Andrzej Walter – Już dawno się winno… (łeb ukręcić tej kurwie)

0
166

Zaczerpnięte i sparafrazowane
na potrzeby tego tekstu  z wiersza
Toast (zamiast Epilogu)

                                                                                        Andrzej Krzysztof Torbus

                                                  Z najnowszego tomu „Obrachunki osobiste” 2018

   Nic tak nie ekscytuje i nie ożywia rynku muzycznego, jak sytuacja, kiedy pojawia się na nim kolejna płyta uznanego mistrza, a właściwie twórcy już o tyle legendarnego, o ile nadal nas zachwyca swoją dykcją czy brzmieniem. Spijamy wtedy zachłannie z ich ust nowe rytmy, piosenki oraz środki wyrazu, rzecz jasna oczekując zawsze w sposób jednoczesny (i jednoznaczny) tego, co już znamy i od dawien dawna polubiliśmy. Obserwujemy rozwój i ewolucję tych artystów, zaprzyjaźniamy się z nowymi melodiami, wsłuchujemy w obłaskawione przeszłością nowatorstwo tych utworów. Wiemy też podskórnie, że każde współczesne nam „mistrzostwo” zweryfikuje brutalnie i nieodwracalnie znany nam od lat staruszek Czas… Mało kto dziś jednak kwestionuje jeszcze artyzm i głębokie osadzenie w dziedzinie sztuki (w opozycji do muzyki klasycznej) twórczości Johna Lennona, Paula McCartneya, Fisha, Davida Gilmoura czy choćby najbanalniej – Boba Dylana.

   Nie inaczej dzieje się w świecie literatury. To jakby ten sam mechanizm tutaj gra. Każda nowa książka znanego i uznanego już powszechnie autora wzbudza zainteresowanie,ekscytację i silnie podpartą uprzednim doświadczeniem ciekawość, najpiękniej, kiedy popartą nadal utrzymanym wysokim poziomem merytorycznym, treściowym czy wartościowym. Różnicą jest tylko skala, czy też zasięg społecznego odbioru takiego dzieła. Wiadomo – muzyka rozrywkowa przeznaczona jest dla mas, literatura, a zwłaszcza poezja dla elit i to w bardzo zawężonym tego słowa znaczeniu. Po prostu – poezję, jako sztukę najwyższą (bo też i najtrudniejszą w odbiorze) czyta dziś i smakuje tylko elita elit, albo śmiało można suponować, że elita tak zwanych elit. No, zostawmy te elity oraz pseudoelity i wróćmy z entuzjazmem do poezji i nowego,doprawdy świetnego, tomu poezji znanego poety…

   Tak właśnie dzieje się w przypadku Andrzeja Krzysztofa Torbusa, legendy już wręcz, krakowskiego środowiska literackiego, jednego z najlepszych dziś polskich poetów, człowieka: skromnego, wycofanego, wyjątkowo uzdolnionego i wrażliwego,który zaprasza nas do swojego jakże odrębnego wszechświata wierszy wprost spoza współczesności.

   Torbus to poeta bardzo osobny, zatrzymany „w innym czasie”, poeta, rzekłbym „starej daty”, mistrz samostanowienia oraz mistrz podążania własnym literackim szlakiem i takimż też raczy nas dziś tomem, zatytułowanym przewrotnie „Obrachunki osobiste”, które zdają się być takie, jak sugeruje w posłowiu wydawca (czy też wydawczyni – Magdalena Węgrzynowicz-Plichta, Wydawnictwo Signo), bardzo wytrawnym oczyszczeniem szuflad z długo wyczekiwanych przez czytelników skarbów poetycznego, ale iście torbusowego słowa…

   Andrzej Krzysztof Torbus w tomie „Obrachunki osobiste” obnaża nam bardzo jaskrawo głębię swojego rozgoryczenia. Być może jest to też i nasze rozgoryczenie, z jakimś wspólnym mianownikiem postrzegania rzeczywistości… Na szczęście, jak trafnie zauważa Magda w swoim świetnym posłowiu (tym razem w roli krytyka literackiego) poezję tego autora cechuje potężna doza autoironii, co zdecydowanie umila nam odbiór całokształtu prawd i sensów zawartych w tej liryce. Nie ukrywajmy jednak. To liryka bólu, smutku, rozgoryczenia, poczucia klęski, przegrania i wycofania się. Oczywiście – wszystko zależy od odbiorcy.Jeden czytelnik zwróci uwagę na ironię, autoironię, zdrowy dystans, a inny,przeniesie jednak akcent na tę potężną dawkę porażki, której doznaje chyba każdy człowiek, pod koniec życia obłaskawiając nieuchronność. Tutaj dochodzi jeszcze porażka „bycia poetą”. Tego już chyba nikt nie zakwestionuje. W czasach„kiedy nie można być poetą”…  Człowiek, i to też – oczywiście, mniej lub bardziej potrafi oswoić: starość, lęk,przemijanie i jak już podkreśliłem – nieuchronność końca, a nawet znaleźć w tej kolei losu radość, sens i wiele piękna. Ten mechanizm obronny nie jest wcale zły. Nasza psychika dzielnie walczy z przeciwnościami. I tutaj torbusowe strofy są bezcenne. Autoironia i gorycz tworzą miksturę oczyszczającą. Zwłaszcza w poezji i twórczości najwyższych lotów, czerpiącej z całego dziedzictwa przeszłości, z dykcji dziś niemodnej, starodawnej i wyniesionej do lamusa, a jednak na kartach„Obrachunków osobistych” z dykcji żywej, fascynującej i po prostu – naturalnie pięknej.

  Zatrzymać się możemy dosłownie przy każdym wierszu. W każdym z nich coś odnajdziemy, czegoś doświadczymy, coś nas pociągnie, w jakiś nasz prywatny rejon. Dobrze czyta się poezję, która zawsze, wszędzie i w każdym czasie stanowi dialog poety z czytelnikiem, stanowi dla czytelnika inspirację, czy też pomost wymiany własnej wrażliwości, przelanej tu i teraz na papier w postaci poezji napisanej i wyrażonej przez poetę, z wrażliwością czytelnika, którą zapładnia do snucia własnych myśli, doznań, czy wręcz olśnień. Podkreślmy też ową specyficzną mądrość poety, poety będącego ponad rzeczywistością, poza nią i z dala od niej. To sen o wolności podany na tacy lektury. Po to się poezję czyta, dlatego się poezji łaknie, z tego powodu poezji się szuka… I najbanalniejszym pytaniem jest … czy ludzie dziś jeszcze nadal chcą być wolni? Cóż dla nich dziś znaczy – wolność? Czy nie zafałszowali pojęcia, nie zdefraudowali definicji, kontekstów i sensu? Czym jest wolność w dzisiejszym świecie? Poezja, która wiedzie nas do pytań, do myśli i do rozważań – to wielka sprawa. Ważna sprawa. I właśnie dlatego piszę ten tekst. Powinniśmy wyrazić poecie wdzięczność, że nas takim tomem obdarował.

   Torbus jest świadom swojej twórczości. Wie, że chciał nam dać okruszek „balsamu n aduszę”… Andrzej oczywiście skrzętnie potem ukrywa warstwy psychologiczne swojego słowa w arcyciekawej kreacji pejzażowej, sielankowej wręcz, czasami aż sztucznej, jakby żywcem wyjętej z przeszłości. W ten sposób jednak jego poezja dociera do pewnego rodzaju pełni, harmonii i zamyka się w kręgu swojego indywidualizmu, swoistej niepowtarzalności i wyjątkowej formie wyrazu. Najlepsze są dla mnie chyba wiersze mocne, wyraziste, a może po prostu ja takie lubię, to odzwierciedlenie mojego charakteru i resztek mojego usychającego powoli buntu …

   Przeczytajmy „Palę Kraków”.

Motto:

„Ci ludzie, co stoją w Krakowie wysoko,

po większej części są to lalki i manekiny,

które same nic nie umieją,

więc wyrabia się u takich ludzi

naturalnaza zdrość do wszystkich,

którzy coś potrafią.

Ja już mam tych manekinów dosyć.

Manekiny nie przeszkodzą mi w niczym,

ale mogą tylko opóźnić, co chcę…(…)

Czekam cierpliwie.”

Stanisław Wyspiański

Przepraszam Cię Historio,

że żyję i mieszkam

w mieście co się rozsiadło

jak kury na grzędzie.

Co nie daje spokoju,

do którego wracam,

które nigdy nie skłoni się

byle przybłędzie.

Przepraszam Cię Historio,

nie czekam na względy,

wszak miasto tchnie stęchlizną

pomimo herbarzy.

Tu się dziury tradycji

zatyka tradycją,

tu się winy niedoszłe

czapką błazna waży.

Przepraszam Cię Historio,

za tu i za teraz,

za krew nie przelaną,

ognia trumnę ciasną,

za radość, gdy pomyślę,

że najwyżej stracę

pomnik,

który oszpecić

mógłby znów to miasto.

   Jakże mocny to wiersz. I jakże prawdziwy. Przecież zastępuje całe tomy rozpraw napisanych o Krakowie, grodzie królewskim, grodzie uzurpującym sobie miano stolicy Polski, grodzie … jakże jedynym, wyjątkowym, specyficznym. Kraków się kocha i Krakowa się nienawidzi. Od Krakowa nie można się uwolnić. Kraków wchodzi pod skórę i zagnieżdża się na wieki, w zasadzie do śmierci. Kraków jest wielki i zarazem „zapyziały”. Krakowski zakalec – jak mawia mój przyjaciel, artysta malarz, Leszek Walicki – ma się dobrze. W swej szpetocie – zachwyca… Kraków toczy się wolno, swoim rytmem, obcym się nie kłania. Kraków zapiera dech w piersiach i potrafi tak wkurzyć, że się ucieka. Zawsze się jednak wraca i zawsze się doń tęskni, zawsze się … ma go pod skórą, w duszy, w sercu, w nostalgii.Jaki by nie był, jest: domem, kolebką, źródłem… inspiracją.

  Jednakże ów – powyżej przywołany, znakomity wiersz, jest tylko pewną efemerydą twórczości Andrzeja Krzysztofa Torbusa. Jak odnajdziemy w jednej z recenzji Jego twórczości, u Torbusa natrafimy na …

jakzwykle u Torbusa zaskakujące pejzaże. Już przed laty pisano o Torbusie że jest najwybitniejszym pejzażystą we współczesnej poezji. I choć można z tym dyskutować, to jednak jego pejzaże są tak skonstruowane, że chcąc nie chcąc,czujemy w nich nie tylko autentyczny liryzm, ale taki rodzaj refleksji, która nas nie tylko wzrusza, ale i powoduje, że inaczej postrzegamy otaczający nas świat. Przede wszystkim zaczynamy zauważać drobiazgi, których na co dzień nie widzimy. Zwracamy uwagę na słowa, co do których często nie przywiązujemy wagi.Wszystko to za sprawą prostej, choć zaskakującej metaforyki, która trafia do nas nie tylko obrazem, ale zawartymi w niej wartościami, często odwołujących się do naszej tradycji.”

   Tak też mawia zawsze o naszym drogocennym Andrzeju Krzysztofie Torbusie – Andrzej Dębkowski – Redaktor Naczelny Gazety Kulturalnej – to wyjątkowy pejzażysta współczesnej poezji polskiej… (ileż razy to słyszałem – wraz z reakcją niekłamanego zachwytu…) I tak właśnie toczy się ten tom. Tom zatytułowany „Obrachunki osobiste”. I w pewnym momencie jednak poeta podchodzi bardziej dosłownie do tych obrachunków, przeistacza dyskretnie i niezauważalnie lirykę pejzażu, w poezję rozrachunku, w poezję nostalgicznego buntu oraz ukazania, ba, odkrycia nam pewnej prawdy o sobie, a przy okazji prawdy o nas samych, Jego, przypadkowo jakby postawionych na tej cierniowej i jednocześnie radosnej drodze życia druhach – poetach wszelakiej maści i wiary… Tom przeistacza się z najpiękniej tkanej liryki w swoisty manifest…Muszę powiedzieć, że jest to niesamowite. Wręcz szokujące.

   Nie będę Wam zdradzał treści tych wierszy. Jest zabarwiona ogromną dawką goryczy, rzecz jasna, z właściwą sobie dawką autoironii… Powoduje to jednak sytuację wyjątkową. Z tym tomem po prostu nie wypada się nie zapoznać, to tom bardzo ważny, istotny, i zdecydowany, huczny i wyrazisty głos identyfikacyjny we współczesnej polskiej poezji. Głos, którego nie wolno pominąć. Poeta liryki i marzeń oskarża w nim świat i poezję o marnotrawstwo, o gnuśność, o bezdenną głupotę – wreszcie o infantylizm i bezmyślność obecnych pokoleń wobec: sztuki i… wieczności… (być może…wieczności, a być może nawet … czegoś więcej…)

   Poeta oskarża też i poezją samą w sobie. O krzywdę jaką nam wyrządziła rozkochując nas w sobie, o klatkę namiętności w jakiej nas uwięziła wobec świata, o te lata dorodnie zmarnowane i wszystkie te poświęcone dni czy godziny… tyle, że Autor jest przecież człowiekiem mądrym, dumnym i świadomym. Świadomym konsekwencji swych wyborów i decyzji w życiu. Składa jasną deklarację– wybiera poezję. Zamiast blichtru i bogactw, zamiast wszelkich innych dróg i alternatyw. I poprzez ten wybór i manifest czy heroiczną deklarację – pociąga nas za sobą ku nadziei… że poezja jest wieczna i funkcjonuje poza czasem, że nieważne są nazwiska i pomniki, nieważne laurki i laudacje, odznaczenia czy szable, honory albo zasługi … ważna jest sama poezja, słowo, które staje się ciałem – sprawa święta i zasadnicza. Podstawowa.

  Andrzej Krzysztof Torbus nie czyni tego na pokaz, nie robi tego dla sławy, nie pisze tego pod publikę – wyraża coś, co głęboko tkwi w Jego wnętrzu i poprzez to scala ten najwartościowszy, drobny odłam naszego środowiska w postaci twórców, którzy wierzą  choćby w słowa Adama Zagajewskiego:

Tylko w cudzym pięknie

jest pocieszenie, w cudzej

muzyce i w obcych wierszach.

Tylko u innych jest zbawienie,

choćby samotność smakowała jak

opium. Nie są piekłem inni,

jeśli ujrzeć ich rano, kiedy

czyste mają czoło, umyte przez sny.

Dlatego długo myślę jakiego

użyć słowa, on czy ty. Każde on

jest zdradą jakiegoś ty, lecz

za to w cudzym wierszu wiernie

czeka chłodna rozmowa.

   I chłodna nad wyraz rozmowa, to jest chyba właśnie to, co jest nam teraz najbardziej potrzebne. Ostudzenie ideałów, ideologii i namiętności. Wygaszenie sporów, dystans, namysł i refleksja … nad sobą i rzeczywistością – wreszcie nad Poezją… a może i nad Polską, taką cudowną krainą, w której przyszło nam żyć, trwać i … tworzyć.

Andrzej Krzysztof  Torbus – Toast

Poezjo twoje zdrowie,

choć choraś i kulawaś,

choć kiłę masz wrodzoną

i rak ci wnętrze strawia.

I wolisz takich gości

co nie pytają o nic,

bo wieszasz ich i topisz,

nerwicą w mózgu dzwonisz.

Poezjo twoje zdrowie.

Nie śpij! Do ciebie mówię.

Już dawno łeb się winno

ukręcić akiej kurwie.

   A na koniec, kochani Czytelnicy, odchodząc od zbawiennej autoironii powróćmy do pejzażu…  wraz z pierwszymi nitkami babiego lata, albo już nawet smakując wytwornie pierwsze tego roku płatki śniegu…

Poeci

w szare godziny życia

poeci

przechodzą na drugą stronę rzeki

zostają po nich

nie napisane wiersze

i kobiety którym nie zdążyli

wszystkiego wyznać

ich świat

zbudowany z atomów iluzji

rozpada się

wraz z pierwszymi nitkami

babiego lata

   O tak. Nasz świat rozpada się. Jest bowiem i zawsze był, już od pierwszej karkołomnej decyzji „zostania poetą” zbudowany … tylko z atomów iluzji… a współczesny nam świat takich atomów po prostu nie dostrzega i nie ceni.

Andrzej Walter

Andrzej Krzysztof Torbus „Obrachunki osobiste”.

Wydawnictwo SIGNO, Kraków 2018. Drukarnia Towarzystwa Słowaków w Polsce. Stron 72. ISBN 978-83-60874-89-9.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko