Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
199

„Piękni dwudziestoletni” – po wielu dziesięcioleciach

Dopiero przy trzeciej lekturze „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłasko uświadomiłem sobie, że ten słynny, legendarny, frazeologiczny tytuł mało ma wspólnego z treścią wyśmienicie skądinąd napisanej opowieści młodego pisarza. Co prawda sam autor w momencie jej wydania (1966) miał zaledwie 32 lata, ale o młodym polskim pokoleniu lat 50-tych i 60-tych w jego opowieści po prawdzie niewiele. Ten nieadekwatny tytuł nie jest jedynym wyrazem dezynwoltury i nonszalancji, jaka cechowała tego wybitnie utalentowanego prozaika. O „Pięknych dwudziestoletnich” sam Hłasko napisał przy okazji ich paryskiego pierwszego wydania, że są raczej „parodią niż autobiografią”. To kolejny sygnał jego nonszalancji, bo zawiera w sobie sugestię, że „Pięknych dwudziestoletnich” w ogóle można uznać za autobiografię, z którą również ta jego proza nie ma nic wspólnego. Hłasko nie opowiada w niej swojego życia od lat najwcześniejszych, jak na autobiografię przystało, lecz wchodzi, z miejsca, jak w filmowym scenariuszu, w sam początek największej i bardzo trudnej przygody jego życia, jaką była emigracja, z której nigdy do Polski nie wrócił: rozpoczyna opowieść od przylotu do Paryża w lutym 1958 roku.

Czym zatem są „Piękni dwudziestoletni”, skoro nie są ani opowieścią o pięknych polskich dwudziestoletnich (chyba, że uznać za nich, pars pro toto, samego Hłaskę i kilku jego kolegów), ani autobiografią, ani nawet parodią autobiografii. To zestaw opowieści, gawęd, barwnych opowiastek człowieka, który potrafił zajmująco, bardzo dowcipnie, choć z dodatkiem sporej dawki goryczy, opowiadać, stylem podszytym ironią, szyderstwem, nieco aranżowanym cynizmem, stylem pełnym błyskotliwych figur frazeologicznych, kapitalnie, przy użyciu prostych środków, zarysowanych sylwetek, łączącym w sobie felietonową lekkość z wartkością anegdotycznej narracji.  Trzy pierwsze rozdziały są opowieścią o warszawskim  głównie życiu Hłaski, od pracy szoferaka w bazie przy ulicy Sokołowskiej poprzez pierwsze próby dziennikarskie (nieudane z powodu nieposkromionego temperamentu młodego adepta), z dodatkiem soczystych i często przewrotnych w wymowie anegdot z życia ówczesnego stołecznego światka dziennikarsko-artystyczno-politycznego (n.p. pyszne anegdoty związane z Edwardem Bernsteinem-Żebrowskim, Bohdanem Czeszko, Władysławem Broniewskim, czy z pułkownikiem MBP Jackiem Różańskim) aż po pierwsze próby literackie. Trzy rozdziały ostatnie zawierają relacje z trudnego, nawet ciężkiego, tułaczego, pełnego rozczarowań i upokorzeń emigracyjnego życia Hłaski. Wszystko to przyprawione powtarzającymi się jak refren antykomunistycznymi diatrybami pisarza, które zresztą z literackiego punktu widzenia są najsłabszą warstwą jego rozwichrzonej, ale bardzo zajmującej opowieści. Fakt, że  Marek Hłasko znany był, a nawet sławny ze swojej bujnej fantazji i nieposkromionej skłonności do zmyśleń oraz mitomanii sprawia, że już w momencie wydania „Pięknych” sceptycznie odnoszono się do prawdziwości jego relacji, a wielu wręcz ją całkowicie kwestionowało. Tym bardziej dziś, po 54 latach od wydania, „Piękni” są już tylko archiwalną fantasmagorią, jakąś opowieścią polskiego „barona Műnchhausena”, bladym cieniem świata, który nie istnieje już od kilku dziesięcioleci. Jednak nie dla dokumentalnej rzetelności warto przeczytać tę opowieść szalonego literackiego – nie bójmy się tego słowa – geniusza i trochę zmarnowanego, przez przedwczesną śmierć w wieku zaledwie 35 lat, pisarza, w którym „przez chwilę” wielu widziało największą powojenną nadzieję polskiej literatury. Jeśli najważniejszym kryterium wartości literatury jest zachowanie przez nią artystycznej i czytelniczej atrakcyjności mimo upływu czasu, to „Piękni dwudziestoletni” Marka Hłasko, choć są dziś już tylko opowieścią o świecie zaprzeszłych cieni, to zachowała ona swoje czytelnicze walory.  

Marek Hłasko – „Piękni dwudziestoletni”, „Iskry”, Warszawa 2020, str. 240 , ISBN 978-83-244-1043-9


Labirynty Borgesa

Literatura jest kosmosem tak rozległym i anarchicznym, że wszelkie, niezliczone kwalifikacje i klasyfikacje należy traktować umownie, z dystansem, jako kategorie pomocnicze, nigdy jako coś rozstrzygającego. I tak też oczywiście traktuję podział, którym się tu posłużę: na literaturę „wierzącą w rzeczywistość” i na „wierzącą w samą siebie”, czyli  „wierzącą” w wyobraźnię, w kreację. Do wielkich pisarzy „wierzących w rzeczywistość” zaliczyć można zapewne Honoriusza Balzaca, prekursora nowoczesnego realizmu. Jego naśladowców, pod tym względem, są jednak niezliczone szeregi.  Pisarzy „wierzących” w literaturę, w wyobraźnię”, jest znacznie mniej, ba, stanowią oni mniejszość znikomą.

Jorge Luis Borges (1899-1986) jest być może najbardziej „wierzącym w literaturę, w wyobraźnię” pisarzem w dziejach tej dziedziny sztuki. Ten Argentyńczyk, to Człowiek Literatury, który jej niemal wyłącznie poświęcił życie, który z literatury, z „Biblioteki Babel”, z wyobraźni, z gier umysłu, z magii, fantazji, zmyśleń, ze spekulacji, z budowania i konfrontowania piętrowych paradoksów, uczynił swoją prywatną Krainę i Ojczyznę. „Fikcje” powstały w roku 1944, co, nawiasem mówiąc, z polskiego punktu widzenia, jawi się jak szyderczy głos z innego świata. Są w literaturze wielkim, pełnym ironii, wieloznaczności wyzwaniem rzuconym zarówno tradycji literackiej, jak i w ogóle utrwalonym nawykom rządzącym myśleniem i wyobraźnią. Borges nie uważał jednak fikcji za coś gorszego od rzeczywistości, a także za coś nierzeczywistego, lecz za jakość równoprawną z tym, co powszechnie uważane jest za rzeczywistość. Dlaczego bowiem coś, co jest wytworem, czegoś tak realnego, cielesnego jak mózg ludzki (istnieje fraza: „chemia mózgu”), również nie może mieć atrybutu realności? Nasze myśli i uczucia są realne, choć nikt ich nie widzi, nawet my sami.

Na tom „Fikcje” składa się osiemnaście opowiadań, które można uznać za „esencję esencji” pisarstwa wyobraźni, zarówno co do stylu, jak i co do charakterystycznych dla niego motywów. Oto kilka uwag tylko o niektórych z nich, najbardziej reprezentatywnych. Otwierające tom opowiadanie „Tlőn, Uqbar, Orbis Tertius” to drobiazgowa, misterna wizja fantazyjnej planety, w której życie i myślenie zdeterminowane jest przez totalny idealizm rodzący konsekwencje w postaci cywilizacji całkowicie antytetycznej, „zaprzecznej” w stosunku do cywilizacji, w której żyjemy. Nie mniej wybujałe w swej sile fantazji są „Koliste ruiny”, gdzie można dostrzec swoistą mutację, a raczej wybujałe rozszerzenie, multiplikację kalderonowskiego motywu „życia snem”. Borges stworzył piętrową konstrukcję, w której wszystkie pojawiające się figury i egzystencje są śnione – śnieni śnią i sami są śnieni przez inne śnione i śniące byty, co stwarza „kolistą” zamkniętą konstrukcję, z którego nie ma „wyjścia” na jawę, bo odpowiedź na pytanie, czy jesteś śniony, kieruje Borges także do nas, czytelników. Jeśli przyjąć jego logikę, można zadać sobie różne pytania: czy my także jesteśmy śnieni, jesteśmy postaciami ze snu innego, śnionego bytu? I czy ci, którzy nam się śnią, a są nam nieznani, są „kimś”? A jeśli tak, to kim? „Loteria w Babilonie” jest alegorią totalnej, wszechogarniającej przypadkowości rządzącej ludzką egzystencją. Loteria połączona z nieskończoną, nieograniczoną potencjalnością ludzkiego bytu, więcej, bytu w ogóle – oto zasada nim rządząca, tak jak ją w tym opowiadaniu ujmuje Borges. „Bibliotekę Babel” można uznać za najważniejsze wyznanie jego pisarskiej wiary, bo w tych dwóch słowach można odczytać to, co nie tylko ukonstytuowało jego zakorzenienie w Bibliotece, która zawiera „wszystko”, tak jak biblijna Wieża Babel była miejscem kumulacji wszystkich języków świata. Ze środka „Biblioteki Babel” pochodzi  „Poszukiwanie Al-Mutasima” i „Pierre Menard, autor „Don Kichota”, opowiadanie, które jest jednym z najważniejszych świadectw wiary Borgesa w ideę „nieskończonej potencjalności literatury”. Jego tytułowy bohater pragnie napisać własnego „Don Kichota”, identycznego, tożsamego co do przecinka z „Don Kichotem” Cervantesa, ale nie jako skopiowania oryginału, lecz jako d z i e ł a   w ł a s n e g o. Z tym opowiadaniem koresponduje „Ogród o rozwidlających się ścieżkach”, w którym w parodię formuły gatunku kryminalno-szpiegowskiego i w samo brzmienie tytułu wpisał Borges metaforę egzystencji. Do gatunku fantazji paradoksalnych idących w poprzek naszemu potocznemu doświadczeniu, w tym przypadku powszechnemu doświadczeniu ograniczonej pamięci i procesu zapominania, można zaliczyć „Pamiętliwego Funesa”, którego bohater obciążony jest przekleństwem, torturą, piekłem pamięci absolutnej, zapamiętywania „wszystkiego”, co oznacza koszmar świadomości nieustannie konfrontowanej  z upiorną złożonością świata. W „Bliźnie” i „Temacie zdrajcy i bohatera” można się doczytać (ujmuję to w trybie warunkowym, bo konstrukcje Borgesa przypominają otwarte rebusy, dające podstawę do różnych, często sprzecznych odczytań) gry swoistymi inwersjami moralnymi.

Niemal wszystkie opowiadania z tego tomu, jak wokół osi owijają się wokół ekstrawaganckich, paradoksalnych konceptów na nice wywracających przyzwyczajenia czytelników nawet bardzo zaprawionych we wszelkich literackich ekstrawagancjach. Na przykład w opowiadaniu „Tajemny cud”, rozstrzeliwany przez Niemców żydowski intelektualista zyskuje rok na dokończenie dzieła pomiędzy wyjściem kul z luf karabinów plutonu egzekucyjnego a ich dotarciem do ciała rozstrzeliwanego. Tematem opowiadania „Sekta”, które można odczytać n.p. jako przewrotną alegorię religii, jest tajemnicza, na cały świat rozgałęziona sekta, która jednocześnie ogarnia wszystko i nic, i która jest tak tajemnicza, że jej tajemnice są nierozpoznawalne przez żadnego z jej członków. Na koniec oddajmy głos krytykowi: „Czytając jego (Borgesa) opowieści, nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest to proza w jakimś sensie irracjonalna, rzucająca wyzwanie tradycji, przywraca człowiekowi wiarę w naukę i wyobraźnię. Jest też swoistym studium analizy możliwości fikcji, nie tyle odtwarzającym rzeczywistość, co ujawniającym jej fikcyjny charakter w tym sensie, że empiria zyskuje znaczenie dopiero, gdy zostanie ujęta w zmyśloną formę opowieści”. (…) Borges w „Fikcje” kreśli nowe światy, nowych ludzi i nowe prawa, które choć nierzeczywiste, doskonale tę rzeczywistość naśladują. Jest jak odkrywca nowych lądów, który po swojej wieloletniej podróży, spisuje nieznane innym fakty, dbając przy tym nie tylko o pełne szczegółów  oddanie przestrzeni, lecz także języków, zwyczajów, historii i zależności społecznych. Przy okazji kreśli magiczne koło realizmu – to nasza rzeczywistość jawi się tu jako literacka fikcja. Od samego początku książki czytelnik odczuwa niepewność: nie wie który ze światów jest prawdziwy, a który wymyślony, co stworzył Bóg, a co umysł człowieka, co jest samonapędzającą się machiną, a co ładnie wyglądającym zbiorem ułomności. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy te różne światy zaczynają na siebie nachodzić …”.

Przyznam, że choć przeczytałem tom „Fikcji” w całości, nie we wszystkich labiryntach sobie poradziłem z dotarciem do celu po wciśniętej mi w dłoń nitce Ariadny. W niektórych utknąłem. Kilku najzwyczajniej nadal nie rozkminiłem, nie zrozumiałem, ale będę się starał, jako czytelnik jestem uparty jak osioł. A teraz wy bierzcie się za „Fikcje” i męczcie się męką rozkoszy łamania głowy. I jeszcze jedno na koniec. Koniec końców, jak mówią Rosjanie, myślałem o pisarstwie Borgesa, że to w końcu jednak tylko literatura. Do momentu, gdy przeczytałem takie oto zdanie z posłowia Jana Gondowicza: „Ktoś, poprzez stulecia, podsuwa nad wiek rozwiniętym dzieciom Cervantesa w starych wydaniach. Kto?”. Bo przypomniałem sobie, że 47 lat temu, mój kolega z pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Lublinie chodził za mną z egzemplarzem „Don Kichota” z misternymi ilustracjami Gustawa Doré, i z szatańskim chichotem cytował mi co smakowitsze fragmenty. Gdy sobie to przypomniałem, dreszczyk przeszedł mi po plecach, bo obaj byliśmy nieźle rozwinięci, kto wie nawet, czy nie nad wiek?

Jorge Luis Borges – „Fikcje”, przekł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanisław Zembrzuski, posłowia Jan Gondowicz, Grzegorz Jankowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 253, ISBN 978-83-66272-81-1


Księga fascynacji

Emmanuel Carrére (rocznik 1957) jest francuskim prozaikiem, którego kilka książek ukazało się w Polsce w ostatnich latach, jest też scenarzystą i reżyserem filmowym. Tytuł zbioru jego przeszło trzydziestu tekstów różnego autoramentu „Dobrze jest mieć dokąd pójść” pochodzi z chińskiej „Księgi przemian”. To fraza wieloznaczna, ale w tym przypadku oznacza możliwość zajęcia się tym, co jest dla nas interesujące. Dla pisarza interesujące są różne tematy,  często bardzo od siebie odległe i na tle odległe, że zbiór „Dobrze jest…” można określić za pomocą znanej frazy „cicer cum caule” („groch z kapustą”), którą rozsławił Julian Tuwim w 1945 roku swoim słynnym zbiorem ciekawostek i anegdot, głównie literackiej proweniencji. Przypominam to tylko dla porządku, jako że ta szlachetna u źródeł fraza oznaczająca bogactwo różnorodności, nabrała z czasem nieco negatywnego wydźwięku, jako określenie chaosu, zwłaszcza myślowego. Cicer cum caule Carrére’a jest rzeczywiście mieszanką co się zowie, bo wśród ingrediencji jest m.in. kilka relacji zaczerpniętych z kroniki sądowej (czyli reportaże sądowe), reporterska relacja z Rumunii wiosną 1990 roku, czyli po kilku miesiącach od obalenia dyktatury Nicolae Ceausescu, eseje literackie o „Moll Flanders” Daniela Defoe, o tajemniczych doświadczeniach Philipa K. Dicka, o wrażeniach z wielotygodniowego czytania „Komedii Ludzkiej” Honoriusza Balzaca, o powieści „Rajtar szwedzkiego króla” Leo Perutza (ukazała się też po polsku w latach 70-tych w cennej serii „Klub Interesującej Książki”), o jednej z powieści Ferenca Karinthy’ego, o okolicznościach powstania „Z zimną krwią” Trumana Capote. Szczególnie interesujący jest szkic o Balzacu, opisujący rodzaj czytelniczo-psychologicznego eksperymentu: czytanie po wielu latach prozy tego samego pisarza, by sprawdzić własne reakcje na ponowną lekturę, zrozumieć źródła młodzieńczej fascynacji pisarstwem, która po latach przerodziła się w obojętność. Sprawdza się tu przy okazji znana opinia, że lektura tej samej książki n.p. po dwudziestu czy więcej latach od pierwszej lektury przez tę samą osobę, to de facto czytanie innej książki przez inną osobę, to zupełnie inne doznanie czytelnicze. Wbrew zwodniczemu tytułowi, tekst „Ostatni bohater „Biesów” nie jest poświęcony powieści Dostojewskiego, lecz mrocznej i tajemniczej postaci rosyjskiej polityki, jaką był Eduard Limonow, nieżyjący już założyciel i przywódca Partii Narodowo-Bolszewickiej. To jego nazwał francuski pisarz „ostatnim bohaterem „Biesów”, to jego uczynił następcą Stawrogina i Wierchowieńskiego. Kierunek zainteresowań Carrére’a nie jest tu ani incydentalny ani przypadkowy. Rosja i w ogóle Europa Wschodnia i Środkowa jest przedmiotem jego intensywnego zainteresowania. Dominantę tworzy w jego tekstach wszakże Rosja, której dotykają m.in. szkice o „Sowieckiej młodości” Mikołaja Masłowa, o „Szeptach. Życiu w stalinowskiej Rosji” Orlando Figesa, o „Pokoleniu placu Błotnego” (Moskwa), o błyskotliwej karierze Mariny Litwinowicz. Są też szkice bardziej osobiste, poświęcone przyjaciołom pisarza, ale także jego własnym, autotematycznym refleksjom, wątpliwościom, kłopotom osobistym, zawodowym, ale także inspiracjom życiowym i literackim.  Wspomniana różnorodność tematyczna omawianego zbioru jest zresztą znacznie bogatsza niż wynika to z powyższego, pobieżnego wyliczenia podejmowanych tematów. Jak na francuskiego pisarza przystało, nie jest mu też obcy dystans do siebie, autoironia, umiejętność kpienia z samego siebie. I tu prawdziwą wisienką na torcie jest arcyzabawny, bardzo smakowity w swej finezji tekst „O tym, jak kompletnie skopałem wywiad z Catherine Deneuve”. Poza jego walorem lekturowym, można go gorąco polecić wszystkim dziennikarzom, którzy parają się formą wywiadu, głównie prasowego. Sam należę od przeszło ćwierćwiecza do tej kategorii dziennikarzy i zaświadczam, że sens przypadku z nieudanym wywiadem z gwiazdą francuskiego kina dalece wykracza poza ten jednostkowy incydent.

Emmanuel Carrére – „Dobrze jest mieć dokąd pójść”, przekł. Agata Kozak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, str. 467, ISBN 978-83-08-06804-5

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko