Irena Olbińska – Ach Syberia Syberia (fragment IV)

0
192


11 maja

PLACKARTA – TO JEST TO!

Jedziemy Koleją Transsyberyjską z Moskwy do Irkucka „plackartą”, czyli klasą trzecią, bo tak postanowiliśmy, chociaż na forum podróżniczym przestrzegano przez jazdą „plackartą” dłużej niż jeden dzień, bo z uwagi na tłok, ciężkie warunki sanitarne
i „brak intymności” jest to ponoć nie do wytrzymania w ciągu trzech dób i piętnastu godzin – tyle bowiem ma potrwać nasza podróż na jej pierwszym etapie. Już na peronie zwróciliśmy uwagę na stojące pod naszym wagonem, ustawione w zwartym szyku młodziutkie, skośnookie dziewczyny, nadzwyczaj urodziwe. Było ich czterdzieści i cztery. I miały czterech opiekunów, którzy wydawali im komendy…

A teraz całe tabuny skośnookich młodych ludzi kłębią się wokół nas. Porozumiewają się dziwnym dla nas, zupełnie niezrozumiałym językiem. Z rozmowy na migi, z dodatkiem słów rosyjskich, niemieckich i angielskich, dowiedzieli,śmy się tylko, że jadą aż do Władywostoku i dalej samolotem do jakieś krainy, którą nazywają „Kare”. Janusz zaśmiał się, że widocznie jest to kara za ich grzechy, gdyż ci skośnoocy mężczyźni o ponurych twarzach są zapewne sutenerami, odwożącymi do domu te młodziutkie, piękne dziewczyny po rocznej szychcie w niemieckim burdelu….

Natomiast siedząca w jedynym rosyjskojęzycznym, czteroosobowym przedzialiku pani generałowa Galina, która przy mężu była przez siedem lat w siedzibie Sztabu Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej stacjonujących kiedyś w Legnicy, więc oswojona z językiem polskim, powiedziała mi, że ta 44-osobowa grupa dziewcząt z Korei Północnej wraca pod nadzorem tajniaków-opiekunów z hucznych obchodów Dnia Zwycięstwa, które odbyły się dnia 9 maja na Placu Czerwonym w Moskwie. Ponieważ byliśmy na tym Placu poprzedniego dnia, mogłam sobie wyobrazić, jak te śliczne dziewczyny w strojach ludowych defilują przed gośćmi z całego świata, zgromadzonymi na trybunach głównych ustawionych z tej okazji na ogromnym placu po obu stronach Mauzoleum Lenina, powiewając chorągiewkami i wiwatując na ich część, szczególne pokłony wybijając oczywiście przed carem Putinem.

Dziewczyny te nie mają komórek, a w łóżkach śpią w ubraniach, bardzo nowoczesnych, jakie widuje się u młodych dziewczyn np.  na ulicach Warszawy, natomiast tajniacy są w niesamowicie lśniących półbutach, w ciemnych garniturowych spodniach na kant i ciemnych gładkich koszulach. Chodzą po wagonie i cały czas obserwują, co dziewczyny robią, a one na ich widok rozdziawiają buzie w sztucznym, wyuczonym uśmiechu. W całym wagonie panuje  cisza, nie ma gwaru, nie ma śmiechu, dziewczyny albo siedzą obok siebie z poważnymi minami, szepcząc coś półgłosem, albo śpią. To jest dla mnie szokiem, ponieważ doskonale wiem, jak zachowuje się młodzież nie tylko w naszym kraju. Nadzorcy wydzielają im wodę z pięciolitrowych butli zakupionych chyba w Moskwie oraz porcje zupek do szybkiego przyrządzania – cały ten prowiant wnieśli w dużych pudłach do wagonu.

Dzięki translatorowi polsko-koreańskiemu już wiedzą, że Bogna, córka Janusza, ma synka z Koreańczykiem. Nadzorca, któremu pokazałam kilka zdjęć małego Samuela i jego taty, rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu i zapytał jakby sam siebie:  „Ten InCheol jest chyba z Korei Południowej?”. Dziewczyny z wielkim zainteresowaniem słuchały, co tajniak im przekazuje i też chciały obejrzeć te zdjęcia, ale zawahały się i grzecznie usiadły na swoich miejscach. Pokażemy im, gdy zostaną same. Kiedy Janusz, korzystając z tego, że dwaj tajniacy, z którymi dzieliliśmy przedział, poszli na obchód wagonu, zrobił zdjęcie ślicznej dziewczynie zajmującej miejsce na dole naprzeciw nas i pokazał jej, spojrzała na niego przerażonym wzrokiem, prosząc go, żeby skasował, ale on się do niej uśmiechnął i przesłał jej całusa.

[11.05, 12:51, Bogna Oh] Koreanki z Północy są rzeczywiście przystojne (nie mówi się „piękne”). 북녀남남 (Buk-njo-nam-nam): jeśli ten pogląd jest prawdziwy (dla mnie tak), to na Północy są piękniejsze kobiety, a na Południu przystojniejsi mężczyźni; może jednak lepiej nie wspominać o tym przy tajniakach, którzy zaliczają się z założenia do naprawdę brzydszej płci na Północy…

Obecnie to się zresztą mocno zatarło, bo kobiety z Południa bardzo chętnie korzystają z chirurgii plastycznej. Chyba zaraz po Brazylii Korea Płd. jest krajem z największą na świecie ilością zabiegów chirurgii plastycznej przypadających na jednego mieszkańca. Operację powiek
(z powieki pojedynczej, azjatyckiej, robią powiekę „podwójną”, jak
u ludzi białych) uważa się tam za zabieg kosmetyczny, a nie operację, mimo że jest to robione skalpelem…

[11.05, 15:45, Bogna Oh] Ciekawe, jak ci ponurzy tajniacy zareagują na powitanie „annyeong hashimnikka” (polska wymowa: „anją-hasimnika”; czyli „dzień dobry”). Możecie też powiedzieć, ze jesteście „polska saram” – w KRLD lubią Polaków, bo u nich w telewizji nadal utrzymuje się, że jesteśmy komunistycznym, bratnim krajem, ale i tak powinniście wystrzegać się nieprzemyślanych, spontanicznych odruchów wobec nich, np. nie należy robić im zdjęć z ukrycia, bo jeśli to dostrzegą, mogą zareagować bardzo nieprzyjaźnie…Ci tajniacy to są na pewno profesjonalnie przeszkoleni wojskowi. Koreańczycy z Północy mogą być niebezpieczni, wielokrotnie zdarza się, że za uciekinierami
z KRLD są wysyłani tacy właśnie tajniacy i ludzie znikają bez śladu i to w różnych krajach, nawet europejskich, dlatego, mimo że to Rosja, lepiej mieć się przed nimi na baczności.

My tu we Wrocławiu spotykaliśmy na ulicy Koreańczyków z Północy (pracownicy budowlani też nadzorowani są przez tajniaków), ale byliśmy bardzo ostrożni. Zdarzały się i w Europie zabójstwa Koreańczyków z Południa przez tych z Północy. Oni niby teraz dążą do pokoju, ale lepiej przestrzegać ich zasad. Turyści w Korei Północnej za zagadywanie do przechodniów trafiają do obozów, znikają. Jestem koreanistką i trochę znam sytuację tego kraju, naprawdę trzeba być ostrożnym. Niedawno po brutalnych torturach w Korei Płn. zmarł młody chłopak-turysta, bo zerwał ze ściany hotelu plakat i chciał go zabrać na pamiątkę…Tatę mojej nauczycielki z Uniwersytetu porwali z Seulu w Korei Południowej Koreańczycy z Północy, był znanym dziennikarzem. Do tej pory brak o nim wieści…

Te przestrogi nie na wiele się jednak zdały, bo gdy poskarżyłam się wieczorem Januszowi, który akurat spał na górze, że tajniacy siadają bez pytania na moim łóżku i w dodatku wyrywają mi z ręki komórkę, żeby przeglądać zdjęcia, które robiłam przez okno, dlatego się ich boję, kazał mi pójść do przedziału zajętego przez Rosjan, do Ali z Briańska, z którą zdążyłam się zaprzyjaźnić.

Udało mi się obejść z tyłu dwóch tajniaków, którzy rozsiedli się wygodnie na moim łóżku, i z ulgą poszłam do Ali. Po krótkiej chwili usłyszałyśmy wrzask Janusza roznoszący się po całym wagonie. Okazało się, że zeskoczył ze swego wyrka i po kolei wyrzucił z furią dwóch Koriejców z mego łóżka, ciskając nimi o przeciwległą ścianę, tak że chcąc nie chcąc znaleźli się obok stolika, przy którym siedziało ich dwóch kolegów zajadających z apetytem wieczerzę z plastikowych pudełek. Obrzucił ich rosyjskimi przekleństwami i groził im pięścią, pokazując na moje łóżko i krzycząc: „Nielzja tam sidzieć, panimajetie?!”. Nasze rosła prowadnica poleciała tam, żeby zobaczyć, co się dzieje, a Janusz wrzeszczał, że sukinsyny zabierają mi komórkę, przeglądają zdjęcia i siadają mi prawie na głowie!

Przyznam się, że struchlałam ze zgrozy, Ala też. Po chwili Janusz przyszedł do nas i powiedział wzburzony: „Zrobiłem z żółtkami porządek!”, a ja wyjąkałam: „Przecież to dopiero początek naszej podróży, zostały jeszcze trzy dni i trzy noce, zanim wysiądziemy w Irkucku, jak my będziemy z nimi współżyć na tak małej przestrzeni?”. Janusz odparł twardo: „Co to jest za współżycie z tymi ludźmi? Niech znają swoje miejsce w szyku, a jeśli podskoczą, to zrobię z nich mielonkę!”. Po czym dodał: „Może nie uwierzysz, Irenko, ale gdy szedłem tutaj, to dziewczęta na łóżkach biły mi dyskretnie brawo i patrzyły na mnie z podziwem, serio!”. Mimo to byłam przerażona i musiałam podzielić się z Bogną informacją o tym bardzo niemiłym wydarzeniu, licząc na to, że powie, jak dalej postępować. Oto jej odpowiedź:

[11.05, 22:26, Bogna Oh]

Kurczę, nie możecie się przesiąść gdzieś z dala od tych Koreańczyków? Mój tata, wiem, potrafi być nieobliczalny, a to, serio, ludzie,
z którymi nie powinno się zadzierać. Mój mąż się bardzo martwi po tym, jak usłyszał, co tata zrobił, i że jeszcze sprawdzali Wam telefony… Historia o tym, że córka ma męża Koreańczyka z Południa, wbrew pozorom mogła sprawić, że nabrali podejrzeń, u nich w szkołach od dziecka (zresztą w Korei Południowej też) jest pranie mózgu, szczucie na siebie nawzajem…

[11.05, 22:29, Ela Story]

Matko Bosko, uważajcie – to są ludzie bez skrupułów! Co cenniejsze miejcie zawsze przy sobie. Irenko  proszę Cię, hamuj trochę Janusza, bo Ci ludzie są naprawdę niebezpieczni. To, że im pokazał, gdzie ich miejsce, to dobrze, ale żeby nie dawał się prowokować, do czego oni teraz mogą dążyć, żeby mieć pretekst do ataku. Poproś Go
o ostrożność w swoim i moim imieniu.

[11.05, 22:38, ja w odpowiedzi]

Elu, nie martw się. Jesteśmy pod dobrą opieką. Szefowa naszego wagonu sprawdza, czy wszystko w porządku. Policja też jest w pociągu. Przed chwilą dwaj policjanci przeszli obok nas i zatrzymali się na dłużej tam, gdzie siedzą tajniacy, tak jakby chcieli ich ostrzec, żeby nie wszczynali awantury.

Mimo to z ciężkim sercem wracaliśmy do naszego przedziału po tym, co się wydarzyło, bo nie mogliśmy przecież bez końca siedzieć na łóżku Ali. Przychodzimy tam, a nasi tajniacy uśmiechają się do nas przyjaźnie, a ten najbardziej ponury szczerzy zęby w uśmiechu i zagaduje do Janusza strzępkami języka rosyjskiego! Tak, jakby nic się nie stało! A ten drugi wypytuje mnie, ile Janusz ma lat? „Wosiemdiesiat’ liet” – mówię, ale oni kręcą głowami z niedowierzaniem, więc piszę na kartce: 80. Mało im oczy nie wyszły z oczodołów ze zdziwienia. Coś tam pogadują między sobą po koreańsku i widać podziw w ich oczach. Jest fajnie, atmosfera zrobiła się nawet przyjemna. Co spowodowało tę nieoczekiwaną odmianę? Przestraszyli się wojskowego stroju Janusza – z demobilu Bundeswehry? Może myślą, że jest emerytowanym generałem???

[11.05, 23:06, Bogna Oh] Uff… na szczęście w tym kręgu kulturowym bardzo szanuje się starszych, nawet do osoby o rok starszej trzeba się zwracać z szacunkiem, może to pomogło w rozładowaniu tej nieprzyjemnej sytuacji.

Koreańczycy z Północy mieli w ostatnim czasie kilka incydentów – ucieczek obywateli podczas pobytów za granicą (pracownicy restauracji, artyści, itp.), więc obawiam się, że mogą być trochę przewrażliwieni na punkcie strzeżenia swoich podopiecznych. Jeśli robiliście im jakieś zdjęcia i chcecie je zachować, to prześlijcie sobie na email, a na telefonie lepiej skasować…

Generalnie z tajniakami można rozmawiać – im wolno, pewnie są też ciekawi świata, ale lepiej nie zaczepiajcie za bardzo tych dziewczyn. Nawet jak nie Wy, to one mogą mieć nieprzyjemności (przy Was tajniak będzie się uśmiechał i udawał, że ok, ale potem może im robić wyrzuty, że nie były wystarczająco wstrzemięźliwe w kontaktach z „obcymi”)…

[11.05, 23:50, ja w odpowiedzi]

Twój tata to wesoły staruszek! Młodzi Koreańczycy mają problem
z wejściem i zejściem z górnego łóżka, a Twój tata wdrapuje się jak małpa i chwali sobie swój spokój na górze. Medytuje tam i zdaje się niczym nie przejmować. Ja na dole mam z tym trochę gorzej, bo skośne oczka ciągle mnie obserwują. Ale od mojego łóżka trzymają się już
z daleka, na swoim dolnym tłoczą się przy jedzeniu w czwórkę!

12 maja

HISTORIA PEWNEJ ALI Z BRIAŃSKA, SPOTKANEJ W POCIĄGU DO IRKUCKA….

Urodziła się w 1950 roku w łagrze w Workucie, gdzie po wojennych przejściach spotkali się jej rodzice-skazańcy. Kiedy Niemcy weszli do Briańska w 1941 roku, wywieźli jej 18-letnią, przyszłą matkę do obozu pracy, najpierw na Białoruś, a potem do Niemiec. Ponieważ pisała na maszynie i szybko nauczyła się języka niemieckiego, pracowała dla Niemców w obozowym biurze jako tłumaczka-maszynistka. Po wyzwoleniu obozu przez Armię Radziecką, enkawudziści wysłali w bydlęcych wagonach byłych więźniów do Rosji, gdzie jej matkę postawiono przed sądem doraźnym i skazano za współpracę z Niemcami  na 10 lat zsyłki do łagru w Workucie na dalekiej Syberii. Tam poznała swego przyszłego męża, zesłanego do łagru za to, że jako radziecki żołnierz dał się wziąć do niewoli niemieckiej. Wszyscy oni z różnych powodów stawali się  automatycznie w Kraju Rad „wrogami ludu”. Było to straszliwe oskarżenie. Nie tylko oni, ale ich najbliższe rodziny były prześladowane, pozbawiane godziwych warunków życia, wysyłane prędzej czy później do łagrów, gdyż piętno „wroga ludu” i na nich spadało – najbliżsi do tej pory sąsiedzi czy znajomi starali się nie utrzymywać z nimi żadnych kontaktów, tak jakby byli zadżumieni.

Wróćmy do łagru w Workucie, do rodziców naszej pani Ali, którzy się tam spotkali i pokochali. Kiedy urodziła się im córka, pozwolono matce mieć ją przy sobie przez 11 miesięcy. Po czym wysłano Alę do domu dziecka w Briańsku o obostrzonym rygorze dla dzieci „wrogów ludu”, gdzie były bite, a za byle przewinienie zamykano je w ciemnicy. Wykonywały ciężkie prace ponad siły. Robiono im ideologiczne pranie mózgów, kazano zapomnieć o przeszłości, wychowywano na płomiennych komunistów. Po śmierci Stalina w 1953 roku, kiedy reżim osłabł, pozwalano dziadkom pani Ali zabierać ją raz w miesiącu na niedzielę na przepustkę. Te wizyty u dziadków pozostały w niej do dzisiaj  najpiękniejszymi wspomnieniami, bo tylko tam czuła, że jest kochana. Ale dziadkowie nie mieli prawa opowiadać jej o rodzicach i dawnych czasach. Dopiero kiedy miała 35 lat, już po śmierci rodziców, dowiedziała się od przyjaciółki swojej matki całej prawdy, było to dla niej szokiem. Doprowadziła do ich rehabilitacji.

A 9 maja wzięła jak zwykle udział w marszu Nieśmiertelnego Pułku, niosąc portrety swego dziadka i wujka, którzy pagibli w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Być może zrobi to samo w Dniu Pamięci, który odbywa się co roku 22 czerwca, w rocznicę napaści hitlerowskich Niemiec na Kraj Rad. Jest zbyt prosta i łatwowierna, by zrozumieć, że te sterowane przez Kreml manifestacje mają na celu przesłonienie prostym ludziom spraw i problemów stokroć dla nich ważniejszych niż chwalebna pamięć o przodkach.

Jako nauczycielka języka angielskiego jest na bardzo skromnej emeryturze (11500 rubli, 1 złoty to niespełna 18 rubli). Jeździ dwa razy do roku na dłuższe pobyty do Krasnojarska, do swojego brata, bardziej zamożnego, dzięki temu udaje jej się związać koniec z końcem. Jest schorowana, ma chore stawy i kłopoty z chodzeniem, chore serce, zaćmę i słabo widzi. Jej podróż zajmie trzy doby. Wysiądzie przed nami, szkoda, bo jest bardzo miła i nie będzie już z kim pogadać. Wprawdzie nie mówimy biegle po rosyjsku, ale wespół w zespół, wespół w zespół (jak przystało na Starszą Panią i Starszego Pana) jakoś dajemy sobie radę (ja jestem od zagadywania nieznajomych ludzi, a Janusz od wspomagania mnie w razie potrzeby i od czytania rosyjskich bukw)…

[12.05, 14:45, ja do Eli Story]

Ala chce zabrać naszego Janusza do swojej chaty na przedmieściu Krasnojarska, gdzie czyste powietrze i dużo słońca. A w krasnych jarach dużo czerwonej, zdrowotnej  glinki do okładów gwarantujących 200 lat życia w zdrowiu i szczęściu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby podążył za nią, bo do siebie pasują, jak widać na zdjęciu, które zamieszczam na stronie 67.

[13.05, 16:03, Ela Story do mnie]

Wymazany czerwoną glinką będzie wyglądał jak Ostatni Wódz Indian, szczególnie gdy orzeł spuści mu na głowę kilka piór! Na zdjęciu rzeczywiście do siebie pasują, ale na zdjęciu pasują do siebie nawet nosorożec z żyrafą (patrz: rysunek Mleczki).

[13.05, 16:47, Bogna Oh]

No ładnie sobie tatulek poczyna! Jak zwykle…

12 maja

OBÓZ PRACY PRZYMUSOWEJ

Przeszliśmy pięć wagonów, żeby dojść do restauracyjnego. We wszystkich normalni rosyjscy ludzie: czytają knigi, igrajut
w karty, korzystają z komórek i tabletów. Są zazwyczaj otyli lub chudzi, a ich dzieci jak to dzieci izobrietajut raznyje igry, czyli próbują się jakoś zabawić. Tolko u nas, w wagonie 3 kłassa, jakby obóz pracy przymusowej, bo przecież czymś takim był nakazany odgórnie udział wybranych korean-krasawic i ponurych tajniaków w obchodach Dnia Zwycięstwa w Moskwie. Może i pech, ale z drugiej strony tylko nam mogło się coś tak dziwnego przytrafić. Za dwie małe zupki i sałatkę rybną zapłaciłam 900 rublej. Smakowały. Wagon był pusty. Dopiero teraz przyszło troje Rosjan, do zupek wzięli mnogo chlieba i na osobnym talerzu mnogo tołstoj tuszonki. Kelnerka narzekała, że nasi „Koriejcy” (Koreańczycy) niczewo nie pakupajut.

[12.05, 14:37, Ela Story]

Koreańczycy nie kupują niczego, gdyż mają prawdopodobnie zakaz. Wszędzie węszą podstęp i zakusy na ich życie – sądzą po sobie….

ALBO OBÓZ UCHODŹCÓW

U nas już 11:00, to już trzecia strefa czasowa, a druga w Rosji. Janusz jeszcze śpi, a może medytuje pod półką bagażową, gdzie musi być okropnie duszno. Koreańczycy-tajniacy naprzeciwko mnie jedzą śniadanie, jakieś wędzone ryby, paprykę marynowaną, kiszoną kapustę i suchy chleb, popijając to czarną herbatą, strasznie przy tym siorpiąc i bekając… Dziewczyny spożywają posiłki gdzieś poza nami, więc mniej ostentacyjnie. Janusz żartuje, że zapewne robią to na łóżkach pod prześcieradłami, albo za prześcieradłami rozwieszonymi niekiedy na całej szerokości łóżek. Kiedy pierwszego dnia zrobiłam zdjęcie naszej „plackarty” od strony korytarza, Asia, córka Janusza, skomentowała to tak: „Jezus Maria(Konopnicka)!!! Ten Wasz wagon wygląda jak obóz uchodźców!!!”.

Nie zawsze mamy zasięg internetowy. Wiadomości przychodzą i odchodzą z opóźnieniem. Za oknem brzozy, brzozy i jeszcze raz brzozy. Od czasu do czasu pojawia się na horyzoncie jakieś sioło: biedne  chaty, chatynki kryte eternitem. A potem znowu brzozy, brzozy i jeszcze raz brzozy. Ciągnące się w nieskończoność. Jak w rosyjskim tańcu ludowym Beriozka, w którym za sprawą płynnych, wręcz niezauważalnych kroczków odnosimy wrażenie, że tancerki przemieszczają się bez poruszania stopami i zdają się unosić nad ziemią. Janusz, słysząc, że coś wystukuję na maleńkiej klawiaturze komórki, zszedł z górnej półki i nie tylko ten hipnotyzujący taniec opisuje, ale i próbuje go zademonstrować, gdy tajniacy na chwilę znikają. „Szkoda, że nie masz w plecaku sukni do samej ziemi – wzdycha. – W niej zatańczyłbym to jak należy”. Wolę się nie zaśmiać, żeby go nie zdenerwować. Janusz wdrapuje się z powrotem na swoje legowisko, a ja patrzę w okno i słyszę kompozycję graną na gitarze klasycznej przez Rosjanina Aleksego Tołstycha, nazwaną oczywiście Beriozka. Brzozy, brzozy i jeszcze raz brzozy. Ciągną się w nieskończoność w taneczno-śpiewnym korowodzie aż po sam horyzont, a czasami przekraczają go i znikają gdzieś we wszechświecie.

[12.05, 11:45, Bogna Oh] To musi być piękne – minimum cywilizacji i bezkres natury… Kiedy o tym czytam i oglądam zdjęcia, aż czuję, jak się duszę w tym wielkomiejskim betonie i asfalcie, z którego na pewno nie wyrosną takie śpiewne, roztańczone brzozy jak te na Syberii!

12 maja

NIEWOLNICY KIMA

Dzięki relacji naszej „prowadnicy” (każdy wagon ma swoją „prowadnicę”, opiekunkę) okazało się, że ani „burdelowe” domniemanie Janusza, ani informacja od pani generałowej nie były prawdą. Ci nasi Koreańczycy są po prostu „niewolnikami Kima” (tak się nazywa pracowników wysyłanych na przymusowe kontrakty do Rosji i innych krajów w miarę zaprzyjaźnionych). Ich kontakty z obcokrajowcami są ograniczone do minimum. Cały czas kontrolowani są przez „opiekunów-tajniaków”. Ci nasi wracają z 3-letniego kontraktu z fabryk czekolady w Petersburgu i Moskwie. Praca, praca, praca i odpoczynek we własnym gronie – dlatego po 3-letnim pobycie w Rosji znają tylko pojedyncze słówka rosyjskie. Ale mogli się przynajmniej najeść do syta (bo w Korei Północnej zdarzało się, że ludzie z głodu pożerali się nawzajem). Wypłat nie otrzymywali, tylko niewielkie przydziały papierosów czy kosmetyków. Po powrocie do kraju dostaną jakieś grosze, a reszta zarobków idzie na reżim Kima, przede wszystkim na zbrojenia.

O tych szczegółach powiedziała nam Bogna, córka Janusza, która ma męża Koreańczyka, więc dysponuje znacznie większą wiedzą na ten temat niż my, ponadto studiuje koreanistykę i zna biegle ten język. Pomyślcie, po 3 latach ciężkiej pracy jadą pociągiem przez 153 godziny i 49 minut do Władywostoku w nędznych warunkach sanitarnych – w wagonie 3 klasy z aż 54 miejscami leżącymi (w drugiej klasie jest tych miejsc 36, w pierwszej typu „lux” 16, a typu „vip” tylko 8, choć wagony są tej samej długości!) – w ciasnych toaletach, właściwie sraczach, ulokowanych na przedzie i tyle wagonu, są tylko dwie malutkie umywalki z zimną wodą, cieknącą ledwo, ledwo. Ale Bogna mówi, że w swoich domach też nie mają dostępu do ciepłej wody – żeby się porządnie wykąpać, mauszą pójść do miejskiej łaźni, oczywiście jest to możliwe jedynie w dużych miastach.

My wybraliśmy podróż w takich warunkach, by poznać realia życia zwykłych ludzi w Rosji. Natomiast oni zostali  do tego zmuszeni „w wyniku knowań amerykańskich imperialistów”. Wierzą jednak, że Korea Północna stanie się niedługo rajem na ziemi. Na razie musi im wystarczyć w podróży do ukochanej ojczyzny własny prowiant w postaci wody w 5-litrowych butlach, zupek chińskich w dużych opakowaniach, kiszonej kapusty i papryki w wiaderkach, a na deser mają niełuskane ziarna słonecznika. O tym, że wszyscy śpią w swoich ubraniach, w których chodzą w ciągu dnia od początku podróży, już pisałam. Dziewczęta starają się dokładnie poprzykrywać swoje wdzięki. A z tym Dniem Zwycięstwa w Moskwie
9 maja było tak, że z ich ambasady w Moskwie  wydano im stroje ludowe i nakazano w paradzie uczestniczyć. We Władywostoku wsiądą w samolot i polecą do kraju, który przypomina obóz wojskowy z surową dyscypliną na każdym kroku.

Tu jeszcze mogą się powygłupiać, bo tam zostaną od razu wtłoczeni w tryby reżimowego życia. Można się tylko domyślać, co sobie ci młodzi ludzie myślą po zetknięciu się z Rosją Putina, gdzie jakaś wolność jednak jest. Petersburg czy Moskwa to przecież sztandarowe miasta rosyjskie – z młodymi Rosjanami żyjącymi wśród McDonaldów etc., obwieszonymi zdobyczami najnowszej techniki audiowizualnej. A ci nasi „Koriejcy”, odcinani od wszystkiego, coś jednak musieli z tego widzieć, nawet w tej „plackarcie”, którą podróżuje tylko biedota taka jak my, ale emanująca niesłychaną wolnością osobistą. Po zetknięciu się z bogatszymi krajami Europy Zachodniej doznaliby na pewno ogromnego szoku. W Korei Północnej są ideologicznie indoktrynowani od świtu do nocy. Od kolebki do grobu. Teraz rozumiem, dlaczego wybałuszają gały, widząc, że bez przerwy robię zdjęcia i komunikuję się, z kim chcę, bez zgody naczalstwa.

[Komentarz Janusza opracowany później na podstawie informacji znalezionej w Internecie. Dzięki temu wiele kwestii dla nas niejasnych zostało objaśnionych]

Database Center for North Korean Human Rights w oparciu o rozmowy z pracownikami ustaliła, że 80-90 proc. ich wypłat trafiało do rządu koreańskiego, który nie daje tym ludziom szansy na zobaczenie normalnego świata, tylko szuka dodatkowych środków finansowych dla siebie, a być może – jak obawia się ONZ – dla zainwestowania ich w próby nuklearne.

Pracownikom kontraktowym zostawało więc miesięcznie, po opłaceniu skromnych kosztów utrzymania, około 150-200 dolarów. W Korei Północnej jest to bardzo dużo, dlatego chętnych na wyjazd nie brakuje, dają nawet łapówki za możliwość otrzymania takiej pracy. Po trzech latach te odłożone pieniądze pozwalają na znaczące podniesienie ich statusu ekonomicznego już w Korei. Za podróż w obie strony sami płacą, dlatego starają się ją odbyć możliwie najmniejszym kosztem.

Po powrocie do kraju mogą za zaoszczędzone pieniądze kupić pralkę czy telewizor, albo zainwestować w jakiś własny, mały biznes, bo od kilku lat w Korei Północnej tworzy się strefa kapitalistyczna. To są np. kobiety mające własne stragany. Jest to próba stworzenia klasy średniej, bo na razie Korea ma albo elitę, albo wrogów, ludzi wykluczonych.

Do niedawna pracowali także w Polsce. Ale mimo że mieli legalne papiery, wizę, pozwolenie na pracę – żyli w reżimowej bańce. W wynajętych pokojach nie mieli nawet zdjęć swoich żon, czy dzieci, ale zawsze wisiały zdjęcia Kimów. Tak jak w Korei Północnej, gdzie w każdym domu muszą wisieć dwa portrety Kimów, o określonej wielkości, w określonej ramce. Jeśli sąsiad przyłapie cię na tym, że portret jest zakurzony, to możesz za to trafić do obozu. Portrety są najważniejszym elementem wyposażenia domu. Płonie dom, a ty musisz uratować portrety Kimów. Wtedy jesteś bohaterem.

Pracownicy nigdy nie wychodzili z domu sami, zawsze w parach. Bo tak jak w Korei, tak i na obczyźnie każdy szpieguje każdego. Mieli swoich nadzorców, którzy ich dokładnie obserwowali. Nie rozmawiali też z polskimi pracownikami. Owszem mieli swojego tłumacza, ale to były rozmowy niewykraczające poza proste sprawy zawodowe.

Z rozmów z ludźmi, którzy wynajmowali im domy, oraz z sąsiadami-Polakami wynikało, że ci „niewolnicy Kima” funkcjonowali wyłącznie między domem a pracą. Mieli swojego kucharza, który robił im na miejscu posiłki, na zakupy chodzili do pobliskiego bazaru lub tanich supermarketów.

Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który ma w Korei Północnej swoją ambasadę. Ponadto w latach 50. przyjęliśmy ok.
2 tysięcy sierot z Korei Płn., które mieszkały pod Warszawą i w Lwówku Śląskim. Te sieroty wróciły do siebie pod koniec lat 50., więc dobre relacje z czasów żelaznej kurtyny powodują, że Koreańczycy obdarzają Polaków jakąś dozą zaufania.

Z jednej strony można uznać, że taki wyjazd jest dla tych ludzi jedyną szansą, by zobaczyć normalny świat. Nawet jeśli jeżdżą tylko do pracy, to widzą, ile jest aut na ulicach, ile sklepów, jak ubrani są ludzie. Ale z drugiej strony ten cały proceder odbierania wypłat, brak swobody poruszania się po Polsce, ta cała bańka reżimowa, na którą pozwalaliśmy – to wszystko budziło kontrowersje. Powinno się zapewnić tym ludziom większy komfort pracy i życia, ale rząd polski nie chciał przedtem zadrażnień z nieobliczalnym reżimem Kima, a teraz Koreańczycy
w Polsce pracować już nie mogą, od czasu gdy na Koreę Północną nałożono międzynarodową sankcję w związku z próbami nuklearnymi.

Nasz wagon „plackartowy” i nasza prowadnica – widać, jak przy niej czujemy się maluczcy! Prowadnice spędzają pół życia w podróżach linią transsyberyjską, nie mając często o Syberii najmniejszego pojęcia, jeśli mieszkają przed Uralem, w europejskiej części Rosji…
Plackarta – to jest to! 54 miejsca zawsze wypełnione ludźmi po brzegi. Kiedy wszyscy leżeli na swoich miejscach i szło się tym przejściem po wrzątek na czaj, odsłaniały się po drodze widoki rzeczywiście jak z obozu uchodźców czy obozu pracy przymusowej…
Ta wysunięta stopa Koriejca-„opiekuna” bardzo nas rozśmieszyła. Ten młody człowiek z wysiłkiem właził na swoje wyro, a Janusz, który spał nade mną, nie korzystał z niewygodnych stopni, tylko podciągał się na rękach i hyc był już na górze!
W tle moich stóp Korean-krasawica, ciągle zadumana, jakby zakochana. Pytanie tylko w kim? W jednym z tajniaków-opiekunów? Czy w swoim chłopaku, z którym rozstała się na całe trzy lata, żeby po powrocie kupić np. pralkę do wspólnego mieszkania?
Co tu komentować – po prostu nasza kochana Ala z Briańska!
I te widoki za oknem. Ech, niby i to, i to uchwycone jest w jakimś tańcu, ale popatrzcie, w jakim przygnębiającym tańcu poruszają się te ludzkie budy, a spójrzcie, jak cudownie tańczą beriozki!

BYŁ CAR – NIE MA CARA!

Niedawno temu mijaliśmy  Jekaterynburg i Janusz powiedział: „Tutaj w piwnicy domu kupca Nikołaja Ipatiewa w nocy z 16 na 17 lipca 1918 r. wymordowano na rozkaz Lenina całą rodzinę cara Mikołaja II, bo do tego miasta zbliżał się zbuntowany Korpus Czechosłowacki, który przeszedł na stronę kontrrewolucjonistów (ten Korpus ochraniał potem legendarny skarb admirała Kołczaka, ale opowiem o tym, gdy znajdziemy się nad Bajkałem). To nie była zwykła egzekucja, lecz rzeź dokonana przy pomocy naganów i bagnetów. Trzech księżniczek nie można było zabić strzałami w piersi, ponieważ zaszyte w ubraniach klejnoty chroniły je przed kulami. Strzelano więc w głowę, w szyję, dźgano bagnetem tak długo, aż skonały. Ciała zamordowanych wywieziono ciężarówką, rozebrano ich do naga, ubrania spalono, a zwłoki wrzucono do szybu kopalnianego, tam jedne spalono, a pozostałe oblano kwasem siarkowym. O wykonaniu zadania powiadomiono Lenina i Swierdłowa”.

To w tej piwnicy dokonano na rozkaz Lenina potwornej zbrodni na rodzinie cara Mikołaja II.

Kiedy byliśmy w przedziale u naszej „workuckiej” Ali, ona to wszystko potwierdziła, dodając, że za czasów sowieckich Jekaterynburg przemianowano na Swierłowsk na cześć bolszewickiego przywódcy Jakowa Swierdłowa, tego samego, który oprócz Lenina był bezpośrednio odpowiedzialny za okrutne wymordowanie rodziny carskiej w Jekaterynburgu.

W roku 1991 znowu temu miastu przywrócono pierwotną nazwę od imienia carycy Jekateriny I (Katarzyny I, żony imperatora Piotra I Wielkiego). Ale ogromny rozwój przemysłowy zawdzięcza to małe kiedyś miasto Katarzynie II Wielkiej, u nas postaci złowrogiej, bo to ona była inicjatorem rozbiorów Polski.

Jekaterynburg jest miastem szczególnym, bo leży na granicy Europy i Azji, u wrót Syberii. Pół dnia temu na elektronicznej tablicy informacyjnej na peronie mijanej stacji widniało +20 stopni. Tu jest znacznie chłodniej, TAM może być jeszcze zimniej.

STACJA ISZYM!

Z esemesa do syna: Stanęłam na ziemi iszymskiej. Stałam
i płakałam ze wzruszenia. Po 85 latach od odjazdu mojego, wtedy 9-letniego tatusia, a Twojego dziadka Wiktora, stałam na peronie
w Iszymie, skąd wyjechali do Polski w 1933 roku. Ta droga kolejowa z Iszyma do Moskwy jest jeszcze przede mną. I zapewne odbędę ją – tak jak oni – najgorszą, trzecią klasą, bo na Kolei Transsyberyjskiej nic się przecież od tamtej pory nie zmieniło. Tutaj jest już ciemna noc, moja komórka pokazuje godzinę 22 z minutami, a zegarek na ręku – nasz czas, godzinę 18 z minutami. Ale we mnie te wszystkie czasy, tamten sprzed 85 lat i ten obecny, pomieszały się całkowicie, wskazówki tego zegara wirują jak oszalałe we wszystkich kierunkach naraz. Mówię Ci, Tomeczku, niesamowite przeżycie, nie mogę otrząsnąć się z myśli kłębiących się w mojej głowie. Na szczęście w drodze powrotnej zawitam tu na dłużej, a teraz muszę szybko wrócić do wagonu, bo nasza „prowadnica” podnosi stopień na pięć minut przed odjazdem pociągu. Janusz czeka na mnie na peronie, Ala też. Wiedzieli, że chciałam być sama, kiedy pobiegłam w stronę dworca.

Kiedy o tych swoich emocjach napisałam również do mojej Maryli-zielarki, odpowiedziała: „Wiem, to są emocje trudne do opisania. A pamięć miejsca jest niesamowita. Nic więc dziwnego, że czułaś przed dworcem w Iszymie obecność swego ojca i całej jego syberyjskiej rodziny”. Dzięki Marylce zrozumiałam, co to jest „pamięć miejsca”, bo ja naprawdę czułam ich obecność mimo upływu 85 lat od tamtej chwili, gdy czekali na odjazd pociągu do Moskwy….

POWITANIE SŁOŃCA

U nas już noc, prawie pierwsza. Mimo spartańskich warunków czujemy się świetnie. Na dłuższych postojach (dwa razy dziennie) Janusz robi sprinty na peronie i wykonujemy asany  Surjanamaskar (Powitanie Słońca). Wszyscy się na nas gapią, a tajniacy w swych wyglansowanych butach i spodniach na kant palą papierosy, dyskretnymi ruchami twarzy pokazując kilku dziewczynom, które wyszły zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, żeby zanadto nie oddalały się od wagonu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko