Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (10)

0
514

Jesteś tylko obozowym numerem

Był w administracji obozowej niejaki starszyna (sierżant) Liberdziuk. Średniego wzrostu, krępy i mocno podtatusiały już mężczyzna z posrebrzonymi skrońmi, który każdorazowo – znalazłszy się wśród więźniów – upodabniał się do indyka, tak z wyglądu, jak i jego specjalizacji w przybieraniu tej szczególnie przynależnej mu barwy.

Starszyna Liberdziuk, z powołania kawaler, z przekonania komunista, był Ukraińcem. Jako żołnierz wyróżniał się wyjątkową pedanterią w zakresie przestrzegania regulaminów i musztry, jakby wciąż wierzył, że w swym żołnierskim plecaku nosi przysłowiową buławę, jeśli nie generała, to przynajmniej oficera.

Liberdziuk zawsze pojawiał się w mundurze. Na jego krótkiej szyi stale widniał śnieżny kołnierzyk, wykonany z jakiegoś błyszczącego sztucznego tworzywa; nie wymagający prania ani prasowania. Buty wyczyszczone były na glanc, ale i tak nie błyszczały nigdy bardziej niż wypolerowane do rażącego wręcz połysku medale i liczne żetony z różnej wielkości „krasnymi gwiazdami”. Wszystkie te odznaczenia dekorowały cherlawą pierś dzielnego wiarusa i zaświadczały o jego rzekomo bogatej przeszłości wojennej.

O tym, że starszyna jest piśmienny, świadczyć miały dwie wystające z lewej kieszeni bluzy jego munduru obsadki i notesik. Czy tak jednak było?… Liberdziuk w baraku nigdy się sam nie pojawiał; towarzyszył mu młody dozorca, który – jeśli zachodziła potrzeba zapisania czegoś – czynność tę za niego wykonywał. Liberdziuk ograniczał się jedynie do dyktowania. Nie zdarzyło się nikomu z więźniów zobaczyć na własne oczy Liberdziuka przy pisaniu lub oglądać jego pisma.

Z przekonania Liberdziuk był fanatykiem komunizmu. Ze szczególnym upodobaniem prowadził z więźniami pogadanki wychowawcze, podczas których popisywał się wyuczoną na pamięć znajomością fragmentów z dzieł Marksa oraz wystąpień różnych komunistycznych „filarów” władzy sowieckiej. Wywody, którym poświęcał swą uwagę, śmieszyły nieporadnością stylu i niedostatkiem logicznego myślenia. I co najważniejsze: jakiekolwiek próby podejmowania z nim dyskusji na ten temat, nie miały szans powodzenia. Liberdziuk nie zabraniał wyrażania swych opinii, wręcz nawet do ich wygłaszania zachęcał. Ci jednak, którzy dawali się na to nabrać, nigdy powtórnie głosu nie zabierali. Liberdziuk wysłuchał bowiem opinii lub pytania i z typową rutyną wyjaśniał: – Żeby to pojąć, o czym do was mówię, trzeba znajdować się na wyższym poziomie rozumowania, rozumiecie? Jaki wasz numer łagiernika?…

Czy ktoś z więźniów mógłby dorównać starszynie Liberdziukowi w poziomie jego „rozumowania”? Czy mógłby osiągnąć poziom przynależny tylko jemu – oświeconemu ideą komunizmu „profesorowi”? Lepiej było nie próbować. A pytanie o numer? Zadawał je raczej dla postrachu, bo miał też tę wyjątkową zaletę, że potrafił pogodzić ogień z wodą; starał się być w porządku tak wobec władz, jak i więźniów. Przekonując przełożonych, że nigdy nie ma kłopotów z łagiernikami, udowadniał tym samym swoją wyjątkową fachowość i to, że jest niezastąpiony.

Owego pamiętnego dnia więźniowie powracający z kopalni, napotkawszy starszynę Liberdziuka, nie mieli żadnych wątpliwości: sposobił się on do objęcia służby oficera dyżurnego.

Mimo iż do czasu jej objęcia, pozostawało jeszcze parę godzin, Liberdziuk chodził pomiędzy więźniami, pusząc się jak indor i „dowodząc wszem i wobec”, że jest już gotów do wypełnienia tego szczególnego i – jak zwykło się mawiać wśród wojskowych – zaszczytnego obowiązku. Mundur, w którym przybył na teren obozu, był do perfekcji wykrochmalony i wyprasowany, buty lśniły, a nieprawdopodobnie wypolerowane odznaczenia raziły wprost w oczy obserwujących go łagierników.

Ci, którzy znali się na medalach, mogli wśród nich dostrzec między innymi Medal Matki Bohaterki, nadawany kobietom, które pięciu i więcej synów oddały armii.

– Obywatelu sierżancie, niech nam „profesor” powie za co i kiedy otrzymał tyle odznaczeń? – odważył się zapytać go jeden z więźniów. Przysłuchiwał się temu Antoni Rymsza, który przebywając w towarzystwie tak „zasłużonego żołnierza”, choć raz w życiu też chętnie posłuchałby opowieści o jego bohaterskich wyczynach.

– Nu, więźniowie – obiecująco rozpoczął starszyna – wam trzeba wiedzieć, że w Armii Sowieckiej odznaczenia otrzymuje się za bohaterstwo.

– To my wiemy, ale konkretnie? – zdobył się na odwagę więzień F1-233 – Za jakie bitwy i od kogo? To znaczy, kto sierżantowi wręczał te medale?

– Władza sowiecka wręczyła mi te medale – odparł z dumą Liberdziuk. A gdy zrozumiał, że pytający nadal jest niezadowolony z jego wyjaśnienia, przyjął typową dla siebie postawę indyka i oblał się kolorem, którym przesiąknięty był do głębi.

– Wasz numer obozowy? – zwrócił się do pytającego, podejrzewając, że zbije go tym z tropu. Rymsza wyrecytował pośpiesznie wszystkie należne dane i nie kończąc, ciągnął dalej.

– My nie wątpimy w bohaterstwo naszego przełożonego i wychowawcy, to znaczy… ja, nie wątpię – podkreślił. – Pytam natomiast dlatego, żeby te czyny, których zapewne obywatel sierżant się dopuścił… Znaczy się, bohaterskie czyny, które was doprowadziły do tych orderów, upowszechnić wśród innych.

– Nu, więźniowie! Moje czyny nie do upowszechnienia. Takich bohaterów władza sowiecka zna wielu. Ona skierowała mnie tam, gdzie było trzeba, a ja byłem wszędzie tam, gdzie kazała mi partia i moi dowódcy. Tak postępował każdy sowiecki żołnierz. Bo Lenin powiedział – tu starszyna Liberdziuk zacytował długi fragment jakiejś pokrętnej i mglistej – zwłaszcza, jeśli chodzi o powiązanie z tematem – rzekomej wypowiedzi wodza rewolucji. Pytający wysłuchał jej i nie poddając się, dociekał dalej:

– Ale ten medal obywatelu sierżancie, wybaczcie mi, co go nazywają Medalem Matki Bohaterki, to też dostaliście od władzy sowieckiej? Jeśli tak, to za co?

Kilku więźniów wybuchło śmiechem. Liberdziuk pojął to jednak na swój sposób.

– Widzicie więzień, śmieją się z was. Wy nie rozumiecie, że władza sowiecka może wszystko? Ona jest przecież naszą matką, bohaterską matką – podkreślił Liberdziuk. – A jak jest matką, to może rozdawać swoje medale swoim synom według swojego uznania. Może, czy nie może?

No, niechby ktoś powiedział, że nie może? Antoni też się nie odważył. – To znaczy… niby tak, ale… – zawiesił głos, szukając rozsądnego wyjaśnienia.

– Jeszcze macie jakieś wątpliwości, więzień jak wam tam, to znaczy numer?

– Nie, nie mam żadnych wątpliwości, tylko widzicie obywatelu sierżancie, ja też chciałbym zasłużyć na taki medal.

Słysząc to, Liberdziuk raz jeszcze upodobnił się do indyka. Śmiech, jakim wybuchli zebrani, zagłuszył to, co chciał powiedzieć. Ta jedyna okazja, która – jak wydawało się – może przybliżyć im bohaterską postać starszyny, nie została wykorzystana. Ich czerwony „profesor” – bo tak go nazywali – kiedy śmiech ustał, zmienił temat, zmuszając ich do wysłuchania wywodu, że w obozie taką władzą jest władza obozowa, która obdarza go ogromnym zaufaniem, powierzając mu tak często służbę oficera dyżurnego.

Należy podkreślić, że Liberdziuk lubił bardzo, gdy zwracano się do niego: „oficerze dyżurny”. Był to bodajże jedyny okres w jego obozowej karierze, podczas którego mógł przemienić się ze zwykłego indyka w dumnego pawia, wymagającego od otoczenia swoistego respektu i szacunku. „Oficer dyżurny” – dla starszyny Liberdziuka brzmiało to niemal tak dumnie, jak „generał”.

Laboratorium było maluteńkim budyneczkiem o powierzchni około stu metrów kwadratowych, w kącikach którego najczęściej przesiadywały kobiety oczekujące na wyniki prób wykonywanych przez chemików. Kobiety rozmawiały cichutko pomiędzy sobą lub czytały coś; książki, gazety. Kiedy próba została już wykonana, z namaszczeniem wpisywały jej wynik w gruby kajet dokumentujący działalność laboratorium, wypełniały dokument przesyłowy, firmując go nazwiskiem jednej z nich – i przesyłały do metałło kasy, gdzie wędrował do worka z rudą cynową, z której próbkę wcześniej pobrano.

Do laboratorium zaliczał się również jeden z trzech baraków, znajdujących się na kilkunastohektarowym, ogrodzonym drutem kolczastym, terenie fabryki nr 8.

Trafiając do OTK, Antoni Rymsza sporo zyskał. Przede wszystkim wyłączony został z grupy więźniów eskortowanych do pracy w kajdanach. Łańcuchy to potworny obraz zniewolenia łagierników, których rehabilitacja miała dokonywać się poprzez pracę na rzecz wielkiego ZSRS. Na Kołymie zdjęto je więźniom dopiero po śmierci Stalina i zgładzeniu Berii. Zdjęto wówczas kajdany, ale pęta i niewidzialne więzy niewoli pozostały nadal.

Jeden z przyjaciół Rymszy, wspomniany wcześniej Bałdujew, tylko kilka dni doglądał psiarni, chociaż jego zwolnienie od pracy w kopalni wystawione przez felczera, opiewało na dłużej. Siergiej, który potrafił docenić gest przyjaciela, przynosząc mu za pazuchą kawałki kradzionego mięsa, któregoś dnia został przyłapany przez dozorcę i wydalony z ekipy psich opiekunów. Następny ruch znów należał do Rymszy. Poprzez Peruna udało mu się ściągnąć Bałdujewa do pracy w laboratorium. Perun przekonał naczelnika, że w laboratorium potrzebny jest na stałe ktoś, kto pilnowałby porządku i sprzątał pomieszczenia po chemikach.

W pomieszczeniu pracowni chemicznej, stał na środku żeliwny piecyk. Palący się ogień tylko przy okazji ogrzewał jego wnętrze. Gorący piecyk niezbędny był do prażenia prób rudonośnego gruntu, które ustawiano na nim w malutkich, ćwierćlitrowych żeliwnych tygielkach. Piecyka pilnował Czajkowski. Czasami Bałdujew pomagał mu; nosił i rąbał drwa, dostarczał węgiel.

A Rymsza? Czego on nie robił? Nosił próby wysuszonego koncentratu cynowego z metałło kasy do „Izmielczycielnoj”, a po ich zmieleniu wracał i obdzielał nimi chemików. Zbierał wyniki badań tych prób i odnosił wypełnione formularze z powrotem do metałło kasy.

– F1-233, co tam niesiecie? – zapytał oper, napotkawszy go kiedyś przy wyjściu z laboratorium.

– Odnoszę do metałło kasy dokumenty na pobrane próby gruntu.

– To ile procent rudy cynowej wyszło w tych ostatnich próbach, co?

– Ja się na tym nie znam. Mnie nic do tego – skłamał.

– Ale czytać umiecie?

– Umiem, ale nie czytam tego, czego mi nie kazali.

– Nu, dobrze, dobrze – pochwalił go oper.

Wiedział, na ile chemicy oszacowali te próby, ale wiedział także, co komu można powiedzieć. Jego spryt i spostrzegawczość szybko zostały docenione przez Grebieszkowa. Naczelnik powoli nabierał do niego zaufania. A współwięźniowie darzyli go szacunkiem. Wiadomość, że był dowódcą partyzanckim, szybko rozniosła się po terenie, a jego osobiste zalety charakteru: inteligencja, wiedza, zaradność przysparzały mu autorytetu i uznania u inżynierów, pracujących tam kobiet i kolegów.

Kiedyś, gdy brakło papieru do pisania i kobietom przydzielono zastępcze deseczki, zaproponował Grebieszkowowi, że wykona zeszyty. Naczelnik laboratorium był zdziwiony.

– Jak? Z czego?..

– Z worków po cemencie, albo po produktach żywnościowych. Robiłem to już w Magadanie – wyjaśnił.

Grebieszkow zgodził się. Na kilka tygodni zmieniono mu zakres obowiązków. Miał pracę pod dachem, zbierał ciche pochwały od kobiet, czuł się doceniony i potrzebny.

Zanim żołnierz Fiodor Leontiewicz Grebieszkow trafił na Kołymę, jako ochotnik walczył z basmaczami – bandytami wywodzącymi się z Azjatów, którzy nie chcieli podporządkować się władzy sowieckiej. Basmacze, z wyznania mahometanie, nienawiedzili Rosjan. Walcząc z nimi, kryli się w stepach, górach, po lasach. Trudnili się przemytem i handlem. Wielu z nich żyło bardzo bogato i dostatnio.

Ranny podczas jednej z potyczek w kręgosłup (po wyleczeniu spowodowało to u niego przygarbienie sylwetki) stał się inwalidą i jako niezdolny do służby w regularnej armii, skierowany został do pracy na Kołymie.

Częściowo kalectwo, a częściowo charakter powodowały, że nie miał on autorytetu wśród władz obozowych, co jednak nie przeszkadzało mu wcale w realizacji codziennych obowiązków. Jego dzień wypełniony był pracą na terenie fabryki, a wieczory poświęcał wolnym. Będąc bowiem naczelnikiem laboratorium, sprawował jednocześnie funkcję oficera polityczno-wychowawczego wobec wszystkich wolnych na „Dnieprowskim”. Wolni, wbrew etymologii tego słowa, pozostawali tam nadal niewolnikami i jako tacy podlegali indoktrynacji politycznej. O ile łagiernicy poddawani jej byli średnio raz w miesiącu, z wolnymi pogadanki polityczne prowadzono wieczorami po kilka razy w tygodniu. Władza sowiecka musiała mieć pewność, że ci, którym ponownie uda się wrócić do domów, na zawsze pozostaną już pod jej wpływem, do końca będą jej politycznymi niewolnikami.

Był w obozie lekarz o nazwisku Steszczenko, człowiek o niezwykłej erudycji. Kilka razy udało się Antoniemu Rymszy porozmawiać z nim, a raz nawet podyskutować na tematy polityczne. Steszczenko opowiedział mu wtedy, co Rosjanie pisali i czego uczyli swoich o naszym Wodzu Naczelnym – marszałku Piłsudskim. Rymsza był tak tym zgorszony, że nawet nie chciał tego powtarzać.

Otóż Steszczenko podczas kolejnych zajęć politycznych, które prowadził jakiś „wybitny” lektor z Magadanu, a których tematem było budownictwo komunizmu w ZSRS, zapytał owego „uczonego” czy wie, co powiedział na temat ideologii marksistowskiej wybitny pisarz angielski Bernard Shaw.

– Wy wiecie kto to taki? – zadał lektorowi pytanie uzupełniające. Trudno było dociec, czy lektor wiedział, czy nie, gdyż ci, którzy znali Steszczenkę, próbowali mu przeszkodzić, zwracając się do lektora z wyjaśnieniem, że to taki sam fiśnięty filozof, jak ich Steszczenko.

– No, ja nie słyszałem, co on powiedział – przyznał lektor. Steszczenko odczekał, aż wśród półtora tysięcznej rzeszy więźniów zapanuje spokój i dokończył.

– Shaw powiedział tak: „Człowiek, który do dwudziestego piątego roku życia nie zainteresował się ideologią marksistowską, dla społeczeństwa pożytku nie przyniesie. Ale ten, który po trzydziestu pięciu latach swego życia nie rozczarował się nią, dla społeczeństwa staje się szkodliwy, wręcz niebezpieczny”.

Mimo iż współwięźniowie próbowali bronić Steszczenkę, tłumacząc lektorowi, że jest on niespełna rozumu, lekarzem zajął się oficer polityczno-wychowawczy Gawryłow. Przez jakiś czas lekarz wyznaczany był do najgorszych prac porządkowych.

Rymsza wyrabiał sobie powoli pozycję wśród obozowej społeczności. Pozycję, która niczym szczypta soli poprawiała smak cierpkiej potrawy. Niewiele było można, niewiele mógł sam, ale zawsze kiedy udało się coś załatwić; w jakimś stopniu poprawić byt, warunki zespołu ludzkiego, w którym przebywał, robiło się lżej na duszy. Jak sam oceniał: jednak wyrzuty sumienia, że odbywało się to kosztem innych, nie potrafiły zagłuszyć pychy, że to właśnie im – Polakom, jemu – byłemu partyzanckiemu dowódcy udało się, a nie innym.

Te zwierzęce odruchy walki o byt tkwią zapewne w każdym człowieku. W trudnych warunkach stają się jedynie bardziej widoczne. Antoni Rymsza miał krytyczny stosunek do nich, ale bezpośrednio nie winił siebie. Uważał, że to natura stworzyła nas takimi i twierdził, że w obliczu Boga jego grzechy były tak drobne, że nie powinien ich sobie wyrzucać. Na przykład zwykła sprawa: pierwszeństwo w kolejce do fryzjera.

Przywołanie postaci fryzjera przypomniało mu kolejne ciekawe zdarzenie. Łagierników strzyżono raz w miesiącu. Fryzjerów wybierano spośród więźniów. Jego zawsze, albo prawie zawsze strzygł Japończyk Ki Ku Czi. Z upływem czasu zaprzyjaźnił się z nim Onufry Perun. W wolnych chwilach Japończyk uczył go nawet swojego języka. Gdzieś po roku czasu, gdy Antoni usłyszał, jak Onufry rozmawia z Ki Ku Czim po japońsku, był zdumiony. „Zdolny człowiek z tego Onufrego” – pomyślał.

Wtedy to Onufry kazał ogolić sobie głowę na łyso. Gdy po zakończonym strzyżeniu obejrzał się w lustrze, podszedł do Ki Ku Czego i klepiąc go z zadowoleniem po plecach, zauważył.

– Świetnie. Wyglądam jak twój Mikado. – Uhm, jak to usłyszał Japończyk. Pierwszy raz Rymsza widział go tak wzburzonego. On poczuł się bardzo obrażony, że Onufry śmiał porównać się do Mikado. Krzyczał po japońsku swoim piskliwym głosikiem i tupał.

– Ja nie wiedziałem… – próbował przeprosić japońskiego fryzjera Onufry. – Ja nie wiedziałem, że cię tym obrażę.

Po chwili Japończyk nieco się uspokoił. Podchodząc do pojemnika z przyborami fryzjerskimi, wyjął brzytwę i trzymając ją w ręku, pochylił się nad ziemią.

– Zobaczcie – zaczął mówić po rosyjsku – to jest kamon  (japoński odpowiednik herbu rodowego) naszego wielkiego Mikado. – Trzonkiem brzytwy narysował duży znak na ziemi. Hieroglif w połowie jego wysokości przedzielała gruba linia. Wskazując na nią, Japończyk wyjaśnił: – To jest półka. Poniżej półki jest ziemia, a powyżej zaczyna się niebo. Wielki Mikado oderwał się od ziemi, jest na tej półce kierującej go do nieba, i nigdy nie wolno zwykłego Japończyka przyrównywać do wielkiego Mikado!

Potem Ki Ku Czi opowiedział, że raz w roku Mikado wyjeżdża ze swojego pałacu na białym koniu i przejeżdża przez miasto. Tłumy ludzi ustawiają się wzdłuż trasy i oczekują na jego pojawienie się.

Kiedy w tłumie rozchodzi się wiadomość, że u wylotu drogi wiodącej do pałacu cesarskiego pojawił się wielki Mikado, wszyscy spuszczają głowy i trwają tak w pokłonie, dopóki pomiędzy nimi nie przejedzie. Nikt nawet nie śmie spojrzeć na swojego cesarza.

Kiedyś tak się zdarzyło, że w pomieszczeniu, w którym zwykle urzędował naczelnik, zadzwonił telefon. W laboratorium byli sami więźniowie; naczelnik wyszedł na zewnątrz, a wolni udali się na teren fabryki.

Nikt z przebywających w pobliżu nawet nie zareagował. „Głusi, czy co?” – pomyślał Rymsza. Telefon wciąż dzwonił, a więźniowie zachowywali się, jakby nic się nie działo.

„Może nie obyci z takim urządzeniem?” – myślał Rymsza. Odstawiając na bok naczynie żeliwne, w którym mieszał próby, ruszył w stronę aparatu. Oczy wszystkim wyszły na wierzch, a ich ręce zamarły w bezruchu, gdy podniósł słuchawkę.

– Słucham. Więzień F1-233 Antoni Rymsza, urodzony…

– Dobrze, dobrze – przerwał mu głos w słuchawce. – Mówi naczelnik prińska Czerniecow. Skoro już podnieśliście słuchawkę, powiedzcie waszemu naczelnikowi, żeby skontaktował się z głównym inżynierem fabryki.

– Tak jest! Rozumiem. Jak tylko wróci, bo na chwilę wyszedł, zaraz mu przekażę.

– Ojoj joj!… Jak odwiesił słuchawkę, dopiero się zaczęło.

– Ty durak!!! Kto tobie pozwolił podejść do telefonu?!

– Ty więzień, a nie wolny, tobie nie wolno dotykać telefonu! – ze wszystkich stron posypały się nagany więźniów.

Wystraszył się. I co teraz? Musi przecież przekazać wiadomość. Co na to powie naczelnik laboratorium? Zdania na ten temat były podzielone, większość uważała, że naczelnik wyleje go na zbity pysk z roboty. Niektórzy twierdzili, że skieruje na rozmowę do opera, a ten może jeszcze więcej zaszkodzić, niż sam Grebieszkow.

– Najlepiej nie przyznawaj się, że odebrałeś telefon – radził któryś z Ukraińców.

– Jak mogę się nie przyznać, jak przedstawiłem się i obiecałem, że powiadomię naczelnika, iż ma skontaktować się z naczelnym inżynierem? – denerwował się Antoni.

– Ja nie wiedziałem, że nie wolno – tłumaczył się jak dzieciak.– Nikt mi tego nie powiedział. Ja nie wiedziałem…

– A nie widział, że nikt z nas nie podchodzi do telefonu? – pytali.

– Niby tak, ale…

– Jak udało ci się trafić na robotę pod dachem, lżejszą niż mają inni, to nie myśl, że od razu chwyciłeś Pana Boga za nogi. Jesteś nadal tylko numerem obozowym. Nie masz żadnych praw i wara ci od telefonu. – pouczenia jednego z Estończyków były aż nadto wymowne.

Oczekiwali w napięciu, aż przyjdzie Grebieszkow. Rymsza chciał to mieć już za sobą. Tymczasem naczelnik, jak na złość, nie przychodził. Był na zewnątrz dłużej niż zwykle.

– Jeśli ma mnie wyrzucić, niech zrobi to od razu, żebym się nie dręczył. A jeśli spotka mnie jakaś gorsza kara? – Z operem wolał nie mieć do czynienia.

Wreszcie przyszedł. Przygarbiony, ponury i… – wydawało się – surowy jak przyniesiony prosto z mrozu kawał drewna.

– Grażdanin naczelnik – z trudem wydobył z krtani głos Rymsza. – dzwonił za wami naczelnik prińska i kazał wam skontaktować się z naczelnym inżynierem.

– Coo?! – naczelnik wybałuszył oczy.

– Żebyście poszli do inżyniera Szełkowa – pośpieszył z wyjaśnieniem F1-233.

– Powiadasz, dzwonił?

– Tak. Ja nie wiedziałem, rozumiecie, że nie wolno. To znaczy nam więźniom nie wolno odbierać telefonów. – Po tym wyznaniu poczuł się nagle, jakby zrzucił z siebie ogromny kamień.

Naczelnik powolutku rozejrzał się wokół i cedząc słowa, potwierdził: – Ano, nie wolno. Więzień nie ma prawa. – Powiedział to i wyszedł.

– Udało ci się, Rymsza – zauważył Estończyk, który uprzednio tak bezlitośnie go rugał.

– Masz szczęście, że nie ma w pobliżu opera – tłumaczył ktoś inny.

– A jak mu ktoś potem doniesie? – zapytał Antoni. – Więzień, który wspomniał o operze, rzucił się teraz na niego ze złością. – Doniesie! Ty wiesz, jak rozprawiamy się z takimi, co donoszą na współbraci!

– Wiem. Przepraszam, tak tylko mi się wyrwało. – Musiał przeprosić współwięźniów.

Jeszcze przez kilka dni dręczyła go niepewność, czy na pewno Grebieszkow przyjął jego tłumaczenie. Okazało się, że tak. Ta lekcja była jednak pouczająca: już nigdy nie podszedł w laboratorium do dzwoniącego telefonu.

                   „Jesteś tylko obozowym numerem” – te słowa Antoni Rymsza zapamiętał do końca swoich dni. Utkwiły w jego pamięci, wryły się w nią, jak w szkło kruszący go diament. Zresztą to nie były tylko słowa. W tym przekonaniu więźniów utwierdzało nie jedno. Cóż tam telefon? Takich spraw jak z telefonem na co dzień było dziesiątki. Najgorzej bolało co innego. Każdemu śmiertelnikowi przysługuje po jego śmierci maleńki kawałek ziemi, na ostatnie mieszkanie, na grób. I trumna. Im więźniom to nie przysługiwało.

Byli tylko obozowymi numerami. Gdy ktoś z nich umarł; nieważne, śmiercią naturalną, czy został zabity, przysługiwał mu jedynie obozowy numer. Nic więcej, tylko jego dotychczasowy numer. Jego zwłoki rozbierano do naga (w tych warunkach każda, nawet najbardziej zniszczona i zawszawiona szmata mogła się jeszcze przydać) i wyrzucano za obręb zony, przywiązując sznurkiem do dużego palca u nogi maleńką deseczkę z jego obozowym numerem.

Tak, gdy przybył do obozu „Dnieprowskij”, wszystkich którzy zmarli, bądź zginęli, składano na ogólnym cmentarzysku, widocznym z drogi łączącej obóz z fabryką. Nie mieli oni ani trumny, ani odzienia, jedynie swoje miejsce spoczynku, które też nie było pewne.

Prybor nr 8. Około trzysta metrów od obozu. Tam w miesiącach letnich płynął strumyczek, u podnóża góry było zacisznie, a wieczną zmarzlinę pokrywał mech. Taki duży plac, gdzie – jeśli pozwolili na to dozorcy – można było w wiecznej zmarzlinie wykuć kilofem niewielkie wgłębienie i ułożyć w nim sztywne zwłoki. Gdy nie pozwolili na wykucie dziury, zwłoki kładziono na wierzchu i obkładano mchem oraz przysypywano śniegiem.

W końcówce 1951 roku gruchnęła wiadomość, że pod cmentarzyskiem, na którym składano ciała więźniów, znajdują się bogate złoża rudy cynowej. Więźniowie nie chcieli uwierzyć. – Zlikwidują im cmentarz?… A co z tymi, co tam leżą? Przecież zwłoki w tamtejszych warunkach bardzo wolno ulegały rozkładowi. E, to niemożliwe. Jest przecież jeszcze tyle innych miejsc, gdzie występuje ruda.

Kiedy wrócił wezwany do komendy Polak Dąbrowski, wszystkie ich wątpliwości rozwiały się.

– Wiecie, co oni ode mnie chcieli? Żebym jako operator spychacza wziął udział w likwidacji cmentarza.

– I co? Zgodziłeś się?

– Odmówiłem. Stanowczo odmówiłem – podkreślił Dąbrowski. – Powiedziałem, że jestem katolikiem, moja wiara i moje sumienie zabraniają mi bezczeszczenia zwłok.

– I puścili cię wolno? – dziwił się któryś z więźniów.

– Tak, powiedzieli, że potrzebny im specjalista, a nie niewolnik.

– Niewolnik? – zdziwił się Antoni.

– Chodziło im o to, żeby robotę wykonać fachowo – wyjaśnił Dąbrowski. – Dlatego pozwolili mi wrócić do dotychczasowej pracy.

– Może nie znajdą chętnych i zostawią cmentarz w spokoju? – miał nadzieję młody akowiec. Próżną nadzieję, bo jak się okazało, podjął się tej czynności znajomy Onufrego – Japończyk Ki Ku Czi. Ich znajomy fryzjer był jednocześnie traktorzystą. Posadzono go więc na spychacza, którym wykonał to profanujące dzieło.

Ki Ku Czi uwolnił plac od ludzkich zwłok, formując z nich – we wskazanym przez władze obozowe miejscu – potężną stertę. Pomiatane lemieszem spychacza po wiecznej zmarzlinie zwłoki, rozpadały się. Torsy trzymały się jakoś, jedynie głowy – odpadając od tułowi – nieposłuszne rozkazom likwidatorów cmentarza, toczyły się na lewo i prawo, wymagając oddzielnych zabiegów porządkowych.

Gdy Japończyk kończył swe dzieło, usuwając ostatnie szczątki zmarłych łagierników, wokół rozległego placu – niczym rozpostarty na ziemi ogromny różaniec – rozpościerał się wieniec ludzkich czaszek i głów. Różaniec, którym – zdawało się – wołały one o pomstę do nieba. A może to był ich bunt?

Na Kołymie nie miał szans powodzenia żaden bunt. Tak i ten, bunt nieboszczyków, został stłumiony. W końcu zbuntowane głowy znalazły się u podnóża piętrzącej się w niebo sterty torsów, rąk i nóg. Patrząc niemymi oczodołami na swych oprawców, dziwiły się zapewne, że odmówiono im spokoju, a nade wszystko, że odebrano im ten ostatni – przynależny w świecie każdemu człowiekowi – skrawek pośmiertnej ziemi.

Antoni Rymsza nigdy nie był mściwy, ale w tym momencie po raz pierwszy w życiu pomyślał: „Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Wybacz, albo… spraw, żeby sami kiedyś doświadczyli tego, co czynią innym”.

Cdn.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko