Krystyna Habrat – CZŁOWIEK, KTÓRY NIE UMIAŁ BYĆ SZCZĘŚLIWY

0
339

  Powraca znowu  “Saga rodu Forsyte’ów. Idzie w  telewizji od poniedziałku do czwartku na kanale Kultura.

  I książkę – wszystkie tomy – czytałam. I serial oglądałam, kiedyś czarno-biały, a ten kilka lat temu.  Mając  dwadzieścia kilka lat wytykałam książce różne niedoskonałości, ale mnie wciągała. Teraz, gdy znam treść i szczegóły niemal na pamięć, jestem bardziej wyrozumiała, ale nadal mnie ta  powieść-rzeka wciąga.

 Lubię książki, które mnie bardzo poruszają emocjonalnie. Lubię się wzruszać. Oczywiście muszą to być książki o wysokich walorach artystyczno-ideowych, jak nas w szkole uczono, bo dla rozrywki czytam rzadziej.

  Pominę jednak wartości literackie “Sagi rodu Forsyte’ów”, bo nie będę udawać krytyka literackiego i nie w lekkim felietonie na to miejsce, ale spojrzę na powieść i film okiem zwyczajnego odbiorcy, mola książkowego, i spróbuję określić, co mi się w tej powieści najbardziej podoba.

  Soames. Oczywiście Soames Forsyte!

  To niby zaskakujące, bo w założeniu Soames miał być postacią negatywną. Przeciwstawieniem dla wielce szlachetnego kuzyna Joliona Forsyte’a, który był odbiciem samego autora, a wyszedł blado i nieprawdziwie. Wyraźnie autor pożałował swemu portretowi wad i słabostek, no bo jakże to skompromitować samego siebie? Zresztą własnych przywar się nie zauważa, jak owej belki w oku z przypowieści. A co najważniejsze, dobra powieść wymaga skontrastowania dobrego bohatera ze  złym, godnym potępienia.  Dlatego to odbicie autora wyszło nieciekawie. Hmm, nawet wrednawe. A to wynikało z historii prawdziwej,  bo autor tej powieści sam odbił żonę swemu kuzynowi i rozgorzała pomiędzy nimi niezdrowa rywalizacja. Nawet nienawiść, co chyba zrozumiałe i bardzo ludzkie.

  Ale w powieści Soames, jako portret rywala autora, miał sobie zasłużyć sobie na niechęć czytelników. Był zatem brzydki, nieporadny, sztywny, kierujący się w życiu głównie interesem kupieckim.  

  Za to Jolion, ten rywal szczęśliwy, zrobiony jako odbicie autora,  syntetyzował w sobie wszelkie pozytywy. Przystojny i nie żaden groszorób czy raczej miliono-rób, jak jego otoczenie, ale bujający w obłokach uroczy artysta, utalentowany  malarz. Do tego szlachetny w każdym calu. Nawet, gdy zabiera komuś żonę, i wcześniej, gdy porzuca własną. Szlachetny, bo jakoby nie chce pieniędzy, bo gardzi nimi, jak wszystkimi Forsyte’ami, którzy te pieniądze gromadzą. On chce sam zarabiac na życie. Do czasu! Do czasu! No i oczywiście właśnie jego kobiety go kochają.

  A jednak ja wolę Soamsa!

 Ma wady, ale jest prawdziwy. Taki naprawdę ludzki.  Dokłada starań, by postępować zgodnie z kodeksem obowiązującym w jego rodzinie i całej grupie społecznej.

  A jednak nic mu się nie udaje. Jest nieszczęśliwy i taki pozostanie. Robi wszystko nie tak, jak trzeba. Nie tak, jak inni.  Chce, by Irena za niego wyszła, ale   nie potrafi jej oczarować.

  Do książki dawno nie zaglądałam, ale gdy patrzę na film, widzę aż przeraźliwie jasno, że Soames zwykle mówi nie to co należy. Jest prostolinijny, sztywny, nawet niedelikatny.  Mówi zawsze  serio, to, co myśli. Nie gnie się w fałszywych komplementach, półprawdach, bo nie zna konwencjonalnych gierek, jakimi ułatwia się wszelkie kontakty międzyludzkie, a szczególnie te damsko-męskie. On wcale nie ma poczucia humoru! Nie stosuje uwodzicielskich  spojrzeń, uśmiechów, słówek, jakimi się panie zdobywa. To do niego nie pasuje. Jest  nieporadny w wyrażaniu tego, co inni, ci szczęśliwsi, rzucają ot tak sobie beztrosko, ale z wdziękiem. Jego słowo jest zawsze wyważone, ostrożne, przewidujące, jak wypada i straszliwie prawdziwe. Tak chyba nie można.

  Miałam koleżankę w akademiku, która czytywała namiętnie Szpilki – dawny tygodnik z humorami, aby wyrobić sobie ostry dowcip. I udawało się jej to. Nie wiem, ile było w tym zasługi czasopisma, a ile jej własnych predyspozycji, ale potrafiła błysnąć humorem. Czasem tylko wychodziło jej niezręcznie, gdy  zamierzała komuś dokuczyć albo się zemścić, bo  ze  złośliwością nie było jej do twarzy.

  Nie wiem, czy w ten sposób nabywa się lekkości postępowania z ludźmi, gdzie poczucie humoru jest niezbędne, ale Soames był tego całkowicie pozbawiony. Biedak był zanadto serio. Często jego wypowiedź, kategoryczna i prawdziwa, wywoływała na twarzach innych grymas niesmaku. No, ale któż nie popełnia gaf?! Chyba tylko niemowa.

 Taki więc mężczyzna Ireny nie pociągnie. Brak  mu wdzięku, brak szaleństwa, którym inni ją zdobywają. Po co on się jej tak czepił?

  Taki był. Zaczął źle i brnął  coraz bardziej. Przez całe życie. Aż na końcu przywalił go podczas pożaru ulubiony obraz “Biała małpa”. Ironia losu. No, raczej autora.

  Nawet nie wiem, czy  Soames dlatego jest tak nieporadny i odpychający w kontaktach z kobietami, że nie zna ułatwiających słówek, minek, spojrzeń, czy dlatego, że nie uznaje za stosowne się nimi posługiwać? Że do niego nie pasują? Że jest ponad to?

  Dlatego Soames nas tak intryguje, bo go nie rozumiemy.

  Mam wrażenie, że on po prostu nie umiał być szczęśliwy. Nikt go tego nie nauczył. Miał za sztywny kręgosłup. Takich raczej się nie lubi. Ale on jest w tym  bardzo ludzki. Tak nam bliski.  Przecież każdemu z nas coś się nie udaje, coś nas niesprawiedliwie krzywdzi i ciągle staramy się coś pokonywać, z czymś lub kimś walczyć. Raz udaje się lepiej, raz gorzej, ale każdy cierpi, kocha i marzy. Dlatego Soames tak pełnokrwisty w swych wadach i sztywnym postępowaniu, a do tego niezrozumiały, jest nam tak bliski.

   Nie wiem, czy szczęścia można się nauczyć? Nie wiem, czy współczesne poradnie, poradniki, są w stanie poprawić komuś życiowe szczęście.   W pewnym stopniu – tak, ale na ile to możliwe?

  Pewne cechy przynosimy ze sobą na świat, inne nabywamy  poprzez wychowanie i pracę własną.

  Soames był typowym wytworem środowiska, a jakim się wychował – bogatej burżuazji. Jest prostolinijny i jednoznaczny. Taki trochę, jak to się mówi,  od kropki do kropki. Dopóki się nie zakocha głupio w Irenie. Ta miłość jest jego szaleństwem.

 Jolion wychował się w tym samym otoczeniu, wśród tych samych bogatych wujów, ciotek i kuzynów, ale był inny. Miał w sobie jakąś miękkość i wdzięk artysty. Nie był konsekwentny w swych działaniach, ani przewidujący, bo kierował się aktualną przyjemnością. Nawet to swoje zakłamanie traktował z przekonaniem,  że to bunt przeciw rodzinie, dla której pieniądz jest najważniejszy. Ale i on, jak trzeba, to chciał  pieniędzy. Już nimi nie gardził. Inni raczej go mało lubią, ale wystarczy mu wdzięku, by aż trzy razy się szczęśliwie żenić. No, może ten pierwszy raz nie był tak udany, ale i tu coś nie wierzę autorowi.

  W ogóle John Galsworthy nie rozumiał swoich bohaterów. A stworzył ich tak celnie, że wymknęli mu się spod pióra i zaczęli żyć własnym życiem wbrew niemu.

  Przecież Soames choć niby mało sympatyczny, jest na przekór temu zachwycająco godny współczucia. Nie tego współczucia kierowanego z wyższością ku jakiemuś pokrzywdzonemu biedactwu, ale współczucia jako współodczuwania z kimś nam równym, bliskim, kogo rozumiemy i lubimy. Za to nie lubimy Ireny ani zakłamanego kuzyna Joliona, który mu odbił Irenę. Tu oczywiście nie wszyscy się zgodzą, ale mój felieton jest dziś – przy brzydkiej jesiennej szarudze i panującej pandemii koronowirusa – całkiem subiektywny i emocjonalny, bo tak lubię.

  Piszę o tym lubieniu Soamsa w liczbie mnogiej, po jak pamiętam z czytanego przed laty wstępu autora, dużo osób  zarzucało autorowi, że tak  niesprawiedliwie go potraktował.. Prosili, aby w kolejnych tomach nieco go uszczęśliwił, ale autorowi to nie pasowało do kompozycji. I życia. Rozumiem. Był wobec rywala nieprzejednany, choć to on mu odebrał żonę.

  My też Soamsa nie rozumiemy tak do końca. I właśnie dlatego, że go nie rozumiemy, ta postać jest tak intrygująca, tak odrębna i dobrze napisana. Żyje wbrew nam i wbrew autorowi tak bardzo po swojemu, że trudno go zrozumieć.

  Pewnie dlatego John Galsworthy w 1932 roku dostał za tę wielotomową  powieść-rzekę nagrodę Nobla.

  Oczywiście otrzymał nagrodę za wartości artystyczno-ideowe, bo stworzył malowniczą i bogatą psychologicznie panoramę ówczesnego środowiska bogatej burżuazji. Ale ja, jako zwyczajny pożeracz książek, uważam dostał Nobla między innymi dlatego, że stworzył tak bogatą postać Soamsa, która  wymknęła się jego intencjom i zaczęła żyć wbrew  niemu. A w czytelnikach wywołuje ogrom emocji. Niesympatyczny, brzydki, robiący wszystko źle, a  wybaczamy mu to i kochamy!

  Ja dalej posunę moje dziś wyjątkowo subiektywne wywody, z którymi nie wszyscy muszą się zgodzić. Soames miał tylko jedno przewinienie: za bardzo kochał mało sympatyczną Irenę i za długo. A przy tym nie potrafił tak postępować, aby być szczęśliwym. Niektórzy tak już mają. To takie ludzkie. O współczuciu już nie pociągnę, bo już tych emocji za dużo.

Krystyna Habrat

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko