DARIUSZ PAWLICKI – O KULTURZE NIEUPAŃSTWOWIONEJ

0
134
Fot. Dariusz Pawlicki
Fot. Dariusz Pawlicki

 Annie Herbszt – malarce, poetce i mojej Babci.  

I.

      Henryk Elzenberg twierdził, że „społeczeństwo uznaje tylko niewolników i władców; władców, którzy jemu narzucają treści i formy, i niewolników, którym je ono narzuca. Nie uznaje człowieka samodzielnego, który nie ma siły być władcą, a nie godzi się być niewolnikiem” [Kłopot z istnieniem]. I jeśli nawet uznać, że Elzenbergowski pogląd jest uproszczony i skrajny: mówi o władcach i niewolnikach, to jednak napomyka o człowieku samodzielnym, za którym się opowiadam. A ponieważ kultura, w swej ważności ‒ moim zdaniem ‒ jest tuż za łykiem wody i kęsem chleba, więc będę starał się wzmocnić obecność w niej tego, którego ‒ od tej pory ‒ będę nazywał człowiekiem samodzielnym, albo obywatelem nieupaństwowionym. Z założenia stojącym w pewnej kontrze wobec państwa: sprzeciwiającym się jego nadobecności, lecz nie jemu jako takiemu ‒ jest ono bowiem emanacją społeczeństwa ∕ narodu, jego naturalnym wytworem.

      Na temat państwa, owego władcy, z którym współczesny człowiek coraz częściej ma do czynienia., ks. Czesław Bartnik sformułował taki oto zdecydowany pogląd:

„Należy zauważyć, że od późnego średniowiecza rozwija się coraz mocniej szatański dogmat, że państwo ma prerogatywy boskie, a nawet, że jest w ogóle Absolutem, bogiem (Hegel, Marks, materialiści, skrajni liberałowie)”.

      Natomiast Andrzej Strumiłło, konfrontując państwo z kulturą, napisał, że „największym wrogiem państwa jest życie duchowe jego obywateli” [Factum Est]. Ale zdanie to odczytane na wspak, kryje i takie znaczenie: życia duchowego obywateli największym wrogiem jest państwo. To drugie odczytanie zdecydowanie bardziej odpowiada temu, co chcę zaprezentować w tym eseju.

      Marc Fumaroli, jakby w uzupełnieniu do powyższej wypowiedzi, wspomniał, że „kultura to innymi słowy – propaganda” [Państwo kulturalne, religia nowoczesności]. Ale jego wypowiedź odnosi się do procesu upaństwawiania kultury, który odbywa się na naszych oczach (także w naszych uszach). A Fumaroli opisuje je na przykładzie Francji, w której państwo za sprawą ogromnych funduszy, wywiera przemożny wpływ na kulturę (jak chyba nigdzie obecnie, a porównywalnie z tym, co miało miejsce w krajach tzw. bloku radzieckiego). Efektem tego, paradoksalnie, jest uwiąd kultury. Gdyż w jej obrębie na intensywniejszy rozwój może liczyć tylko to, co akceptuje grupa aktualnie sprawująca władzę (i nie chodzi tylko o partie polityczne). Nie ma więc mowy o dbaniu o kulturę, jako całość. Gdyż na wsparcie może liczyć to, co – zdaniem decydentów ‒ ma szansę trafić do jak największej liczby odbiorców (wyborców). To znaczy ‒ te przejawy kultury, które są najbardziej uśrednione: najłatwiejsze w odbiorze, lekko strawne intelektualnie. Jak też te, najbardziej odpowiadające ze względów ideologicznych.

      W minionych wiekach tylko niektóre państwa, i to jedynie w pewnym zakresie, prowadziły politykę kulturalną. Nie było więc mrowia urzędników od kultury: zawiadujących nią i z niej żyjących. A kultura, mimo tego istniała. I często miała się dobrze, a niekiedy wręcz bardzo dobrze. Współcześnie prowadzenie tej polityki jest czymś powszechnym. Zaś zjawisku coraz intensywniejszego upaństwawiania kultury, towarzyszy zwiększająca się proporcjonalnie liczba stosownych instytucji, a tym samym urzędników od kultury. 

*

      Niezmiernie często mówiąc o kulturze ma się na myśli, niestety, jedynie rozrywkę. A jej celem jest, tylko i wyłącznie, zabawienie odbiorcy. A tak się składa, że w otępianie umysłów, taką czy inną formą zabawy, angażuje się także państwo, choć można by oczekiwać od niego, jeśli już, to czegoś innego. Wystarczy bowiem w zupełności, że prywatny przemysł rozrywkowy, dysponujący ogromnymi, coraz większymi funduszami, zapewnia nieograniczoną zabawę; czerpiąc z tej działalności wielkie zyski. I licząc na jeszcze większe.

      Proces uzabawiania kultury może doprowadzić do upowszechnienia (się) tego, co Marc Fumaroli dostrzegał w Las Vegas, amerykańskiej stolicy rozrywki:

„Ze wszystkiego, co ludzkość wynalazła, ze wszystkiego, o czym marzyła, ze wszystkiego, co odkryła, z religii i poezji, sztuki i muzyki, tutaj pozostaje tylko  zestaw szablonów wprawianych w ruch przez maszynę do zabawiania” [tamże].

*

      Działajmy na rzecz kultury, za której podstawową funkcję Zbigniew Herbert uważał ,,budowanie wartości, dla których warto żyć”. Aby nie stało się to, co Abraham J. Heschel tak podsumował:

„Pracowaliśmy nad doskonaleniem silników, a dopuściliśmy do tego, że nasze życie wewnętrzne stało się wrakiem” [Człowiek szukający Boga]

      Aż takim pesymistą, to jednak nie jestem. Uważam bowiem, że wciąż są szanse na to, aby smoliście czarne scenariusze autorstwa Fumaroliego i Heschela nie doczekały ,,realizacji”. Rzecz jednak w tym, aby nie poprzestać na stwierdzeniu istnienia szans (choć i to, jako punkt wyjścia, jest ważne). Ale w tym, aby podjąć działania. I zacząć od siebie, bez oglądania się na innych, bez szukania aprobaty i zachęty z ich strony.

      Elżbieta Wolicka w eseju „Święty obraz – objawienie czy opowieść?”, napisała, że „kultura łacińska to przede wszystkim kultura słowa”. A słowo jest dla mnie ważne, gdyż: 1/ przynależę do tej właśnie kultury; 2/ jestem eseistą i poetą, 3/ wiedzy o dookolnym świecie dostarczają mi teksty napisane przez innych. Na dodatek, bliski jest mi pogląd Neila Postmana, że „słowo (głównie typograficzne) z natury wiąże się z rozumem, jest nośnikiem idei, angażuje intelekt, podczas gdy obraz – tak jak rozrywka – przemawia do uczuć, emocji, jest bezrozumny” [myśl N. P. wyrażona przez Józefa Majewskiego w Religii, mediach, mitologii].

      Przeciwieństwem kultury upaństwowionej, rozwijającej się wybiórczo, jest to, co mają do zaoferowania wolni obywatele. A z racji swej liczby mogą zaoferować wielość postaw, zainteresowań i twórczych możliwości. Efektem tego może być ‒ potencjalnie – rozmaitość dzieł.

      Jeśli ktoś nie jest obywatelem upaństwowionym, to nie organom państwa, ale sobie pozostawia szerokie pole działania. A gdy państwo na to nie przystaje – w ostateczności ‒ wykazuje się Obywatelskim Nieposłuszeństwem. W tym wypadku na polu kultury.                                                                   

II.

      Bardzo wielu, i jest ich coraz więcej, uważa, że państwo winno pełnić ‒ za sprawą swych coraz liczniejszych wyspecjalizowanych agend – rolę parasola ochronnego dla obywatela. Nie zauważają bądź zauważyć nie chcą, że, przykładowo – aby już pozostać przy kulturze ‒ działalność trzech wieszczów narodowych, których dokonania literackie, ale nie tylko one, odcisnęły tak silne piętno na narodzie polskim, przypadła na czas, gdy nie istniało Ministerstwa Kultury (obecnie: Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu), ani żaden jego odpowiednik. Ba, praktycznie nie istniało również państwo polskie*. Istnieli natomiast ludzie twórczy, wręcz bardzo twórczy. Byli również – i to było niezmiernie ważne – ludzie, którzy twórcę, gdy ten nie był zamożny – ale nie tylko wtedy – byli gotowi wesprzeć finansowo w urzeczywistnieniu jego zamierzeń. I tak, dla przykładu, w 1822 r. w Wilnie ukazał się tom I Mickiewiczowskich Poezyi zawierający Przedmowę wraz z Balladami i romansami. Publikacja owa doszło do skutku dzięki mecenatowi zbiorowemu – prenumeratorom, którzy uznali, że zbiór ten powinien być opublikowany.                                      

      W eseju ,,O nie istniejącym (jeszcze) społeczeństwie mecenasów” pisałem o możliwościach, jakie dostępne są dla każdego z nas w zakresie wspierania kultury. Ograniczyłem się w nim jednak do namawiania do wspierania poprzez zakupywanie ,,wytworów” kultury, czy to książek bądź czasopism, prac plastycznych, jak też biletów do kina czy teatru. Rzecz jasna zainteresowanych, do czynienia tego nie trzeba namawiać. I tak to czynią (chyba, że przeszkodą są problemy finansowe). Zwracałem jednak uwagę na to, aby takie zakupy odbywały się ze świadomością, że czyniąc to, nie tylko sprawiamy sobie przyjemność, ale – co równie jest ważne, a może ważniejsze  ‒ przyczyniamy się do dalszego istnienia np. wydawnictwa, teatru. Dlatego każdy taki zakup jest tak ważny.   

      W niniejszym eseju chciałbym uczynić kolejny krok. I to krok, mam nadzieję, do przodu, jak też we właściwym kierunku (jeśli chodzi o przyświecający mi cel).

      System polityczny panujący w Polsce od 1945 r. pozostawił po sobie ‒ mimo oficjalnej zmiany, do której doszło 44 lata później – wiele śladów, w tym w mentalności społeczeństwa. Jednym z nich jest to, że przede wszystkim od państwa, a nie od siebie, oczekuje się działań, w tym także w obrębie kultury: czy to od wspomnianego ministerstwa, czy od Wydziału Kultury w Urzędach Marszałkowskich bądź Urzędach Miejskich itd. Natomiast rzadkie jest, także pośród osób urodzonych po 1989 r., sobieradztwo, czyli indywidualne czy też grupowe radzenie sobie od początku do końca (to grupowe, mając na uwadze przykłady, jakie podam, jest bardziej wskazane). Po części można to wyjaśnić takim oto podejściem: płacę podatki, a nie są one niskie, i oczekuję skutecznych działań także w obrębie kultury. Ale tą sferą zawiadują, a tym samym pieniędzmi przeznaczonymi na jej funkcjonowanie – parokrotnie już wspominani – urzędnicy. Lecz nie jest to sytuacja bez wyjścia: stąd niniejszy tekst zawierający – w dalszej części ‒ propozycje konkretnych działań na rzecz kultury nieupaństwowionej. Aby ta, miała się (coraz) lepiej.

*

      Na wstępie chciałbym odnieść się do sytuacji, jaka powstała w naszym kraju na rynku wydawniczym po wspomnianych przemianach ustrojowych. Otóż po 1989 r. większość książek ukazuje się w Polsce za pieniądze ich autorów (nazwa wydawnictwa na okładce najczęściej wprowadza w błąd niezorientowanych). Rzadko wsparcia udzielają instytucje państwowe i samorządowe, jeszcze rzadziej osoby prywatne. I właśnie do tego marginalnego zjawiska, jakim jest indywidualny mecenat, chcę nawiązać. Otóż, namawiam do wyjścia z inicjatywą sfinansowania bądź współfinansowania, w miarę możliwości, publikacji np. zbioru szkiców autora, którego utwory czytane w czasopismach wzbudziły wcześniej zainteresowanie potencjalnego kandydata na protektora literatury. A które to teksty – z racji niewielkiego zainteresowania eseistyką – (raczej) nie mogą liczyć na wydanie w postaci książkowej przez jakąś prywatną oficynę (z jej funduszy – dodam dla jasności). Zachęcam więc do bycia mecenasem. I to wbrew powszechnemu przekonaniu, że tylko człowiek zamożny może nim być. Jest to bowiem wymówka: można przecież mieć udział w finansowaniu, odpowiedni do zasobności portfela. Rzecz jasna może być i tak, że fundusze z oszczędności domowych zostaną przekazane do dyspozycji, takiej czy innej, organizacji pozarządowej np. stowarzyszenia zrzeszającego ludzi pióra, dla wsparcia jego działalności wydawniczej. Wtedy jednak ów mecenas nie będzie już podejmował konkretnych decyzji: inni je podejmą. Myślę, że szkoda z tego rezygnować. Chyba, że w grę wchodzi brak osobistych faworytów bądź problem z dokonaniem wyboru.

*

      Inną formą działania na rzecz kultury, ale przede wszystkim na rzecz ludzi bezpośrednio w nią zaangażowanych, są nagrody. I w tym przypadku ‒ wyjątkowo ‒ posłużę się przykładem. A będą nim Stany Zjednoczone z obfitością nagród przyznawanych w dziedzinie literatury, ze szczególnym uwzględnieniem poezji. Tych wyróżnień są setki. Ale na uwadze mam nie te spektakularne, jak np. przyznawaną corocznie przez The Poetry Foundation ‒ obok innych wyróżnień ‒ Nagrodę Poetycką Ruth Lilly wysokości 100 tysięcy $. Także nie te ‒ choć mają one znaczący udział procentowy ‒ przyznawane przez inne organizacje działające na rzecz literatury, jak też czasopisma literackie, oficyny wydawnicze (szczególnie uniwersyteckie). Natomiast szczególną uwagę chciałbym zwrócić na liczne nagrody, wysokości od 100 do 1000 $, mające na celu upamiętnienie konkretnych osób. A które zostały ufundowane przez pojedyncze osoby, rodziny, grona koleżeńskie. I co jest znamienne, wyróżnienia te nie są efemerydami. Utwory zasługujące na wyróżnienie, dominują pośród nich wiersze, nie zawsze wybierane są przez samych fundatorów. Równie często czynią to wyznaczone osoby. Wiele spośród nich jest, mniej czy bardziej, znanymi pisarzami.  

      Za przykład niech posłuży Nagroda im. Fredericka Bocka, wysokości 500 (początkowo 300) $, ufundowana w 1981 r. przez redaktorów czasopisma Poetry dla upamiętnienia jednego ze swego grona.

      Fundując nagrodę – nieważne jakiej wysokości, gdyż to nie musi przesądzać o jej randze – z jednej strony upamiętnia się osobę, która, z takich czy innych względów, na to zasługuje; z drugiej zaś, honoruje się czyjąś twórczość. Tak więc imię i nazwisko patrona wyróżnienia, co jakiś czas, będzie przypominane: stanowiąc rodzaj wypominków. Zaś nagrodzonemu, taki gest docenienia sprawi przyjemność, a otrzymane pieniądze radość (proporcjonalną do kwoty).

*

      Na szczęście wciąż nie brakuje – i oby to się nie zmieniło – ludzi, którzy cenią sobie żywe słowo np. w postaci prelekcji. Byle tylko jej temat był interesujący. A gdyby zebrało się grono osób chcących wysłuchać odczytu na temat, którego nie ma w swej ofercie, taka czy inna, biblioteka lub klub ∕ dom kultury, co wtedy? Wówczas zainteresowani wzięliby sprawę w swe ręce: skontaktowaliby się z osobą posiadającą wiedzę w interesującej ich materii. A to po to, aby zaproponować wygłoszenie prelekcji. Informując ją, przy tym o wysokości oferowanego honorarium (za pracę należy się bowiem zapłata; nie jest to, niestety, powszechna w naszym kraju zasada jeśli chodzi o kulturę; co innego, za przeproszeniem, wymiana sedesu). Może ją zaakceptuje…

      Jakie byłoby źródło tego honorarium? Masz rację, czytelniku: hojność jednej, kilku bądź wszystkich zainteresowanych osób.

*

      A gdyby… A gdyby po zakończeniu czytania bądź deklamowania przez poetę wierszy swego autorstwa, wręczyć jemu kopertę, albo talerzyk ∕ mały koszyk? W niej lub na nim znajdowałyby się pieniądze zebrane pośród słuchaczy. Zbiórka byłaby dokonana na zasadzie: co łaska.

      Powodów, aby w tym konkretnym przypadku, tak właśnie czynić, jest kilka. Tych, które przychodzą mi na myśl, można domyślić się, mając na uwadze to, co dotąd napisałem. Inne  –może być ich bowiem więcej – może dopowiesz czytelniku.

*

      Rzecz w tym, aby za sprawą aktywności obywateli nieupaństwowionych sprawić, abyśmy nie obudzili się pewnego ranka w Nietzscheańskim państwie ludzi ostatnich: dobrze odżywionych i dostatnio ubranych, spragnionych nieustającej konsumpcji, owładniętych seksem, ale duchowo pustych i egzystujących na pastwisku ogrodzonym pastuchem elektrycznym pod napięciem.

________________________

* Na niewielkim fragmencie dawnej Rzeczypospolitej, w latach 1807-1830, państwowość polska jednak istniała: najpierw w postaci Księstwa Warszawskiego, potem – Królestwo Kongresowego. Z tym, że obowiązuje wręcz dogmat mówiący, że pomiędzy 1795 r. a 1918 r. naród polski był pozbawiony własnego państwa. Obu wymienionych powyżej, następujących po sobie, organizmów państwowych, powszechnie nie traktuje się jako polskich. Powodem tego jest to, że były one w pewnym stopniu pozbawione suwerenności. Cóż to jest jednak za argument wobec faktu, że I Rzeczypospolita w XVIII w. również nie była w pełni suwerenna. Panowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego jest tego znamiennym przykładem.

Reklama