Waldemar Jagliński – REKONESANS

0
209
Bruno Schulz

Uciekał, ale nie tracił wiary. Ciągle trudno mu było pogodzić się z faktem, że najnowsze glieseańskie technologie mogły ulec ziemskim osiągnięciom w dziedzinie broni palnej używanej przez żołnierzy drugorzędnej meksykańskiej armii. Nie mógł uwierzyć, że jego ludzka skóra zabrana podczas awaryjnego opuszczania statku, nie chroniła go przed wrogimi pociskami, jak od dawna zapewniali szarzy naukowcy.

   Imperium stanowiło cały jego świat. Było wszystkim dla jego rodziny. Zresztą, nie tylko jego. Jako pilot statku szpiegowskiego i operator urządzeń zapisujących kluczowe treści z ludzkich baz wojskowych – nigdy by nie przypuszczał, że Ziemianie stawią poważniejszy opór. Że w ich mózgach zrodzi się broń zdolna do walki z wielkim Imperium Glieseańskim.

   Myślał tak również przed ostatnią misją, przed startem z bazy pokrytej urządzeniami o grubości paru molekuł. Instrumenty te zapewniały jej niewidzialność. Tak samo zresztą jak jego statkowi. W kieszeni ludzkiej skóry z kolei, w innych okolicznościach mającej zapewnić oczywiście kamuflaż, wciąż znajdował się cienki kombinezon, specyficzna czapka – niewidka.

   Ignorując możliwości ludzkiej armii po tym, jak statek uległ awarii i stał się widzialny, tuż przed wejściem do kapsuły ratunkowej nie założył owego kombinezonu stanowiącego ponadto mocną, swoistą kamizelkę kuloodporną. Skorzystał z samej skóry nim założył na nią zwykły skafander lotniczy niezbędny do przeniesienia do bazy paru ważnych rzeczy.  

   Uciekając czuł zawroty głowy – wynik zranienia w ramię i zapewne efekt działania obcych wirusów. Przebito przecież warstwy ochronne skóry  rozszarpując ochrowy materiał skafandra pilota. Uśmiechnął się jednak: żyła w nim wciąż wiara w potęgę Imperium i w spotkanie z żoną i córką. Słabsza niż na Gliese 581g grawitacja pozwalała wykonywać długie skoki i jego masywne, szare ciało walczyło ciągle z przeciwnościami a wroga piechota została w tyle.

   Wiedział, że niebawem nadlecą śmigłowce, co wcześniej miało już miejsce w przypadku paru jego przyjaciół. Zanim więc zajmą się nim najlepsi w galaktyce lekarze – musi założyć kombinezon!

   Obejrzał się: Guadalajara falująca w ciepłym powietrzu, otoczona pierścieniem nowoczesnej zabudowy i polem ochronnym znikła za horyzontem. Musiał więc pokonać naprawdę duży dystans chociaż kopuły bazy wojskowej wznosiły się jeszcze nad wyżyną. Zdołał jednak zaczerpnąć stamtąd wiele cennych informacji i przenieść wszystko do pamięci holospisu – stożkowatego urządzenia ciążącego teraz nieco w kieszeni skafandra.  

   Pościgu na razie nie było widać. Łączność z bazą działała bez zarzutu. Oczekiwano go jak zawsze, jak każdego dzielnego żołnierza Imperium rządzącego wieloma systemami gwiezdnymi, tysiącami gazowych, wodnych i skalistych planet, na których żyły miliony niewolników z dziesiątek kosmicznych ras.

   Szybko zdjął ochrowy skafander, założył kombinezon, swoistą czapkę – niewidkę i pancerz w jednym, zdołał jakoś upchać pod nim holospis i niezwłocznie ruszył na południe gdzie, jak się spodziewał, powinna ukazać się baza. Zada jeszcze wrogowi wiele ran, pocieszał się chociaż zawroty głowy nasiliły się. Wiara jednak pozostała. Ziemskie drobnoustroje nie mogły przecież stanowić problemu dla najwyższej klasy imperialnych naukowców i lekarzy. Nie z takimi nukleinami i białkami walczono od setek lat zdobywając rozmaite ziemie!

   Z uśmiechem zwrócił się więc myślami ku rodzinie, ku rodzimej planecie obiegającej czerwonego karła. Żona i córka zapewne jak zawsze oczekiwały już jego powrotu, czasu, kiedy dostanie regulaminowy lub nagrodowy urlop. Za informacje zgromadzone w pamięci holospisu liczył na ten drugi. Wówczas, z grupą innych żołnierzy, przeniesiony zostanie korytarzem nadprzestrzennym wprost na wysoką orbitę Gliese 581g. Stamtąd podobny do łzy ślizg albo skoczek zejdzie z żołnierzami na powierzchnię planety.  

   Retrospekcję rozpoczął od piątych urodzin Uśmiechu Poranka, swojej uroczej, czarnowłosej  córeczki. Właśnie wtedy dziewczynka po raz pierwszy szczerze wyciągnęła do niego czteropalczaste drobne dłonie, wcześniej zaś traktowała go jak obcego. Nic dziwnego – w domu był przecież gościem. Jednak żona i matka dziecka, piękna i smukła Czar Lata włożyła bardzo wiele wysiłku by daleki tata stał się bliski. Zresztą i on sam starał się jak mógł aby zdobyć jakże cenne zaufanie córki. Któregoś wiosennego dnia, tuż przed jej piątymi urodzinami musiał przyznać, że udało mu się to. I odtąd stał się zawsze oczekiwanym tatą.  

   Nosząc w pamięci obraz Uśmiechu Poranka, niecierpliwie oczekiwał wcześniejszej emerytury chociaż wiedział jednocześnie, że tęsknota za lataniem od dawna połączona z dumą imperialnego żołnierza zawsze będą blisko. Że rodzinne, parkowe spacery w terminatorze gdzie żyła i pracowała większość tubylców, z czasem mogą mu nie wystarczyć. Mówiono bowiem, że urodził się żołnierzem i nigdy nie zazna spokoju poza armią. Musiał przyznać, iż mogło być w tym wiele racji.

   Zobaczył jeszcze pociągłą, ciemnoszarą twarz ojca zawsze dumnego z syna noszącego karmazynowy, galowy mundur Imperium, mundur ze złotymi epoletami i z dołączonym do pasa tradycyjnym, długim sztyletem przypominającym kindżał. Tak było chociażby na defiladzie w stolicy, w rozległym i strzelistym Mieście Stu Wież. Maszerując przed generalicją, świętowano zdobycie lesistego świata obiegającego żółtego karła świecącego daleko od Centrum Galaktyki. Planeta zamieszkiwana była przez osowatych Wielkookich, którzy stosunkowo długo stawiali zacięty opór.

   Na koniec wspomniał pilot matkę. Tę czułą, wrażliwą istotę patrzącą kiedyś z cieniem niepokoju jak syn stawiał swoją pierwszą armię – metalowe, barwione figurki żołnierzy, zdobywców kolejnych światów nagradzanych brawami przez ojca. Nieraz też w ciemnych oczach matki chłopiec dostrzegał coś więcej niż niepokój.

*           *            *

Śmigłowce nadleciały nagle. Widział je jak przez mgłę – ból głowy narastał a wraz z nim deformacja i rozmywanie się obrazów. Przez chwilę pilot pomyślał o obcych wirusach i uszkodzonych warstwach ludzkiej skóry, uśmiechnął się jednak słabo i zacisnął spiczaste zęby. Kiedy spojrzał w górę, w różowawe niebo, podniósł pięść i wykrzyknął:

– I tak mnie nie zobaczycie, blade kluchy!

   W tym momencie poczuł tępe uderzenie w prawy bok. Ból powali go na ochrową ziemię, nowoczesny kombinezon pokryty nanourządzeniami i jeszcze niedawno zapewniający niewidzialność, zdawał się być kawałkiem bezużytecznej szmaty. Na dodatek holospis wbił mu się w lewy bok przeszywając go nowym, ostrym bólem. Pilot poczuł się upokorzony.

   Zanim na krótko utracił przytomność, po raz pierwszy w życiu odczuł podziw dla przeciwnika. Słyszał kiedyś, że było to charakterystyczne dla prawdziwych galaktycznych wojowników.

   Kiedy ocknął się, ciemnych, pękatych kształtów wrogich maszyn już nie dostrzegł. Nie było także piechoty. Może urządzenia pokładowe podały ludziom, że obcy nie żyje a piechurzy pozostawali wciąż daleko w tyle? Wróciła nadzieja. Sycząc z bólu, podniósł się powoli i powłócząc nogami ruszył na południe.

*           *           *

Coraz częściej tracił siły. Żyjąca ciągle nadzieja mobilizowała go jednak do walki z bólem, z ogólną niemocą. Dlatego przed zmrokiem zauważył wreszcie wyłaniające się z przestrzeni znajome, eliptyczne kształty ruchomej bazy unoszącej się ponad ochrową ziemią. Uśmiechnął się przez łzy.

– Pilot rekonesansu numer 2563, oprócz typowych ran nasze bioczujniki wykryły u ciebie anomalię w funkcjonowaniu układu immunologicznego. Zaatakował cię nowy wirus grypy rozsiewany przez wrogą armię. Wobec tej infekcji od pewnego już czasu jesteśmy niestety bezradni – ku swemu zdumieniu pilot usłyszał przekaz telepatyczny dyspozytora meksykańskiej bazy. – A zatem nie możemy ci pomóc, Szary Szponie.

   W myśli dyspozytora żyło jakieś drżenie, odezwało się prawdziwe współczucie.

– Nie mogę wpuścić cię do bazy. Tak naprawdę, biorąc pod uwagę wyjątkowo paskudne działanie tych zarazków, szybka śmierć byłaby dla ciebie wybawieniem.

   Przezwyciężając konsternację, szary pilot odrzucił telepatię i licząc na działanie bazowych detektorów dźwięku, wykrztusił dręczony chorobą :

– To…niemożliwe…Imperium jest przecież ogromne, ma wielu znakomitych naukowców i lekarzy!  A ja…ja mam bardzo cenne informacje!..

– Szary Szponie, przyjacielu – usłyszał pilot w skołatanej, targanej bólem głowie – te informacje są już nieistotne bowiem inwazji nie będzie! Tak, jak wielu przed tobą, od początku karmiony byłeś propagandą, gdyż chodziło o zyskanie czasu na sprowadzenie naszej nowej broni. Dowódcy zlekceważyli ludzi, ruszyliśmy na nich bardzo pewni szybkiego zwycięstwa. Przeciwnik okazał się jednak niezwykle inteligentny, zastosował broń biologiczną a nam, na domiar złego, coś poszło nie tak w jednym z portali przesyłowych i ostatecznie z Centralnego Arsenału nie dostaliśmy nowej broni. Także antywirusa. Dlatego stopniowo będziemy musieli wycofywać się z Ziemi. Już teraz ponosimy coraz większe straty, zniszczono bowiem kilka dużych statków – baz, niezwykle mocne tarcze ochroniły wroga a nasze słynne lance uderzały w nie jak kamyczki w niewzruszoną skałę. Szary Szponie – ciągnął dyspozytor – ludzkie detektory i ciężka broń bazowa są obecnie poza naszym zasięgiem. Twoja misja, rekonesans, tak jak zresztą i inne, moim zdaniem była niepotrzebna. Chodziło jednak o godność, o stopniowe, a nie nagłe, czyli tchórzowskie opuszczenie stref planowanych wpływów. Chodziło o utrzymanie morale…

   Coraz słabiej odbierał myśli dyspozytora. I coraz głośniej powtarzał:

– To niemożliwe!…Niemożliwe!…

 *         *          *

W pewnej chwili dostrzegł jednak otwierające się łukowate wrota bazy, która miękko dotknęła ziemi. Rosły strażnik noszący bańkę tlenową i ubrany w ochrowy mundur osłonięty szaroniebieskim kirysem, przywoływał go gestem dłoni. Pilot poczuł ulgę.

– A jednak zależy im na dobrym żołnierzu! – jęknął w gorączce i chwiejnym krokiem ruszył ku zbawczym światłom bijącym z długiego korytarza.

   Strażnik uśmiechał się, ale jakoś smutnie. A zza jego szerokich pleców wyszła czarnowłosa, pięcioletnia dziewczynka. To była przecież Uśmiech Poranka!

   Pilot zaczął biec. Poczuł wtedy jak ostry ból rozrywa mu pierś. Upadając zobaczył jeszcze córkę i żonę: spacerowały po glieseańskim parku porośniętym kępami strzelistych, seledynowych iglaków, po parku poprzecinanym szerokimi ścieżkami. Biegały  tam często rozbawione dzieci. Pilot stał jednak niepokojąco daleko i wiedział już, że nie może dotrzeć do swoich bliskich. Że podzieliła ich niezwyciężona, odwieczna bariera.

   Chociaż tak bardzo pragnął dotknąć córki i żony, nawet za sprawą wiary w miejscowych bogów, zaczęła otaczać go coraz głębsza ciemność. I ostatecznie to ona zwyciężyła.

Piła, 2021, marzec 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko