koleżanki – nie zgodziła się na przejście do cywila, do czego nakłaniali Niemcy. Za karę w grudniu dziewczyny wywieziono do obozu karnego. Te półtora miesiąca naszych kontaktów zrodziły coś, co wciąż tu – wskazał palcem na pierś – we mnie żyje. – W tym momencie Gałczyński wyjął zza koszuli rzemyk, do którego przytwierdzony był blaszany medalik Matki Boskiej. – To od niej – rzekł z namaszczeniem. – Ja dałem jej na drogę swój ulubiony lejbik, który uszyłem z wrześniowego munduru. Dzięki niej po pięciu latach milczenia powróciłem do wierszy, ona rozwiązała mi język, jak najlepsze wino. Pisaliśmy do siebie. Kapitulacji Niemiec doczekałem w Gardelegen, gdzie pracowałem w odlewni żelaza. Stąd przewieziono nas do obozu przejściowego w Höxter na południe od Hanoweru. Mimo, że skończyła się wojna, że urządzano mi czwartki literackie, na których recytowałem, mimo że ciągle była whisky, to wpadłem w jakąś bezdenną rozpacz. Nie uwierzysz, ale chciałem się powiesić. To chyba przez nadmiar tego cholernego szkockiego bimbru. Zaczynałem rozumieć Gordona, Jesienina, Majakowskiego, dla których wszystko straciło sens. Zobacz, co za paradoks; koniec wojny, ludzie się cieszą, byłem nareszcie wolny, a we mnie zgasł motor.
Jerzy cały czas słuchał go z uwagą, lecz gdy usłyszał o samobójczym zamiarze, drgnął przerażony.   
– Samobójstwo? – nie chciał uwierzyć.
– Byłem w totalnej rozsypce. Niespodziewanie pewna dziewczyna,  Lucyna ze Lwowa, pomogła mi się pozbierać.
– Miałeś szczęście do lwowianek – Waldorff zauważył ironicznie.
– Przypadek. Lucynka Wolanowska z czułością się mną zajęła. Pokochałem ją…
– Przepraszam cię, Kostek – przerwał mu Jerzy – ale jeśli ty będziesz mi teraz gadał o kolejnym romansie, a może jeszcze o następnym, to z tej dziupli nie wyjdziemy przed świtem, a one tam czekają na ciebie – wskazał ręką na ścianę, za którą w pokoju były kobiety.
– Jurek, nie wiem, czy do nich pójdę, ale jeśli pójdę muszę ci o wszystkim opowiedzieć.
– O wszystkim? – zdziwił się. – Kostek, chyba zwariowałeś? To niemożliwe.
– O wszystkich moich miłościach – doprecyzował.
– Raczej miłostkach – poprawił go.
– O miłościach! – Gałczyński ryknął. – Czułem się jak sobaka zbita przez diabelski los. A teraz znalazłem się w imadle między Nataszą i Marutą.
– Nie przesadzaj. Wszystko w twoich rękach.
 – Przywiozłem ją ze sobą i dopiero, gdy zobaczyłem Natalię, dotarło do mojej durnej łepetyny, że jestem w pułapce.
– Szkoda, że wcześniej tego nie przewidziałeś…
– Nie znęcaj się nade mną – Gałczyński złożył dłonie, jak do modlitwy.
– Spokojnie, znajdziemy wyjście – Jerzy starał się zatuszować swoją złośliwość.
 – Gdy po tylu latach zobaczyłem ciebie, oświeciło mnie. Illuminazione, capisci. Pomyślałem, że mojemu najwierniejszemu przyjacielowi muszę koniecznie wyznać wszystkie anielskie i diabelskie chwile przeżyte z dziewczynami w piekle niewoli, jak na świętej spowiedzi przed śmiercią. Muszę je wyrzucić z siebie, bo inaczej szlag mnie trafi, kapujesz? – Gałczyński przeszył przyjaciela rozognionymi oczami, z których biło szaleństwo.
– Ile ich jeszcze było? – Jerzy niecierpliwił się.
– Spowiednik nie pyta o takie rzeczy, tylko kornie słucha – Konstanty zaśmiał się, lecz natychmiast zdusił w sobie śmiech.
– Casanooova – rzekł kąśliwie.
– Nic nie rozumiesz – Gałczyński nie był zadowolony z tego porównania. – Spójrz na mnie, czy ja wyglądam na weneckiego babiarza? Uwierz, nie szukałem przygód – zirytował się. – Owszem czasem powaliło mnie uczucie. Uczucia – poprawił się. – Gdybym je tłumił, ciśnienie rozsadziłoby mi czaszkę, a w warunkach obozowych nie było o to trudno.
– Może trochę przesadziłem – zsumitował się Waldorff. – Ale wiesz dobrze, że jako poeta działasz na kobiety.
Konstanty klepnął Jerzego po kolanie w geście zgody.
– Z Lucyną zamieszkałem w małym pokoju polowego szpitala. Ona przeszła Auschwitz i Ravensbrück, straciła całą rodzinę. Gdyby nie ona, zawieźliby mnie do wariatkowa, albo zapiłbym się na śmierć. Ale wcześniej, w listopadzie nie mogłem wytrzymać w tym pokoju, coś mnie nosiło, jakiś czort… Lucyna zaszła w ciążę. Wyjechałem do żołnierzy Maczka, do Meppen.
– To stamtąd napisałeś na kartce wyrwanej z modlitewnika wiadomość do Natalii, że należysz do niej do śmierci i po śmierci – skojarzył Jerzy. – Pokazała mi ją na dowód, że żyjesz.
– Wcześniej nawiązałem listowny kontakt z Marutą, która po obozie znalazła się w szpitalu w Lille. Zabrałem ją stamtąd do Brukseli, gdzie zapisała się na dziennikarstwo w Polskim Ośrodku Studiów i zamieszkała w akademiku na ulicy Meyerbeer. I właśnie wtedy zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, kretyńskie uczuciowe rozterki.
– Dlaczego kretyńskie?
 – Bo lepiej, gdybym ich nie miał. Kochałem obie. I jeszcze Natalię. W Brukseli Marutę brałem pod rękę i w niedzielę prowadziłem ją – dużą panienkę na spacer; a w domu Natalia postawiłaby mi pod nosem atrament, tulipany i jabłka, takie proste i okrągłobose. „Miło było w Brukseli – zamyślił się – i gwałtownie, i sennie: z wierzchu woda srebrzysta, na dnie ciemne cierpienie, jeszcze głębiej sumienie”. – Byłem rozdarty – ocknął się – ale wciąż nie gotowy na powrót do domu. Napisałem Lucynie, że wrócę na Boże Narodzenie. Nie wróciłem. W połowie stycznia urodziła mi syna. Jeszcze w grudniu uciekłem do Paryża, spałem w hotelu Lambert. Chciałem wracać do Polski i jedocześnie zostać na emigracji, do czego namawiał mnie Giedroyc. W ostatnich dniach grudnia postanowiłem wyskoczyć do Włoch. Zatrzymałem się w Marsylii, bo nie było statku. Na sylwestra odwiedziłem w Awinionie Nelę Micińską, siostrę Bolka. Pracowała na uniwersytecie w Montpellier jako lektorka języka polskiego.
– Pamiętam ją. Szkoda mi jednak Bolka, zmarł biedaczysko w czterdziestym trzecim w Laffrey – uzupełnił Jerzy.
– Cud dziewczyna, wtedy już kobieta – poeta rozmarzył się. – Intelekt, erudycja, francuski, wszystko na najwyższym poziomie, perfekt.
– No i zakochałeś się – uprzedził go Waldorff. – Kot, błagam cię, nie chcę już słuchać o twojej kolejnej kochanicy. Z detalu przerzuciłeś się na hurt, bój się Boga.
– Kochaliśmy się dzień i noc, dzień i noc, cały tydzień – Konstanty zlekceważył jego słowa. – Po raz pierwszy na wolności bez germańskich obozowych drutów, a także bez alianckich strażników. Burza uczuć. Zwierzęca namiętność. Szał uniesień, jak u Podkowińskiego. Kobiety są jak książki, człowiek natrafia na urocze i niezwykłe. I dopiero, kiedy znajdę taką, jak czerwcowe niebo, wydzieram się na całe gardło: to ona! I ona rozbiła nad moją wariacką czupryną banię z miłosną poezją. Oświadczyłem się jej.
– Wiedziałem, żeś wariatuńcio, ale nie, że aż taki. Żona ci nie przeszkadzała?
– To samo pytanie zadała mi Nela. Złożyłem uroczyste oświadczenie na ołtarzyku jej ciała ostemplowane milionem pocałunków, że jako poeta mam od niebios przywilej na wielożeństwo.
– Widzę, żeś nie tylko wariat, ale i chorobliwy kobieciarz – obruszył się Jerzy, choć w jego słowach zawarta była szczypta podziwu. – Zachowywałeś się, jak spuszczony ze smyczy słomiany wdowiec na wywczasach. A przecież jesteś już stary koń.
– O właśnie, może wiek… W łazience u Neli było dobre światło nad lustrem, któregoś dnia ze zdziwieniem zauważyłem ile przybyło mi siwych włosów. Przeraziłem się. Bo zwykle tak bywa: znajdujesz się na szczycie, a za nim jest przepaść. I gdy pisałem Neli wiersz, dźgnęła mnie ostrym kolcem  myśl o wiernej Natalii. Byłem przekonany, że mnie nie zdradzała. Wtedy, po latach spędzonych na obcej ziemi, po raz pierwszy wypowiedziałem to słowo: zdrada.
Nagle ktoś zastukał w drzwi łazienki.
– Nie przeszkadzać – ryknął Konstanty. – Tu jest epicentrum mojego zasranego życia, w kiblu, nie w pięknym świecie, nie w pokoju, ani wśród ludzi – zawołał tubalnym głosem.
– Kostuniu, za chwilę mają przyjść Zagórscy – Natalia powiedziała łagodnie przez drzwi.
– Jak skończymy, przyjdziemy. Albo i nie – rzekł głośno, choć już spokojniej. –
Natalia odstąpiła od drzwi. Gałczyński odrzucił głowę do tyłu. Wzrok utkwił w suficie, palcami zaczesał włosy i zaczął recytować lirycznym głosem, jakby przed chwilą nic się nie  stało:
I ona, Ona, wciąż jak panna,
Jak ten najlepszy owoc w sadzie,
Jak ta Natalia – Aleksandra,
Lecz ta Natalia, co nie zdradzi.
Po ostatnich słowach gorzko zapłakał. Z krawędzi wanny zsunął się na kolana. Z głową w dłoniach zwinął się na posadzce w kłębek. Trząsł się od płaczu. Jerzy pochylił się nad nim i mocno ścisnął go za bark.
– Czy wszyscy poeci muszą być tacy sami? – pytał przez łzy. – Debilne pytanie.
– Kot, proszę, uspokój się – delikatnie pogładził go po plecach.
– Wszyscy zdradzali swoje żony, Mickiewicz, Puszkin. Wszyscy – wciąż rozpaczał.
– A ta Natalia – Aleksandra to żona Puszkina? – Jerzy próbował zmienić temat chcąc wyrwać go ze spirali płaczu, choć dobrze znał historię pięknej Natalii Gonczarowej.
– Jedno warte drugiego – Konstanty uspokoił się nieco. – Zdradzali się nawzajem, chociaż on więcej.
– Niestety – Jerzy westchnął.
– Modliłem się, modliłem się żarliwie jak dziecko – Konstanty mówił z przejęciem.
– O co? – zapytał, lecz po chwili uświadomił sobie, że nie powinien pytać o szczegóły.
– Poszedłem do spowiedzi. Jakiś dobry francuski księżulo udzielił mi rozgrzeszenia. Kamień z serca. Postanowiłem sprowadzić do siebie Natalię i Kirę. Ale niespodziewanie zachorowała Nela. Pojechałem do Paryża zdobyć dla niej prowiant, głównie mięso. W tym samym czasie Lucyna rodziła w Höxter, więc pojechałem zobaczyć synka. No, ale pamiętałem też o Marucie, mojej Saskii. W marcu napisałem jej, że się pobierzemy. Myślałem o ślubie  katolickim, bo z Natalią miałem prawosławny.
– Konstanty, brak mi słów na twoje zachowanie, choć to już przeszłość – westchnął Waldorff. – To już nie bigamia, lecz jakaś trigamia, a z tobą istna kwadratura koła.
– Dlatego czułem się skołowany – zaśmiał się przez łzy. – Zagubiony.
– Zbłąkany…
– Otóż to. Nawet zanotowałem sobie na paczce Gauloisesów: „Rozpłakały się gwiazdy Belgii nad mym zbłąkaniem, nad szaleństwem wielkim. I gwiazdy Niemiec, żem taki szaleniec…”. Błąkałem się jeszcze po naszych jednostkach wojskowych, pożegnałem się po raz kolejny „na zawsze” mówiąc, że jadę się ożenić. I właśnie tam, w Quaqenbrück, usłyszałem przypadkową rozmowę, jak żołnierze śmiali się, że Kostek jedzie na swój kolejny ślub. Zabolało mnie. I wówczas postanowiłem związać się z Marutą.
– Dlaczego ją wybrałeś?
– Szczerze? Nie wiem. Może dlatego, że opiekowałem się nią, gdy miała zapalenie płuc, a później ona wyciągnęła mnie z depresji. Byliśmy narzeczonymi. Wsiedliśmy na szwedzki statek i hajda… do Polski. W marcu dobiliśmy do Gdyni. Dwa miesiące wędrowaliśmy po kraju. I zacumowaliśmy tutaj.
– O czym myślałeś, gdy przedstawiłeś ją Natalii? – Waldorff zapytał niepewnie.
– Że jakoś wszystko się ułoży.
– Jakoś… – Jerzy rzekł pobłażliwie. – Jak można być tak naiwnym?
– Znowu mnie dobijasz – Gałczyński przeszył go wzrokiem.
– Kostek, pamiętasz, jak mówiłeś na początku rozmowy, że musisz mi wszystko powiedzieć, jak na spowiedzi. Rozumiem, że spowiedź miała dać ci ulgę.
– Dobrze zrozumiałeś.
– Oczekujesz rozgrzeszenia? Możesz je otrzymać nie ode mnie, lecz od kogoś innego – Waldorff wskazał głową w kierunku pokoju, w którym była Natalia.
– Jureczku, nie wiem. Błagam, pomóż – załkał.
– Jak to wszystko sobie wyobrażasz? Pod jednym dachem z dwoma kobietami?
– Nie męcz mnie – mówił płaczliwie.
– Dobrze, że nie wybrałeś tej z dzieckiem, bo byś sobie dopiero nawarzył piwa. Och, ty mój głupi kochany chłopie – Jerzy oburącz ujął jego głowę dotykając czołem jego czoła. Obaj zastygli dłuższą chwilę.
– Powiedz coś – Gałczyński przerwał męczącą ciszę.
– Wybór narzuca się sam: mądrość albo przyjemność. Nie muszę dodawać, że ostatnio zaznałeś trochę przyjemności.
– Wypominasz mi ją po latach poniewierki i ohydy niewoli? To niegodziwe. Choćbym ci opowiedział wszystko w najdrobniejszych szczegółach, nigdy się nie dowiesz, co naprawdę przeżyłem – poeta otarł łzy nasadą dłoni.
– Wybieraj – Jerzy był konsekwentny.
– Co mam zrobić z Marutą? – przeraził się.
W tym momencie do mieszkania weszli Jerzy i Maryna Zagórscy. Po krótkiej chwili, gdy goście przeszli do pokoju, do drzwi łazienki ponownie zapukała Natalia.
– Kostek, przyszli goście – szepnęła przez drzwi. – Może byś się z nimi przywitał?
– Najpierw uporządkuję swoją kosmogonię. Potem może wyjdę. Wyjdziemy – poprawił się. – Ale to może potrwać.
– Ile? – zapytała prosząco.
– Rok, dwa.
Zza drzwi dobiegło ciężkie westchnienie. Jerzy również się przeraził, spoglądając piorunująco na przyjaciela.
 – Albo kwadrans. Proszę cię, Natasza – powiedział zwyczajnym głosem, w którym zabrzmiała nuta nadziei.
Natalia wróciła do gości.
– Głupia sprawa – zauważył Jerzy. – Przyszli twoi przyjaciele, którzy nie widzieli cię prawie siedem lat.
– Ja też ich nie widziałem siedem długich lat. Mówię to bez złośliwości. Parę minut beze mnie wytrzymają.
– Konstanty – Waldorff spojrzał na niego błagalnym wzrokiem. – Twoja kosmogonia…
– Mówisz, żebym wybrał tę ciężką koronę, która przygniotła mnie i Natalię balastem lat?
– Jaka korona? – Jerzy nie mógł skojarzyć.
– W praskiej cerkwi podczas ślubu z Natalią Rysio Dobrowolski i Dziadzia trzymali nad naszymi głowami potwornie ciężkie korony, chyba z ołowiu…
– A więc wybrałeś – oczy Jerzego zamgliły się.
– Ty wybrałeś za mnie.
– Nie licytujmy się.
– Powiem ci na koniec naszego kiblowego posiedzenia, że ja – nieopierzony przed laty poeta, samozwańczy wieszcz – sam sobie to wszystko wywieszczyłem – rzekł drżącym głosem.
– Co?
– Rzecz niebywała. Teraz to do mnie dotarło – rzekł głosem odkrywcy.
– Gadaj wreszcie – Jerzy ponaglił go niegrzecznie.
– Bodaj w dwudziestym ósmym napisałem Romancę o trzech siostrach emigrantkach, którymi były Amelia, Ofelia i Kordelia. Miałem je trzy na emigracji, Marutę, Lucynę, Anielę. Kordelię, tę od serca, czyli Marutę przywiozłem z sobą.
– Coś kojarzę… chyba płynęły statkiem.
– Piorun strzelił w kadłub i wszystkie potonęły. A niech to dunder świśnie! Wszystko się sprawdziło – uderzył dłonią o wannę.
– Prorocza ballada. Ale ty, staruszku, płyniesz. Sam sobie jesteś sterem, żeglarzem okrętem.
– Prorokiem. Magikiem. Małpiszonem.

Natalia z matką krzątały się przy kuchni. Jerzy z Maryną dostawiali stół kuchenny do dużego stołu, Kira rozkładała na stołach talerze i sztućce, Maruta ustawiała krzesła i taborety. W tym czasie weszli do pokoju Konstanty i Jerzy. Zagórski widząc Gałczyńskiego rzucił mu się w ramiona, po sekundzie dołączyła do nich Maryna, która objęła dłońmi czupryniastą głowę poety.
– Wybacz, Kostek, że cię uśmierciłem – Zagórski powiedział cicho płaczliwym głosem. – Byłem jednym z tych, którzy przywieźli z Zachodu tę nieprawdziwą wieść.
– To mi wyszło tylko na dobre. Nie przejmuj się – Konstanty poklepał go przyjaźnie po plecach. – Od dzisiaj zaczynam drugie życie.
Stojąca w drzwiach kuchni Natalia przywołała do siebie ręką Waldorffa.
– I jak? – zapytała niepewnie.
– Chyba będzie dobrze – Jerzy odrzekł spokojnie.
– Chyba? – zmartwiła się.
– Mam nadzieję, że się nie zbisurmani i po obiedzie nie zmieni zdania – uśmiechnął się wymuszenie.
– Na obiad przygotowałam mu to, co najbardziej lubi, ogórkową i schabowe z podwójną panierką. I małosolne.
– Zostanie w domu.
– Dziękuję ci, Jureczku – powiedziała z ulgą.
– Jeszcze nie dziękuj.
Natalia przeprosiła Waldorffa i energicznie poprosiła wszystkich, aby zasiedli do stołu. Konstanty usiadł pośrodku, po jego prawej stronie znalazła się ona, po lewej zaś – nie wiadomo, czy przypadkowo – Maruta, zajmując ostatnie wolne krzesło. Obiad podawała matka Natalii, której pomagała Kira. Gdy zaczęto jeść odezwał się Jerzy Zagórski siedzący naprzeciwko poety.
– Witam cię, Kostek, wśród żywych – w tym momencie pokazał wszystkim nekrolog Gałczyńskiego wydrukowany w Tygodniku Powszechnym. – Tę nieprawdziwą informację trzeba wyrzucić do kosza. – Zagórski zmiął gazetę i cisnął ją teatralnym gestem w kąt pokoju.
– Zostaw, nie niszcz. Nekrolog zachowam na pamiątkę, bo tylko ja wiem, ile przeszłam po otrzymanych wiadomościach o jego śmierci – odezwała się Natalia. – Jurek może to potwierdzić – spojrzała na Waldorffa.
– Kot, zagrałeś nam marsza żałobnego na najwyższym diapazonie… – Jerzy Waldorff starał się wprowadzić humorystyczny nastrój.
– Małe sprostowanie – zabrał głos Gałczyński, przełykając zupę. – Nie ja zagrałem, ale heroldzi, którzy przynieśli wam te wieści.
– To nie ma znaczenia. I tak cała gloria tycząca się twojej śmierci spadła na ciebie – zaśmiał się Zagórski. – A teraz, po zmartwychwstaniu, musisz dźwigać ten krzyż…
Słowa te zabrzmiały aluzyjnie. I zbyt poważnie. Obecni przy stole spojrzeli krytycznie na Zagórskiego, który od razu starał się przykryć nietakt:
-Teraz koniecznie musisz coś skrobnąć na temat swojej rzekomej śmierci, bo nie każdy ma okazję otrzymać drugie życie. Tym bardziej, jeśli dotyczy to poety, który powinien ocalić ten ślad od zapomnienia.
– Ocalić ślad od zapomnienia… – Gałczyński zamyślił się. – My tu gadu gadu, a zupa stygnie. Wieki nie jadłem mojej najulubieńszej ogórkowej, za którą, Natalio, składam ci wielki dank – skłonił ku niej głowę dotykając czołem jej barku. „Cóżem winien, żem tak się nabłąkał – chwilę zastygł w tej pozycji – żeby w końcu do ciebie przyjść, żeby w końcu zrozumieć, że tyś jest łąka i drzewo, i księżyc, i liść”.
Zagórski zamarł. Chciał coś powiedzieć, lecz Maryna powstrzymała go delikatnym szturchnięciem w ramię. Po męczącej pauzie Gałczyński wyrecytował swoim głębokim głosem:
– Na mecie mojej tułaczki znalazłem prawdziwy smak życia: zjeść domową zupę i umrzeć – podniósł wysoko głowę i zaśmiał się donośnie.
– Może jednak drugi raz nie zrób nam tego psikusa – Waldorff stwierdził żartobliwie.
Pozostali domownicy i goście zawtórowali im śmiechem.

Obiad trwał długo. Jedzący starali się rozmawiać swobodnie, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Milczała tylko Maruta czująca się nieswojo. Intuicja podpowiadała jej, że Konstanty postanowił ją zostawić dla żony i córki. Czuła, że były mocniejsze;  nie była w stanie im się przeciwstawić. Powoli godziła się z losem porzuconej kochanki. Po drugim daniu, gdy czekano na herbatę i ciasto drożdżowe, Waldorff poprosił do przedpokoju Zagórskich, którym zreferował krótko rozmowę z Konstantym. Goście powoli zbierali się do wyjścia. Maryna i Jerzy wzięli Marutę do siebie. Gdy opuszczała z Zagórskimi mieszkanie, poczuła ulgę. Całodzienny pobyt przy Natalii i pod złowrogimi błyskami oczu jej matki zmęczył ją. Natalia Gałczyńska podeszła do Waldorfa i obejmując go mocno powiedziała serdecznym głosem:
– Jeszcze raz ci dziękuję, Jerzy. Wiedziałam, że ci się uda – uroniła łzę.
Waldorff był wzruszony, lecz nie dał tego po sobie poznać.
– Jutro wezmę go do „Przekroju”, Eile na pewno coś dla niego znajdzie.

Po kilku dniach gościny u Zagórskich Maruta zgodziła się wyjechać do Warszawy z pisarzem Janem Dobraczyńskim, znajomym Gałczyńskiego i Zagórskiego. Dobraczyński, katolicki literat, załatwił jej pobyt w stołecznym klasztorze. Maruta przez pewien czas korespondowała z Konstantym. Któregoś dnia wyjechała z klasztoru pod pretekstem pielgrzymki na Jasną Górę. Po odszukaniu brata na Górnym Śląsku postanowiła u niego zamieszkać. Po drodze wysiadła w Krakowie, gdzie się spotkała z Konstantym. Pożegnali się „na zawsze”, choć po pewnym czasie spotkali się przypadkowo w Katowicach. Gałczyński, będąc z żoną, podszedł do niej i ucałował ją w rękę. Było to ich ostatnie spotkanie.

––––––––––

Maruta – Maria Stobiecka (1913-1978) została w Polsce. Była dziennikarką w katowickich gazetach, wykonywała różne prace dorywcze i sporadycznie drukowała wiersze. W latach stalinowskich była represjonowana przez Urząd Bezpieczeństwa za udział w powstaniu warszawskim i przeszłość emigracyjną. Jest kojarzona z „przekrojową” postacią Hermenegildy Kociubińskiej z teatrzyku Zielona Gęś.
Lucyna Wolanowska (1921-2005) z alianckiego obozu dipisów (displaced persons) wyemigrowała z synkiem Konstantym w 1948 roku do Australii, gdzie mieszkała do śmierci. Syn (Steve Parker) odwiedził kilka razy Polskę, m.in. był w Praniu, spotkał się ze swoją przyrodnią siostrą Kirą Gałczyńską. Zmarł w Australii w 2020 roku.
Nela, czyli Aniela Micińska (1908-1992) we wrześniu 1939 roku przedostała się do Rumunii, skąd wyjechała do Francji, gdzie pozostała do końca życia. Pracowała jako lektorka języka polskiego na uniwersytetach w Montpellier i Bordeaux. Przetłumaczyła m.in. Pani Bovary i Szkołę uczuć Gustawa Flauberta. Do Polski przyjechała na krótko w 1948 r. jako tłumaczka Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju, który odbywał się we Wrocławiu.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Znowu przejmując opowieść ojej tyle wiadomości burząca ideały legendy porządek rzeczy. Nie wiem czy chce to czytać jak zło które wciąga do czytania dobrze że znam pisarzy poetów którzy nie są tacy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko