Jerzy Stasiewicz – Archeolog, poeta , hotelarz

0
230


Nigdy nie przypuszczałem, że wspomnienie o Jakubowskim będę pisał na gorąco, zaraz po pogrzebie. Informację o śmierci Wincentego przekazała mi Renia Mangold, nie mająca pewności czy to ten Jakubowski. Wiadomość miała z klepsydry wiszącej na rogu jej bloku. Wiek 78 lat, nazwisko i imię pasowało. Ale pewności nie było.

Telefon żony zmarłego dopiero rozwiał wątpliwości. Łamiącym się głosem mówiła:

– Panie Jurku dopiero teraz w notatkach znalazłam numer pańskiego telefonu. Proszę powiadomić poetów o pogrzebie.

Złożyłem szczere kondolencje, zapewniając:

– Będziemy dużą grupą.

Po południu telefonowała powtórnie bardziej spokojna, prosząc o przeczytanie wiersza męża. Zapewniłem, że będzie epitafium. A wiersze Wincentego do tej sytuacji nie bardzo pasują.

– Prawda, mąż był taki wojujący.

Piętnastu piszących na pogrzebie to czysty przypadek. W tym dniu mieliśmy zaplanowane zebranie RSTKu w nyskiej bibliotece w salce na piętrze o godz. 11:00. Pogrzeb zaś był o 13:00 na cmentarzu przy ul. Szczecińskiej vis a vis dawnego ZUPu. Msza o 11:30 w bazylice. Ksiądz Manfred Słaboń wygłosił homilię. Mówiąc dużo dobrego o zmarłym, choć niewiele zmarłego znał. Wincenty doradzał raz czy dwa księdzu przy zakupie obrazów do remontowanego budynku w Łączniku po siostrach zakonnych. Przyszłego miejsca spotkań poetów i księży emerytów. Ostoja przed śmiercią proboszcza.

Na cmentarzu ze 25 osób, większość poeci. Wincenty był znany w środowisku nyskim; hotelarz, wojownik polityczny. A w ostatniej drodze nie miał mu kto towarzyszyć. Ile w tym prawdy, że życiem wykupujemy bilet na ostatnią drogę. Po córkach nie widziałem rozpaczy. Ubrane ekstrawagancko w czarne stroje i skórzane kurki. Gdyby nie stały przy Pani Jakubowskiej, nawet nie wiedziałabym, że to córki. Ciekawe czy był syn z pierwszego małżeństwa?

Witek Hreczaniuk przeczytał „Epitafium” poświęcone zmarłemu. Starsza córka poprosiła o tekst. I rozeszliśmy się do domów. Ot i po pogrzebie.

Wincentego Jakubowskiego poznałem w 1998 roku początkiem wiosny. Od paru lat remontowałem dom przy Orląt Lwowskich, zarzucając całkowicie pisanie. Żona wręcz wymusiła na mnie – dla higieny – bym wybrał się na spotkanie RSTKu.

Poszedłem. Zbierano akurat ostatnie teksty do almanachu z okazji 20-lecia ruchu. I tak moje cztery wiersze znalazły się w „Prostowaniu świata”. Jako jedynemu nie pomieszczono noty biograficznej. Wincenty był prezesem zarządu na Opolszczyznę. Rządził autorytarnie jak dyktator. Nie przyjmował sprzeciwów, a oponentów beształ jak szmaciarzy, nie parząc na wiek i siwą głowę. Tu muszę stanąć po jego stronie, bo w organizacjach społecznych uczestniczy wielu ludzi, którym się nic nie chce, a uważają, że dużo im się należy. Ruch ożył, za jego kadencji ukazało się kilka indywidulanych tomików poetyckich. Nawiązał współpracę z krakowską poetką Anną Kajtochową, która robiła wybory i pisała słowo wstępne. Kraków drukował książki. Promocje odbywały się w Nyskim Muzeum, bądź czytelni pod „Starą Wagą”. Ale były i spotkania w Hotelu „Navigator”, którego był właścicielem. W otoczeniu starych, rzeźbionych mebli i ogromnych obrazów na ścianach, czytana poezja nabierała głębi. Czuło się to coś… Z omawianego utworu wyciągał banały i zakłamanie, wertując je do szpiku kości. Konfrontując z wiedzą historyczną i filozofią, doprowadzając autora do łez. Nie zawsze jego sądy były sprawiedliwe. Ale Wincenty już taki był. I taki odszedł.

Angażował się w życie polityczne. A był narodowcem zatwardziałym. W wyborach lokalnych wystawił komitet plasując siebie na pierwszym miejscu listy. Chcąc pozyskać ludzi stwarzał otoczkę ich ponadprzeciętności, o czym miałem okazję się przekonać.

– Panie Jurku, zapraszam do mnie – dzwoni któregoś dnia – mam dla pana bardzo ciekawą propozycję. To o osiemnastej – wydał polecenie.

Ciarki przeszły mi po plecach pomny materiału do debiutanckiego tomiku wierszy, który mu kiedyś przekazałem. Była to dość opasła teczka. Chwalił, bardzo chwalił. Już myślałem: narodził się drugi Miłosz. Tyko czekałem na telefon ze Sztokholmu? I decyzji prezesa o druku. Bo wybór był gotowy. Czas płynął. Na spotkaniach było jakieś spięcie. I usłyszałem, że moje teksty to czysta grafomania. Co bardziej do mnie przemawiało niż geniusz.

– Tu dla pana legitymacja dziennikarska. Na każdą uroczystość będzie pan wpuszczany. Legitymacja otwiera dużo drzwi i to szeroko. Dziennikarz w naszym społeczeństwie to nobilitacja. A „Gazeta Polska” krzewi tradycję narodową.

Wyciągnąłem rękę mówiąc:

– Nie wiem czy podołam, pisanie tekstów bieżących wymaga czasu i systematyczności. Nie to co wiersz jak przyjdzie ochota. Albo natchnienie jak powiadają niektórzy.

– Da pan radę panie Jurku, znamy się nie od dziś. Wiem, komu proponuję.

I tu miała nastąpić transakcja wiązana. Za legitymację moje nazwisko miało zostać umieszczone na liście wyborczej do rady gminy. Wprawdzie na końcowym miejscu, ale komitetu Wincentego. Nie wyraziłem zgody i usłyszałem, że brak mi postawy obywatelskiej, a to o poecie źle świadczy. I to bardzo źle.

1998 roku w Nysie odbywały się prawybory prezydenckie. Zjechali kandydaci na najwyższy urząd i politycy z pierwszych stron gazet. Nie obeszło się bez rękoczynów. Krewka starsza pani obiła parasolem po głowie posła Niesiołowskiego. Czemu obojętnie przyglądał się redaktor Jaś Pospieszalski. Może i on bał się ataku. A miało to miejsce przy restauracji „Tiffany”.

Wincenty krok w krok podążał za premierem Janem Olszewskim, oprowadzając po rynku i wraz z kilkoma weteranami II wojny światowej zawitali do NDK, gdzie kandydaci prezentowali ze sceny program wyborczy. Ale żaden z nich nic ciekawego nie powiedział. Nawet prawnik Jan Olszewski.

Startował do Sejmu Wincenty z list ROPu. Nie zdobył wystarczającej liczby głosów. Drogi z partią się rozeszły. A premiera nazwał safandułą.

Nocował ze świtą w „Navigatorze” lewicowy kandydat Aleksander Kwaśniewski.

– Gości pan komunistę? – zapytałem zdzwiony. 

– Pieniądze nie śmierdzą – odparł – a cały dochód przekazałem na Ruch Odbudowy Polski.

Miał i sprawy sądowe z Leszkiem Bublem, kolejnym kandydatem na prezydenta, który upublicznił, że Wincenty Jakubowski to TW pseudonim Topór. Wprawdzie sąd go oczyścił, ale smród pozostał.

Podupadł na zdrowiu, z roweru przesiadł się na skuter, bo takim środkiem lokomocji najtaniej było poruszać się po zatłoczonej Nysie. Pisał felietony do lokalnej tygodniówki, które czytałem. Była w nich ogromna wiedza i doświadczenie życiowe, czasem szpila oponentom. Ale na wernisaże i spotkania literackie już nie przychodził. Zajechał do mnie kiedyś, prosząc o fachowca stolarza, który by mu odnowił huśtawkę i secesyjne drzwi wejściowe w hotelu.  Poleciłem najlepszego. Za parę dni zatelefonował z podziękowaniem. I to była nasza ostatnia rozmowa.

Jerzy Stasiewicz

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko