Krystyna Tylkowska – Taki im się snuje dramat….

0
238

Krystyna Tylkowska



Taki im  się snuje dramat….


(o Weselu Teatru Malabar Hotel w reżyserii Magdaleny Czajkowskiej i Marcina Bartnikowskiego)

 

 Wesele należy do tych dzieł naszej rodzimej literatury, które tworzą świadomość zbiorową wielu pokoleń Polaków. Podobno nawet mówimy Weselem, cytujemy ów utwór, nie wiedząc o tym. A jednak- czy tak będzie dalej? Czy coraz młodsi ludzie odnajdą się w tym dramacie? Dostrzegą jego siłę, urok, ale też ponadczasowość, aktualność?

 Sądzę, że po takich realizacjach, jak ta, pokazana na Scenie Przodownik przez Teatr Malabar Hotel na pewno tak. Inscenizacja łączy w sobie tradycję i nowoczesność. Tym samym krąg jej odbiorców jest bardzo szeroki. Wielce usatysfakcjonowani będą zarówno tradycyjni, nie znoszący udziwnień czytelnicy, dla których Wyspiański to świętość, jak i ludzie wzbraniający się przed poznawaniem „lekturowych cegieł”, twierdzący, iż dzieła te są reliktem przeszłości i ich nie dotyczą. Przedstawienie rzuca wyzwanie  obu tym skrajnym rodzajom widzów.

  Wbrew pozorom modelowym odbiorcą wydaje się widz znający na wyrywki dramat i jego interpretacje. Przy takim założeniu twórcy spektaklu mogą potraktować utwór jak mit, do którego się odwołują, który odczytują na nowo. 

  Przedstawienie bardzo dalekie jest od Boyowskiej Plotki o Weselu. Bohaterowie wprawdzie odwołują się w jakiś sposób do swoich pierwowzorów, jednak inaczej, niż zostało to przez lata przyjęte.

  Wskazuje już na to pierwsza scena, w dramacie przecież jedna z ostatnich, prowadząca do finału. Oto zrozpaczony Jasiek (Mateusz Trzmiel)  zgubił złoty róg i nie potrafi obudzić z letargu gości weselnych. Scena jednak jest pusta, bohater natomiast nie kieruje swych bezradnych błagań, zaklęć w pustą przestrzeń, tylko w stronę publiczności. To ona ma się obudzić, otrząsnąć. Być może dzisiaj letargiem jest przywiązanie do stereotypów, wyuczonych dogmatów interpretacyjnych, a Jasiek namawia do świeżego spojrzenia na to, co pozornie  znane, oswojone. Widzowie zostają zaproszeni na rodzaj greckiej uczty duchowo- intelektualnej, podczas której będą współtwórcami. Nie chodzi jednak o to, by głośno podejmowali dialog, ważne, żeby w aktywny sposób zrewidowali swoją pamięć, poglądy, a w niektórych przypadkach uprzedzenia. Wówczas spektakl okaże się odnalezionym złotym rogiem.  A ma ku temu wszelkie dane.     

  Rozpoczyna Jasiek- prosto, naiwnie, bezpośrednio, jednakże spiritus movens całego przedsięwzięcia wydaje się być Poeta (Marcin Bartnikowski). Jest on tyleż sprawcą, animatorem wszystkich kolejnych wydarzeń w spektaklu, co ich uczestnikiem. Ciekawe zresztą, iż pozostali aktorzy grają po kilka postaci, Marcin Bartnikowski natomiast tylko Poetę, co być może podkreśla ważność tego bohatera w malabarskiej inscenizacji. Poza tym to chyba nie zbieg okoliczności, że odtwórca Poety jest też jednym z reżyserów spektaklu, Poeta ów pojawia się więc na scenie trochę jak Tadeusz Kantor w swoich przedstawieniach- sprawca i obserwator.  Jednakże w odróżnieniu od Kantora, Poeta nie tylko przywołuje, inscenizuje, a potem obserwuje obrazy, ale też bardzo angażuje się w akcję, uczestniczy w niej.

 Już na samym początku, gdy za jego sprawą postaci działające na scenie przygotowują się do osobliwego koncertu, nie obserwuje swej dziwnej orkiestry, ale zasiada w niej. A orkiestra zaiste jest bardzo specyficzna- brak jej instrumentów, nut, jednak przed każdym z aktorów stoi pusty stelaż na nuty. W tej atmosferze płynnie, rytmicznie i bardzo muzycznie właśnie brzmi fraza Wyspiańskiego. Fragment Akropolis. Posągi budzą się, ożywają. A może zaczynają żyć własnym życiem bohaterowie Wesela zostawieni, zapomniani gdzieś za kulisami.

 Scena bowiem zdaje się być taką właśnie zakulisową przestrzenią. Za aktorami widać kotarę, która nieszczelnie kryje to, co dzieje się niby na planie głównym- tańce, zabawy, sprawiające wrażenie nieprzerwanych które widzowie podglądają przez niewielki otwór w kurtynie. Z boku natomiast znajduje się „sala biesiadna, ” wyczarowana z kilku różnych stołków. Siadający tam goście udają, iż nie mają świadomości, że kotara ich nie zasłania. Ich gra fantastycznie dopełnia atmosferę zabawy, wesela, które odbywa się gdzieś blisko, tuż tuż.

  Aktorzy zmieniają się, przepoczwarzają w coraz to nowych bohaterów niemal na oczach widzów. Czasem wystarczy niewielki rekwizyt- inaczej upięta kokarda, jabłko, skrzynia, chustka, lornetka, pęk wstążek w dłoni- aby stać się inną postacią, zyskać nową tożsamość. Rekwizyty zdają się stwarzać bohaterów, być punktem wyjścia. Jak gdyby z tego, jak ktoś posługuje się danym przedmiotem budowano jego cały  spójny charakter. Niby sztuczka znana i stosowana często na scenie, jednak w tym spektaklu to za każdym razem perełka. Efekt zawsze piorunujący, bardziej przekonujący, niźli najlepsza charakteryzacja.  Różnorodność, czasem skrajność postaci odgrywanych przez jednego twórcę zaskakuje, ale przede wszystkim udowadnia za każdym razem skalę talentu. Dla przykładu Marcin Bikowski jest Panem Młodym, Czepcem i Nosem, Katarzyna Grajlich Rachelą i Zosią, Małgorzata Krawczenko gra Radczynię, Kaśkę i Czepcową, a Mateusz Trzmiel wciela się nie tylko w Jaśka, ale też w Dziennikarza.

  Fraza Wyspiańskiego przez długi czas płynie ze sceny wartko, wesoło, wzbudzając liczne śmiechy na widowni. Wynika to tyleż z samego tekstu (być może dla niektórych widzów nowego, za to dla wielu na pewno odkrywanego na nowo), ile z ciekawych interpretacji aktorskich.

 Pierwsze chwilowe załamanie nastroju, jakby sięgnięcie w głąb  duszy mamy w przypadku Pana Młodego. Na chwilę zrzuca on maskę beztroski i szczęścia, w półmroku, pozbawionym odgłosów wesela przestaje wierszem Wyspiańskiego sławić życie na wsi i wyznawać miłość swej Jagusi.  Snuje cichą refleksję słowami listu Lucjana Rydla do Elizy Orzeszkowej. To taka zapowiedź, że wkrótce widzowie zobaczą i usłyszą „co się komu w duszy gra”.

  Niedługo potem Poeta staje się Konradem z Wyzwolenia, egzaltowana i przerysowana Rachela natomiast Muzą, pomagającą mu stworzyć scenę narodową.

  Właściwie nie do końca rozumiemy motywy Poety ze spektaklu. Trudno powiedzieć, czy ma on jakiś ukryty cel, który każe mu wpływać na bieg wydarzeń, czy po prostu chce zaprezentować swoją koncepcję sztuki. Jakby nie było spektakl kończy się zaprezentowaniem dwóch różnych poglądów na twórczość, na rolę i posłannictwo sztuki. Wyrazicielem jednego z nich jest właśnie Poeta, drugiego Pan Młody. To widz musi zdecydować, który pogląd jest mu bliższy. Tak, czy inaczej Poeta jest postacią niezmiernie zagadkową, najbardziej złożoną. Bywa wielkim twórcą, wizjonerem, mającym wpływ na wszystko, co się stanie, ale również fircykiem, beztroskim lwem salonowym. Tyleż jest outsiderem, co nierozerwalną częścią wspólnoty weselnej.

 Bardzo zastanawia fragment spektaklu, w którym stojąc po obu stronach sceny i jakoś ponad rozbawionym tłumem Poeta i nieźle podchmielona Rachela (Muza?) wymieniają spojrzenia. Ona trzymając zgubiony przez Jaśka złoty róg, uwodzi go, prowokuje. On stara się być grzeczny, ale  trochę ucieka przed jej obecnością. Widoczny jest oczywiście erotyczny kontekst tej sceny, ale przecież nie tylko. Nasuwają się pytania- czy Poeta przyzwala na klęskę (może w jakiś sposób jest jej sprawcą), czy  też zgubienie złotego rogu nie jest równoznaczne z klęską, zastojem i chocholim tańcem.

  Ciekawie pokazany jest w spektaklu akt drugi dramatu Wyspiańskiego. Najpierw Chochoł, którego Panna Młoda (Natalia Sakowicz) próbuje wygonić słowami Isi. Kwestie  Chochoła wypowiada ta sama aktorka, podnosząc do góry swoje włosy. To kolejny majstersztyk aktorski. Wydaje się, iż Chochoł to jakaś mroczna, nieakceptowana strona tej młodej, uroczej kobiety. Walcząc z nią Panna Młoda jest bezradna, niby mała dziewczynka. I ciągle jeszcze nie jest gotowa, by oswoić, zrozumieć  ciemną, chocholą stronę swej osobowości.         

  Wizja Marysi (Magdalena Czajkowska) zaczyna się od flirtu, niezobowiązującego przekomarzania się z męska częścią biesiadników. Kiedy jednak dziewczyna wkłada korale, być może będące pamiątką, w każdym mężczyźnie widzi swojego dawnego narzeczonego.

  A pozostali bohaterowie? Ich spotkania z marzeniem, z drugą stroną siebie przypominają trochę to które jest udziałem Panny Młodej – Chochoła. Poeta na to spotkanie bierze końskie siodło, Dziennikarz kolorowego, blaszanego bączka, Pan Młody zwój wstążek. Upiór nie pojawia się. O wizycie Wernyhory wiemy jedynie z relacji Gospodarza (Bartosz Budny), który właśnie obudził się ze snu.

 Wracając do Poety, Dziennikarza i Pana Młodego ich dialogi z gośćmi z zaświatów słyszymy niby echo w interpretacji Zosi, Gospodyni i Kasi. Czy to żeńskie odpowiedniki, sobowtóry tych bohaterów, czy też ich problemy, zmagania z losem i ze sobą są tożsame z tymi, które przeżywają bohaterki? Czy na pewno bohaterki? Olbrzymka, królująca nad maleńką izbą, kołysząca nogą kołyskę dla lalek, kobieta, wyrzucająca rytmicznie ziemię ze szkatułki, czy mechanicznie tańcząca ze wstążką dziewczyna to raczej alegorie pewnych stanów, uczuć, których bohaterowie nie potrafią udźwignąć.

 Wszyscy goście weselni zmieniają się w jedną, wielogłową całość, powtarzającą w rytmicznym tańcu pewne gesty (te towarzyszące wcześniej spotkaniu ze zjawami, a raczej w tym spektaklu ze sobą), niby rodzaj natręctw. W pewnym momencie od całości odłącza się kobieta, która bierze na siebie ciężary innych. Bohaterowie kolejno, nie przestając tańczyć, wręczają jej swoje rekwizyty, co ona dzielnie, chociaż z trudem znosi. Kim jest? Dobrowolną altruistką, czy przypadkową ofiarą? Człowiekiem, czy kolejną alegorią?

   Taki oto snuje się dramat twórcom spektaklu. Tyleż w duchu Wyspiańskiego, co uniwersalny, nam współczesny. I jak skutecznie przekonują nas artyści Teatru Malabar Hotel, również nasz własny.




Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko