Szczęsny Wroński – PARADISE

0
106
Franciszek Maśluszczak

To dobrze, że istnieją takie niezależne pisma jak internetowy Dwutygodnik Literacko-Artystyczny Pisarze.pl. i to nie jest jubileuszowe kadzenie przy okazji 500-setnego Numeru. Moja gorzka konstatacja jest taka, że literackie pisma papierowe docierają niestety do niewielkiego kręgu odbiorców,  a ich wersje on-line są z reguły trudne w obsłudze i słabo czytelne – również ich opracowania graficzne nie przyciągają uwagi. Daleko im też do ilości „wejść”, jaką może pochwalić się Szanowny Jubilat. Wielkim atutem tego Pisma jest koegzystencja na elektronicznych łamach twórców ponad wszelkimi podziałami. Redakcja publikuje tylko te teksty, które uważa za wartościowe pod względem tematycznym i artystycznym.

Właściwie trudno jednoznacznie ocenić, co w sztuce jest najważniejsze. Czasem, wbrew opiniom teoretyków i krytyków, prosty przekaz odblokowuje uczucia i umysł odbiorcy prowokując do ważkich przemyśleń, a nawet modyfikacji swoich ustabilizowanych poglądów i upodobań. W innych przypadkach to przekaz metaforyczny, deformujący obraz świata, okazuje się być kluczem otwierającym percepcyjne blokady. Nikt nie jest w stanie wiarygodnie wykazać, że np. poezja  Białoszewskiego jest bardziej wartościowa od poezji Harasymowicza, a proza Gombrowicza od prozy Kawalca. Najważniejszym kryterium wydaje się być pozytywna odpowiedź na pytanie, czy to działa konstruktywnie na odbiorcę, otwiera, inspiruje do życia i twórczości. W przyjaznej i pojemnej przestrzeni  Pisarzy.pl znajduje się miejsce dla wielości  odczytań tajemnicy świata.

W drugiej połowie XX w. oblicze kultury zmieniło się w sposób znaczący, szczególnie pod względem proporcji wpływu  tzw. kultury wyższej i tzw. kultury popularnej na odbiorcę. Rząd dusz przejęła zdecydowanie popkultura, nierzadko na marnym poziomie, jednak opakowana w sposób atrakcyjny. Dzięki technice audio-wizualnej i środkom masowego przekazu liczba fanów rock and rolla sięgała wielu milionów gorliwych „wyznawców” na całym świecie. Przyciągała nie tylko transowa rytmika i efektowne przesłania tekstów nawiązujące do wolności, tolerancji i miłości. To była istna eksplozja koncertów, festiwali, wręcz młodzieżowej rewolty przeciw establishmentowi zabijającemu indywidualność i radość spontanicznego życia. Ponad pięćdziesiąt lat temu John Lennon powiedział: „Jesteśmy sławniejsi od Jezusa”, co odnosiło się jedynie do zasięgu popularności, bo w kolejnym wywiadzie wyznał: „Jestem jednym z największych fanów Chrystusa”.

Na tej żywiołowej, wszechogarniającej fali rozwinął swoje skrzydła  m.in.  mistrz pop-artu Andy Warholl i  poeta, protagonista hipisowskiej rewolty Allen Ginberg, który na kampusach młodzieżowych recytował swoje wiersze przy akompaniamencie Paula Mc-Cartneya, czy poety i barda Boba Dylana –  nota bene laureata Nobla z 2016 roku. The Beatles, The Rolling Stpones, The Animals,  Jimmi Hendix, Janis Joplin, John Mayall, Jimm Morrison, Led Zepplin, Eric Clapton to tylko garstka tych herosów, którzy zawładnęli wyobraźnią młodych. Ich muzyka i przesłania nie zestarzały się do dnia dzisiejszego. Ja sam uważam się za poetę o duszy rockmana i moja komórka przywołuje mnie do odebrania połączenia gitarowymi riffami „Satisfaction”. Podchwyciły to moje wnuki, czteroletnia Oliwka i dziesięcioletni Janek. Po wielokrotnym przesłuchani piosenki, która niezwykle przypadła im do gustu,  witają mnie rytmicznie skandując:” I can`t get no satisfaction…”

Teksty piosenek angażowały się w sprawy tego świata, w proteście przeciw wojnie, totalitaryzmowi, w obronie tłamszonego człowieczeństwa dopominającego się o prawa do miłości i zauważenia, niezależnie od wyznania, koloru skóry, czy światopoglądu.   Przykłady można by mnożyć. Wspomnę choćby „Imagine” Lennona będący  poetyckim marzeniem o wspólnocie ludzi –  nasycone wiarą, że kiedyś to nastąpi.  Remix tego utworu zawieszony na youtube w roku 2020 osiągnął prawie 240 milionów odsłon.

W kanonie trwałych wartości kultury pozostało wiele tych popkulturowych arcydzieł. Ich wartość to nie tylko ilość wyświetleń w Internecie , ale też próba budowania świata pozbawionego agresji, cieszącego się tolerancją i miłością. Kogo z nas nie przeszył dreszcz przy oglądaniu teledysku zespołu Pink Foyd, The Wall. Ten pochód niewiniątek spadających w otchłań maszynki do mielenia mięsa do dziś głęboko wstrząsa swoją aktualnością, wyzwala pozytywny bunt przeciw urabianiu ludzi przez rządy krajów świata, na własną polityczną modłę. By podporządkować bezwolną masę spektakularnym, nierzadko ciemnym  interesom. W naszej krwi płynie wciąż „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena, a ikona politycznej  popkultury, księżna Diana, stała się” królową serc”, m.in. jako kobieta walcząca o prawo do miłości oraz inspiratorka światowych akcji charytatywnych. W masowym odbiorze stała się męczennicą konwencji i obiektem świeckiego kultu. Podobnie jak wspomniany John Lennon, czy król rock and rolla, Elvis Presley, którego urodziny i rocznicę śmierci  rokrocznie obchodzą fani w wielu krajów świata, m.in. w Polsce… I nagle nawiedziło mnie odległe  wspomnienie i podrażniło moją wyobraźnię.

Jest rok 1990. Mieszkam w Londynie i pracuję jako kelner w londyńskiej, ekskluzywnej „jadłodajni” pod poetycką nazwą: Waterfront, rozlokowanej malowniczo nad Tamizą, z tarasem wychodzącym na przystań jachtów. Nie wiem jak to się stało, że przeszedłem pomyślnie casting,  zostałem zatrudniony i podpisano ze mną umowę, a cotygodniową gażę wypłacałem… w banku… To mnie zaskoczyło, bo nie miałem  zgody na pracę, tzw. work permitu, a na kwitach z moim egzotycznie brzmiącym imieniem i nazwiskiem wyraźnie wyszczególniona  była kwota odliczona na „tax”, czyli podatek odprowadzany na rzecz brytyjskiego imperium. To była włoska restauracja, cała w chromie i szkle, w którym przeglądał się nawodny, żeglarski świat. Codziennie delektowałem się bez umiaru  znakomitym, włoskim jedzeniem, którym załoga mogła nasycać się do woli w czasie przeznaczonym dla nas na lunch i dinner. Siadaliśmy wtedy przy jednym stole, jak rodzina. Było swobodnie i wesoło. Po raz pierwszy w życiu pochłaniałem tak wielkie ilości łososia,  homary, raki, krewetki i inne „kapitalistyczne” paskudztwa, nie mówiąc już o pastach, czyli makaronach, że palce lizać. Przyznam, że bardzo mnie to wtedy dowartościowało. Kucharz Nino, niski, krępy, wiecznie uśmiechnięty, przypominający bosmana z pirackiego statku  – przed każdym posiłkiem wypowiadał do mnie, oczywiście po angielsku, te sakramentalne słowa,: „Jedz Peter, bo w domu tego nie dostaniesz.” (Przyjąłem na użytek codzienny zastępcze imię Piotra. bohatera moich powieści, bo na „Szczęsnym” wszyscy łamali sobie język, skądinąd śmiechu było co niemiara.) Wkrótce się przekonałem, że klientami tego rajskiego dla mnie miejsca bywali często ludzie z pierwszych stron światowych gazet. Tak oto, niemal w jednej chwili, ja,  ubogi przybysz z Polski, znalazłem się w centrum wydarzeń.

Tego dnia  przed dinnerem było wielkie poruszenie. Po raz pierwszy nie dostaliśmy nic do jedzenia. Wszyscy uwijali się gorączkowo, jakby miało zdarzyć się coś wyjątkowego. Manager dał mi mopa i zabrałem się do mycia podłogi w barze. Spytałem przebiegającego obok Nina co jest grane. Usłyszałem tylko: I don`t know. Gdy knajpa lśniła jak nigdy, stanęliśmy w gotowości. Franco i Massimo lustrowali nas jak przed jakąś defiladą. Nino musiał poprawić błysk butów, a ja wymienić fartuch. Na drzwiach pojawiła się tabliczka RESERVE, przed Waterfront zajechały  lśniące Rolls Roycy  i w drzwiach, w asyście kilkunastu eleganckich kobiet pojawiła się uśmiechnięta i zajęta rozmową księżna Diana. Patrzyłem jak zaczarowany. Gdy przechodziła obok mnie, poczułem jej oddech i delikatny nieznany zapach; dobiegły mnie strzępy słów. Diana miała na sobie błękitny, prosty kostium, lekko pochylona, rozmawiała z podchodzącymi do niej kobietami – ściskała je, całowała. To wyglądało na spotkanie  koleżeńskie, niezwykle serdeczne i ciepłe. Chyba widziałem w jej oczach łzy. Kelnerzy podawali napoje i zakąski, a ona rozmawiała, rozmawiała, rozmawiała.

Teraz tworzy mi się zbitka: inne party na kilkaset osób, na cześć nowej płyty Glorii Estefan. Na środku lodowy kilkumetrowy posąg Glorii wyrastający z ogromnego tortu, góry żarcia, hałaśliwy zgiełk egzotycznie ubranych i ufryzowanych gwiazd i gwiazdek rockowego światka – totalny ścisk i gonitwa. Zlani potem przeciskaliśmy się przez ten tłum. Niosąc jakieś sałatki zderzyłem się z Phillem Collinsem, który w półobrocie skinął przepraszająco głową i uśmiechnął do mnie. Gdzieś chyba mignął mi rozgestykulowany Mick Jagger i jeszcze ktoś kogo dobrze znałem, nie byłem pewny, ale kojarzył mi się z Rogerem Watersem. Rod Stewart zamówił u mnie apritif, który podałem mu podśpiewując lubianego przeze mnie „Sailora”. Poklepał mnie po ramieniu i coś do mnie powiedział. Jego słowa pochłonął wybuch muzyki… A na stole królowała Gloria,  wszyscy krzyczeli coś i bili brawo. Udało mi się jeszcze zderzyć z Johnem Eltonem, z niesionej tacy spadły mi kieliszki, prysnęło szkło, ale nikt tego nie zauważył. Kilka kobiet rozebrało się do bielizny i tańczyło na stołach. Odszedłem  na bok. Od tej bieganiny  byłem zdyszane i mokry – spodnie i koszula kleiły mi się do ciała. Ocierając twarz serwetą zauważyłem Massima stojącego w cieniu schodów. Skinął, żebym się przybliżył. Przez chwilę patrzył na mnie i uśmiechał się dziwnie.

– Do you believe in paradise?* – zapytał i uśmiech zniknął  mu z twarzy.

Bez wahania odpowiedziałem

– Yes, I do.

Massimo objął mnie ramieniem a drugą ręką wskazał na szalejący tłum.

– Look, this is the hell.**

­­­­­­­­­­­­­­­­­­___________________________________________________________________________

Dzisiaj tamten obraz wraca do mnie ze zdwojoną siłą, gdy ze spokojnej  niszy naszego domu przy Mąchockiej w Kielcach, wyglądam przez peryskop Internetu i multimedialną tubę plazmowego telewizora i z niedowierzaniem patrzę na pogrążający się w szaleństwie świat. Na uwiąd miłości, tolerancji, zaufania. Na drapieżną i bezwzględna walkę o władzę, dla której pojedynczy człowiek jest śmieciem, jeżeli nie może być przyczynkiem do rozwoju biznesu i rosnących słupków sondaży. Czasem tracę nadzieję. Jednak zrywam się do walki i piszę, i mówię to, co dyktuje mi sumienie. Wiem, to może brzmi naiwnie, ale czy ten komplikujący się, dzielący na miliardy bezradnych cząstek, rozrastający się  niepohamowanie jak złośliwy nowotwór świat  nie jest zapowiadanym piekłem, ślepa uliczką, autostradą donikąd?

Jednak z dziwnym, niezłomnym  uporem, tak jak marzyciel John Winston Lennon z robotniczego Liverpoolu w swoim „Imagine”, wciąż wierzę, że w końcu nadejdzie ten nasz, tak długo wyczekiwany, ludzki raj.

Przypisy;

*   Czy wierzysz w raj?

** Spójrz, to jest piekło.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko