Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (5)

0
284

W buchcie Wanino noce były zimne, a dnie rozpoczynały się porannymi przymrozkami. Lato dobiegało końca.  Krwawa biegunka spowodowała u Rymszy poważne osłabienie organizmu; wciąż mu było zimno, targały nim dreszcze. Rozmyślając jednak o tym, co usłyszał od nieznajomego, że Dżawadow jest hersztem bandytów i złodziei, po raz pierwszy od kilku dni poczuł przypływ gorąca. Czy to ze strachu?

Chyba nie miał się czego obawiać. Ali zainteresował się nim z innych pobudek; powiedział przecież, że Rymsza  jest dla niego… bohaterem – wielkim synem polskiego narodu.

Gdyby wiedział, z kim rozmawia, inaczej jednak pokierowałby tą rozmową. Bo, czy może satysfakcjonować pochwała od jakiegoś super bandziora? Lepiej by było, żeby nie spotkał się z nim, ale skoro już się tak stało… Dobrze, że został o tym uprzedzony, będzie unikał Dżawadowa – tak postanowił.

Jego pragnienie nie spełniło się jednak. Gdy kolejny raz opuszczał wychodek, Ali wyszedł mu naprzeciw. Uśmiechał się.

– Co masz taką kwaśną minę, Rymsza? Tobie potrzeba jedzenia, a nie na głodno biegania do sracza. Żeby srać, trzeba najpierw się najeść, rozumiesz?

– Masz rację, Ali. Jeść się chce, ale co zrobić, jak nie ma co jeść? – potwierdził.

Oprócz głodu całą uwagę jego zaprzątały teraz jednak myśli, jak wybrnąć z tematu oceny błatnych, gdyby Dżawadow do niego powrócił.

Tymczasem Ali zaproponował: – Chodź ze mną, Rymsza, nakarmię cię. – Teraz, gdy Antoni już wiedział, z kim ma do czynienia, bez trudu w głosie Alego odczytał specyficzną szorstkość. Ali ruszył przodem, on bez słowa podążał za nim. Szli w stronę kuchni.

– Co nic nie mówisz? Rozmawialiśmy o błatnych – przypomniał mu Ali.

– O kryminalistach? No tak, zapomniałem – kłamiąc, Antoni próbował sobie dodać odwagi. 

– Co tu na ten temat dużo mówić, Ali, sam wiesz, jak jest. Jak matka urodzi dziecko, to chciałaby, żeby wyrosło na pociechę rodzicom. Dobrze mówię?

– Mówisz prawdę, Rymsza.

– No widzisz, zgadzasz się ze mną. A czy to nie prawda, że rodzice chcą swoje dziecko wychować tak, by nie przynosiło im wstydu? By przynosiło korzyść nie tylko im, ale i społeczeństwu?

– To prawda, Rymsza. Nie mylisz się.

– A czy z młodym człowiekiem nie jest tak, że takim staje się, jakim wychowają go rodzice i jakim wychowa go państwo?

– Państwo też? – zdziwił się Dżawadow.

– Pewnie że tak. Pomagając rodzicom i zapewniając im odpowiednie warunki. A jeśli państwo usiłuje w wychowaniu zastąpić rodziców, to i cała odpowiedzialność przechodzi na państwo, zgadzasz się ze mną Ali? – Uzyskując kolejne potwierdzenia, Antoni przekonywał się, że nie naraża się swoimi opiniami Dżawadowowi.

– Dobrze mówisz, Rymsza – Ali pochwalił go nawet.

– Bo skoro państwo sowieckie odbiera dzieci od matek, czyniąc z nich stalinowskie wnuczęta, komsomolców i młodocianych partyjniaków, skoro od maleńkości karmi je kłamstwem i obłudą, no to kto ponosi winę za to, że w społeczeństwie jest tylu nieczułych na ludzką krzywdę i niewrażliwych na zło, ludzi? Kto jest winien, że część z nich nie potrafi znaleźć sobie miejsca w społeczeństwie, że ludzie ci kradną potem i mordują?

Ali zamyślił się. – Ty jesteś mądry, Rymsza. A wiesz, dlaczego cię o to zapytałem?

– Myślę, że z ciekawości – skłamał. Pochwały Alego spowodowały, że wcześniej odczuwany strach przed kryminalistą minął.

– Nie, Rymsza. Tym razem mylisz się – stanowczo oświadczył Ali.

– Niee? – Antoni udał zdziwienie. Na twarzy Alego pojawił się nieprzyjemny grymas, a jego oczy stały się jeszcze bardziej czarne i błyszczące.

– Ja jestem bandziorem, Rymsza. – Ali powiedział to ze spokojem równym wyjaśnieniu, że jest dla otoczenia kimś normalnym, co przecież prawdą nie było.

– Ty żartujesz sobie ze mnie, Ali? – próbował sprzeciwić się losowi, jakby brak zgody na tę prawdę miał zwolnić go od odpowiedzialności, że zadaje się z błatnym.

– Nie jestem żadnym politykiem. Jestem hersztem wszystkich znajdujących się tutaj błatnych, rozumiesz Rymsza? – wyjaśnił Dżawadow.

Po tym wyznaniu Dżawadowa, Antoni poczuł, że też potrzebuje usprawiedliwienia; przed samym sobą, iż zadaje się z takim człowiekiem. 

„Boże, gdybym wcześniej wiedział, że rozmawiam z błatnym, inaczej pokierowałbym tą rozmową” – pomyślał. Ale zaraz po tym przyszło zwątpienie. Czyż nie usprawiedliwiał tego faktu właśnie dlatego, że podświadomie czuł i rozumiał, że człowiek nie zawsze z własnej winy staje się przestępcą?

– Ja nie żartuję, Rymsza – tłumaczył Dżawadow. – Ja zabiłem czternastu ludzi. Nikt z tutejszych bandziorów nie ma takiego konta jak ja.

O Matuchno Przenajświętsza, jest gorzej, niż mógł oczekiwać – podana przez Alego liczba poraziła go zupełnie. Zawirowało mu w głowie; nie z powodu dolegliwości żołądkowych, ale wyznania, jakie usłyszał od bandyty.

– Ale ty zapewne jesteś lepszy ode mnie? – kontynuował Ali. – Przyznaj się, ilu Ruskich wyprawiłeś na tamten świat?

To niespodziewane, aczkolwiek zrozumiałe w ustach bandyty pytanie, zirytowało go. No nie! Jak mogło mu to przyjść do głowy, żeby jego, partyzanckiego dowódcę porównać ze sobą: złodziejem i bandytą?!

– Ali?! Co to za porównanie? To zupełnie nie to samo zabić kogoś w walce, co zamordować z niskich pobudek, na przykład dla pieniędzy! 

Ali obserwował uważnie Rymszę i dostrzegł, że ten poczerwieniał na twarzy; wzburzył się tym znakiem równości, jaki postawił między nimi. – Chyba masz rację, Rymsza – zauważył swój błąd. Chociaż ja zabijałem nie tylko dla pieniędzy. Kiedyś w Iranie byłem porządnym człowiekiem. Mając ojca na wysokim stanowisku, nie musiałem kraść, ani zabijać. Wszystko zaczęło się dopiero po ucieczce do Sowietów. Ty dobrze mówiłeś o winach ich państwa wobec obywateli.

– A kim był twój ojciec? – zapytał Antoni. – Skoro dobrze ci było przy nim, dlaczego uciekłeś? Z Iranu do Związku Sowieckiego? – wzruszył ramionami, jakby nie mógł pojąć, że można uciec z przysłowiowego deszczu pod rynnę.

– Mój ojciec był przewodniczącym Madżlisu (parlamentu). W Iranie otrzymałem porządne wykształcenie, a potem… – Ali zamyślił się. – To długa historia. Opowiem ci ją innym razem.

„Innym razem?” – z przestrachem pomyślał Antoni. Mieliby tę znajomość kontynuować? Z drugiej strony nie codziennie spotyka się kogoś takiego, kto otrzymując solidne wykształcenie, zabija czternastu ludzi?

– Czy ta historia miała wpływ na to, że zacząłeś zabijać? – zapytał Dżawadowa.

– Tak, Rymsza. Uwierzyłem, że w komunizmie ludzie są równi. Mimo iż sam należałem do szlacheckiego rodu, podobało mi się, że człowiek nie może wyzyskiwać drugiego człowieka. Takie szczytne hasła przecież głosił ZSRS.

– No i widzisz – kontynuował Ali. – A potem, tam gdzie się znalazłem, okazało się, że było zupełnie inaczej. Sekretarze partii mieli wszystko, a ich członkowie przymierali głodem. A przecież to byli tacy sami ludzie. Skoro tak, to dlaczego nosili futra z białych soboli? Praktyka nie zgadzała mi się z teorią. Rozumiesz, Rymsza?

Wszystko zaczęło się od tych soboli – ciężko westchnął Ali.

– Od soboli? – powtórzył jakby od niechcenia Rymsza.

– Tak, od soboli. Zdjąłem je jednemu takiemu, który potem nasłał na mnie milicję. Pobili mnie. No to ja go odwiedziłem raz jeszcze. Rozumiesz?… I musiałem uciekać.

Dwa następni też byli partyjnymi sekretarzami; to była zemsta za poniżanie przez nich ludzi. A potem… musiałem się ukrywać. A jak się ukrywałem, nie miałem z czego żyć. Zacząłem zabijać dla pieniędzy.

Szczerość tych wyznań porażała Antoniego. Ali Dżawadow traktował go niczym księdza, rozpoczynając przed nim swoją niesamowitą spowiedź. Spowiadał się z zabójstw, wyrzucając je z siebie po kolei.

Rymsza nie mógł pojąć, po co to robi? Czy oczekuje zrozumienia, czy opowiada mu to wszystko tylko po to, by ten poczuł do niego respekt jako do bandyty; do człowieka, który kiedyś był dobry, a teraz nie liczy się z nikim i niczym? Chce mu zaimponować? Jeśli tak, to jak ma mu powiedzieć, że to bezskuteczne?

– Powiedz Rymsza, jak mogłem dobrze żyć, skoro nie mogłem pracować?

– Nie mogłeś pracować?! – Antoni z niedowierzaniem spojrzał mu w oczy.

– Ja nie potrafiłem pracować – wyznał Ali. – A zresztą, po co miałem pracować, jak mogłem ukraść? Wiesz, najpierw brałem niczyje, a potem od tych, co mieli dużo. A później… później przestało to dla mnie mieć jakiekolwiek znaczenie. Brałem to, co chciałem mieć.

To jednak nie skrucha – pomyślał Antoni i jakby od niechcenia wtrącił: – Nie zabijaj, to jedno z dziesięciu przykazań Bożych, Ali.

Dżawadow nie zareagował, ciągnąc swą opowieść dalej. Tymczasem zbliżali się do stołówki. Myśl, że będzie tam można dostać do zjedzenia cokolwiek, na chwilę przeniosła Antoniego Rymszę w inną rzeczywistość. Jeść. To było jedyne jego marzenie, ale… czy kiedykolwiek zabiłby dla jedzenia drugiego człowieka? Nie, Ali Dżawadow był wyjątkowym zwyrodnialcem…

Ali już nie odgrywał pozytywnego bohatera. Jakby przestało mu na tym zależeć. Język jego zmienił się, momentami stał się wulgarny. Wyciągał z pamięci kolejne morderstwa, jakby wybierał z popielnika gruszki ulęgałki.

– …Następnym był listonosz. Wiedziałem, że tego dnia będzie miał przy sobie dużą gotówkę. Czekałem na niego pod wioską przy dużej kępie krzaków. On niczego złego nie spodziewał się, znał mnie przecież. Nie wiedział, że zamordowałem już kilka osób. Wtedy miałem przy sobie łom. Uderzyłem go tak mocno, że jego czaszka rozsypała się jak dojrzała dynia, a mózg…

– Dość, Ali!! – nie wytrzymał Antoni. Opanowując nieprzyjemne odruchy ciała, spojrzał prosto w oczy bandycie. – Dość! Rozumiesz?! Ja nie chcę tego słuchać!

– Rozumiem. W porządku – Ali przytrzymał łagodnie jego ramię. – A ja byłem przekonany, że ty jesteś twardziel, Rymsza. Że w rewanżu opowiesz mi, jak mordowałeś Ruskich.

– Już ci, Ali, mówiłem, że ja nikogo nie zamordowałem! Zabić kogoś w walce, to nie to samo, co zamordować. Tak świat został głupio ustawiony, że na wojnie walczy się z wrogiem; albo ty, albo on. Innego wyjścia nie ma. I ja nie chcę o tym opowiadać. Dla mnie człowiek, który z zimną krwią morduje drugiego człowieka, nie godzien jest szacunku! To człowiek bez sumienia. Tak jest u normalnych ludzi, wiesz Ali?! – Uf, ulżyło mu. Wreszcie zdobył się na pełną odwagę i wyrzucił to z siebie.

– Ale ty mnie usprawiedliwiłeś – zauważył Dżawadow. – Powiedziałeś przecież, że to nie moja wina, że taki jestem. – Z pokorą patrzył w oczy Rymszy i czekał.

– Ty mnie źle zrozumiałeś – z niepokojem wyznał Rymsza. Chwilowe wzburzenie mijało, a jego miejsce ponownie wypełniał strach przed Dżawadowem, który… pozbawił życia czternastu ludzi.

– Usprawiedliwiłem cię, ogólnie, gdyż nie znałem tych wszystkich twoich występków i nie wiedziałem, z jakim okrucieństwem mordowałeś swoje ofiary. I pomyślałem, że czujesz skruchę. – Antoni powiedział to jak ich brygadowy ksiądz kapelan „Ignacy”, który w partyzantce tak o zabijaniu przemawiał do nich podczas niedzielnych nabożeństw.

– Ja niczego nie żałuję, Rymsza, niczego. Wiem, że jesteś mądry człowiek i mądrze mówisz, i nawet może chciałbym, żeby tak było, ale nie potrafię znaleźć jakiejś tam, jak mówisz, skruchy. Nie potrafię, rozumiesz?…

Podeszli pod drzwi stołówki, Ali otworzył je i pociągnął Rymszę za rękaw, wypychając przed siebie. Kierował go w stronę długiego, prowizorycznego stołu z drewnianych drągów, przy którym czekało kilka osób. Na widok Dżawadowa mężczyźni w pośpiechu oddalili się w głąb pomieszczenia. Chwilę po tym pojawił się niepozorny, skośnooki mężczyzna – jeden z obsługujących tam kucharzy, Japończyk. Kucharz niósł na dużej metalowej tacy kilkanaście różnej wielkości talerzy z potrawami. Dżawadow gestem dłoni zatrzymał Japończyka i kazał mu podejść. Na widok potraw Antoni poczuł gwałtowny przypływ śliny i błogie omdlenie. Nie stracił jednak świadomości. To była tylko chwilowa słabość spowodowana głodem i… myślą, że Ali nie kłamał i naprawdę przyprowadził go tam, aby mógł się najeść.

– Sato Seiti – Ali zwrócił się po imieniu do Japończyka — postaw cztery miski przed nim – pokazał na Rymszę. –  I jedną miskę przede mną – nakazał mu.

W pierwszym momencie Japończyk zamarł w bezruchu, a jego twarz jakby wydłużyła się. Chwilę później pojawił się na niej sztuczny grymas przypominający uśmiech. Sati wykonał polecenie.

– Ali, a skąd on weźmie porcje dla innych więźniów? Jak mu braknie, będzie miał kłopot. Inni, to znaczy tacy ludzie jak ja, nie dostaną jedzenia, będą głodni i będą mi to mieli za złe.

Ali Dżawadow spojrzał na Rymszę z szacunkiem i… wyciągając rękę, zatrzymał kucharza. – Sati Seito zabierz te miski z powrotem. Zanieś je tam, dokąd je niosłeś i wróć do nas, zrozumiałeś?

Antoni był zaskoczony, kucharz chyba jeszcze bardziej. Zaniósł jednak miski w drugi koniec stołówki, rozdał jedzenie oczekującym na nie więźniom i wrócił do Alego. Kłaniając się bardzo nisko, pozostał w ukłonie, aż do otrzymania kolejnego polecenia. Ali nie krępując się nikogo, mówił bardzo głośno i wyraźnie: – Pójdź do kucharzy Sato i powiedz im, że Ali Dżawadow polecił, żeby natychmiast dali ci dwanaście misek jedzenia. Przynieś je tutaj, rozumiesz?!

– Tak toczno, gaspadin – odparł po rosyjsku Japończyk i natychmiast podążył na kuchenne zaplecze.

– Ali, co ty robisz? Na co nam tyle misek strawy? – zaniepokoił się Antoni.

– Cicho bądź, Rymsza. Zjesz ile będziesz mógł – z dumą odparł Ali. – Antoni nie mógł uwierzyć własnym oczom. Naprawdę kucharze dadzą mu dwanaście misek jedzenia?

W jego ocenie minęło dużo mniej czasu, niż potrzeba było na przygotowanie takiej ilości pokarmu i ustawienie na dwóch dużych tacach dwunastu misek. Sato Seiti aż przygiął się od tego ładunku.

Parujące gorącem zupy w kilka sekund znalazły się na stole przed nimi. Japończyk ustawił je i pochylony w swym charakterystycznym ukłonie przed Alim, czekał, aż ten pozwoli mu odejść.

Ali podsunął Rymszy pod sam nos jedną z misek i z dumą nakazał: – Jedz. Niech ci będzie na zdrowie, Rymsza.

Zupa była gęsta. Dietetyczna owsianka bez okrasy. Taka, jakiej było mu potrzeba, zważywszy na nękającą go biegunkę.

Gdy kończył drugą miskę, Ali wciąż jeszcze czekał. Antoni podniósł głowę, a wtedy on uśmiechnął się.

– Smakuje? – zapytał. Jego głos był znów łagodny. Taki jak wówczas, gdy rozmawiali po raz pierwszy, gdy przyszedł do niego, uznając go za… herszta polskich partyzantów.

– Tego mi było trzeba – przyznał Antoni. – Dopiero teraz, Dżawadow z zadowoleniem na twarzy przysunął sobie jedną z misek i zaczął jeść.

– Jak taki człowiek, o tak inteligentnej twarzy i spojrzeniu, może być takim zwyrodnialcem? – raz jeszcze pomyślał o nim Antoni Rymsza.

Ali, przerywając jedzenie, z uśmiechem podsunął mu trzecią miskę. – Nie krępuj się, Rymsza, jedz. – I taki człowiek mógł naprawdę zamordować aż tylu ludzi?

Antoni zjadł cztery miski owsianki i podziękował.

– Uratowałem ci życie, Rymsza – z zadowoleniem zauważył Dżawadow.

Lecząc się z biegunki, Antoni Rymsza poznał Rosjanina o nazwisku Kowalow. Zajmował on miejsce na narach obok niego. Gdy Antoni poczuł się trochę lepiej, zgłosił się na ochotnika do pomocy dyżurnemu w obsłudze namiotu. Nosił drwa na opał, palił ogień w żelaznym piecyku.

Kowalow panicznie bał się Kołymy. W rozmowie z Antonim zwierzył mu się, że zrobi wszystko, aby tam nie pojechać.

– Co tu można kombinować? – zastanawiał się głośno Antoni. – Ja się pogodziłem z tą myślą. Skoro takie jest nasze przeznaczenie, niczego nie wykombinujesz. – Nie wnikał w psychikę Kowalowa, nie rozmawiał o pobudkach, które nim kierowały.

Następnego dnia obaj zgłosili się do pomocy w organizowaniu opału. Przynosili drewno z przybrzeżnej nachodki, gdzie cieśle i stolarze pracujący przy budowie statku, składali odpady. Wtedy to Kowalow, wykorzystując nieuwagę strażnika, zakręcił się koło jednego z cieśli i na chwilę zabrał mu siekierę. Antoni myślał, że chce przerąbać jakiś klocek, a on położył lewą rękę na kłodzie, a prawą uniósł wysoko do góry. Antoni wrzasnął, by mu przeszkodzić, ale było za późno. Siekiera z rozmachem spadła na dłoń i na kłodzie pozostały białe palce Kowalowa. Nawet nie krwawił. Strażnik nic na to nie powiedział. Wysłał tylko zaraz na statek jednego z cieśli po sanitariusza.

Przyszedł Koreańczyk – student medycyny. Zawinął palce Kowalowa w gazetę i zabrał go na punkt medyczny. Rymsza więcej Kowalowa nie spotkał.

Był ranek; kolejny chłodny poranek na buchcie Wanino. Po obfitym posiłku, jaki poprzedniego dnia udało mu się spożyć przy pomocy Dżawadowa, Antoni poczuł się o wiele lepiej i przestał biegać do ustępu.

– Rymsza! Jesteś tam? – To był głos Alego. „A cóż on znów chce ode mnie?” – z niepokojem pomyślał Antoni.

– Jestem tutaj, Ali. O co chodzi?

– Wyjdź na zewnątrz z tego smrodu! Przyniosłem ci chleb! – To dziwne, ale głos Dżawadowa przyciągał jak magnes. Zapewne samo słowo chleb także miało znaczenie, ale… nie tylko o chleb chodziło, chociaż dla chleba człowiek mógł zrobić tam wszystko. Ali, ten wielokrotny morderca, pomógł mu zapanować nad chorobą. Wprawdzie potem Rymsza czynił sobie przyrzeczenia, że więcej się z nim nie spotka, że będzie go unikał, ale wbrew przyrzeczeniom coś pchało go w stronę bandyty. Wydawało mu się nawet, że jego przyjście ucieszyło go.

Na powitanie Ali podał mu sporą pajdę chleba. – Masz, pojedz sobie, bohaterze. Przeszła ci sraczka?

– Tak, dzisiaj czuję się dobrze.

– To dlaczego jeszcze tkwisz w tym gównie? Chodź ze mną – zaproponował.

– Dokąd chcesz mnie zabrać, Ali?

– Zaprowadzę cię do łaźni. Ty musisz się tu nauczyć żyć, Rymsza. Bo zginiesz w tym zasranym Związku Sowieckim – wyjaśnił.

Ali miał rację. Antoni dotychczas postępował tak, aby nikomu się nie narazić. To śmieszne, ale wydawało mu się, że podporządkowując się ślepo wszystkim obowiązującym tam nakazom, nie tylko unika niebezpieczeństw, ale udaje mu się spowodować stan podświadomej absencji. – Duchem nie było go w tym czyśćcu. Był gdzieś daleko w zamierzchłej przeszłości; w swojej młodości, partyzantce, lesie. Był tam obecny tylko ciałem. Ślepe podporządkowanie się nakazom było dla niego mniej uciążliwe, niż podejmowanie walki z przeciwnościami, których przecież nijak pokonać nie mógł.

A tymczasem Ali proponował mu walkę. Mówił, że tak żyjąc, zginie. Kumając się z nim Rymsza też zapewne nie ułatwiał sobie życia. Więźniowie zaczęli odsuwać się od niego. – Ten polityczny kuma się z błatnym, to hańba… – szeptali między sobą.

– A tutaj jest jakaś łaźnia? Jest gdzie się umyć? – Rymsza nie dowierzał.

Ali pociągnął go za rękaw: – Chodź ze mną, zobaczysz.

Ali Dżawadow zaprowadził go do baraku znajdującego się w pobliżu kompleksu kuchennego. W dużej izbie, która śmiało mogła pomieścić około pięćdziesięciu osób, znajdowały się natryski z zimną i ciepłą wodą. Rury doprowadzały wodę do umieszczonych pod sufitem sitek, tak zwanych smoczków, które uruchamiało się dźwignią, pociągając za przymocowaną do niej rączkę z drutu.

Był zdziwiony, że łaźni nikt nie pilnuje i można do niej wejść, nikomu nie tłumacząc się. Kim byli kąpiący się tam mężczyźni, nie pytał. Prawdopodobnie byli to więźniowie kryminalni. Z tego, co wieczorem dowiedział się od znajomego Ormianina, czuli się tam zupełnie bezkarnie. Grigorij wyjaśnił mu również, dlaczego kucharze bez sprzeciwu podali Dżawadowowi dwanaście misek zupy. Rzekomo kilka dni wcześniej jeden z kucharzy sprzeciwił się błatnym. Po krótkiej naradzie kilku z nich poszło na kuchnię. Odnaleźli niesfornego kucharza, pojmali go i… tak jak stał, wrzucili do kotła z gotującym się wrzątkiem. Żeby, gotując się, nie robił hałasu, przycisnęli kocioł pokrywą.

Błatnemu, który dokonał w obozie morderstwa, wyrok ponownie liczono od początku. A wszyscy oni mieli wyroki po dwadzieścia pięć lat. W sytuacjach wątpliwych, bądź trudnych do jednoznacznego określenia, nikt ze służby obozowej nie chciał ryzykować zatargiem z błatnymi. Któregoś kolejnego dnia mogło go przecież spotkać to samo, co kucharza – śmierć wykonana w okrutny i wymyślny sposób. Kilka dni później przekonał się o tym jeden z brygadzistów. Usiłował on zmusić błatnego do pracy kilofem. Brygadzistę obudzono w nocy i tym samym kilofem zabito, torturując przy tym okrutnie.

Prawo błatnych zabraniało zabicia człowieka podczas snu. Należało najpierw obudzić go, aby mógł umierać świadomie. Żeby wiedział, z czyich rąk i za co ginie.

Kiedy weszli do zaparowanej łaźni, odbywała się tam kąpiel. Kilku myjących się więźniów, podobnie jak dzień wcześniej na stołówce, na widok Dżawadowa usunęło się w głąb pomieszczenia.

Rozebrali się bez pośpiechu. Ali wszedł pod prysznic pierwszy. Gdy uruchomił jeden ze smoczków, przynaglił: – Chodź tu, Rymsza. Stawaj obok! – zrobił mu miejsce. – Umyj się dobrze, bo nie prędko będziesz miał znowu okazję.

– Daj mi mydło – gromko polecił komuś ze stojących najbliżej osób. Więzień podał mu mydło i szybko wycofał się. Ali przekazał mydło Rymszy.

– Nie spiesz się. Jak z tobą jest Ali Dżawadow, nikt cię nie ruszy.

Gdy wracali, Dżawadow zaproponował, aby Antoni udał się z nim do pobliskiego baraku, gdzie błatni grali w karty. Antoni odmówił, tłumacząc się, że nie potrafi grać, a Ali nalegał. – Popatrzysz tylko, zorientujesz się, o co chodzi, a jak będę miał czas, nauczę cię – tłumaczył.

„Nie dość, że kuma się z błatnymi, to jeszcze ma grać z nimi w karty?” – wystraszył się w myślach, co Ali zauważył. – Czego się boisz, Rymsza? Mówiłem ci, że przy Dżawadowie nic ci nie grozi.

– To nie o to chodzi, Ali.

– A o co?

– Nie potrafię ci tego wytłumaczyć

– Boisz się, że twoi polityczni będą ci mieli za złe, że przebywasz z błatnymi? Niech tylko któraś swołocz coś złego ci powie… – Ali nie przejmował się niczym, był hersztem, a poza tym nie miał serca. Chociaż nie, gdyby tak było naprawdę, nie szukałby kontaktu z nim, nie pomagałby partyzantowi z Polski.

Do gry w karty jednak go nie przekonał, chociaż Rymsza poszedł z nim do jego towarzyszy, zobaczyć, na czym to polega. Gra była ostra, błatni kłócili się, aż jeden z nich wpadł na pomysł, żeby zagrać o… No właśnie, o co? Jak to nazwać?… Gracz wyjął z zanadrza wykonaną z drutu igłę i przez jej ucho przewlókł kawałek dratwy. – Jak tę partię przegram, zasznuruję sobie usta – oświadczył stanowczo. Jego kolesie zgodzili się. Na samą myśl, że może to być prawdą, Antoniemu ścierpła skóra. „Przecież to zwyrodnialstwo” – pomyślał, żałując, że dał się tam zaprowadzić. Gdy przegrana błatnego stała się faktem i na jego oczach więzień zaczął sznurować sobie usta, zrobiło mu się niedobrze. Ali wyprowadził go z baraku i zrezygnował z pomysłu, by go nauczyć gry w karty.

Antoni modlił się potem, żeby Ali nie przychodził do niego więcej i nie próbował czynić go swym przyjacielem.

W tym czasie na terenie obozu władze przystąpiły do sortowania więźniów. Przygotowywano ostateczny skład przeznaczony na Kołymę. Od kilku dni do portu wychodziły brygady cieśli i stolarzy, którzy remontowali zakotwiczony tam statek, który miał przetransportować więźniów przez morza Północy.

Przed południem wygnano wszystkich z baraku na zewnątrz. Stał tam już olbrzymi stół, przyniesiono kilka krzeseł, a potem – w asyście dwóch wartowników z bronią – wniesiono kosze z aktami osobowymi więźniów. Chwilę później za stołem zasiadła kilkuosobowa komisja. Najwyższy rangą oficer zajął miejsce pośrodku.

Zasiadający w niej przedstawiciel władzy obozowej sięgał po kolejną teczkę, odczytując głośno imię i nazwisko więźnia. Wyczytany podchodził do stołu i odpowiadał na zadawane mu pytania. Sprawdzano zgodność osoby fizycznej z dokumentami, pytano, czy więzień jest zdrów, informowano delikwenta o zakwalifikowaniu do dalszej podróży na Kołymę i odkładano jego teczkę do osobnego kosza.

Więźniowie, których zakwalifikowano do kolejnego etapu podróży, kierowani byli za barak, a stamtąd kilkunastoosobowymi grupami odprowadzani w głąb zony.

Początkowo weryfikacja przebiegała sprawnie. Wśród więźniów wyczuwało się napięcie, kryminaliści porozumiewali się szeptem. Dżawadowa wśród nich nie było. Antoni nie wiedział, czy w ogóle miał jakieś stałe miejsce. Rozglądając się dookoła, zauważył, jak bocznym wejściem wyszedł z baraku Grigorij i dołączył do stojącej na skrzydle grupki Ormian. Byli tam też znajomi Irańczycy.

W skupieniu przysłuchiwał się cichym rozmowom prowadzonym przez grupkę cieśli, których nie odesłano do portu, zatrzymując razem z wszystkimi. Rozmawiali oni o czekających ich „dokazatielstwach” podróży, stanowiącej kolejny etap zbliżenia do obiecanego im czyśćca. Te niebezpieczeństwa miały rzekomo tkwić w niedostosowaniu statku do tak dalekiej drogi.

W pewnym momencie wszystko to przestało jednak być ważne, a uwaga więźniów skierowała się ku „czcigodnemu obliczu” członków komisji. Kolejny wywołany przez nich więzień oznajmił gromko, że na Kołymę nie pojedzie.

– A ja wam mówię, że pojedziecie! – oficer przewodniczący komisji także podniósł głos. – Odprowadzić go! – polecił strażnikom. Zanim jednak strażnicy podeszli do więźnia, on zdążył zerwać z siebie marynarkę i podbiec do zdenerwowanego oficera. Z okrzykiem: „A ja ci mówię, że nie pojadę!” zamachnął się prawą ręką i z całej siły uderzył przedramieniem o kant stołu. Jego kości wydały suchy trzask i łamiąc się, przebiły skórę, popłynęła krew.

– Wysyłaj! No, wysyłaj kalekę na Kołymę! – podstawiając oficerowi pod nos bezwładnie zwisającego kikuta, krzyczał desperat. Na siedzących za stołem członkach komisji nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia. Strażnicy, nie zważając na jego okaleczenia, chwycili go pod pachy i odprowadzili w głąb zony. Przewodniczący wyczytał nazwisko kolejnego więźnia. Lecz co to? – Wyczytany biegiem ruszył w stronę stołu, upadł przed nim na ziemię i rozpościerając poły bluzy razem z rubaszką, jakimś ostrym przedmiotem szurnął sobie po brzuchu. Napięta skóra rozlazła się i na wierzch wyszły wnętrzności. Wydobywająca się z nich para, sprawiała wrażenie, że z okaleczonego uchodzi dusza.

– Ja także nie pojadę! Nieście mnie do szpitala! – wrzeszczał kolejny desperat. Komisanci posłali po nosze. Zanim wyniesiono więźnia, członkowie komisji wstali od stołu i zarządzając godzinną przerwę, oddalili się. Zapewne chodziło o likwidację napięcia, jakie narosło wśród więźniów oczekujących na weryfikację.

Desperacja tych dwóch poraziła Rymszę. Nie mógł zrozumieć ich zachowań. – Żeby w ten sposób ratować się przed Kołymą?…

– To byli błatni – zauważył ktoś z boku. – Widzieliście, że oni nie mieli zaciągniętych pugawic i zapiętych guzików?

– Błatni, czy polityczni, to jeden czort – stwierdził ktoś inny.

– Nie jeden, nie jeden – zaprotestował jakiś złodziej. Polityczny by na to się nie zdobył.

„Też mi odwaga?! – pomyślał Antoni – na samym początku ryzykować życiem”. Dla niego to nie było żadne bohaterstwo. W tych warunkach liczyć na to, że któryś z więźniów – będący lekarzem, zaszyje jego brzuch i uratuje mu życie, to samobójstwo. Po prostu samobójstwo.

Jedyny lekarz w tej zonie siedział w składzie komisji. Słyszał zresztą jego reakcję: „Nie chcą żyć, to ich sprawa. A jeśli żyć będą i tak pójdą, gdzie ich skierowano. Nie wcześniej, to później”.

Krótko po przerwie przyszła kolej na Antoniego Rymszę. To trwało moment. Na pytanie, czy zdrowy, odparł, że tak, a na kolejne, czy rozumie, gdzie jest kierowany, że rozumie. I jego teczka dołączyła do teczek tych, co już zostali zakwalifikowani.

Kiedy Rymsza znalazł się wśród więźniów kołymskiego etapu, na dworze było już ciemno. Wszystkich zgrupowano w małym domku z okutymi drzwiami i okratowanymi oknami. W pomieszczeniach, do których ich wgoniono, oprócz nar niczego nie było. W małym domku izby były bardzo małe, a ciasnota ogromna.

Przed nocą, gdy dołączono ostatnią grupę więźniów, ludzie pod narami i na narach leżeli już w dwóch rzędach. Antoni znalazł się wśród tych, którym tam miejsca zabrakło. Oparty o ścianę w pobliżu drzwi męczył się tak z jedną nogą na podłodze, a drugą, żeby nie stanąć na czyjejś głowie, zawieszoną w powietrzu.

W pomieszczeniu nie było nawet światła. Istne piekło. Nagle okute blachą drzwi otworzyły się i do środka wpadł strumień chłodnego powietrza. Stojący w ciemności mężczyzna wrzasnął na cały głos.

– Rymsza! Jesteś tam?!

– O Boże, to znów on..? – Ali Dżawadow, czego chcesz?

– Gdzie ty śpisz?

– Ja? Nigdzie…

Ali zapalił zapałkę i unosząc płomień do góry, rozejrzał się. Gdy ruszył przed siebie, masa ludzkich ciał rozłamała się na pół, dając przejście. Ali podszedł do najbliższych nar i wrzasnął: – Ano, zbieraj się! – Tam, gdzie położył rękę, w kilka sekund na narach nie było nikogo. Powstał tumult, rozległy się jęki, Antoni struchlał. Więźniowie jeden po drugim rzucili się z nar w przepaść nocy, nie bacząc, że wpadają na innych, którzy już nie mieli gdzie się usunąć. Nary były wolne.

– Kładź się tu! – rozkazał. – Ty, dowódca polskich partyzantów nie potrafisz sobie poradzić?! Ali nie pozwoli ci zginąć, mówiłem ci!

Antoni wykonał polecenie bez słowa sprzeciwu. Czuł się głupio i było mu przykro, że z jego powodu inni mają warunki jeszcze gorsze, niż on miał poprzednio. – Jak on wygląda w oczach współwięźniów? On, polityczny, którym opiekuje się bandzior i złodziej?

Żeby nie przedłużać tej zaskakującej go, a jednocześnie przykrej sytuacji, szybko wlazł na nary i zamilkł. Zapałka w ręku Dżawadowa zgasła.

– Trzymaj, przyniosłem ci rybę. Mam też i cukierki. Weź parę, ale wszystkich nie zjedz, bo jutro będę grał o nie w karty. – Mówiąc to, Ali położył koło niego kawałek pachnącego, solonego łososia i torbę pełną cukierków. Odchodząc, w przyjaznym geście uścisnął mu ramię. Zapewne nie poczuł jednak, że Antoni drżał, z przejęcia.

– Przyjaciele! Nie miejcie mi tego za złe. – Rymsza chciał powiedzieć, żeby wybaczyli mu ten kontakt z hersztem bandziorów, ale pomyślał, że nie może tego uczynić; zapewne któryś z błatnych doniósłby potem o tym Dżawadowowi i ten miałby do niego pretensje. – Chodźcie tutaj, jest tu jeszcze dużo miejsca. Zmieści się ze cztery osoby – zaproponował tylko. I mimo że wyjaśnił, iż mają się go nie bać, on na nikogo złego słowa nie powie, a Ali Dżawadow na pewno już tej nocy nie przyjdzie, nikt się z miejsca nie ruszył.

– Jak ja sobie z tym poradzę? – zmartwił się Antoni. Głód był jednak silniejszy od troski. Zjadł rybę i zasnął. Cukierków nie ruszał, ani jednego. Skoro Ali ma grać o nie w karty?…

W środku nocy Ali przyszedł raz jeszcze. Przyniósł mu kawałek chleba i zabrał cukierki. Antoni był pewny, że chciał też sprawdzić, czy jego wola została uszanowana. Zrozumiał wtedy opór tych, których zapraszał, aby ulokowali się koło niego.

– Trudno – pomyślał raz jeszcze. – Skoro takie jest moje przeznaczenie? – Musiał się pogodzić z tym, że miał za anioła stróża, bandziora.

Rano zaprowadzono wszystkich na stołówkę. W pomieszczeniu graniczącym z kuchnią, przy ścianie rozdzielającej, znajdowało się wysokie na około półtora metra podwyższenie. Należało na nie wejść i – po odstaniu swojej kolejki – przez dziurę przypominającą okno pobrać miskę bałandy. Podający zupę wlewał jeszcze każdemu do miski po naparstku oleju konopnego.

Po otrzymaniu swojej porcji, Antoni odszedł na bok, stanął przy ławie i pochylił się, by z brezentowej torby wyjąć łyżkę. Nagle z tyłu ktoś szturchnął go w ramię. Obejrzał się i ze zdziwieniem stwierdził, że nikogo nie ma. Stojący obok więźniowie zachowywali się, jakby nic się nie wydarzyło. Odwrócił się więc w stronę miski, ale… miski też już nie było.

– Masz teraz swoją przyjaźń z błatnym – pomyślał. A jeść się chciało. Nie pójdzie, nie poprosi o następną miskę zupy, bo i tak mu nie dadzą. Stać i patrzeć, jak jedzą inni? Nie, nie będzie patrzył. Wyjdzie przed stołówkę i poczeka, aż zjedzą.

Wyszedł i czeka. Patrzy, a tu – w nowej, porządnej kurtce i chromowych butach idzie Ali Dżawadow.

– No jak, Rymsza? Pojadłeś?

– Nie, nie pojadłem – przyznał się. – Zapłacili mi za twoją nocną opiekę odebraniem bałandy. Postawiłem ją przed sobą, ktoś mnie z tyłu szturchnął, a gdy się odwróciłem, zupy już nie było.

– Rymsza, Rymsza. Ty jak dzieciak. Ty nie umiesz żyć w Związku Sowieckim. Ja ci mówiłem, że jak nie będziesz twardy, zginiesz. Co się z tobą dzieje? Chodź ze mną.

– Nie. Nie chcę, Ali. Nic się nie stało.

– Chodź! Ty durak! Zobaczymy, kto cię okradł? – uparł się.

Antoni bał się, że Dżawadow wywoła jakąś awanturę, ale do niczego takiego nie doszło. Ali wszedł na podwyższenie, przywołał kucharza i szepnął mu coś na ucho. Kucharz sięgnął chochlą na dno baniaka i zagarnął gęstego. Wypełniając miskę, dorzucił dwa kartofle i wlał do niej kilka naparstków oleju.

Antoni poczuł wdzięczność dla Dżawadowa i dziwną ulgę. Podziękował więc bandziorowi i mówi: – Teraz pójdę z tym za barak, dobrze?

– Coo?! Nie wolno! – sprzeciwił się stanowczo Ali. – Idź w to miejsce, gdzie stałeś poprzednio. Ja popatrzę, jaka blać do ciebie podejdzie.

Poszedł tam, gdzie był przedtem, ale na pięć, sześć metrów nikt nie zbliżył się do niego. Ali zaś stał przy kuchni i obserwował. Gdy zjadł, Rymsza raz jeszcze mu podziękował z daleka. – Spasiba, Dżawadow. 

Ali zaprowadził go na zaplecze kuchenne, gdzie leżał stos świeżej marchwi. Bandyta bez pytania podszedł do niego i wybrał kilkanaście najładniejszych marchewek.

– Bierz! Jedz i daj swoim towarzyszom. Rozdaj im, rozumiesz?

„Kto tu rządzi? – pomyślał Rymsza. – Czort jego wie. Ale bierz, to bierz”. – Wziął marchew i poszedł do swojej grupy. Odnalazł tych, których w nocy zgonił z nar Ali i wręczył im „łapówkę”. Wzięli od niego marchew i podziękowali.

Cdn.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko