JANUSZ B. ROSZKOWSKI – ZNAD BAJKAŁU DO SHARM EL-SHEIKH (odcinek I)

0
489
Maria Wollenberg-Kluza - "Tryptyk"

14.11.2019

W dniu moich urodzin jadę do Dziekanowa Polskiego, skąd mam po dwóch dniach wyruszyć w kolejną niezamierzoną wcześniej podróż, tak jak ta nadbajkalsko-syberyjska z maja 2018, którą odbyłem tylko dlatego, że nikt poza mną nie mógł lub nie chciał spełnić marzenia Ireny Olbińskiej, autorki wydanej potem u mnie książki Ach, Syberia, Syberia… Owocem podróży w jakże innym kierunku od poprzedniego, bo do Sharm el-Sheikh, czyli jak by nie było do Afryki, będzie też książka, ale nie moja i w ogóle z tą podróżą nie związana, bo dotycząca naszego kraju i lat 1947-1956 – z początkowego okresu tzw. zimnej wojny.

Tam, gdzie polecimy, wojny też się toczyły, ale były zawsze gorące i krótkotrwałe. Miało to zapewne uzasadnienie klimatyczne. Nie ukrywam, że kiedy przed miesiącem pan Ryszard zaproponował mi dokończenie pracy nad książką W obcej skórze właśnie w Sharm el-Sheikh, zgodziłem się na to natychmiast, bo prawdę mówiąc zazdrościłem mu trochę, że w porze roku najbardziej u nas paskudnej może przebywać tam, gdzie słońca nie ma tylko wtedy, gdy zajdzie.

W trakcie naszej trzytygodniowej podróży po Syberii Irena Olbińska przesyłała codzienne relacje do swoich bliskich za pośrednictwem WhatsAppa, wystukując je na swojej komórce praktycznie przez cały czas (poza snem czy posiłkami). Moi bliscy relacji z Sharm el-Sheikh też się ode mnie domagają, ale nie rozpieszczę ich, bo cel tej podróży jest jasno określony. Praca nad książką pana Ryszarda do godzin popołudniowych. Potem obiad, odpoczynek na wolnym powietrzu – z kąpielami wodnymi i słonecznymi. Wędrówki jedynie piesze, niezbyt dalekie, bo po pustyni w palącym słońcu daleko byśmy nie zaszli. Czyli atrakcji tyle, co kot napłakał. Jedyna nadzieja w tym, że pan Ryszard jako świetny znawca świata arabskiego, w dodatku od dawna związany z Sharm el-Sheikh, zechce podzielić się ze mną swoją wiedzą, co niewątpliwie moje relacje wzbogaci, ale nie oczekujcie ode mnie cudów.

Natomiast pewne jest, że książkę pana Ryszarda będzie się czytać jednym tchem. Miałem przyjemność dwie książki z sześciu, które napisał – uwaga! po ukończeniu 80 lat – wydać w moim wydawnictwie, co dziwić nie może, bo pan Ryszard związany jest z Iwoniczem-Zdrojem w sposób wyjątkowy. Czy tę też powierzy mi do wydania? Nie wiem. Ale sam fakt, że mogę jako redaktor uczestniczyć w jej powstawaniu, uważam za zaszczyt…

15.11.2019

Pan Ryszard do naszych dwóch ogromnych waliz włożył elementy dodatkowego łóżka. Urocza pani Basia (jego żona) mówi, że to normalka, w taki sposób poleciało do Sharmu wyposażenie mieszkania w ciągu kilku lat! Obie walizy muszą się zmieścić w 46 kg (23 kg na osobę), w ręcznych bagażach może być w sumie 10 kg, a będzie 20! Plus laptop. W jaki sposób? Kontrolerzy sprawdzają wszystko oprócz wagi. Pakowanie po obiedzie. Są porządne wagi, najważniejsze, żeby bagaże główne nie ważyły więcej niż powinny….

Do Polski będę wracał po miesiącu (dokładnie 14 grudnia o świcie) z prawie pustymi walizami. Kiedyś podejrzliwy celnik zapytał pana Ryszarda: „Takie wielkie walizy i puste? To z Egiptu nie ma co przywieźć?”. Pan Ryszard odpowiedział: „Chciałem przywieźć mumię faraona, ale Arab wziął 5000 dolarów i zniknął”.

16.11.2019

O 8:40 odlot, o 13:55 przylot do Szarm el-Szejk – taka spolszczona nazwa widnieje na bilecie elektronicznym. Pani Basia każe mi jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko zabrałem: paszport, bilety, ubezpieczenie. Sprawdzam pod jej czujnym okiem. OK.

Wyjechaliśmy z Dziekanowa Polskiego na trzy godziny przed odlotem, a na Okęciu byliśmy po 40 minutach. Bagaże główne zmieściły się dokładnie w limicie 46 kg, ale nasze bagaże „podręczne” zostały jednak trochę wypatroszone – wyrzucono z nich do pojemnika 20 serków białych, dużą baryłkę masła, kosmetyki, które pani Basia przygotowała dla mnie i dla Jasera, zaprzyjaźnionego Araba, który ma po nas wyjechać na lotnisko w Sharmie. Dobrze, że pani Basia nie wrzuciła szynek do bagażu podręcznego, bo też uległyby konfiskacie, a pan Ryszard zostałby na stare lata wegetarianinem. „Nie wolno przewozić niczego co miękkie, ponadto dlaczego chcieliście wywieźć artykuły nabiałowe, które w Egipcie są tańsze i w dużym wyborze?”. Kiedy odchodzimy, kontroler przywołuje pana Ryszarda i pyta, czy klucze, które zostały w pojemniku, należą do niego? Oj-oj-oj, bez tych kluczy nie weszlibyśmy do mieszkania w Sharm el-Sheikh. Zapasowe klucze ma pani Basia!

Inni pasażerowie mieli małe bagaże podręczne, które na pewno nie przekraczały pięciu kilogramów. A my byliśmy obwieszeni jak wielbłądy, z torbami na ramionach i w rękach, i na szyjach, ważącymi w sumie ze 30 kg! No ale ciężkie drewniane elementy trzeciego łóżka miały pierwszeństwo. Pan Ryszard dokupił na lotnisku w sklepie bezcłowym litrową butlę jakiegoś alkoholu, więc ciężarowo strata serków i masła została wyrównana…  

Samolot Egyptair przyleciał z opóźnieniem. Na razie wyładowuje się bagaże. Mamy więc jeszcze dodatkowe pół godziny do odlotu. Wypytuję pana Ryszarda o Sharm el-Sheikh[1]. Mówi między innymi, że w Sharmie turystów na ulicach prawie nie widać, ale 500 m od osiedla, na którym mieszka (ta dzielnica Sharmu nosi nazwę Nabq), są ogromne hotele, które najpierw były w luksusowym stylu arabskim, a po zakupieniu przez Turków – zostawiono puste ściany i teraz są w luksusowym stylu tureckim. Rozpościerają się po obu stronach drogi głównej.

W tym znajdującym się najbliżej osiedla The View Resort, na którym pan Ryszard mieszka, hotelu Pod Małpą (nazwa jest inna, „Rixos”, ale tę małpę widać z daleka) turyści mają wszystko, nawet aquapark najwyższej klasy. Pani Basia tam weszła i zapytała, ile kosztuje wejściówka do aquaparku? 100 dolarów. Za dwutygodniowe wczasy trzeba zapłacić ok. 15 000 zł od osoby. Irence Olbińskiej jej emerytura wraz ze spodziewaną 82-złotową podwyżką wystarczyłaby na jeden nocleg, gdyby mąż zafundował jej przelot w obie strony!  W tym hotelu może przebywać kilka tysięcy turystów naraz, z Polski chętnych też ponoć nie brakuje…

Pani Jola K. z Olkusza była przed ośmiu laty dwukrotnie w Sharmie, w hotelach średniej klasy (około 50 dolarów za dobę), a nie w takich, gdzie trzeba zapłacić nawet dziesięciokrotnie więcej = dla vipów), przywożąc stamtąd sziszę (nargile), arabską fajkę wodną, ale używa jej rzadko, od kiedy przeczytała, że palenie sziszy może być bardziej szkodliwe dla zdrowia niż palenie papierosów. Po „arabskiej wiośnie” omija kurorty egipskie – boi się…

My będziemy dalecy od luksusów. Jedzenie będzie nas kosztowało grosze – duże zakupy pan Ryszard zrobił w Biedronce, a jako bakszysze (takie podarki są tam mile widziane) zakupił dla arabskich pracowników osiedlowych 30 czekolad po 1,99. Ale dla mnie nie żarcie jest ważne (ile można zjeść w temperaturze 30 plus?), lecz to, co przeżyję. „Dwaj Murzyni na pustyni urządzili sobie bal – jedli, pili i tańczyli, a trzeciemu było żal…”. Szkoda, że nie będzie tam Irenki. Szprecha po rusku, a ponadto potrafiłaby posłużyć się biegle translatorem polsko-arabskim, więc od Beduinów na pustyni, którym by opowiedziała o Syberii, dostałaby może i wielbłąda trzygarbnego? A od szejka, który ma tam swoją prywatną oazę, może nawet i pięciogarbnego – w dodatkowych garbach złoto i brylanty? No i jest prawdopodobne, że tym razem ugryzłaby ją w tyłek hiena i zawyłaby: „Kochasz przecież słońce, a w Sharmie świeci ono zawsze – nie wracaj do Polski!”. Tak czy siak powstałaby nowa książka, za którą od prezydenta Egiptu otrzymałaby najwyższe odznaczenie państwowe, Order Nilu…

Pan Ryszard wydatkował na mnie do tej pory w ramach rekompensaty za moją redakcyjną pracę 1902,99 zł – bilety w obie strony 1483,99 zł, wiza 195 zł, ubezpieczenie 224 zł. Moje dzieci by się radowały, gdyby samolot wpadł do morza, bo dostałyby 100 000 euro; pogrzebu by nie było, bo wpieprzyłby mnie rekin na przystawkę… Nie sądzę, abym miał w sobie determinację pewnej rosyjskiej diewoczki, która uratowała się jako jedyna z katastrofy lotniczej, bo kiedy samolot spadał na tajgę klęła: „Job jego mać! Jestem umówiona z moim chłopakiem i nie zrobię mu głupiego kawału, muszę przeżyć!”. Przy uderzeniu samolotu o przeszkodę ciśnienie powietrza rozrywa wnętrzności, ale w tej dziewczynie ciśnienie z powodu wściekłości było dwa razy większe, panimajetie? Ratownicy chcieli ją wziąć na nosze, a ona: „Nie wygłupiajcie się, nic mi nie jest!”.

Nasze bagaże, wjeżdżające po ruchomej taśmie do luku bagażowego, widać z daleka. Obawiam się, że z ich powodu piloci będą musieli zrzucić nad lasem 10 ton paliwa.

Po jakimś czasie pierwsi pasażerowie wchodzą do rękawa, zbieramy się więc i my z naszymi bagażami „podręcznymi”. Jakieś dziecko przeraźliwie wrzeszczy. Pan Ryszard mówi, że zostanie śpiewakiem operowym…

Po usadowieniu się w fotelach, musimy zapiąć pasy i zrozumieć – patrząc na stewarda – co należy zrobić, gdy samolot ulegnie katastrofie na ziemi lub na morzu. Kamizelka ratunkowa w jego rękach wykonuje różne ewolucje. Jeśli chodzi o mnie, nawet nie próbuję niczego zrozumieć – zbyt to dla mnie skomplikowane. Ruszamy wreszcie w wyciu silników. Jesteśmy na pasie startowym. Wrzask dziecka na razie jest skutecznie zagłuszany. Silniki nabierają mocy. Samolot startujący przed nami już uniósł się w powietrze. Tiepier my!

Nu charaszo… lecimy!  Jestem ciekaw, czy WhatsApp działa? Niestety, zdjęcia się kręcą. Warszawa daleko w dole. Ciągle się wznosimy – po kolejnych warstwach chmur – ku słońcu…

Dość późno podano żarcie. Trzeba było je szybko wpieprzyć  (długa bułka z kawałkiem kurczaka i ketchupem; do picia wziąłem sok ananasowy), bo dwie stewardessy pojawiły się zaraz potem, żeby zebrać puste tacki i kubki. Obie zachowywały się dość swobodnie, ale gdy wcześniej jedna z nich podawała napoje w towarzystwie chłopaka-stewarda, to przez cały czas rzucała na niego psie, pytające spojrzenia. Było to wręcz uderzające. A na jego twarzy swobodny uśmiech pana i władcy. I takież zachowanie – na pełnym luzie…

Wiem, że dotrze to do Was później, ale co zanotowane, to zanotowane. Aaaaaa, teraz komórka pokazuje 13:17, o godzinę wcześniejszą niż przed chwilą! Wcale się nie zdziwię, jeśli za chwilę pokaże datę 3 wiek p.n.e. A pani Basia kazała wyłączyć komórkę po wejściu na pokład samolotu (kiedyś były takie komunikaty, obecnie ich nie ma, więc po cholerę stosować się do nakazu, którego nie ma?). Pan Ryszard był posłuszny poleceniu pani Basi, ale ja jestem swobodny ptak. Pod skrzydłami trochę chmurek białych, ale między nimi pola, lasy, jeziora, wsie, miasteczka i duże miasta. Przez cały czas rozmyślam o Antoine de Saint-Exupérym i jego nocnych czy burzowych lotach. To były prawdziwe wyzwania powietrzne – z co drugiego lotu nad Patagonią jakiś pilot nie wracał, czasami na dzień przed odejściem ze służby, tak jak później było z samym Antoine’m i jego ostatnim lotem zwiadowczym (zestrzelił go Lino Rippert, niemiecki pilot, który uwielbiał jego książki i dzięki niemu został pilotem!). Poniżej: bransoletka Antoine’a odnaleziona po 55 latach na dnie morza…

Chyba niedługo podejdziemy do lądowania, no tak, zostało opuszczone podwozie… Na dole mnóstwo piasku, a na nim pełno ciemnych plam, jakby wodnych rozlewisk, ale to są tylko cienie chmur!

Pustynia coraz bliżej, a teraz góry bez śladu życia i ludzkiej obecności, zbliżamy się do lądowania, jeszcze tylko kilometr do ziemi, cały czas nad wzniesieniami, nad którymi nie polatuje chyba żaden ptak, no i widać, że dinozaury wymarły. Pani obok ściska kurczowo dłonie.  Spoko, paniusiu. Zaraz wylądujemy. Byle nie na tej drodze na pustyni. Widać już lotnisko. Hop! Jesteśmy na ziemi…

Spóźniona wiadomość od Irenki: „Wiesz, co przeżyłam? Mało nie spadłam z krzesła, kiedy chciałam śledzić Twój lot. Wpisałam A320 i nr lotu, jaki podałeś, i zanim się zorientowałam, że wyskoczyła mi informacja o katastrofie samolotu EgyptAir, ale o numerze lotu 804 i nie w drodze z Warszawy do Sharm el-Sheikh, lecz z Paryża do Kairu, krew odpłynęła mi z mózgu!!!”.

Jaser nie przyjechał po nas i nie można się było z nim skontaktować, ale natrętnych Arabów, którzy proponują swoje przewoźnicze usługi, jest mnóstwo. Większość pasażerów odjechała już luksusowymi autokarami do swoich hoteli. A taksówki są klasy dużo mniej niż średniej. Już wiem, że trzeba się targować, bo tu jest to norma. Przykładowo: jeśli taksówkarz zażąda 50 (funtów egipskich), to należy powiedzieć 25, a pojechać za 30. Ale nie tutaj. Bo na lotnisku jest mafia taksówkowa i żaden taksówkarz spośród chyba dwudziestu nie zejdzie poniżej ustalonej przez nich ceny: 25 dolarów USA za 7 km! No, gdyby to był jakiś młody człowiek z niewielkim bagażem, to przeszedłby kilometr do drogi głównej, skąd inni taksówkarze zabraliby go za 2-3 dolary. Ale my z naszymi potwornie ciężkimi bagażami zdani jesteśmy na ich łaskę i niełaskę. Trudno, jedziemy, pan Ryszard wskazuje taksówkarzowi najkrótszą drogę do The View Resort (Osiedla Widokowego). Podjeżdżamy pod dom, taksówkarz odjeżdża. Trochę się dziwię, że pan Ryszard każe arabskiemu chłopakowi, który wyrósł jak spod ziemi, znieść nasze ciężkie walizy do piwnicy – jeszcze ich przecież nie rozpakowaliśmy! Ale tak to wygląda od strony wyżej położonej ulicy dojazdowej, gdyż jest to mieszkanie na parterze – drzwi wyjściowe na taras po drugiej stronie budynku znajdują się na wysokości trawnika.

Pan Ryszard, jak przystało na gospodarza, oprowadza mnie po The View Resort. Jest to osiedle zamknięte, strażnik wpuszcza tylko tych, których zna. Domy trzypiętrowe. Betonowe. Wokół dużo sztucznego kamienia barwionego. To też beton. Mniej więcej co dwa metry pasmo ułożone starannie z małych kamyków (prawdziwych). Skały jakby piaskowcowe o wymyślnych kształtach, też z betonu. Między długimi rzędami domów płynie po naszej stronie sztuczna rzeka z betonowym korytem. Brzegi skaliste, skałki już wiecie z czego. Rzeka przecięta jest drewnianym mostkiem. I beton, i woda mają na celu schłodzenie powietrza podczas upałów. Teraz jest silny wiatr spowodowany burzą piaskową na pustyni.

 Osiedle ma trzy baseny o nieregularnych kształtach. Mały, duży i średni (w takiej kolejności są rozmieszczone po wyjściu z mieszkania pana Ryszarda). Na dużym znajduje się bar kawowy – we wgłębieniu zabezpieczonym jakby falochronem ze sztucznych głazów. Woda i w rzece, i  w basenach idealnie czysta. Specjalni pracownicy czuwają, żeby nie było w niej żadnych zanieczyszczeń. Wybudowano też czwarty basen na obrzeżu tego osiedla, gdzie stoi hotel widmo. Takich widmowych hoteli i osiedli jest w Sharm el-Sheikh mnóstwo. Padły ofiarą „wiosny arabskiej”, turyści się wystraszyli. Kiedy wrócą, roboty wykończeniowe ruszą pełną parą.

Pan Ryszard mówi, że na tym osiedlu nie wszystkie mieszkania są Pan Ryszard mówi, że na tym osiedlu nie wszystkie mieszkania są wykupione bądź wynajęte, ale nawet właściciele tych wykupionych pojawiają się tu rzadko, albo wcale. Jakiś szejk kupił dawno temu dwa domy – i stoją puste do dzisiaj. Może zmuszono go do posiadania tylko 4 żon zamiast 100? Pustostanów też nie brakuje. Nawet w domu, w którym mieszka pan Ryszard. Pokazuje je po kolei – od strony sztucznej rzeki, i po drugiej stronie korytarza. Wchodzę do dwupokojowego mieszkania, bo ktoś wymontował zamek z drzwi. Tylko odkurzyć i umeblować, ale kto chciałby mieć widoki na boczną ścianę sąsiedniego domu, względnie na samochody zaparkowane na osiedlowej ulicy? Tylko w tym budynku tak jest, bo w innych każde mieszkanie ma również okno (lub okna) wychodzące na sztuczną rzekę okoloną zielenią. Z mostkiem weneckim i dwiema fontannami.

Idąc dalej dochodzimy do basenu małego (na zdjęciu zamieszczonym na kolejnej stronie), z którego najchętniej korzystają małe dzieci z rodzicami, ale pan Ryszard też się tu kąpie wczesnym rankiem o cieplejszej porze niż teraz, bo jak by nie było – niedługo nastanie zima w Sharm el-Sheikh, gdy temperatura powietrza może o świcie spadać aż do plus 7°C, brr! W sumie są aż trzy baseny na osiedlu i dwie rzeki. Najbardziej podoba mi się duży basen – w nim będę pływał…

UWAGA: stoczyliśmy przed chwilą zwycięską bitwę z pięcioma gigantycznymi karaluchami, które zagnieździły się w łazience. Mniej więcej trzeba było 1/4 buta, żeby karalucha zgnieść! Po tylu miesiącach nieobecności można było spodziewać się pięciu szczurów, albo wielkiej i zwinnej jaszczurki, za którą moglibyśmy się uganiać przez kilka dni…

W Ambasadzie Egiptu w Warszawie wbito do mego paszportu wizę trzymiesięczną, oczywiście droższą. Najlepiej było zakupić wizę miesięczną, bo przecież mój pobyt miał być taki, za 25 dolców na lotnisku w Sharm el-Sheikh bezpośrednio po wylądowaniu.

Takich sztucznych rzek ma być na tym osiedlu trzy; są na razie dwie.
Z drugiej strony domów są osiedlowe ulice, posadowione wyżej.

To jest basen najmniejszy, po wyjściu z mieszkania pana Ryszarda pierwszy w kolejności; za żywopłotem widać karuzelę przy hotelu „Rixos”; w głębi po lewej jest wyjście boczne z osiedla The View Resort, oczywiście z budką strażniczą – po zwałowanym gruzowisku, więc już na szczęście nie w tumanach pyłu, idzie się w kierunku drogi głównej, przy której znajduje się centrum handlowe dzielnicy Nabq.

Taki kącik sypialny został mi przydzielony na czas mego pobytu;
sypialnia pana Ryszarda znajduje się za tym przepierzeniem;
po lewej jest wnęka kuchenna z dużą lodówką, a dalej łazienka.
Po prawej miałem zasłonięte kotarą okno, a za nim drzwi wyjściowe
na taras. Przy drzwiach stoi stół kuchenno-roboczy – tam jadaliśmy,
a po postawieniu na nim laptopa zabieraliśmy się po śniadaniu do pracy nad książką pana Ryszarda; moja książka powstawała na stoliku przy wersalce – zazwyczaj nocą.

17.11.2019

Wczoraj wieczorem miałem problem ze zgaszeniem lampy stojącej na szafce przy drzwiach. Hm, włącznika nie ma. Głowiłem się i głowiłem, ki diabeł? Na szczęście pan Ryszard wyszedł z łazienki. Podszedł do lampy, przybrał minę głównego kapłana egipskiej świątyni, dotknął palcem metalowej obudowy i lampa przygasła, a następnie zgasła. A zdarza się, że nagle w nocy sama się zapala. Może to sprawka karalucha, ale w starożytnym Egipcie wynalazca takiej lampy zostałby prorokiem i stworzyłby nową religię jak amen w pacierzu. Made in China!

Nie tylko kąpiących się nie widać, ale i chodzących, bo sporo właścicieli mieszkań przebywa tu okresowo, tak jak pan Ryszard czy pani Halina ze Zgierza, jedyni Polacy na tym osiedlu. The View Resort to osiedle średniej klasy, są bardziej luksusowe, ale daj Boże każdemu tak mieszkać… Służba, w różnokolorowych mundurkach, bo każdy jest od czegoś innego, pracuje od rana, w nocy też, żeby mieszkańcy żyli w pięknym otoczeniu. Za to płacą czynsz. A ile zarabiają ci pracownicy? Równowartość około 100 dolarów USA miesięcznie i są bardzo zadowoleni, uśmiechnięci i usłużni. Nasze ciężkie bagaże wylądowały w mieszkaniu za zaokrągloną złotówkę w przeliczeniu…

Rozłożyliśmy się na leżakach przy dużym basenie. Pływaliśmy długo jako jedyni, potem popływał młody Arab. W trakcie opalania trzeba było od czasu do czasu pacnąć jakąś natrętną muchę (dostałem czerwoną packę). Przy basenie dwie toalety i prysznice po trzech stronach toaletowej góry; z czwartej spada niekiedy duży wodospad. Nastrój pełen błogości. Za stały pobyt w tym sztucznym raju pan Ryszard płaci około 120 zł miesięcznie – za wszystko! Oprócz 46 m kw. powierzchni mieszkalno-tarasowej ma dodatkowo jeszcze 25 m kw. dachu, gdzie można spać, grillować i patrzeć na morze. Hotele są drogie, tłoczne i hałaśliwe, a tutaj błogi spokój. Kiedy jechaliśmy wczoraj wieczorem na zakupy samochodem Jasera, który służy już nam pomocą we wszystkim, to po obu stronach głównej drogi jakby świąteczna iluminacja, rozświetlone sklepy, bary, hotele, osiedla we wszelkich możliwych stylach architektonicznych, zapamiętałem „Royal Albatros”, „Koral Sea” i „Laguna Vista”…

Zmierzcha się tu błyskawicznie. 24,5°C jest teraz na zewnątrz, siedzieliśmy na tarasie w majtkach, ale nagle pojawiły się komary i musieliśmy uciekać…

Pod nogami łaziły też mrówki, znacznie większe niż u nas.
A jeśli chodzi o karaluchy, to pan Ryszard mówił, że w Libii karaluchy były znacznie większe niż tutaj. Pewna młoda lekarka, która przyjechała tam na kontrakt, myślała, że karaluch w jej pokoju to bardzo sympatyczny zwierzaczek. Wymościła mu legowisko w pudełku, karmiła go, rozmawiała z nim pieszczotliwie i być może uszyła mu kubraczek. Ba, nawet kiedy dowiedziała się, że to libijski karaluch, nie zamierzała się z nim rozstać. I nie zmieniła postanowienia, gdy szef jej powiedział, że przyjaźń z karaluchem jest czymś znacznie gorszym niż seks z Murzynem…

Te komary na tarasie wczoraj wieczorem trochę nas zaskoczyły. Bo nieco wcześniej rozległo się takie dudnienie, jakby samolot Egyptair miał za chwilę wylądować awaryjnie na sztucznej rzece między domami. Pan Ryszard gwałtownie zamknął drzwi na taras, widocznie po to, żeby płomienie z płonącego wraku airbusa nie wdarły się do środka. Ale to nie było to. Biegł młody Arab z dyszą, z której wydobywał się ogromny kłąb czarnego dymu wypełniający przestrzeń między domami od ziemi po dachy. Oprysk przeciw różnym insektom, zapewne komarom też? Po pięciu minutach dym uniósł się ku przestworzu. Takie zadymianie odbywa się tutaj codziennie. W różnych porach dnia, w nocy też. Te komary nas nie gryzły, choć wokół nas roiło się od nich. Widocznie podtrute szukały u nas azylu. Pan Ryszard powiedział, że gdyby ten duszący dym wdarł się do środka (mogłoby nas w mieszkaniu nie być), to wywietrzenie tego świństwa trwałoby pół nocy…

18.11.2019

Wizyta na dachu. I kolejne zaskoczenie. Nie bardakiem, który tam panuje, ale tym, że na dach wchodzi się wprost z klatki schodowej, która nie ma żadnego zadaszenia. W razie ulewy czy nawet średniego deszczu woda leciałaby po schodach w dół. No tak, ale nawet najstarsi Górale nie pamiętają obfitych opadów deszczu w Sharmie! Widoki z dachu przecudne – na szma-ragdowe morze i oliwkowe góry, które mogłyby się skumplować
z Tatrami Wysokimi: Góra św. Katarzyny wznosi się mniej więcej na tę samą wysokość co Gerlach. Widać Arabię Saudyjską, wyspę Tiran w zatoce Akaba, gdzie stacjonuje w zasadzie tylko wojsko (wyrzutnie rakietowe, artyleria), dlatego zezwala się przybijać statkom i łodziom wycieczkowym jedynie do wydzielonego koniuszka wyspy, żeby turyści mogli tam sobie pogrillować…

Na dachu w wielu miejscach murki są tak niskie, że wystarczyłoby się pochylić, żeby  z kilkunastu metrów zwalić się w dół na beton. Nie ma żadnych poręczy, a przy zejściu na klatkę schodową poręcze są, ale dla Pigmejów. Na dachu jest kilka wyższych murków, przy których można bezpiecznie stanąć i podziwiać cudne widoki…

Zapytacie: nie ma deszczy, więc skąd tyle wody w  Sharmie? Początkowo myślałem, że wodę czerpie się ze studni głębinowych. Wielkie zasoby podziemnej wody pitnej odkryto w wielu miejscach Afryki, ale nie na Synaju, gdzie nigdy nie było żadnej rzeki. I nadal nie ma. Niemal  każdy hotel, każde osiedle w Nabq posiada własną instalację odsalania wody morskiej i oczyszczalnię ścieków. Ani kropla wody się nie marnuje, nawet ta wydalana w moczu przez człowieka. Wodę mineralną w ogromnych transportach samochodowych dostarcza się tutaj przez tunel pod Kanałem Sueskim z oaz Wielkiej Pętli Pustynnej, leżących nad prehistoryczną odnogą Nilu, gdzie 2 tys. m pod ziemią znajdują się wielkie rezerwuary wody pitnej. Beduini bytują w małych oazach w pobliżu wysokich gór, gdzie woda jest, bo na szczytach może pojawić się nawet śnieg, nie mówiąc o deszczach, które tworzą niekiedy rzeki okresowe. Egipcjanie mogą pić uzdatnioną wodę z kranu, szczególnie biedacy to robią, ale dla nas lepiej, jeśli w tej wodzie nie myjemy nawet zębów… Cała armia pracowników i w dzień, i w nocy nie ustaje w wysiłku, aby to wszystko funkcjonowało jak należy. Jest to rzeczywiście sztuczny raj na pustyni…

Zjedliśmy obiad. Pan Ryszard jest tutaj kucharzem nadwornym (ja pracuję na zmywaku). Dzisiaj zaserwował wołowy kebab halai (przepis tradycyjny, muzułmański). Popijany bezalkoholowym piwem Birell produkowanym w Egipcie według receptury i pod nadzorem firmy szwajcarskiej z Zurychu. W przypadku pana Ryszarda napitek został wzmocniony żydowską wódką Kosher produkowaną w Polsce pod nadzorem naczelnego rabina Michaela Schudricha. Wódkę przywiozła pani Halina ze Zgierza, ta, która także handluje viagrą nabywaną tutaj bez recepty. Jedna z pań turystek z naszego kraju stwierdziła widocznie na podstawie własnych doświadczeń, że ta viagra jest „betonowa”, bo usztywnia ponoć męskie członki na bardzo długo (może na zawsze?). Nie wiadomo, na jakiej podstawie pani Halina sądziła, że nabywcę koszernej wódki znajdzie w kraju jak by nie było muzułmańskim, którego mieszkańcy są uczuleni wyjątkowo negatywnie na wszystko, co żydowskie. Miała szczęście, że nie została ukamienowana i że zlitował się nad nią pan Ryszard, zakupując od niej towar cholernie trefny, mimo iż nabyty legalnie w sklepie bezcłowym na lotnisku w Warszawie…

18.11.2019

Przed wejściem do domu stoi rower z oponami szerokości chyba dziesięć centymetrów. „Panie Ryszardzie, to jest na pewno pański rower pustynny. Jestem pewien, że nocą, kiedy śpię, wyrusza pan w trasę liczącą 500 km, czyli na drugi kraniec Półwyspu Synaj”.

„Niech pan jeszcze doda, że na ramie wiozę codziennie inną zakwefioną dziewicę arabską”… – odmruknął pod nosem pan Ryszard. NO TO DODAJĘ, A CO MI TAM!

UWAGA: wprawdzie po kilku minutach się zreflektował: „Jak mogłem wieźć te zakwefione dziewice na ramie, skoro rower nie ma ramy?”, w drodze do sklepu udowodniłem mu jednak, że rower pustynny ramę ma! „No tak – skrzywił się pan Ryszard – ale ta rama biegnie w dół pod skosem”… „I o to przecież chodzi, panie Ryszardzie, bo zakwefiona dziewica w trakcie jazdy zsuwa się ku… no, ku… no, ku panu siedzącemu na siodełku”… „Ach, no tak, no tak…”. Pan Ryszard oglądał telewizję, a ja chodziłem przez trzy godziny wokół sztucznej rzeki i trzech basenów. Od czasu do czasu ktoś przeszedł i mnie pozdrowił, a poza tym cisza. Jest gdzie przysiąść, a nawet położyć się, ale byłem w koszulce i krótkich spodenkach, więc wolałem być w ruchu. O tej porze żadna mucha czy komar człowieka nie atakuje, cudnie.

19.11.2019

Pan Ryszard mówi, że na tarasie wisiały kiedyś na kaktusie nawet majtki kobiece, a to jest tylko szal na głowę jakiejś dziewczyny mieszkającej na górze. A skąd się wziął łaciaty pies, który przysiadł pod tym szalem, jakby przed aportem? Ta miła suka została kiedyś przygarnięta przez panią Basię – i nazwana przez nią Alexis, choć raczej nie przypomina demonicznej bohaterki serialu Dynastia. Od tej pory wałęsa się po osiedlu jak święta krowa. Inne psy wyprowadzane są na smyczy, a ona może rozwalać się nawet na leżakach przy basenach. I nikt jej nie spędza. I widocznie z głodu nie umiera, skoro preferuje wyłącznie dania mięsne.

Do Salonu Psiej Piękności raczej nie chodzi, bo wokół uszu zwisają jej brudne dredy, ale przy ogonie już nie! Komuś udało się je ściąć nożyczkami, ale przy uszach nie dała sobie niczego ruszyć nawet pani Basi, która ma pretensję do pana Ryszarda, że wyrzucił z walizy podróżnej woreczek suchej karmy. Pan Ryszard twierdzi, że zrobił to celowo, bo Alexis „tego świństwa” nie lubi. Lubi natomiast dobrą polędwicę wołową oraz świeży drób, natomiast jako muzułmanka kiełbasy wieprzowej nie tknie (hm, cóż w tym dziwnego, skoro po wyjęciu z lodówki ta kiełbasa wędruje wyłącznie do ust autora tego stwierdzenia?)…

Właśnie przyszła po swoją szalową zgubę śliczna młoda dziewczyna, pan Ryszard popijając na tarasie kawkę być może wspomniał coś o znaleźnym, oblizując się na jej widok pożądliwie, bo dziewczę zapłoniło się i zniknęło. Nie wiadomo, jak by się to potoczyło, gdyby w pobliżu nie znajdował się młody Arab (oczyszczający sztuczną rzekę i obserwujący bacznie tę scenę) z wielkim… i nabrzmiewającym kindżałem pod pasem?

Obiad generalski. Bo u pana generała, który pomieszkuje od czasu do czasu tutaj z żoną. Pan generał – wypisz wymaluj pan generał. A pani generałowa? Prawdziwa generałowa egipska. Przyszliśmy  do nich z prezentami akurat w porze obiadowej. Pan generał od razu podniósł się od stołu i po przywitaniu się z nami (jej się tylko ukłoniliśmy) błyskawicznie postawił przed nami takie same dania, jakie i oni spożywali – bardzo smaczne, ale ostre. Kiedy jedliśmy, pani generałowa natychmiast zniknęła. A pojawiła się bezszelestnie, kiedy podziękowaliśmy i zamierzaliśmy odejść. Od razu wyczułem, że najpierw trzeba się pożegnać z nim, a następnie z nią. Podczas tej wizyty użyłem ze trzy razy translatora polsko-arabskiego. Byli wyraźnie rozbawieni; zapewne tekstowymi przekłamaniami…

Pan generał swego stopnia dochrapał się na pewno po wojnie sześciodniowej, bo 52 dwa lata temu mógł być najwyżej dzieciakiem latającym po ulicy z kijem zamiast karabinu. Ponadto jest wprawdzie przy kości, ale nie ma tak wydatnego brzucha jak tamci generałowie egipscy, którzy byli pewni, że zmiotą Izrael z powierzchni ziemi, a w rzeczywistości zostali sami zmieceni z pola bitwy zaledwie sześciodniowej, ponosząc sromotną klęskę… 

Kilka godzin pobytu nad Morzem Czerwonym na plaży oddalonej o chyba 2 km porządnie nas umęczyło. Do bliższych plaż dostęp mają tylko ci, którzy przebywają w hotelach położonych przy morzu. Ta znajduje się przy ogromnym luksusowym zespole hotelowym na kilka tysięcy osób. „Raouf Hotels International…” został wybudowany i wyposażony dwanaście lat temu, ale żaden turysta nie przekroczył jego progu. I chyba nikt nie dba o jego otoczenie, bo na ziemi leżą złamane i wysuszone na wiór palmy daktylowe. Zrobiłem zdjęcie jednej takiej palmy (najpierw myślałem, że to splot grubej liny okrętowej) oraz tego pięknego obiektu.

Do „Raouf…” należy duży kawał plaży, która czeka równie długo jak sam hotel na turystów. Właścicielem położonego przy niej prywatnego plażowiska jest hotel znajdujący się daleko stąd. Wejścia pilnuje strażnik o srogiej minie, który powinien nam sprzedać numerowane bilety, a zadowolił się banknotem wciśniętym mu w rękę przez pana Ryszarda. Przy nim szwargotało po arabsku chyba dwóch jego kolegów, a na ładnie zagospodarowanej plaży oprócz nas były tylko dwie osoby! No, niezupełnie, o czym świadczy zdjęcie małej Greczynki jadącej ze swoim ojcem na wielbłądzie.

Po dziesięciu minutach wielbłąd poszedł na bezrobocie, gdy jego pan, wyjadający łapczywie chałwę z papierowego opakowania, pozwolił mu klęknąć na piasku. Popatrzył na mnie apatycznie i znowu zwiesił głowę, widząc, że nie staję przy nim, by go dosiąść, lecz pędzę przed siebie, żeby sprawdzić, czy na innych plażach jest podobnie jak u nas, czyli prawie pusto. Na dwustu metrach naliczyłem w sumie kilkanaście osób opalających się na leżakach, chyba ośmioro Greków z trojgiem dzieci, no i na pewno dwie Rosjanki, bo rozmawiały głośno. Nieco dalej próbowały się utrzymać na wodzie dwie pary uprawiające amatorsko kitesurfing – jazdę na desce z latawcem; po kilku nieudanych próbach dały za wygraną. Inna para szła po kostki w płyciźnie, a potem po kolana hen daleko, żeby móc wreszcie wykonywać ruchy pływackie w wodzie sięgającej do klatki piersiowej. Sam nie miałem chęci pływać, bo wiał zimny wiatr, zanurzyłem w morzu tylko stopy obute w specjalne obuwie, gdyż brzeg pokrywa piękny piasek, ale w morzu są kamienie i kawałki koralowców, o które można się skaleczyć.

Po kilkuset metrach pomaszerowałem chyba kilometrowym molem do samego końca – doskonale widziałem stamtąd brzeg wyspy Tiran. Trzech młodych Arabów stojących przy zacumowanych łodziach motorowych spojrzało na mnie pytająco, a jeden z nich ziewnął, bo nie wyglądałem na kogoś, kogo byłoby stać na indywidualną wycieczkę na wyspę, czy na nurkowanie z akwalungiem. Trudno udawać milionera w bucie z naderwanym czubkiem!

Przed molem siedziały na leżakach dwie młode Rosjanki, które zerwały się na obie nogi, gdy usłyszały Bradiagę. Ale otaksowały mnie wzrokiem błyskawicznie i nawet się do mnie nie uśmiechnęły. A wielbłąd  „turystyczny”, który w pozycji lotosu oczekiwał na kolejnych chętnych do kołysania się na jego grzbiecie – na trasie obejmującej niewielki odcinek rozległej plaży, więc niezbyt wyczerpującej dla zwierzęcia, które jest w stanie biec z prędkością ok. 16 km/h przez 18 godzin w ciągu doby – zignorował mnie po raz drugi. Na szczęście zaniepokojony moim zniknięciem pan Ryszard wyraźnie ucieszył się na mój widok…

Sharm el-Sheikh składa się z trzech dzielnic: Hadaba, Nama Bej, Nabq (Hadaba z Old Market jest dzielnicą najstarszą). My mieszkamy w Nabq. Pan Ryszard pokazuje mi to wszystko na dużej mapie Synaju rozwieszonej na ścianie nad stołem.

Przed wojną sześciodniową było to pustynne wybrzeże należące do Beduinów. Głównym zajęciem tego koczowniczego plemienia jest nadal hodowla wielbłądów, owiec i kóz. Turystyką wypoczynkową nigdy się nie interesowali i nie mieli pojęcia, że można na niej zarobić krocie – pod warunkiem, że włoży się w ten interes ogromne pieniądze. A oni dla urozmaicenia swojej diety trudnili się w Sharmie wyłącznie rybołówstwem. Jeśli ich bajarze opowiadali bajkę o rybaku i złotej rybce, która nigdy nie zatrzepotała w ich sieciach, to jak mogli im wierzyć, kiedy głosili, że w starożytności Sharm posiadał złoża miedzi i turkusów i że był punktem starego szlaku handlowego, którym przewożono jedwab i przyprawy z Indii?

Obecnie mogą sobie pluć w brody, bo sprzedali ten ogromny teren za bezcen, kiedy  armia izraelska wycofała się z Sharm el-Sheikh, ale czy Beduinom nic nie mówił fakt, że dla Żydów, którzy posiadali, jeśli chodzi o Morze Czerwone, tylko 7 km nieciekawego wybrzeża, w dodatku z portem Eljat, był to teren idealny na kurort? W starej części Sharmu znajdują się pożydowskie domy-bunkry – z otworami strzelniczymi, bo Izraelczycy przyjeżdżający tu na wczasy musieli być w każdej chwili gotowi do odparcia ataku: armia egipska próbowała kilka razy odzyskać Synaj. Był on okupowany w sumie przez piętnaście lat, a ostatni żołnierze izraelscy opuścili Sharm el-Sheikh dopiero w roku 1982 wraz z piosenką tak zatytułowaną, szkoda, że bardzo popularną wyłącznie wśród nich i że Beduini pozostali głusi na przesłanie w niej zawarte…

Kosze na śmieci na naszym osiedlu są w kształcie różnokolorowych amfor, jak wszędzie. I nie tylko tutaj osoby niepożądane nie mają prawa wstępu – dlatego musieliśmy iść tak daleko do płatnej plaży ogólnej, mimo że po drodze było co najmniej dziesięć wejść w kierunku morza, ale wyłącznie dla turystów z danego ośrodka wczasowego. Strażnicy byli nieugięci i nieprzekupni.

A jeśli chodzi o pracę nad książką pana Ryszarda, to trzeba dopisać pod jego dyktando około pięćdziesiąt brakujących stron (będzie ich w sumie co najmniej czterysta plus zdjęcia), nie mówiąc o setkach dopisków, no i ogromnej masie poprawek, bo pan Ryszard tak już ma, co panią Basię doprowadza do irytacji. Zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła, co wyprawiał Balzac na wydrukowanych do korekty stronicach swoich powieści – ówcześni zecerzy musieli się łapać za głowę, bo każdą linijkę trzeba było składać ręcznie, a poprawki szły w tysiące, po kilkadziesiąt na każdej stronie! Jego rodaczka, Sidonie-Gabrielle Colette, nie nanosiła prawie żadnych poprawek w napisanych przez siebie w latach 1900-1953 aż czterdziestu ośmiu powieściach (dwie ukazały się pośmiertnie). Proszę wybaczyć pani Basiu, ale wolę czytać książki Balzaca czy pani męża, niż Colette!

Jadąc do Sharmu miałem zamiar ukończyć pracę nad własną książką, zatytułowaną Zeszyty dawnych lektur, bo do 700 stron brakuje już tylko 50. W pośpiechu pakowania 3 par majtek, 3 koszulek, 3 krótkich spodenek, 3 par cienkich skarpet, adidasów, kąpielówek, klapek basenowych, szczoteczki i pasty do zębów zabrakło mi już czasu na wzięcie dwóch ostatnich zeszytów z zapiskami sprzed 55 lat, no i pozostawiłem w miseczce niedojedzone płatki górskie na mleku, które do 14 grudnia zapewne się zmumifikują. Na przystanek biegłem pędem z obłędem w oczach, a Neobusik przyjechał z prawie półgodzinnym opóźnieniem…

Szal tej pięknej dziewczyny z góry znowu wylądował na naszej agawie. Pan Ryszard powiedział: „Jest to wyraźny znak, że dziewczyna zaprasza nas do miłosnych igraszek”. Hm, obawiam się, że ten szal mógł sfrunąć w dół podczas jej miłosnych igraszek z młodym Arabem, którego dostrzegłem kiedyś na górnym balkonie!

20.11.2019

Szal zniknął, ale w ramach „seksualnej napaści” (stwierdzenie pana Ryszarda) sfrunęła w dół seksowna koszulka. Pan Ryszard, wieszając ją na kaktusie, westchnął: „Co zrobimy, jak za chwilę sfruną w dół stringi?”.

A oto zdjęcia zrobione dziś przed południem na dachu, gdy z panem Ryszardem postanowiliśmy rozprostować kości po nasiadówce przed komputerem.

Ela Story:   

Ciekawe, kiedy powiesz: „Dosyć! Pora spierdalać z tego sztucznego raju odgrodzonego betonowym płotem od  prawdziwego świata!”.

Moja odpowiedź:

Primo, ukwiecony żywopłot nie jest betonowym płotem, a secundo – co roku chętnie bym tu wygrzał w porze późnojesiennej czy wczesnowiosennej swoje kości… Jest tu dziwna aura zatrzymania czasu rzeczywistego. Wiele wspaniałych książek powstało w takiej scenerii… W odległości 1000 km nie ma żadnego zakładu przemysłowego… A te wszystkie sztuczne zbiorniki wodne pełnią funkcję klimatyzacyjną…

Wracając z basenu poszliśmy na zakupy do osiedlowego sklepu. Widać było stamtąd pas drogi z palmami, krzewami i trawnikiem (po osiedlowych trawnikach chodzi się wspaniale jak po sprężynującej gąbce, ale pan Ryszard spędził mnie z trawnika przy basenie, bo nie wolno). Ten pas drogi dojazdowej należy do naszego osiedla i właśnie był zraszany – osiedlową roślinność podlewa się najczęściej w nocy lub wczesnym rankiem, dlatego pan Ryszard wstaje przed 3:00 i zamyka szczelnie drzwi wyjściowe na taras, bo wtedy zapach nie jest bynajmniej różany. Nic dziwnego: gówna mieszkańców ze szczynami trafiają do dużej studni, gdzie mieszane są z wodą i pod ciśnieniem wykorzystywane tam, gdzie trzeba. Na szczęście te śmierdzące opary, tak jak i chemiczne przy zadymianiu terenu, szybko ulatują w powietrze. 

Wycieczka do Jerozolimy za około 50 dolarów. Byłem tam dawno temu, ale nie udowodnię tego, bo nie wyskrobałem swoich inicjałów na Ścianie Płaczu. Niektórzy robią to nawet na pniu butelkowej palmy rosnącej w pobliżu dużego basenu. Inskrypcje są po arabsku, mieszkańcy ani turyści nie wchodzą na trawniki, więc kto to zrobił? Pracownicy w różnokolorowych mundurkach? Np. ten o cudnie wykrojonych migdałowych oczach, który w chwili, gdy zaszło słońce, natychmiast podszedł do nas i z uśmiechem opuścił parasol, bo można przebywać na basenie od godz. 8 do zachodu słońca, który tutaj następuje plus minus o jednakowej porze. Rozumiecie: mniej więcej przez dwanaście godzin świeci słońce, a następnie szybko zapada zmierzch. Ten arabski młodzian przez tyle godzin sterczał w barze kawowym – wgłębieniu betonowym w brzegu basenu – o wystroju dość obskurnym i nie wiem, czy zaserwował choć jedną kawę? Nikt na jego piękne migdałowo wykrojone oczy się nie nabrał, więc biedak jest sfrustrowany.

                                                  Janusz B. Roszkowski

CDN.


                        [1] Dosłownie: „Zatoka szejka”. Ten kurort zwany „perłą Egiptu” leży w tzw. Złotej Zatoce Riwiery Morza Czerwonego. Pan Ryszard mówił, że idąc brzegiem morza można dojść do oazy prawdziwego szejka, ale, niestety, niedostępnej dla takich śmiertelników jak my.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko