Z lotu Marka Jastrzębia – Jadą goście, jadą!

0
217

Z lotu Marka Jastrzębia


czasem trzeba przejść przez absurdy, aby zbliżyć się do sensu.

Piotr Wojciechowski




Jadą goście, jadą!


jastrzab-marekPoprzedni artykulik zakończyłem zdaniem: trzęsę się na myśl że mam wyjść na ulicę, gdzie ci sami ludzie, którzy tak masowo piszą wiersze lub prozę, ludzie, których nigdy przedtem nie widziałem na oczy, chcą mnie powiesić na suchej gałęzi, zdjąć gacie, strzelić fotę i w ramach ubawu wetknąć w Internet.


Wszelako tuż po jego napisaniu postanowiłem kontynuować ledwo muśnięty wątek o naszej zakłamanej szlachetności. Rozwinąć go nieco i prawdopodobnie narazić się na opinię warchoła, czepialskiego, furiata i kogo tam jeszcze.


A skłonił mnie do pociągnięcia wątku zeszłotygodniowy artykuł Piotra Wojciechowskiego. Przyznam się do pewnej słabości: nic na to nie poradzę, ale taki mam pokrzywiony charakter, że wolę czytać teksty mądre, niż głupie i dlatego, skoro tylko pojawia się nowy numer naszego pisma, lekturę zaczynam  od jego felietonu.


Tym razem zajął się naszą obłudą w traktowaniu handlarzy bronią. Lecz kiedy mówię NASZĄ, to nie przytyk do Polaków. Nie pochlebiajmy sobie, że mamy pierwszeństwo we wszystkich wadach tego świata; w niektórych wleczemy się wolniej niż powoli! W tej materii przodują inne niedorozwinięte kraje, na przykład Amerykanie, których darzymy nieodwzajemnioną, natrętną i wazeliniarską  miłością.


Mógłbym dodać jeszcze następne inne, ale że nie cierpię posądzania o ksenofobię, uprawianie politykierstwa lub babralstwo w spiskowych teoryjkach, posłużę się językiem ezopowej dyplomacji:  biadoleniem, niejasnością, aksamitną aluzyjką.


Nie twierdzę zatem, przypuszczam jeno, że jak my wieszamy się u amerykańskich klamek i prowadzimy z nimi jednostronny dialog, tak i oni mają swój klęcznik.  Imaginuję więc sobie, że klęcznik ów nosi nazwę lobby zbrojeniowe.


Interes firm, którym zależy na wojenkach, destabilizacji, wprowadzeniu chaosu, zamieszek i sprzedaży broni obojętnie komu (już nie poszczególnym krajom, ale całym regionom), wymaga pomagiera i armia amerykańska doskonale wypełnia to zadanie: dostaje rozkaz i wkracza tam, gdzie nikt jej nie chce.


Zresztą lobbyści wiodą prym nie tylko w rozprzestrzenianiu broni, ale przede wszystkim w szkoleniu kadr przyszłych terrorystów, swoich przyszłych nabywców.  A podwykonawca owych lobbystów, czyli armia USA, poprzez siłowe i brutalne narzucanie obcym państwom swojego modelu demokracji, doprowadza do zamieszek. Wszędy tam, gdzie przybywa z kagankiem oświaty, szerzy opór miejscowej ludności, destabilizuje, prowokuje do zbrojnego sprzeciwu i zrzucania jarzma tak pojmowanej wolności, a potem… odchodzi pozostawiając po sobie zgliszcza i konflikty w wykonaniu lokalnych fermenciarzy.


Jednak by wkroczenia na teren obcego państwa nie uznano za atak i by nie podniósł się międzynarodowy wrzask, potrzeba najazd taki uzasadnić. Do uzasadnienia inwazji wystarczy pretekst, uprawdopodobniona fikcja, ociupinka podejrzeń o to, że są autentyczne fakty, dowody, prześwietlone zdjęcia satelitarne, jakoby cosik gdziesik cuchnie chemiczną lub biologiczną bronią, albo że w państwie tym brakuje humanitarnych nawyków.  Wymówka, to dobra rzecz, zaraz jednak rodzi się pytanie: jakim prawem wciska im się demokrację?


Owszem, można ją narzucić i skłonić do jej przestrzegania, lecz będzie to zwycięstwo pyrrusowe, lipne i nienaturalnie powierzchowne, bowiem nie płynące z wewnętrznego przekonania, ale wymuszone; chwilowy tryumf, podobny do nietrwałej, połowicznej i naskórkowej demokracji Szacha w Iranie. Demokracji narzucanej gdziekolwiek w państwach islamskich.


Tak czy owak chodzi panu Wojciechowskiemu o sprzedaż broni: państwowa jest legalna, niepaństwowa jest ukrywana w niedopowiedzeniach, szczelnie zamaskowana przed zewnętrznym światem, taka jakaś be i zdecydowanie fuj; zamiast przerwać zmowę milczenia i powiedzieć otwartym tekstem, że tak jedna jak druga jest zła, traktuje się każdą z nich różnie.


Okazuje się, że mamy nowy, jurystyczny termin: legalny gwałt. Głosi się, że są zbrodnie dopuszczalne, wytłumaczalne, popełniane w majestacie prawa oraz ludobójstwa sprzeczne z prawem, podczas gdy WSZYSTKICH handlujących urządzeniami do zabijania należałoby przegnać i potępić. W miejsce tego opowiada się dyrdymały o dobrym i złym pozbawianiu życia; zamiast powiedzieć, że jakakolwiek wojna jest idiotyzmem, prawi się głodne kawałki o wojnach obronnych, wszczynanych ze szlachetnych pobudek, a wiec sprawiedliwych i tych agresywnych, czyli sprawiedliwych na odwyrtkę; zamiast definitywnie rozprawić się z bronią i rzec, że mord w słusznej, czy niesłusznej sprawie jest rozwiązaniem niegodnym dzisiejszego świata, plecie się duby smalone o obronie koniecznej; przecież gdyby nie było czym przeprowadzić ataku, nie byłoby przed czym się bronić!


Nie byłoby też wysokiej fali uchodźców. Doigraliśmy się rewizyty, odpowiedzi na europejską butę, reakcji na manifestacyjne demonstrowanie swojej przewagi nad kolorowymi. Mamy teraz odwiedziny zagubionych, oszalałych z przerażenia, zdecydowanych bodaj utonąć, niżli żyć w upodleniu; doczekaliśmy się specyficznej, demograficznej zemsty za ofiarowany podarunek: lata wojen religijnych i agresywnej pogardy. Naprzód, jako europejscy najeźdźcy podbijaliśmy, grabiliśmy krzewiąc ogniem i mieczem własną religię: chrześcijaństwo.


Swobodnie, z pieśnią na fanatycznych ustach wkraczaliśmy na obce tereny kolonizowanej Afryki, gdzie jest wiele plemion i zwalczających się klanów,  a w każdym z nich inna religia i bogowie, inny język, obca mentalność czy obyczajowa kultura, inne też są ich hierarchie wartości, stosunek do pracy i wypoczynku, odmienne odczuwanie czasu, model rodziny, tradycja, kult przodków, inne podejście do historii, wierzeń i nawyków, których my nigdy nie rozumiemy, tak jak oni nigdy zasad nie pojmą naszej demokracji.


II


Leżąc na piasku w Ustce czy na Helu, wyobrażam sobie, że się znajduję w Tunezji, w bezpośrednim sąsiedztwie strzelaniny. Ze szklaneczką gazowanej wody morskiej z lodem i parasolką imitującą luksus, medytuję o nadchodzących wiadomościach z terrorystycznego frontu i zastanawiam się, kiedy dotrą do nas fale tego barbarzyństwa.


Mogłem tam być, ale przeczucie, wewnętrzny brzęczyk, ostrzeżenie zadziałało i nie pojechałem. Dzięki temu zaoszczędziłem sobie widoku zniewieściałych mężczyzn, którzy miast gremialnie rzucić się i obezwładnić fiksata, skuleni za plażowymi koszami, bezwolnie i trwożliwie kibicowali nieszczęściu traktując całe to wydarzenie jako nadprogramowy dodatek do turystycznych atrakcji; odważni jak Papkin, z bezpiecznej oddali, kręcili komórkowe filmiki robiąc migawkowe sprawozdania z tragedii.


Jestem nad Bałtykiem, gdzie jeszcze nie latają kule, tylko szczekające zęby. Mam ponure myśli, albowiem ujmując rzecz praktycznie, wkrótce nie będzie miejsca na ziemi, dokąd można by spylić. Do czasu możemy deliberować, barłożyć od rzeczy i czapy, teoretyzować sobie, a muzom, lecz niezadługo nadejdzie dzień, gdy nie wystarczy leżeć na dowolnie wybranym boku, pod gruszą lub wśród cienistych palm i spadających kokosów, pod baldachimami liści palmowych jakiegokolwiek kurortu, gdy nie wystarczy zapaść w sielankowy sen o waleczności.


*


A tam? Turyści zaopatrzeni w głodną ciekawość egzotycznych widoków, globtroterzy o klimatyzowanych i bezołowiowych podglądach, przyzwyczajeni do uniżonej obsługi, do rewerencyjnego skakania wokół nich, do zapobiegliwej i wyprzedzającej troski o ich usposobienie, przybywają z Europy, a hotelowy personel dwoi się i troi, by co szybciej odgadywać ich życzenia. Wtedy Anglik, Niemiec lub Francuz czują się znowu panami tego świata, przedstawicielami bladaczkowej rasy, klientami z wyższych sfer powracającymi na stare wysypisko. Lecz ten świat już ich nie chce chcieć! Nie chce ich wielkopańskich manier, nonszalancji i protekcjonalnej pobłażliwości. A zwłaszcza ich rad, uwag, wdzierania się ze wskazówkami, jak żyć; toleruje ich ledwie, bo są częścią biznesu.


Patrząc z pozycji czubka swojego nosa, nie oglądając się na konsekwencje, w ślad za przegonieniem białego człowieka z kolonii, razem z nadaniem im statusu niepodległych państw, zostawiliśmy po sobie gospodarkę zrujnowaną, brak infrastruktury i kierowniczych kadr zdolnych kierować samodzielnymi krajami. W odwecie za wypieprzenie nas (białych) ze złotego interesu wprowadziliśmy rabunek, chaos i korupcję do ich gospodarek i zamiast grzecznego pa-pa powiedzieliśmy mściwe zyg-zyg, czyli, chcieliście niepodległości, to rządźcie się sami.


 Teraz Amerykanie zaprowadzają swój nieporządek. Przedtem byli na ich widelcu Indianie, Murzyni, potem dołączyli Anglicy, którzy dobrali się do skóry Aborygenom, teraz zakładamy im rezerwaty i skanseny.


Liberalni łaskawcy rozdający małe napiwki zamiast dużych uśmiechów,  zaglądają w każdy kąt, dziurę i zakamarek utraconej przeszłości.  Wścibskim wzrokiem omiatają swoje przefiukane włości, a kiedy zdarzy się tunezyjski koszmar, są bezradni, uwikłani w pat, bo co mają zrobić, jak postąpić, skoro uchodźców jest przeszło więcej, a chętnych do ich przyjęcia – przeszło mniej?


Co nie dziwi, bo Europa trzęsie porciętami przed ugaszczaniem islamistów. Być może znajdują się wśród uciekinierskiej braci jednostki o cnotliwych intencjach i nie są te jednostki wrogo nastawione do naszej cywilizacji, ale działają jak magnes: przyciągają terrorystyczne opiłki; Europa obawia się, że ich tropem przylezie fanatyczna szarańcza zwolenników Islamskiego Państwa. I słusznie się obawia, bo to ugrupowanie jest coraz większe.


III


Minęliśmy się z ideałami, bo czystą hipokryzją jest bajdurzenie o równości, o jednakich szansach, o braku segregacji społecznej.  Asfalt i żółtek, żydek lub arabus, nadal są to określenia używane raz po raz. Tak nieprzyzwoicie często, że nieomal co rusz. Lecz używane są nader nieoficjalnie, bo na dzień dzisiejszy obowiązuje tolerancyjne podejście do tematu rasizm. Hipotetycznie mówiąc, obowiązuje słownictwo poprawnościowe, eufemistyczne; nie mówi się żydek, mosiek czy parch, ale starozakonny.


Czarnuch, bambus czy smoluch odpadają. Nawet  Murzyn jest, w myśl rozporządzeń, słowem z lekka niedopuszczalnym. Jednak czy to ważne, jak ich nazwiemy? Rzecz w intonacji głosu, w podtekstach, w uczuciu towarzyszącym epitetowi.


Sami zapracowaliśmy na krwawą, niemal zwierzęcą nienawiść ludzi postawionych pod ścianą, przypartych do muru i obrabowanych ze wszystkiego. Ekonomicznie, moralnie zepchniętych na margines. Spotykamy się z tubylczą inwazją  ludzi doprowadzonych do wściekłości, działających na oślep, uciekających przed urzynaniem głów.


Ps.


Tak mi się napisało i już byłem wstępnie zadowolony ze swojego tekstu, ale po przemyśleniu sprawy, wyskoczył mi z dekla wniosek, że  jest on tak samo zakłamany, jak to, z czym walczę; nie da się przecież nawrócić piranii na wegetarianizm, a przemowy, apele czy prośby o rozbrojenie są utopijne i tak samo efektywne, jak stanowcze rozporządzenie o natychmiastowym zakazie bycia durniem. Naiwne, absurdalne, sprzeczne z naturą.


Światem rządzi pieniądz i jemu podporządkowany jest człowiek. A człowiek już od  początków istnienia na Ziemi miał w sobie zadatki na zwycięskiego rębajłę; kiedy  w drodze ewolucji zleciał z drzewa i przybrał pionową pozycję, jego pierwszym zadaniem było wystruganie maczugi lub dzidy, ustrojstw zezwalających mu zapanować nad facetem bez gromowładnego patyka. Kiereszowanie pozostałymi nabrało cech wielkiej przyjemności, tak iż do dziś męczy go przeświadczenie o swojej lepszości nad resztą. Reszta jednak uważała, że gdy wystruga sobie DWIE dzidy i trzy lagi, a na dodatek doposaży się w procę, nastąpi radosny koniec faceta z jedną mizerotą.


I weszło im to w krew. Jak który szarpnął się na nową, zaraz powstawała świeżusia, dostosowana do szybszego zabijania. Tak to poszło: co wstrętniejszego wykoncypowano, na gwałt rozkręcała się produkcja orężnych ripost. Aż któregoś dnia dzielny naród chińskich uczonych wynalazł proch. Inny naród bystrzaków zafundował ludziom atomową, neutronową i wodorową bombkę, istne cacuszko do szachowania bliźnich, a potem nastąpiła zbrojeniowa spiralka, czyli banalna gonitwa za posuwaniem się ku zagładzie.


Ps. 2


Nikt nie zaprzeczy, że afrykańskim, australijskim czy amerykańskim autochtonom pozwalamy istnieć. Co prawda na cywilizacyjnych zadupiach, z dala od dobrobytu, w ekskluzywnych slumsach i kartonowych wieżowcach, ale zawsze gdzieś. Nikt nie zaprzeczy, że są w sytuacji bezwyjściowej, nikt też jednak nie szarpnie się na udzielenie sensownej odpowiedzi na zagwozdkę: co począć? Jest więc pragmatyczne omijanie, kluczenie, unikanie tematu uchodźcy metodą zastrachanego strusia, jest więc spychanie tego gordyjskiego problemu na barki jakichś nieokreślonych innych, a wszystkie nasze  krasomówcze wysiłki sprowadzają się do powiedzenia:  a niech sobie żyją, łachudry zbolałe! Byleby nie naprzykrzali się białemu człowiekowi, pozwolili mu wielbić swoją krótkowzroczność, nie włazili mu w szkodę, by zostali tam, gdzie są, howgh.



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko