Władysław Panasiuk – Trochę dobrze, trochę źle

0
194

Władysław Panasiuk



Trochę dobrze, trochę źle

 

chicago


Ktoś kiedyś zapytał młodego człowieka: kim chciałbyś być? Carem Rosji lub księciem Monaco – odpowiedział bez wahania.  Carem, bo ten nie zna żadnego nazwiska poddanych, księciem Monaco, bo zna wszystkich  mieszkańców. Chicago wprawdzie niczym nie przypomina ani jednego, ani drugiego, ale jest na tyle małe, by znać wszystkich piszących w regionie. Pewnie byłoby to mało prawdopodobne gdyby ta liczba mogła być porównywalną z literatami w Polsce. Czołowych poetów czy prozaików można policzyć na palcach jednej ręki, a tych pomniejszych, którzy zmagają się z tym trudnym rzemiosłem jest trochę więcej.

Każdego miesiąca odbywają się jakieś imprezy, ale są na tyle małe, by trąbić o nich wszem i wobec. Dla przykładu podam kilka: klub zrzeszający  członków danej miejscowości (Mońki czy Zabierzów) organizuje jakąś małą  potańcówkę, z której zysk przekazuje na budowę remizy, czy jakąś doraźną pomoc. Szczytne to dzieło, ale niekoniecznie można je zaliczyć do wydarzenia kulturalnego. Urządzane są pikniki, odpusty parafialne, sylwestry w salach kościelnych. Jakiś kilkuosobowy klub poetycki czyta wiersze w podrzędnej knajpie (do kotleta). Wszystko jest potrzebne i każdy robi to, co potrafi najlepiej. Nie mamy tu polskich kin. Jest jeden teatr, Kopernikowskie centrum (dość przestarzałe), Dom Podhalan. Jest też  muzeum, mnóstwo kościołów gdzie organizuje się jakieś spotkania patriotyczne, ale na większą skalę naszej kultury w Chicago nie widać. Czasami przyjedzie ktoś z Polski: Pietrzak czy Rodowicz, albo jakiś polityk i na tym się kończy. Największa Polonia na świecie ma godzinną i kilkugodzinną telewizję, parę programów radiowych rozmaitej jakości, dwa dzienniki i kilka darmowych broszur, na łamach których wyżywają się różnorodni poeci. Jest kilku dobrych aktorów, którzy usiłują coś wskrzesić, ale nie bardzo mają gdzie rozwinąć swoje skrzydła.  Do wszystkiego potrzebna jest przestrzeń i tutaj akurat jej nie brakuje, jest tylko przestrzeń… Nikt nie chce o tym pisać, by nie być posądzonym o plucie we własne gniazdo, ale jakie to plucie, skoro to prawda. Jak kultura ma się utrzymać na dobrym poziomie skoro nikt nie ruszy kiesą. Amerykanie mówią, że to nie ich sprawa, a nasi milczą jak zaklęci. Nie odwiedza nas ani prezydent, ani premier. Ostatnio zrobił to Wałęsa i bardzo się rozczarował, usłyszał to, czego nikt mu dotychczas nie powiedział. Chicago nie jest zbyt miłe dla komuszków i zdrajców. Nie o tym miałem pisać, ale ta głupia polityka wcina się wszędzie nawet do kultury.


Jest garstka ludzi, którym chce się chcieć; jedni robią z niczego teatr, malarze wystawiają swoje obrazy gdzie się tylko da, a wszystko po to, by nasza kultura całkowicie nie zanikła. Inni z kolei szybciutko stają się Amerykanami do tego stopnia, iż zapominają po kilku latach rodzimego języka. Nie kultywują naszych starych jak świat tradycji, zapominają wszystkiego, co wynieśli z rodzinnego domu. Najgorsze jednak jest to, że ci co nic nie robią mają najwięcej do gadania. Ostatnimi czasy  narobiło się nam krytyków literackich rzucających się  niczym wygłodniałe sępy na uczciwych ludzi. Warto przy tym nadmienić, iż żadnymi asami literackimi nie są. Niektórzy nie mogą strawić, że Zrzeszenie Literatów, które powstało dekadę temu trwa i ma się całkiem dobrze. Nie wszyscy należący do tej organizacji są wytrawnymi poetami, ale w grupie można się wiele nauczyć jak również poszerzyć znajomości.  Bogatym można być na dwa sposoby: mieć dużo kasy, lub mnóstwo przyjaciół. Najlepiej jednak być młodym, pięknym i bogatym, gdyby tak jeszcze mądrym… Poeci wydają nowe tomiki, powstała kolejna antologia „ Zło dobrem zwyciężaj” i wcale nie taka zła jak się o niej mówi. Zwyczajny zbór ludzkich myśli, a te bywają różne. Dobrze, że coś się dzieje, że komuś chce się po ciężkiej pracy zadać jakiś trud. Kilku poetów tworzy samodzielnie. Jesteśmy zapraszani na posiady w cieniu Bartka do Macieja Zarębskiego. Mamy wielu przyjaciół w kraju, których wiersze prezentujemy na naszych spotkaniach. Od jakiegoś czasu współpracuję z magazynem „Radostowa”  i  „Art. Pro Memoria” .                         

                        

Coraz częściej zastanawiam się czy warto coś robić tylko po to, by ktoś ciągle człowieka wytykał palcem. Przez jakiś czas nie pisałem, a to przez wojnę mądrali z Lizakowskim, któremu udało się coś osiągnąć. Największym zaś bólem głowy jego przeciwników są odznaczenia i medale zawieszone na jego klapie. Nie mnie osądzać czy słusznie przyznane.  


Człowiek potrafi się zrazić do ludzi, którzy niby reprezentują kulturę, a tak naprawdę nic wspólnego z nią nie mają. Mało  tego, nie posiadają żadnego obycia.


Przez niespełna trzydzieści lat pobytu w USA poznałem wspaniałych ludzi: aktorów, piosenkarzy, artystów różnej maści i tych zwyczajnych zjadaczy chleba. Prości ludzie znający  życie, doceniający drugiego człowieka. Jak wszędzie są też czarne owce, którym własne pastwisko nie wystarcza, sięgają dalej i dalej. Do wszystkich i o wszystko mają pretensję, a co najdziwniejsze najbardziej cenią siebie i swoje bzdurne dzieła, czytaj wypociny. Mówią, że na emigracji jednym otwierają się serca, drugim zaś scyzoryki w kieszeni. Przyjaciół poznaje się w biedzie, a awanturników w tłumie. Przykro pisać o ludziach kultury w ten sposób, ale jeszcze gorzej to przemilczeć.


Zazdroszczę kolegom piszącym o wydarzeniach kulturalnych z Krakowa, Wrocławia, Poznania. Tam tak wiele się dzieje; w kinie, teatrze, wydawnictwach, a ja cóż napiszę  z pikniku ziemi łomżyńskiej, czy z odpustu w kościele mojego patrona? Nikt nie oczekuje w kraju na występ jakiegoś amerykańskiego śpiewaka w parku milenijnym przy jeziorze. Kogo obchodzi amerykańska młoda kultura. Nikt nie czeka na wiadomość, co jest grane w tutejszych kinach. Polska ma własnych piosenkarzy, aktorów, poetów i krytyków. Tak dużo nas lecz wciąż stanowimy maleńki margines, dodatek do amerykańskiej kuchni. Nastały trudne czasy, nie możemy się dogadać sami ze sobą, to widać wszędzie. Polacy sami wyzbyli się majątku narodowego skazując młodych na poszukiwanie chleba. Zachodni wcale nie jest smaczniejszy od naszego. Tu wszystko inaczej smakuje. Często ambicja nie pozwala nam wracać, to nie jest już ta Ameryka choć wciąż w sklepach można kupić miód i mleko. Jesteśmy rozdarci na dwa kraje i może dlatego tak ze sobą walczymy. Niezaspokojone (chore) ambicje potrafią się wlec za człowiekiem przez całe życie. Niewielu emigrantom udało się osiągnąć sukces. Większość musi się zadowolić tym, co dostanie. Jesteśmy ogólnie przemęczeni wszystkim, co dzieje się nad Wisłą i tutaj. Najważniejsza jest nadzieja i wiara.

 

Władysław Panasiuk


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko