Mirosław Śliwa – Nie­sto­sow­ni

0
226

Mirosław Śliwa
 


Nie­sto­sow­ni


Mela MuterLato 1979 roku. Wczo­raj li­sto­nosz przy­niósł mi po­wia­do­mie­nie z uczel­ni, że zda­łem eg­za­mi­ny i zo­sta­łem przy­ję­ty na stu­dia, a Mał­go­rza­ta, trzy lata ode mnie młod­sza, li­ce­alist­ka, za­le­d­wie otrzy­ma­ła pro­mo­cję do II klasy.


Od ty­go­dnia spo­ty­ka­my się i to niby tylko tak; ko­le­ga, ko­le­żan­ka – ko­le­żan­ka, ko­le­ga. Strasz­nie gor­li­we, jed­nak to ko­le­żeń­stwo. Spo­wia­da­my się sobie ro­man­tycz­nie. Ona do mnie:


– Ko­cham Pawła, ale on na mnie w ogóle nie zwra­ca uwagi – Tak mówi, a wga­pia się we mnie jak w mi­lion do­la­rów. Ja do niej:


– Wiesz, jak bra­ku­je mi Iwony? By­li­śmy razem przez dwa lata i zo­sta­wi­ła mnie na mie­siąc przed ma­tu­rą.


– Głu­pia pinda – stwier­dza z prze­ko­na­niem.


– Hm – chrzą­kam, bo nie wiem, co od­po­wie­dzieć na takie dic­tum, a moja dłoń błą­dzi gdzieś w stro­nę dłoni Mał­go­rza­ty.


Głasz­czą się pa­lusz­ki. Jakoś tak same się głasz­czą i sły­szę wy­szep­ta­ne:


– Nie. On jest bez sensu.


– Ona też jest bez sensu.


Sie­dzi­my na murku obok „Mer­ku­re­go”. Jest skwar­ne po­po­łu­dnie. Pi­je­my colę i uśmie­cha­my się do sie­bie. Uśmie­cha­my się do sie­bie, a nasze aury aż się po­że­ra­ją. A my nic, my tylko się uśmie­cha­my.

Wo­ła­ją na nią Kiewe, pytam więc:


– Czemu Kiewe?


Tro­chę się w sobie za­ci­na. Coś jakby wstyd.


– Aaa, to takie in­diań­skie imię.


Spo­glą­dam w jej stro­nę z lekka zdzi­wio­ny. Ach! Co tam jed­nak! Prze­cież to tylko ksyw­ka.


Mał­go­rza­ta jest szczu­płą i dosyć wy­so­ką bru­net­ką. Trud­no po­zo­stać obo­jęt­nym na jej powab. Jest bar­dzo zgrab­na. Orze­cho­we oczy zu­chwa­le lu­stru­ją mi­ja­ją­cych nas ludzi. Chyba tym, z lekka bez­czel­nym wej­rze­niem, znie­chę­ca do sie­bie chło­pa­ków z osie­dla, choć więk­szość z nich zwy­czaj­nie ślini się na jej widok. Ma pro­sty, rzym­ski nos i pełne wargi, a włosy ob­cię­te na „chło­pa­ka” ster­czą na jej ślicz­nej głów­ce we wszyst­kie stro­ny.


Stopy pro­wo­ku­ją parą dziu­ra­wych te­ni­só­wek. Poza tym jej gar­de­ro­ba skła­da się z tro­chę ob­szar­pa­nych i po­wy­cie­ra­nych, ści­śle opi­na­ją­cych smu­kłe uda dżin­sów oraz nie­bie­skiej ko­szul­ki na ra­miącz­kach. Nie ma biu­sto­no­sza. Śred­niej wiel­ko­ści, kształt­ne i jędr­ne, pier­si nęcą aby ich do­tknąć… a gdzie tam do­tknąć; wy­mię­to­sić, ile się da.


I takie to, około pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów świe­żu­siej ko­bie­co­ści, usty­li­zo­wa­nej na bar­dzo drogi, acz skan­ce­ro­wa­ny zna­czek pocz­to­wy, sie­dzi na murku obok mnie i kusi. Opo­wia­da mi o swo­ich wę­drów­kach po Ta­trach, które zdą­ży­ła już scho­dzić wzdłuż i wszerz. Jest za­ko­cha­na w mu­zy­ce The Be­atles. Na swoim ZK 140 ma po­na­gry­wa­ne ich wszyst­kie al­bu­my.


– My­śla­łem, że słu­chasz Pi­stol­sów.


– Lubię mu­zy­kę moich ro­dzi­ców. Znasz „Grosz­ki i róże” Ewy De­mar­czyk?


– Mam jej płytę. Świet­na pie­śniar­ka.           


Co za me­lanż! – myślę. Mło­dzień­cza aro­gan­cja przy­pra­wio­na ro­man­ty­zmem z odro­bi­ną sza­cun­ku dla upodo­bań star­szych. Ta na­dob­na chłop­czy­ca fa­scy­nu­je mnie coraz bar­dziej.


– Mał­go­rza­ta? Nigdy nie mia­łem oka­zji wy­słu­chać w ca­ło­ści „Bia­łe­go al­bu­mu”.


Uśmie­cha się fi­lu­ter­nie.


– Jak bę­dziesz miły, to może za­pro­szę cię do sie­bie.


– Tak? No to chodź­my do mnie. Po­słu­cha­my „Red” King Crim­son.


Tak­su­je mnie tym swoim ło­bu­zer­skim spoj­rze­niem z góry na dół czy może na od­wrót, a potem nagle spusz­cza wzrok.


– Mirek, ale ja nie ro­zu­miem tej mu­zy­ki.


– Nie ro­zu­miesz, bo jej nigdy nie słu­cha­łaś – pe­ro­ru­ję ni­czym bel­fer. Kry­gu­je się tro­chę przed star­szym ko­le­gą (ha, ha, ha, ko­le­gą), ale mimo to szyb­ko się zga­dza:


– Chodź­my.


Dla­cze­goś chcę być z nią jak naj­dłu­żej. Boże! Niech te chwi­le trwa­ją całą wiecz­ność. Le­ni­wie czła­pie­my przez jar dzie­lą­cy „Mer­ku­re­go” i mój blok. Ani słowa je­dy­nie spoj­rze­nia i uśmie­chy. Wspi­na­my się po scho­dach. Potem już tylko ulica, chod­nik, czwar­te pię­tro i bę­dzie­my kom­plet­nie sami. Taki sce­na­riusz się re­ali­zu­je. Wtem…


Jasna cho­le­ra!!! Ale­śmy wy­leź­li. Na ławce przed wej­ściem do klat­ki scho­do­wej sie­dzą sobie: mój przy­ja­ciel Piotr, jego uko­cha­na – Gra­ży­na, i od trzech mie­się­cy skłó­co­na ze mną moja mi­łość – Iwona. Noż by to! Nie mieli się kiedy po­ja­wić! Gruba nie­sto­sow­ność, bar­dzo gruba. Tylko kto bar­dziej nie­sto­sow­ny; my czy oni? W każ­dym razie wszy­scy je­ste­śmy za­sko­cze­ni. Gra­ży­na i Piotr pewno chcie­li do­brze; prze­ko­na­li Iwonę, ale to wszyst­ko wy­szło jakoś nie w porę, zu­peł­nie nie w porę. Tak kon­sta­tu­ję na szyb­ko.           


Piotr, to dosyć krępy blon­dyn śred­nie­go wzro­stu, ubra­ny jak młody Ame­ry­ka­nin, po­nie­waż ma ro­dzi­nę w Za­chod­nich Niem­czech. Gra­ży­na jest ładną bru­net­ką o lekko kę­dzie­rza­wych wło­sach, które fa­la­mi spły­wa­ją na jej de­li­kat­ne ra­mio­na. Wy­róż­nia się ma­nie­ra­mi mło­dej ary­sto­krat­ki, co w PRL–u tro­chę za­dzi­wia. Poza tym jej wy­sma­ko­wa­ne fa­ta­łasz­ki są fran­cu­skie, bo ma ro­dzi­nę we Fran­cji.


Iwona wresz­cie; ślicz­na, drob­na, la­zu­ro­wo­oka blon­dy­necz­ka, o za­dar­tym tro­chę pie­go­wa­tym nosku, sze­ro­ko roz­sta­wio­nych ko­ściach po­licz­ko­wych i ma­łych, ale peł­nych ustach. Nie ma żad­nej ro­dzi­ny za gra­ni­cą, a ubra­na jest w su­kien­kę typu „mała czar­na” (krój Coco Cha­nel) za­dru­ko­wa­ną, no a jakże, ob­li­cza­mi panów: Len­no­na, McCart­ney`a, Har­ri­so­na i Star­ra.


Skąd ona taką świet­ną kiec­kę wy­trza­snę­ła? – zwa­żyw­szy na sy­tu­ację taka zu­peł­nie nie­aku­rat­na myśl roz­bły­ska w mojej mó­zgow­ni­cy.


Stale jed­nak my kon­tra oni; jak w we­ster­nie. Na twa­rzy Mał­go­rza­ty do­strze­gam re­zy­gna­cję. Chcia­łeś Iwon­ki, to ją masz. A ja co? Co ze mną teraz? Opar­ta o ba­rier­kę scho­dów ze spusz­czo­na głową, wy­glą­da bie­dac­two jak pół­to­ra nie­szczę­ścia. A to mi się klę­ska uro­dza­ju przy­tra­fi­ła. Jed­nak nawet próż­ność i tak u mnie mi­zer­na, po­gu­bi­ła się w tym am­ba­ra­sie.


– Idź do niej – wy­smu­ca ci­chut­ko.


Nagle już wiem, co mam zro­bić. – Nie wiem – jak, ale wiem – co.


– Cze­kaj tu na mnie. To nie po­trwa długo. Po­cze­kasz?


Przy­ta­ku­je po­kor­nie. Wy­glą­da jak skrzyw­dzo­ny urwis. Jakaż ona w tym pięk­na. Prze­cho­dzę przez ulicę, aż zdrę­twia­ły od na­pię­cia i har­de­go zde­cy­do­wa­nia. Pod­cho­dzę do troj­ga na ławce. Spo­glą­da­ją na mnie, na nią poza moimi ra­mio­na­mi z jakąś zgro­zą w spoj­rze­niu, a ta zgro­za przy­pra­wio­na jakby nie­sma­kiem i przy­ga­ną. Zu­peł­nie nie wiem, co mam po­wie­dzieć, więc staję przed nimi i – w ocze­ki­wa­niu na dal­szy roz­wój wy­pad­ków, witam się pro­za­icz­nie:


– Cześć.


Ale to „cześć” brzmi jak „precz”. W tym mo­men­cie Iwo­nie zu­peł­nie pusz­cza­ją nerwy, zrywa się z ławki, od­wra­ca ode mnie głowę i za­czy­na biec w stro­nę swo­je­go domu. Opa­lo­ne na złoty brąz nogi ły­ska­ją w pro­mie­niach słoń­ca, a jej ra­mio­na­mi wstrzą­sa… chyba szloch. Gra­ży­na chce biec za nią, ale Piotr ją wstrzy­mu­je:


– Zo­staw.


Są na mnie obu­rze­ni, ale nic nie mówią, a ja, cho­ciaż czuję się idio­tycz­nie, to rad je­stem, że stało się to, co chcia­łem, aby się stało.


– Przy­kro mi – mówię do nich i roz­kła­dam ręce w ge­ście bez­rad­no­ści, na co Piotr, mil­cząc, samą mi­mi­ką wy­ra­ża wobec mnie, de­li­kat­nie mó­wiąc, da­le­ko idącą dez­apro­ba­tę.

Mam już tego dość.


– Prze­pra­szam. Muszę iść.


Robię w tył zwrot i zdą­żam w stro­nę Mał­go­rza­ty. Mocno, bar­dzo mocno chwy­tam ją za rękę i szyb­ko zbie­ga­my po scho­dach. Ona pła­cze i śmie­je się rów­no­cze­śnie, a ja, jesz­cze w roz­trzę­sie­niu, które po­wo­li zsuwa się ze mnie jak stary łach myślę: Nie. Już cię nie wy­pusz­czę.


Zni­ka­my przed spoj­rze­nia­mi moich przy­ja­ciół za za­ło­mem bloku, w któ­rym miesz­ka Mał­go­rza­ta i wpa­da­my w sie­bie jak dwie stud­nie jedna w drugą. My się nie ca­łu­je­my, my się po­chła­nia­my. Jakiś mi­ja­ją­cy nas star­szy męż­czy­zna splu­wa na nasz widok. A niech sobie pluje. Je­ste­śmy nie­sto­sow­ni, ale szczę­śli­wi.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko