Bohdan Wrocławski – jeden wiersz

0
225

Piotr i Wołodia

Zaczynam rozumieć dostrzegać
minęło coś
czego nie potrafiłem i nie potrafię do końca zdefiniować
jakiś przypadkowy deszcz z nutą wagnerowską
bardziej rytmiczną niewybrzmiałą
szukający swego miejsca w naszych radościach i trwogach
próbujący oczyścić oddech z krzyku
pękających od huraganu drzew

wtedy między jedną i drugą strofą powiedziałeś mi
że nasze wspólne spacery z Wołodią Wysockim
po Saskiej Kępie
ustawiczna staranność w otwieraniu stale zamykających się drzwi
są już niczym

i choć powietrze nasiąkało zapachem
bimbru i dymu z papierosów
które przebijały się na przemian z wierszami Andrieja Wozniesieńskiego

to nadal byliśmy pod wrażeniem własnej nieobecności

zatem teraz znów powiesz że nic z tego nie wynika
ani z naszej łagodności
ani niechęci
nadal połamane gałęzie tarasują 
główną arterię dociekań i ulic po których już nie chodzimy

przechodzisz na drugą stronę w to miejsce
gdzie strumień światła rozpuszcza się w przypadkowych kałużach
i przerażony ich płynną brudną konsystencją
milknie w momencie w którym
Piotrek Kuncewicz opowiadał o swoim pobycie w Kazimierzu

Wiesz w wyjątkowo ciepły wieczór piliśmy wino na tarasie
słońce tak zachodzące słońce
swoim milczeniem tworzyło wyjątkowy obraz natchnienia
zabawy
Maria pełna tej najcieplejszej wyniosłości
charakteryzującej ludzi dobrych i mądrych
trzymała w dłoniach filiżankę unosząc ją ruchem pełnym
godności
i kojarzącym mi się z Anną Kareniną

To dobrze lepiej niż dobrze nadal jest w nas łagodność pól
nurtu rzek odnawiających swoją kondycję w wodospadach
ta rola Hamleta którą w sobie noszę winna mieć więcej umiaru
mniej napięć mniej elektryczności
Wołodia rozłożył ręce do lotu w deszczowe chmury

odpryski docierające dziś do mnie
są jak czyjaś pierwsza miłość 
wyjmowana ze starego pamiętnika
niczym insulinowy wstrząs

Milknę 
próbuję odnaleźć w sobie coś co może mnie na dłużej usprawiedliwić
zatrzymać na środku drogi
wyznaczyć sens
stale jednak wracam na peryferie gdzie wszystko
gubi się w szalonym rytuale drwiny i nieobecności

Nadal pachnie kapiącym do bańki ciepłym jeszcze bimbrem
i dymem z papierosów

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko