Dimana Iwanowa (Bułgaria) rozmawia z poetą Jerzym Stasiewiczem

0
261
Dimana Iwanowa

Wywiad pomieszczono w bułgarskim  czasopiśmie literackim   Slovanske dialogy  
 w tłumaczeniu Dimitriny  Hamze.

Dimana Iwanowa: Cieszę się, że przyjął Pan moją propozycję do rozmowy i serdecznie za to dziękuję. Proszę się przedstawić naszym czytelnikom. Jest Pan poetą, prozaikiem, dramaturgiem, krytykiem literackim, redaktorem i organizatorem imprez kulturalnych. Która z tych dziedzin jest dominująca, czy może dopełniają się one wzajemnie?

Jerzy Stasiewicz: rocznik 1968. Urodzony w Miechowie(Małopolska). Związany  do 24 roku życia z tamtą ziemią. Od 1992 roku mieszkaniec Nysy (Śląsk opolski). Jeszcze kilka lat wstecz dominującą dziedziną literatury była poezja, której poświęcałem najwięcej uwagi. Na poboczu powstawały dramaty. Potem przyszły proza, esej i krytyka. Dziś te dziedziny dopełniają się wzajemnie. Choć czasami czekam na wiersz.

D.I.: Czy moglibyśmy określić Pana poezję jako poezję miejsca, krajobrazu, a może historii, jednostkowej doli człowieka, roli przeszłości i wspomnień w ludzkim istnieniu? Czy wieś stanowi istotnym toposem w Pana twórczości? Czy Pan zgodziłby się na takie „robocze” kwalifikacje Pana sztuki poetyckiej? A może ma Pan inne ulubione tematy?

J.S.: Poezja moja sięga w historię głęboko i z jej zasobów czerpię pełnymi garściami. Ale i jest ukorzeniona w ziemi, miejscu życia i pracy polskiego chłopa od wieków uprawiającego rolę w kołowrocie codzienności, gdzie pory roku wyznaczają rytm. A zegar to kościelne dzwony. Nieszczęściem Polski była utrata niepodległości. Wieś, szlacheckie dwory kultywowały tradycje narodowe poprzez język, religię, naukę chłopskich dzieci. W czasie powstań pierwszy chłop szedł do boju. Wieś to swojski chleb, sady kwitnące wiosną, jesienią pełne owoców. Ale i wieś to samotność starych ludzi usychających jak drzewa. I poeta  musi zdradzić tajemnice miejsca, w którym się urodził, w którym przyszło mu żyć. Staram się wyznaczać tropy, którymi powinien podążać czytelnik. Odnoszę się do kultu religii, korzystam z treści biblijnych, apokryfów i hagiografii. Z obrzędów liturgicznych wyrosłych poza kościołem pod opieką bractw i cechów, polskie jasełka i szopki, tak często wystawiane w szkołach i świetlicach.

D.I.: Pan jest laureatem mnóstwa nagród literackich. Czy mógłby Pan wymienić niektóre z nich i czy Pana zdaniem nagrody są właściwym bodźcem twórczym dla autorów?

J.S.: Najważniejszą jaką zostałem uhonorowany to nagroda Gustawa Herlringa-Grudzińskiego za dramat i poezję z tomu Po co komu krzyż. Mam również medal –Srebrne Pióro Oficyny Wydawniczej „TAD” i odznakę honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Działając na niwie literatury nigdy o nagrodach nie myślałem. Ale przyjemnie jest być docenionym.

D.I.: Pan regularnie bierze udział w wielu festiwalach w Polsce i zagranicy. Czym owocuje doświadczenie, zaczerpnięte z tych międzynarodowych imprez?

J.S.: Kilka dni temu powróciłem akurat z Międzynarodowego Festiwalu „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju. Spotkania takie owocują nowymi znajomościami i kontaktami. Często za tym idą przekłady. Miałem zaszczyt poznać w Polanicy poetę z Bangladeszu Hassanala Abdullaha czytającego utwory po bengalsku. Słuchacze byli przekonani, że to język węgierski. Poezja po bengalsku to „kobita” Poeci lubią kobiety.

D.I.: Jakie wydarzenie literackie, w którym wziął Pan udział, zaliczyłby Pan do najbardziej wartościowych w swoim dotychczasowym życiu?

J.S.: Promocję  książki Kamień  na kamieniu Wiesława Myśliwskiego na zamku w Sandomierzu. Ta proza pokazała mi czym jest prawdziwa literatura.

D.I.: Pan jest organizatorem licznych spotkań literackich razem z żoną Violettą. Czy mógłby Pan powiedzieć trochę więcej o tej wspólnej działalności?

J.S.: Stasiewiczówka miała być miejscem kulturotwórczym, miejscem spotkań ludzi pióra, malarzy, rzeźbiarzy . Tak założyliśmy z  żoną . Początkowo spotkania miały charakter bardziej towarzyski, warsztatowy. Dopiero organizowana przez miasto rekonstrukcja szturmu wojsk napoleońskich na pruska Nysę natchnęła Violę by zorganizować  cykliczne spotkania  literackie „ Z bitwą w tle”. Mieliśmy punkt zaczepienia. Termin doskonały; wakacje , ostatni weekend lipca. Grupą idziemy do Fortu II położonego jakieś pięćset metrów od Stasiewiczówki . Widowisko plenerowe trwa godzinę, półtorej. Barwne wojska w strojach z epoki ciągną niemalże z całej Europy. Są armaty  i konie nawykłe szarżować w huku wystrzałów i gęstym dymie. Nie płoszą je krzyki niemieckich komend. Jęki rannych, atak zwartego oddziału strzelców, ziejących ogniem karabinów na nacierającą konnice. Płonące zabudowania. Biegnące markietanki z opatrunkiem i łykiem okowity na uśmierzenie bólu. Często uroda i głęboki dekolt  stawiał  konającego na nogi. Po bitwie zwiedzamy obozowisko. Widzimy  jak wygląda kwaterunek w namiotach. Legowisko na jęczmiennej słomie. Przyrządzanie strawy w garnkach na trójnogu rozstawionym nad ogniskiem. Robimy zdjęcia  ze starym wiarusem, damą dworu. Wracamy. W altanie ogień w kominku, skwierczy kiełbasa. Stałym punktem naszych spotkań jest wykład gościa honorowego. Swoją twórczość prezentowali: Zbigniew Kresowaty, Dariusz Pawlicki, Jacek Lubert Krzysica, Zbigniew Niedźwiecki Ravicz, František Všetička, Edmund Borzemski, Daniela Długosz Penca. Są  pytania, dyskusja  do późnych godzin nocnych, prezentacja wierszy. Ale i wspomnienie tych co odeszli na wieczne wrzosowiska. Myślę, że takie  spotkania w luźnej atmosferze dają więcej doznań i wiedzy niż suche fakty książkowe.  

D.I.: Wielu krytyków literackich pisało o Pana twórczości. Jeden z nich to czeski profesor František Všetička. Czy podzieliłby się Pan wrażeniami ze wspópracy z profesorem Všetičką?

J.S.: Franciszek to chodząca encyklopedia pisarzy europejskich i tytan pracy, prawie 40 książek: teoria literatury, beletrystyka, poezja, przekłady. Niezwykle mobilny, a przecież to rocznik 1932. Można go spotkać w wielu miejscach Europy z żoną Věrą, zawsze uśmiechnięty i lgnący do ludzi. Prawdziwy typ naukowca, skromny i wsłuchany w drugiego człowieka. W swoich recenzjach niezwykle rzetelny i wyławiający z liryków jądro przekazu. Zawsze z długopisem i kawałkiem kartki. Na festiwalach ukryty w ostatnim rzędzie, rzadko czyta swój utwór. Wywołany do mikrofonu opowiada anegdotę bądź prezentuje przekład wiersza jednego z uczestników. I pyta kto jest autorem. Nie zawsze odpowiedzi są trafne. Przegadaliśmy wiele godzin, a nasze tematy nigdy nie zostały wyczerpane. Ja czekam na rozmowę z profesorem jak na wodę życia.  

D.I.: Pan był też uczestnikiem w imprezach Salonu Literackiego „Różany dwór” polskiej pisarki Moniki Matejczyk. Niech Pan opowie nam coś na temat tych spotkań i zrodzonych dzięki nim odczuć.

J.S.: Z wielką przyjemnością uczestniczę w spotkaniach literackich organizowanych przez Monikę przy ulicy Kamiennej 7. Salonik ma niepowtarzalny klimat polskiego dworku z jego duchem i wystrojem. Na stołach zawsze jest chleb i tradycyjne jadło. Publiczność to wyselekcjonowana grupa pragnąca literatury i bliskiego kontaktu z twórcą. Gospodyni rozpoczęcie oznajmia maleńkim dzwoneczkiem. Przedstawia pisarza i jego osiągnięcia. Potem głos należy do bohatera wieczoru. W takim gronie proza, poezja, esej ma inny wydźwięk i dociera do odbiorcy pełnią myśli autora. Miałem przyjemność w zeszłym roku promować  swój tom poezji Powróciłem. Zapamiętam na zawsze… Zostałem też przez gospodynię uhonorowany „Imieniem Róży” nagrodą salonu . To zaszczyt.

D.I.: Czy mógłby Pan „namalować” z grubsza całościowy obraz współczesnej literatury polskiej? Jakie są teraz najważniejsze zrzeszenia i kręgi literackie? 

J.S.: W Polsce istnieją dwie organizacje: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i Związek Literatów Polskich. Jestem członkiem tej drugiej . Obydwie posiadają oddziały terenowe . Do tego dochodzą dziesiątki nieformalnych grup amatorskiego ruchu literackiego. Wydające almanachy poezji, rzadziej  prozy lokalnych twórców. To jakby pierwszy stopień wyjścia z szuflady. Niewielka grupa 25-30 osób w Polsce utrzymuje się z pisania. Reszta pracuje zawodowo. Nawet ci najwybitniejsi. Praktycznie w literaturze nie ma mecenatu państwa.

D.I.: Jakie miejsce zajmuje współczesna literatura polska w panoramie literatury światowej i jak Pan odbiera uhonorowanie Nagrodą Nobla Pana rodaczki i koleżanki po piórze Olgi Tokarczuk?

J.S.: Myślę, że miejsce ważne i znaczące choćby wymienić poetów: Miłosza, Szymborską, Herberta, Zagajewskiego. Dramaturga Mrożka. Prozaików Myśliwskiego, Tokarczuk. Pani Olga to laureatka Nagrody Nobla za zeszły rok. Tłumaczona na większość języków świata. Pokazująca rzeczywistość w szerszej perspektywie jakby z lotu ptaka. Uważam, że Komitet Noblowski podjął właściwą decyzję argumentując to tak za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją ujawnia przekraczanie granic jako formę życia”.  Powieści:  Dom dzienny, dom nocny, Prowadź swój pług, Bieguni to arcydzieła. Wracam do nich często. Z ich kart uczę się patrzeć na nowo.

D.I.: Jakie rady skierowałby Pan do debiutujących polskich autorów?

J.S.: Przede wszystkim pokora i wychodzenie publicznie z tekstami dojrzałymi, w pełni dopracowanymi, głęboko przemyślanymi. Autor powinien być odpowiedzialny za słowo. Ukazuje się dużo grafomanii, zwłaszcza: w poezji. Nikt nad tym nie panuje.

D.I.: Czy jest kraj, w którym Pan jeszcze nie bawił z powodu doniosłego wydarzenia literackiego, ale bardzo by Pan pragnął? Jakie są Pana twórcze plany na najbliższą przyszłość?

J.S.: Uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach literackich. Nie jest jednak to moim priorytetem. Pisarz powinien skupić się na pracy twórczej, która pochłania dużo czasu. Do tego dochodzi studiowanie materiałów  źródłowych, a i potrzeba oddechu na wybraną poezję, beletrystykę, spotkania z autorami, wernisaże przyjaciół. No i rodzina. Składam  obszerny wybór  recenzji i esejów. Powinien  ukazać się pod koniec przyszłego roku.

Dimana Iwanowa (1979, Warna). W roku 2003 kończy równocześnie dwie specjalności – Filologię słowiańską z profilem „Język i literaturę czeską” oraz „Filologię francuską” – na Uniwersytecie Sofijskim im. „Świętego Klimenta Ochridskiego” (Klemensa z Ochrydy?) . Posiada stopień doktora w dziedzinie literaturoznawstwa porównawczego, uzyskany na Uniwersytecie Karłowym w Pradze. Została dwukrotnie uhonorowana nagrodą dla młodych tłumaczy (przekładowców) czeskich w ramach konkursu „W ślad za Grigorem Lenkowym”, organizowany przez Ośrodek Czeski w Sofii, jak również nagrodą za najlepszy przekład artystyczny z języka bułgarskiego na język obcy na rok 2017 za tłumaczenie tomu poetyckiego pod tytułem „Cienka książeczka” Ekateriny Josifowej na język słowacki. Przetłumaczyła i opublikowała w bułgarskiej prasie literackiej utwory szeregu autorów w przekładzie na język czeski, słowacki, angielski i francuski. Jest autorką dwóch tomików liryki: „Zaproszenie na ojca” (Wyd. „Ergo”, 2012) i „Alfabet pragnień” (Wyd. „Skalino”, 2016). Jej wiersze przełożono i opublikowano na język angielski, czeski, słowacki, macedoński, rumuński, hiszpański, francuski, rosyjski i arabski. Ma także powołanie badawcze – spod jej pióra wyszło mnóstwo artykułów i recenzji naukowych, wydanych w Bułgarii, Czechach, na Słowacji i Węgrzech. Pracowała również jako członkini rady redakcyjnej czasopisma wspólnoty bułgarskiej w Czechach, znana pod nazwą „Bułgarzy” oraz na Słowacji – „Współnarodowiec”, a także jako nauczycielka języka francuskiego na Słowacji. Obecnie pracuje jako nauczycielka języka i literatury bułgarskiej w Szkole Bułgarskiej im. „Bojana Magi” w Londynie. Należy do Związku Dziennikarzy Czeskich, Asocjacji Czesko-Słowackiej z literaturoznawstwa porównowawczego, jak również Poetyckiego Stowarzyszenia „Pars Artem” na Słowacji. 

Dimitrina  Hamze – doktorantka, Uniwersytet im. Paisija Chilendarskiego w Płowdiwie, Bułgaria. Asystentka kierunku filologia słowiańska w sekcji: polonistyka. Sfera zainteresowań i poszukiwań naukowych to lingwistyka, semantyka i pragmatyka, literaturoznawstwo, translatologia, estetyka, kulturologia, historia i teoria sztuki. Jest autorką ok. 80 artykułów opublikowanych w krajowych i zagranicznych wydaniach specjalistycznych. 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko