Albert Walczak – W pocie czoła

0
276

Albert Walczak


W pocie czoła

 

Pieter Bruegel            Współczesny czytelnik, w przeciwieństwie do swojego poprzednika sprzed lat, nie ma problemu ze zdobyciem książki. Empiki, Matrasy i setki innych mniejszych księgarni zachęcają bogatą ofertą literatury pięknej. W ostatnich latach beletrystyka z powodzeniem zawitała także do kiosków, gdzie w towarzystwie czasopism czeka na odbiorcę, który szukaniezobowiązującej lektury na kilkugodzinną podróż pociągiem. Kolejna literacka przystań to sklepy internetowe; o ich ofercie nie trzeba nikogo przekonywać. Atrakcyjne promocje, łatwy dostęp do niskonakładowych tytułów i, co pewnie najważniejsze dla nie przepadających za świeżym powietrzem moli książkowych –nie trzeba wychodzić po tytuły z domu. Innymi słowy: książki, wszędzie książki. Pytanie nasuwa się samo: czy nie za dużo tego dobrego?

            Wydaje się, że dzisiaj powieść może wydać każdy. Jak informuje instytutksiazki.pl w Polsce aktywnych jest ok. 2000-2500 (!) wydawnictw. Co prawda prym wiedzie ok. 300 z nich, a zdecydowana większość przypomina o sobie bardzo rzadko, niemniej, kto chce zaistnieć jako pisarz – nie powinien mieć z tym problemów.

            O jakości tej literatury można powiedzieć jednak bardzo dużo (wiadomo: ilość nigdy nie idzie w parze z jakością). Głos zabrał Waldemar Łysiak w swojej najnowszej książce o wymownym tytule Karawan(a) literatury: Walec popkultury zepchnął prawdziwą literaturę ku czyśćcowi hermetyzmu, promując pseudoliteracką tandetę/szmirę […]. Dla poparcia tezy przytacza ostre słowa francuskiego pisarza Richarda Milleta z 2007 roku: Tylko jesienią wydano we Francji 727 powieści. To rekord. Pisarzem zostaje byle kto, zaniknęła hierarchia dobrych i złych pisarzy, więc to, co się ukazuje, nie ma już żadnych walorów. Dominuje nędzny kryminał, pierdoły á la Harry Potter, jakieś gówno dla kobiet, udające powieści. Tak to z grubsza wygląda. Język francuski runął w błoto przez banalną stylistykę, rozchwiania składniowe i inne żenujące braki warsztatu.

            Podobnie rynek książkowy w Polsce, mimo zatrważających danych o zmniejszeniu zainteresowania czytelnictwem wśród rodaków, nie próżnuje. Z publikacji Biblioteki Narodowej Ruch wydawniczy w liczbach dowiadujemy się, że w 2012 roku księgarnie wzbogaciły się o ponad 7300 pozycji literatury pięknej. Wynika z tego, że księgarnia marzeń musiałaby poszerzać codziennie ofertę o jakieś dwadzieścia pozycji, tylko w tej kategorii. Można zatem odnieść wrażenie, że twórczość jest obecnie postrzegana wyłącznie w kategoriach zysku i produkcji, a pisarstwo to, o zgrozo, kolejny sposób na zarobek, choć Herbert ostrzegał: Literatura nie może być popularna, dobra literatura nigdy nie była popularna. Nigdy nie była czytana. Kontrowersyjne są refleksje Stephena Kinga zamieszczone w posłowiu do, skądinąd znakomitych, Czterech pór roku. Słynny pisarz z rozbrajającą szczerością mówi o swoich, jak sam to określił, „minipowieściach”: Większość z nich to zwyczajna literatura dla zwyczajnych ludzi, literacki odpowiednik Big Maca i frytek u McDonalda. Potrafię rozpoznać elegancką prozę i reagować na nią, lecz własnoręczne pisanie jej uznałem za trudne lub niemożliwe. I pomyśleć, że jeszcze niedawno nikt nie odważyłby się zrównać dzieła literackiego z produktem popularnego fast foodu. Niestety, zdaje się, że jest w tym dużo racji. Przytoczone dane pokazują, że również literatura została wciągnięta na taśmy produkcyjnie, przy których stoi całkiem spory szereg chętnych do pracy „pisarzy”.

            Zastanawia, jak mistrzowie pióra postrzegali dawniej swój, niech mi wybaczą określenie, zawód? Z ich wypowiedzi wynika jednoznacznie: to ciężka, żmudna praca, która wymaga wielu poświęceń i nie stanowi zajęcia dla każdego. Znakomicie mówi o tym Ernest Hemingway w Zielonych wzgórzach Afryki. Według prozaika należy pisać tylko wtedy, gdy ma się coś do powiedzenia; inaczej powstanie szmira. Wystarczy zresztą porównać ilość wydawanych dzieł przez pisarzydawnych i współczesnych. Książki Hemingwaya ukazywały się raczej co kilka lat; Mickiewicz, mimo że był aktywnym publicystą i charyzmatycznym wykładowcą, dla szerszego grona odbiorców przestał istnieć po Panu Tadeuszu. Z kolei Harper Lee napisała tylko jedną (!) powieść (Zabić drozda) – bestseller,który na trwałe zapisał się w historii literatury. Oczywiście nie każdy z twórców potrafi pisać dzieła wybitne. Czasami niektórzy pisarze rodzą się tylko po to, żeby innemu pisarzowi pomóc napisać jedno zdanie (ponownie Hemingway). Niemniej próby należy podejmować, choć nie muszą się wiązać z chorobliwą chęcią zaistnienia na rynku. Już Horacy w słynnym Liście do Pizonów mówił, że należy odłożyć tekst do szuflady na dziewięć lat, a Herbert dodaje: […] nauczyć się żyć z rozpaczą na co dzień, powiedzieć sobie, że pisać może trzeba, ale niekoniecznie publikować. Czy to jest jakiś nakaz, że ma się publikować? Jeżeli coś, co napisałem, jest warte czytania, to chyba będzie także warte czytania za dziesięć lat. Oczywiście, rękopisy mogą zginąć, ale wielki temat nie opuszcza pisarza nigdy. Czy nasza taśma produkcyjna mogłaby przynajmniej zwolnić na dekadę?

            Pewnie nie, zwłaszcza kiedy zagląda się do Dziennika pisanego nocą Grudzińskiego. Autor, jako pisarz z ogromnym doświadczeniem, postawił słuszną diagnozę. Tłumaczy ona obecny zalew rynku literaturą piękną: Dla literata tylko powieść oznacza prawdziwą nobilitację, opowiadanie czy esej właściwie się nie liczą, są zapowiedzią, a nie spełnieniem. Swoje rozważania kończy wezwaniem: Literaci, piszcie tylko to, co potraficie, staniecie się może po latach wybitnymi pisarzami, a nie nadętymi śmiesznymi fuszerami. Zasada śpiewać każdy może czasem lepiej, czasem gorzej, jest wyraźnie potępiana. Nie wszystkich stać na ogromne poświęcenie, jakiego wymaga pisarstwo. Poświęcenie? Dla części odbiorców, którzy dostają gotową już powieść w ładnej oprawie, takie heroizowanie pisarstwa wywołuje pogardliwy uśmiech. Bądź co bądź to tylko kolejna, co prawda nieco specyficzna, profesja. Grudziński udowadnia co innego: Mało jest pisarzy pędzących naprzód „od pierwszego rzutu”, prawie bez skreśleń i poprawek (Stendhal), nie posuwających się do przodu przed doskonałym wykończeniem poprzedniej stronicy (Flaubert), obmyślających latami powieść w milczeniu, by wreszcie wyrzucić ją z gotową w ciągu kilku tygodni (Tomasi di Lampedusa). Przeważnie pracuje się z pomocą notatek, posuwając wolno książkę po szczeblach kompozycyjnej drabiny. Do tej kategorii należał Camus. Wniosek Grudzińskiego na pewno opiera się w dużej mierze na lekturze Dżumy. Jeden z drugoplanowych bohaterów, urzędnik Grand, w wolnych od obowiązków chwilach, pisze książkę. Pracuje nad nią od wielu tygodni, ale wciąż nie może przebrnąć przez… pierwsze zdanie utworu. Trudnoznaleźć piękniejsze świadectwo, tak wyśmienicie pokazujące, co to znaczy tworzyć: Wieczory, całe tygodnie nad jednym słowem… czasem nawet nad zwykłym spójnikiem […] Ściśle biorąc, dość łatwo jest wybrać między „ale” i „i”. Trudniej już między „i” i „potem”. Trudność rośnie przy „potem” i „następnie”. Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć, czy „i” jest, czy nie jest potrzebne. Z początku niewiarygodne, lecz Camus nie był wyjątkiem. Czołowa rosyjska powieść Mistrz i Małgorzata powstawała dwanaście lat! Żmudny proces tworzenia został ukryty przed czytelnikiem za skromną kurtyną podpisu: Moskwa, 1928-1940. Z kolei Marek Hłasko, ten buntownik i outsider, również dzisiaj idol wielu młodych czytelników, w Pięknych dwudziestoletnich informuje: Kiedy zaczynałem pisać – zdawało mi się, że powinienem czytać, gdyż pomoże mi to w pisaniu; kiedy czytałem – zrywałem się i wybiegałem na miasto, gdyż wydawało mi się, że powinienem podglądać ludzi; rozmawiałem z ludźmi i wtedy znów wydawało mi się, że tracę czas na rozmowy, a przecież powinienem pisać – Chryste Panie, myślałem, że zwariuję. Czytałem jednego dnia Misia-Czeszkę; drugiego – Balzaka; potem odrywałem się od Dostojewskiego, aby czytać słownik Lindego […] I z każdym dniem wiedziałem mniej; i z każdym dniem popadałem w rozpacz, że nigdy nie przeczytam tego, co powinienem przeczytać.

            Wreszcie pozostaje zapytać czy pisarze powinni zostawać celebrytami? Wątpliwość zasadna zwłaszcza teraz, gdy życie ludzi pióra jest równie fascynujące, co hollywoodzkich aktorów, a wywiady z nimi stanowią niekiedy ozdobę kolorowych tygodników. Fani serii o Harrym Potterze znają biografię Rowling ze szczegółami, a polscy autorzy chętnie wypowiadają się na temat obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Paul Auster pogroziłby tutaj ostrzegawczo palcem: Pisanie to zajęcie dla samotników. Zastępuje im życie. Pisarz w pewnym sensie w ogóle nie ma życia. Niby jest, ale właściwie nie istnieje. A Igor Newerly radził Hłasce: nie przechodź pan na zawodowstwo. Niech pan to zrobi koło czterdziestki. Niech pan popatrzy na tych wszystkich młodych. Niech pan zapyta, ile kosztuje kilo cukru; żaden z nich panu tego nie odpowie. Wiedzą natomiast, że do budowy domów używa się betonów. Ale dowiedzieli się tego z innych książek. I w ogóle proszę pisać jak najmniej. Niech pan robi wszystko co chce, tylko niech pisze pan jak najmniej. Udział w Tańcu z gwiazdami albo w innym programie rozrywkowym nie wchodzi w grę. Pisarz musi stać w piątkowej kolejce w hipermarkecie, płacić rachunki na poczcie i przeklinać kierowców w porannych korkach. Dopiero późno w nocy, kiedy już ochłonie po ciężkim dniu, pojawi się myśl: „Zaraz… a ten koleś, co wykłócał się na poczcie wrócił z… i… a potem…” A potem w domowym zaciszu zacznie powstawać dzieło, w którym czeka na odkrycie bezkresny wszechświat, podczas gdy […] życie upływa ludziom na futbolowych wieczorach, na radiowych serialach, własnym pępku i tyle (Zafón).

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko