Malwina Mańczyńska – IDĄC WŁASNYM ŚLADEM. (Fragment)

0
126

Cz. 1.

Bieszczady. Okręg Komańcza. Strefa niczyja.

Wrzesień . Pierwszy rok wojny
Monika Bielska:


Ze wschodu szła łuna. Niebo drżało. Leżeli na strychu, nadzy, przykryci kocami i rozsuniętym śpiworem. Wojtek obejmował ją ciasno, a jego skóra grzała, jakby miał 39 stopni gorączki. Po raz pierwszy od dawna było jej ciepło.
– Co się dzieję? – zapytał, patrząc na niebo. Przez niewielkie okienko wpadał różowawy blask. A potem dobiegł ich dziwny, przeciągły huk. Monika zadrżała. – Nasi wysadzili Solinę. odpowiedziała cicho.
 – Jezu. – Wojtek aż usiadł – Po co?
– Żeby odciąć drogę.
– Jezu. Dlaczego…. Co to znaczy?
” Że jeśli nie uda się jutro, to nie uda się nigdy. “

Za Majdanem zjechali w prawo, na Roztoki. Mijali opuszczone domy, w tych zamieszkanych były pozabijane okiennice. Spalone łąki, wrak samochodu, jakieś rozpaczliwe ślady ludzkiej determinacji. Na poboczu straszył porzucony wózek. Most w Lisznym jeszcze przejechali. Most pomiędzy Lisznym a Roztokami spłonął.
– Cholera! – zatrzymała auto przed mostem. Wszyscy wysiedli. Sama konstrukcja ocalała: metalowe przęsła i poręczę zdawały się być stabilne.
– Damy radę przejechać? – zapytał Janek. Zastanowiła się.
– Bez was przejadę. – przęsła były solidne i dość szerokie: zdawały się szersze od wjazdu na prom. Obliczyła na oko ciężar chłopaków: Moris 80 , Janek 90, Wojtek 120 kg. Plus bagaże. – Jeśli zabierzecie wszystkie plecaki i opróżnimy bagażnik, most wytrzyma! – w bagażniku było 30 litrów wody pitnej. I z 20 litrów samogonu. – Ale mój plecak też weźcie!
– Jasna sprawa! – zawołał Janek
– Ja przejadę! – zaproponował Wojtek. Pod resztkami mostu widział koryto rzeki. Kamieniste.
– Za ciężki jesteś, ja przejadę, a wy przejdziecie. – stwierdził Janek.
Monika zawahała się przez moment, ale po chwili potrząsnęła głową – Dzięki…. ale ty ważysz ze dwa razy więcej ode mnie. Im lżej, tym lepiej.

– Dobra, panowie, jedziemy z tym koksem! – chłopaki zaczęli wypakowywać samochód. Wyjęli plecaki, wodę, butelki z bimbrem, koło zapasowe, lewarek, zapas płynu do chłodnicy,  i oleju silnikowego. Wszystko pieczołowicie dzielili między siebie.
– Ja przejdę pierwszy. – kategorycznie stwierdził Niedźwiedź. – Jestem najcięższy: jeśli most mnie utrzyma, powinien utrzymać i auto.
– Nie pochlebiaj sobie…. – wymruczał Artur.
– ……a poza tym, to ryzyko: bo może twój ciężar osłabi konstrukcje? – rozważał Janek. – Gdyby obliczyć matematycznie….
– Raczej fizycznie: tu w grę wchodzą prawa fizyki – pouczyło go Artur.
Wojtek przewrócił oczami i nie czekając na wynik obliczeń ruszył na most. Na plecy założył swój plecak, drugi zarzucił na ramiona. Wreszcie, w porywie fantazji, przytroczył do siebie koło zapasowe.
– Boże. – Janek spojrzał na niego z podziwem. – Z tym kołem wyglądasz jak ożywiony ludzik Michellena.
– Zawsze marzyłem, by się nim stać! – odgryzł się Niedźwiedź – To mój idol z dzieciństwa.
Monika, mimo ogarniającego ją przerażenia, zachichotała. Ale wesołość przeszła jej błyskawicznie, gdy myślała o ryzyku. Wojtek szedł w miarę sprawnie (chociaż na pewno nie było mu wygodnie). Most był krótki, ale każdy krok wydawał się długi na milę.
Przeszedł.
Potem odwrócił się i na nią popatrzył. – Dasz radę! – zawołał.
Więc wsiadła do samochodu i przeżegnała się ukradkiem – No to…. W imię Boże! – odpaliła silnik, zwolniła hamulec, wyprostowała koła. Ruszyła. “Boże, chroń mnie!” – powtarzała w myślach. Most zatrzeszczał i jakby stęknął. Zalał ją zimny pot. “Nie zatrzymuj się, tylko się nie zatrzymuj!” – powstrzymała naturalny odruch. Trzeba jechać! Most jest nisko, najwyżej złamie sobie  nogę. Albo kręgosłup…. Wyobraziła sobie, jak leży we wraku auta, ze strzaskanym kręgosłupem. Odpędziła te myśli. Szybko i sprawnie, szybko i sprawnie – tak trzeba przejechać, ale w połowie drogi zawahała się. Trzeszczało strasznie, jakby most miał się rozlecieć.
– Jedź, kurwa! – zawołał Niedźwiedź.
Ocknęła się i dodała gazu. Samochód z chrzęstem przetoczył się na drugi brzeg.
Monika wyłączyła silnik, zaciągnęła hamulec i opadła na kierownice. Nie miała siły na nic więcej. Wojtek otworzył drzwiczki i pocałował ją, mocno, gwałtownie i do utraty tchu. Z drugiego brzegu rzeki posłyszeli wiwaty.

Przeszli przez most i dołączyli do Moniki i Wojtka. Niedźwiedź, skrępowany, niechętnie wypuścił dziewczynę z objęć. Na nikogo nie patrzył. Monika poprawiła włosy i chrząknęła. Byle jak powrzucali graty do auta i  ruszyli.

Auto powoli wspinało się po wąskich, asfaltowych serpentynach. Wjeżdżali pod górę, droga wiła się jak wstążka. Po prawej – ostre zbocze, po lewej – wzniesienie.
Dotarli do Roztok. Kilometr przed wioską Monika zatrzymała auto – podjechali na rozjeżdżony placyk, wysiedli z auta, zabrali swoje rzeczy.

– Zostańcie tutaj – poprosiła.

Sama podjechała aż pod las, nucąc jakąś melodię. Wyłączyła silnik, wysiada z auta i oparła się o nie leniwie, wciąż śpiewając. Nuciła wciąż i wciąż, do znudzenia. Z daleka słyszeli jej głos.

Długo to trwało. Janek przestępował z nogi na nogę. Artur, znużony, usiadł na ziemi. Wojtek wyglądał jak pies gończy. Nasłuchiwał, napięty i rozedrgany. Z daleka widzieli, jak Monika wyjmuje z plecaka kolorową chustkę i osłania nią głowę i szyje.
– Co jest, kurwa? – zirytował się Niedźwiedź. Teraz wyglądała jak muzułmanka.
Wreszcie, z lasu wyszło kilku chłopaków. Ciemnoodziani, zwinni, rozglądali się na boki. Było ich czterech, reszta pewnie była w lesie.
Monika skłoniła głowę i powiedziała coś w obcym języku. Tamci odpowiedzieli podobnie.
Otworzyli auto, zajrzeli pod maskę, za nadkola, gmerali coś w środku.

Wreszcie wsiedli do auta. Jankowi się zdawało, że zaglądają pod tapicerkę, ale było za daleko. Któryś coś zawołał i z lasu wybiegło jeszcze kilku.
– Kurwa! – Niedźwiedź zebrał się do biegu. – Trzeba ją stamtąd zabrać!
– Stój, bracie. – uspokoił go Janek. – Wszystko pod kontrolą.

Faktycznie: mężczyźni zamienili jeszcze kilka słów z Moniką, po czym dziewczyna się pożegnała i nie oglądając się, powoli szła w ich stronę. Tymczasem tamci wspólnymi siłami unieśli samochód i wnieśli go między drzewa. Wyglądało to dziwnie, ale nie takie akcje Janek już widział. Kiedyś na zlocie zrobili wyścig w przenoszeniu osobówek. Jedna ekipa była tak nachlana, że upuściła auto. Jednemu ze swoich na stopę. Gość jest teraz kaleką. Ale tym razem nie chodziło o zwykły wygłup.
– Ciekawe, co tam jest ukryte.
Wreszcie zrozumiał, dlaczego auto musiało się tu przedostać.
Tylko Monika była na tyle zdeterminowana, żeby je tu dostarczyć.

Ciekaw był, dlaczego.

Jeszcze zanim wyjechali z tej całej warowni, dziewczyna wzięła go na stronę. – Umiesz strzelać? – zapytała poważnie.

– Tak. – odpowiedział, równie poważnie.

Podała mu pistolet. – Dobrze, bo ja nie…. Sam zdecydujesz, kiedy go użyć. Musimy przedostać się przez ziemie niczyją. Szlakiem uchodźców: to strefa Al Dżazira, tak ją nazywamy. Najbardziej niebezpieczny moment przeprawy. Musimy zapłacić, żeby przejść.

Samochód i to, co w nim było ukryte, stanowiło tą zapłatę.

Puste, wąskie serpentyny, czarny asfalt, lśniący od deszczu. Garstka mieszkańców, ukrytych w domach. Warszawiak, który ugrzązł w swoim letnisku, patrzył na nich, siedząc na dachu. Nie wiedzieli, czemu tam siedzi, może chciał mieć lepszy widok. Z dołu przypominał tych ludzi, pokazywanych w telewizji podczas powodzi, którzy siedzą na dachu i czekają ratunku. Może on też czekał, aż po niego ktoś przyleci. Jego dom był ostatni, za nim zaczynał się las łączący Polskę i Słowację. Na wysokości warszawskiego domu drogę zamykał solidny, metalowy szlaban.

– Dalej tędy nie przejdziemy. Nie dziś.

Roztoki były jak ze snu: położone wysoko, pośród gór i łąk. Właśnie te zasnute mgłą łąki kojarzyły się Jankowi jakoś sielsko, z wakacjami, dzieciństwem, bukietami zrywanymi dla babci…
– Bardzo tu pięknie. – powiedział tylko.

– Jedno z najpiękniejszych miejsc. Ale mało kto tu przyjeżdża. – zgodziła się.

Zatrzymali się u dziwnej kobiety: miała z sześćdziesiąt lat, długie, farbowane na brąz włosy i śniadą cerę, gdzie nie gdzie usłaną brązowymi, dużymi piegami. Drobna, niska, ubrana w ortalionowy dres i masę złotej biżuterii. Mieszkała w pierwszym domu we wsi, po prawej stronie drogi. Zresztą: wszystkie domy w Roztokach usytuowane były po prawej stronie drogi. Po lewej stronie było zbocze góry, las i dzikie polany.
– Marta nas przygarnie do jutra. Będziemy musieli wyruszyć przed świtem. Ja pójdę z wami tylko kawałek, po słowackiej stronie będziecie mieć nowego przewodnika.
A więc ustalone.

Ostatnia noc przypominała ich pierwszą na szlaku. Znów nocowali w domu samotnej, dziwacznej kobiety. Tyle, że Milena gadała non stop, a Marta przeważnie milczała. Zresztą, mówiła z jakimś dziwnym, niezbyt zrozumiałym akcentem. Jej rodzina mieszkała tu od pokoleń, w małym domu, co jakiś czas umacnianym. Dom był niski, z drewna, miał szczerbaty ganek i tylko dwa pokoje. W kuchni, za kwiecistą zasłonką, było miejsce wydzielone na łazienkę. Toaleta była na zewnątrz.

Dom w środku był wypełniony absurdalnymi bibelotami, typu balon z twarzą papieża Jana Pawła II, różowa popielniczka w kształcie amora, wieszak z sarniego kopytka…. Na ścianie w kuchni wisiała długa makatka, przedstawiająca stado psów różnych ras, grających w karty. Janek podchwycił spojrzenie Artura i z trudem zdusił chichot. Zamiast drzwi od pokoi, we framugach zawieszone były welurowe kotary. Wszędzie walały się ozdobne poduszki i wszystko przesiąknięte było szlugami. W większym pokoju  najważniejsze miejsce zajmował monstrualny telewizor, wypełniający pół ściany. Gospodyni oglądała właśnie jakiś słowacki program muzyczny. Od popisów tancerzy na gigantycznym ekranie można było dostać oczopląsów. Wskazała im miejsce na wersalce i posłusznie usiedli, by razem z nią oglądać telewizję. Po programie muzycznym leciał turecki serial. Widok ogromnych twarzy o wybujałej mimice był dość surrealistyczny. Janek żałował, że nie usiadł w pokoju obok: odległość od ekranu nadałaby tym twarzom normalną wielkość.

Marta paliła papierosa za papierosem, mrużąc oczy. Patrzyła to w ekran, to na nich i kiwała głową. Może myślała, że też śledzą losy bohaterów serialu. Popiół spadał raz do popielniczki, raz na dywan.
– Jej matka to cyganka ze Słowacji. Ojciec był stąd. Podobno Marta ma dwóch synów.  Jeden to Polak, jeden: Słowak. Tak sobie wybrali. Ale ja nie wiem, czy w ogóle ma jakiś synów. – uprzedziła ich wcześniej Monika. Prosiła, by zachowywali się przyzwoicie i powstrzymali się od komentarzy.

Na obiad zjedli placki, dość czerstwe. Marta nałożyła im po jednym, a resztę schowała do szafki. Ciekawe, od jak dawna tam leżały….. Janek cieszył się, że ma w plecaku węgiel. Postanowił zażyć profilaktycznie jeden. Albo dwa. Niedźwiedź też jadł niemrawo, ale chyba nie przez smak placków. Widać było, że coś go męczy. Janek odliczał godziny do rana. Jutro… jutro się stąd wydostaną!

Dzień dłużył się niemiłosiernie.

Wieczorem Marta poszła na spacer, a oni szykowali się do snu. Rozłożyli swoje śpiwory na podłodze i na tapczanie. Tapczan był stary, przykryty ohydnym kocem i zdecydowanie wymagał renowacji: odznaczały się pod nim ogromne sprężyny.

– Niezłe resory! – rzucił Artur, a Janek zaczął śmiać się jak głupi.

Monika wyszła z Niedźwiedziem, może chcieli coś uskutecznić bez świadków.

– Byłem wtedy żonaty. – powiedział niespodziewanie. – Dlatego cię zostawiłem.

– To nieważne.

Naprawdę, to już nie było ważne.

Ale dobrze było wiedzieć.

Ostatniej nocy nie śpią. Szkoda im nawet sekundy.

Chce dotykać jej twarzy i ust. Szeptać głupstwa. Mówić o poważnych sprawach. Opowiadać ostatnie lata. Przepraszać  i tłumaczyć. Prosić, by zostawiła wszystko i poszła za nim.

A zamiast tego milczy i po prostu ją przytula. Gdy ona przeciąga się w jego ramionach, obejmuje ją mocniej. Siedzą na wielkim, pluszowym fotelu w kuchni, tykają dookoła budziki, odmierzając godziny. Jej włosy pachną szamponem, najpierw mokre po myciu, potem wilgotne, a na końcu suche i przesypujące się między palcami. Kładzie jej dłoń na swoim sercu.

Zawsze przecież należało do niej.

CDN.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko