Krzysztof Kwasiżur – Kultura i wybory (życiowe)

0
506

W zasadzie mógłbym głosu nie zabierać, wybory się odbyły, kurz wokół lokali wyborczych opadł, na politykach już pogoiły się co płytsze rany (na tych to się szybko goją), życie dawno wróciło na stare, dobrze znane tory. Jedni z wyboru są aż nadto zadowoleni, drudzy uważają go za dopust boży, ale ja nie o tym chciałem…

Chciałbym dziś porozprawiać o tym, co się podczas tej (ani dwóch poprzenich)  kampanii wyborczej NIE wydarzyło, mało rzucający się w oczy niuans.

Zauważmy, że nikt z korzystających ze swego biernego prawa wyborczego, pośród wielu słów oburzenia nad nieskutecznością poprzedników, pośród peanów dotyczących własnych dokonań (czasem – owszem pokaźnych), nikt z tych ludzi nie zająknął się nawet słowem co zrobi dla kultury.

Nie oponujcie! Ja wiem że wielu z kandydatów jest, lub było działaczami kultury, ale nawet ci traktowali swoją działalność na niwie artystycznej, czy kulturalnej jako odskocznia do… No właśnie czego? Kariery politycznej?

Do czegoś na pewno, skoro żaden nich nie sugeruję nawet w swoim dossier, spotach, czy ulotkach, że swoją działalność kulturalną będzie kontynuował, że weźmie pod skrzydła, lub szczególną troską obejmie Domy Kultury, Stowarzyszenia Kulturalne, kina, czy inne przybytki kultury.

Nie zachodzę w głowę, by poznać taki stan rzeczy – domyślam się przyczyny; nikt z głosujących nie oczekuje od kandydatów na urzędy takich deklaracji. Nikt z głosujących nie oczekuje by samorządowcy zajęli się poprawą kondycji kultury, gdy istnieją pilniejsze potrzeby; stan dróg w gminach, ilość dostępnych lokali komunalnych, to owszem tematy bardziej doskwierające, ale czy ważniejsze?

Przypomina mi się tu anegdota, którą onegdaj przytaczałem, jak to w przededniach II Wojny Światowej W. Churchill zebrał doradców finansowych i rzekł:

“Panowie, wojna jest nieunikniona, rzecz tylko w tym, kiedy i jak się do niej przygotować”.

Padają przeróżne propozycje, na jakich by tu resortach zaoszczędzić, by wykrzesać większe fundusze na obronę, wreszcie ktoś rzucił:

“Oszczędności na kulturze!”

Na to Churchill:

“Jeśli mamy na kulturze oszczędzać, to czego mamy bronić?”

To pytanie warto zadać nie tylko politykom, samorządowcom, czy innym władzom przeróżnej maści, ale przede wszystkim obywatelom, którzy dysponują głosami na te właśnie władze. Może właśnie dlatego obserwujemy upadek obyczajów i moralności u naszych władz, że nie wymagamy od nich zainteresowania sprawami kultury?

Czyż działacze (i krzewiciele) kultury mogą się zachowywać niekulturalnie? Na zasadzie osmozy nasiąka się zajęciem, które się wykonuje.

Ogólnie jest znany fakt, że pracownikom służb mundurowych trudno prywatnie powstrzymać się od despotycznych zachowań. Ekstrapolując – po ludziach, którzy mają styczność z twórczością i twórcami można się spodziewać większej łagodności, a już na pewno ogłady.

Niby wywód logiczny prosty, nic karkołomnego, a mam nieodparte wrażenie że jestem bardzo osamotniony w swoim myśleniu, gdy idę do urny wyborczej.

Wróćmy do pytania zaserwowanego czytelnikom przed przytoczoną anegdotą:

“Czy polityka jest ważniejsza od kultury?”

Na pewno bardziej opłacalna, w świetle przytoczonych słów W. Churchilla jasno nam się rysuje zależność wręcz symbiotyczna pomiędzy odrębnością kulturową (a raczej jej poczuciem w narodzie), a samą państwowością (czyli w skrócie – garnuszkiem polityków).

Nie muszę chyba żadnemu z czytelników wyjaśniać, że jeden aspekt (poczucie odrębności narodowościowej) jest równie ważny z drugim (odrębnością i samodzielnością państwową), bo całkiem niedawno je odzyskaliśmy, po 123 latach niewoli. Pytanie brzmi; który z aspektów jest mniej ważny, a raczej – na osłabienie którego możemy sobie pozwolić?

Naszą pierwszą myślą zapewne będzie: “państwowość  i integralność granic”, zatem ważniejsza będzie polityka, która broni tej integralności przeróżnymi – dla nas dziwacznymi – sposobami.

Ale inne pytanie Wam zadam, drodzy czytelnicy: co się stanie z krajem, w którym więzi wewnątrzpaństwowe ulegną rozluźnieniu, a obywatele nie czują więzi między sobą z tytułu wspólnego obywatelstwa. Zgaduję, że władze wybrane w takim państwie (wybrane nawet w wyborach jak najbardziej demokratycznych) nie będą odczuwały zbyt silnego związku z własnym narodem, czy państwem. Co za tym idzie – dla tych władz (obojętne, czy będzie nie będzie to Duma, czy Parlament, czy też Kanclerz) najwyższym priorytetem umacnianie tegoż państwa na arenie międzynarodowej, a raczej interes własny. Jego pozycja ulegnie osłabieniu, aż rozpocznie się demontaż. Od wewnątrz, lub z zewnątrz.

Czyli jednak kultura jest czynnikiem cementującym obywateli, a tym samym państwo?!

Pytanie to formułuję w dniu, w którym czytam ma kilku portalach informacyjnych, że uroczystość wręczenia nagrody Nobla pisarce polskiej Oldze Tokarczuk nie będzie transmitowana w polskiej telewizji publicznej.

Czyli znów czkawką wraca do nas kwestia – czasami ważniejsze od tego, co zostało zrobione staje się to, co NIE zostało zrobione. Nie wiem czemu nagle przypomina mi się myśl Edmunda Burke: “Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”.

Na cały nadchodzący coraz większymi krokami 2020 rok życzę wszystkim czytelnikom tej odrobiny Kultury, która łączy, a nie dzieli, poczucia więzi jeszcze większej, niż dotychczas, a wyrobnikom Kultury – pomysłów, które będą owocowały pięknie realizowanymi projektami. Jak najbardziej polskimi!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko