Zdzisław Antolski – Wigilia rozpustnika

0
211

Zdzisław Antolski

 

Wigilia rozpustnika


Franciszek MaśluszczakAlicja była trochę starsza ode mnie, blisko czterdziestki, mimo to była zgrabna i seksowna. Kruczoczarne włosy, krótko obcięte na chłopczycę, bardzo wyrazisty makijaż, długie (chyba sztuczne?) rzęsy, jakieś cienie zielonkawe, fiolety i żółcie, a wargi, wydatne jak u Murzynki, malowała na krwistoczerwony kolor. Była panną z dzieckiem, mieszkała sama z synkiem, który chodził jeszcze do podstawówki.

Wokół Alicji zawsze kręciło się kilku facetów, szukających erotycznej przygody zakrapianej alkoholem, ale z nikim nie związała się na stałe. Może nie chciała? Lubiła imprezy, flirty, zmieniała partnerów, jak przysłowiowe rękawiczki. Ale pod pozorami cynicznej, rozrywkowej dziewczyny, widać było u niej narastającą gorycz życia, poczucie przegranej. Bywała oschła i nieprzyjemna, mówiąc znajomym tzw. „gorzkie prawdy” o nich samych, czym przysparzała sobie wrogów.

Najczęściej jej złość wobec świata skrupiała się na własnym dziecku, które wszak niczemu nie było winne, oprócz tego, że przyszło na świat nieproszone i pokrzyżowało jej życiowe plany. W niewielkim mieszkaniu, w bloku, Alicja utrzymywała niesamowity porządek, jakiego zabrakło w jej życiu. Denerwowało ją wszystko, co zakłócało ustalony ład. Jej nastoletni syn nie zawsze odkładał rzeczy na swoje miejsce, co ją doprowadzało niemal do furii.

Byłem tam w gościnie kilka razy, wspólnie z poetą Bohdanem Bogdanem i pisarką, panią Teklą, która lubiła kojarzyć samotne pary, a w sprawach seksu miała bogate doświadczenie. Musieliśmy słuchać gniewnych krzyków Alicji dochodzących z sąsiedniego pokoju, a potem byliśmy zdumieni jej kontrastowo uprzejmym zachowaniem, kiedy wracała do gości. Dla obcych sobie ludzi była  dużo bardziej grzeczna niż dla swojego dziecka. Wprost biła od niej jakaś nienawiść do tego zahukanego, zakompleksionego chłopaka, który krył się po kątach, żeby tylko nie wpaść matce w oko.

Nasuwało mi to wspomnienia z własnego dzieciństwa. Moja matka też była apodyktyczna i wszystko musiało się toczyć wedle jej życzenia. A w przypadku jakichś kłopotów czy niepowodzeń, jeśli sprawy działy się wbrew jej oczekiwaniom, wpadała w histerię, mdlejąc natychmiast. Nie wiem do dziś, czy na poważnie, czy tylko udawała? Traktowała mnie zawsze, jak niedorozwinięte dziecko, zdrabniając moje imię, chociaż byłem już dorosły, co zawsze było przedmiotem kpin ze strony moich kolegów. Ojciec uciekał do swoich zajęć, wyjeżdżał na fikcyjne szkolenia, kiedyś znalazłem w kieszeni jego płaszcza, gdzie zajrzałem z dziecięcej ciekawości, paczkę napoczętych prezerwatyw. Chociaż byłem dzieckiem, wiedziałem, co to jest i bałem się, że ojciec odejdzie do jakiejś obcej kobiety, na zawsze.

Po moim rozwodzie, kiedy zostałem, jak to ludzie mówią: „kawalerem z odzysku”, odczułem, że Ala zaczęła się mną bardziej interesować, niż kiedy jeszcze byłem w związku małżeńskim. Nasze rozmowy stały się bardziej intensywne i na znacznie intymniejszym poziomie. Czułem się wtedy podle, porzucony i odtrącony, a sympatia, okazywana mi ze strony Alicji, podnosiła mnie na duchu, dodawała sił i optymizmu. Zawsze tego potrzebowałem od ludzi: akceptacji, wiary we mnie, uśmiechu i optymizmu. Mogłem wtedy góry przenosić. Ale przy wrogim nastawieniu otoczenia popadałem w depresję. Nie potrafiłem się skupić, wszystko leciało mi z rąk, nie umiałem poprawnie dwóch słów sklecić. Spotykaliśmy się z Alką dość często na literackich wieczorkach, gdzie czytałem swoje wiersze: w teatrze i w klubie „Dziurka”. Zawsze witała mnie serdecznie, z szerokim uśmiechem, zapraszała do swojego stolika, na kieliszek koniaku i pogawędkę. Dobrze się rozumieliśmy, mieliśmy podobne poczucie humoru, więc nic dziwnego, że lubiłem przebywać w jej towarzystwie.

Alicja przyjaźniła się Anną, zgrabną blondynką o niebieskich oczach, regularnych rysach twarzy, spokojnym charakterze. Bardzo mi się podobała i byłem w niej prawie zakochany. Zachowanie Anki zdziwiło mnie kiedyś i zastanowiło, bo po jednej z imprez wręczyła mi bukiet róż. Byłem wzruszony. Czy był to z jej strony jakiś sygnał? Że mnie lubi, że czuje do mnie coś więcej niż tylko do kolegi? A przecież uważałem się za brzydkiego faceta, cherlawego, nieatrakcyjnego. Ale kobiety mają dziwny gust. Nieraz widziałem prawdziwe piękności, jak filmowe gwiazdy, zakochane w odrażających brzydalach. Więc, może?

Ale wtedy, w moim życiu nastąpił pewien przełom. Poznałem Celinę, młodą dziewczynę, trochę upartą, a trochę nerwową, która obdarzyła mnie pełnym zaufaniem i była dla mnie bardzo pomocna. Najpierw kolegowaliśmy, miałem się przed kim wygadać, a wbrew pozorom i hollywoodzkim stereotypom, facetowi to jest potrzebne, a nawet niezbędne do normalnego funkcjonowania. Jakoś tak niechcący, to stało się jakby naturalnie, zaczęliśmy ze sobą sypiać. ujęła mnie tą wiarą we mnie, która dodawała mi sił, ale jednocześnie sytuacja zaczęła mi ciążyć. W końcu jeszcze nie złożyłem żadnych deklaracji, a już traktowano mnie, jakbym się oświadczył. Jednak Celina trwała przy mnie, mimo że nadużywałem alkoholu. Wyciągała mnie z melin, opiekowała się mną i namówiła na leczenie.

Poznałem jej rodziców, bo nalegała, aby ją odwiedzić w domu, bardzo sympatycznych, inteligentnych, oczytanych ludzi, z którymi szybko znalazłem wspólny język, a Celina z kolei bywała na obiadach w moim domu, bo bardzo pragnęła poznać moich rodziców. Nie wiedzieć kiedy, zaczął to być poważny związek, choć z początku wydawał mi się zwykłą przyjaźnią, a może nawet tylko koleżeństwem. Poczułem się trochę jak w pułapce, bo po rozwodzie na powrót zamieszkałem z rodzicami, zakosztowałem trochę wolności i nawet zaczęło mi się to podobać. A tu znów okowy małżeńskie, szukanie mieszkania, mebli, w perspektywie dzieci i tysiączne z nimi kłopoty.

Znalazłem wtedy dobrą pracę w Dworku Kultury, prowadziłem spotkania autorskie znanym poetom, redagowałem pisemko literackie. Ale Celina miała mi za złe późne powroty do domu, że nie mam dla niej czasu, mało się interesuję jej problemami i lękami na przyszłość. Przypominała moją matkę, a we mnie obudziło się jakiś dziecięcy strach przed kobiecym psychicznym terrorem. Z drugiej strony babskie krzyki i histerie kojarzyły mi się jednak z domem. Obie, Ala i Celina, w stanie jakiegoś ciągłego, utajonego rozdrażnienia, jak chory ząb, który czasem ucicha, ale pod wpływem najmniejszego dotyku zaczyna boleć ze zdwojoną siłą.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. W Dworku Kultury mnóstwo pracy, wieczerza środowisk twórczych, spotkania, premiery książek, nowy numer pisma literackiego „Zjawiska”. Od kilku dni siedziałem za biurkiem, od rana do późnego wieczora, z przerwami na imprezy. Tego wymagał od nas Szef, żebyśmy my, pracownicy, też dawali przykład i bywali na wernisażach, podczas spotkań z pisarzami zadawali inteligentne pytania i tak dalej.

W Wigilię pracowałem normalnie. Przeszkadzały mi tylko głośne pijackie śpiewy dobiegające z knajpki dla twórców, gdzie artyści składali sobie życzenia. Już od samego rana dzwonił telefon na biurku. To moja narzeczona, Celina, miała ciągle pretensje: że przestałem u niej bywać, na pewno jej już nie kocham i koniecznie muszę być u niej dzisiaj wieczorem. Jeśli nie przyjdę na Wigilię, ona zrywa zaręczyny, a potem sobie chyba coś złego zrobi, bo ją oszukałem.

Nie mogłem się skupić nad pracą, a jeszcze dziś wieczorem miałem zredagować artykuł Szefa do naszego pisma „Zjawiska”, aby autor mógł go poprawić przez święta. Było to tuż przed Okrągłym Stołem, ale nikt z nas nie przewidział tego wydarzenia, a Szef postanowi reformować partię. O tym właśnie mówił jego artykuł, który rok później był już tekstem historycznym i nadawał się tylko do wykorzystania w toalecie. Na dodatek drzwi do mojego pokoju otwierały się co chwilę i do środka zaglądał kolejny podchmielony kolega, zapraszając mnie wylewnie do dworkowej knajpki na śledzika i kieliszek czegoś mocniejszego. Z radia sączyły się melodie kolęd, pachniały gałęzie jedliny. Za oknami wolno opadały wielkie włochate płatki śniegu.

Po raz kolejny drzwi do mojego redakcyjnego pokoju się otworzyły i stanęła w nich olśniewająco piękna Alicja. Nie spodziewałem się jej tutaj, rzadko zaglądała do Dworku Kultury, dawno się nie widzieliśmy. Przywitała się wylewnie, pachniała perfumami i koniakiem, całując mnie w policzki. Wystrojona świątecznie, błyszcząca makijażem i biżuterią, uśmiechnięta zalotnie. Okazało się, że przyszła do mnie prosić o pomoc.

– Słuchaj – mówiła, szczerze zmartwiona. – Tam w knajpie siedzi Anna z potwornym bólem brzucha. Przyszłyśmy na kawę i kieliszek koniaku i dostała jakiegoś skrętu kiszek, a może to bóle z powodu kamicy żółciowej? Pomóż mi odprowadzić ją na postój taksówek. To niedaleko, zaraz za parkiem miejskim.

– Może trzeba wezwać pogotowie? – wystraszyłem się nie na żarty.

– Nie, co ty – spłoszyła się Alicja. – Na święta do szpitala? Nie trzeba. Anka położy się u mnie na łóżku, zrobię jej herbaty z miętą, dam pigułkę sylimarolu i przejdzie, jak ręką odjął.

– Jednak powinna zgłosić się do lekarza – powiedziałem

– Zrobi to, zaraz po świętach – uśmiechnęła się Ala.

Poszliśmy do kawiarni. Anka skulona nad stolikiem i blada, zajęczała cicho trzymając się za brzuch. Ubraliśmy się szybko do wyjścia. Zadzwoniłem do narzeczonej, że mogę się spóźnić na Wigilię. Płakała, mówiła, że już jej nie kocham i jeśli nie przyjdę dziś wieczorem, to ona sobie coś zrobi złego. – To nie są żarty – powiedziała na pożegnanie i rzuciła słuchawką.

Szliśmy przez zaśnieżony park, ja w środku, dwie prześliczne dziewczyny po bokach… – Ten to ma szczęście – usłyszałem męski głos za plecami. – Takiemu to dobrze.

Anka poczuła się lepiej, ból jej powoli mijał. Na postoju taksówek kolejka posuwała się szybko. Dla taksówkarzy to był okres żniw.

– No dziewczyny, dalej dacie sobie radę same, ja muszę biec na Wigilię – powiedziałem, myśląc o Celinie, która mieszkała niedaleko, jedną przecznicę dalej.

– No co ty, zostawisz nas same, nie pomożesz odwieźć chorej do domu? – oburzyła się Alicja.

– Dobra, odwiozę was – powiedziałem zrezygnowany.

Alicja siadła przy kierowcy, a ja z Anką, z tyłu. Dziewczyna przytuliła się do mojego ramienia.

– Jak to dobrze poczuć cię tak blisko – powiedziała Anka podnosząc wzrok na mnie do góry. – Zawsze wydawałeś mi się taki daleki i niedostępny.

Pomyślałem wtedy, że moja chorobliwa nieśmiałość i kompleksy są moim przekleństwem. Przecież dla mnie to ona wydawała się nieosiągalna. Wkrótce podjechaliśmy pod blok Alicji. Musiałem poprowadzić Ankę schodami.

– Zaraz zrobię kawę i jakieś kanapki, powiedziała Ala. Otworzyła barek i wyciągnęła pół litra „żytniej” i kieliszki. Postawiła je na niskim stoliku ze szklanym blatem. Usiadła obok mnie, na fotelu, a Anka przykucnęła na dywanie i objęła mnie za kolana.

– Wiesz, to był podstęp z moją chorobą, chciałam, żebyś tu przyjechał. Nie gniewasz się? – spytała pokornym głosem.

– Nie, skąd – powiedziałem zaskoczony. – To dobrze, że jesteś zdrowa.

Za jakiś czas Ala wyszła zrobić kanapki do kuchni. Słychać było, jak strasznie krzyczy na swojego syna. We mnie trwała burza myśli. Co ja tu robię? Co te dziewczyny planują? Jakiś seks w trójkącie? Czy może Alicja wyjdzie i zostawi mnie z Anką? Czyj to był pomysł: Ali, która znana była z perwersyjnych upodobań, czy Anki, która kochała się we mnie? A jeśli moja narzeczona, Celina, coś sobie zrobi? Jak się zachować z tymi dwiema, nigdy tego nie robiłem? Tylko z Anką albo tylko z Alicją wiedziałbym jak postąpić, ale z obiema naraz? Ja to mam pecha – myślałem – lata całe czekałem na taką okazję, siedziałem samotnie w domu, a teraz dzieje się to w tak niesprzyjającym momencie…

Wtedy pomyślałem, że jeśli tu zostanę, to Celina zadzwoni do moich rodziców, że zniknąłem i pewnie chlam wódę w jakiejś melinie. Mój chory ojciec, po dwóch zawałach, może tego nie przeżyć.

Miałem mętlik w głowie i rozpacz w sercu. Wyszedłem do toalety, a potem otworzyłem drzwi na klatkę schodową i szybko zbiegłem na dół. Wskoczyłem do taksówki i kazałem się wieźć do mojej narzeczonej.

Zdążyłem na kolację wigilijną i łamanie się opłatkiem. Celinie  minął zły nastrój i cały czas się uśmiechała, była szczęśliwa. Zostałem u niej na święta. Swoim rodzicom złożyłem życzenia przez telefon.

Ale przez cały czas myślałem o tamtych dwóch dziewczynach, które wystawiłem do wiatru. Podobno kobieta jest w stanie wszystko wybaczyć mężczyźnie, oprócz jednego – odmowy miłości fizycznej. Na pewno mnie znienawidzą. Zrobiłem z siebie głupka i durnia. Jak powinienem postąpić? Zlekceważyć lojalność wobec narzeczonej, która zawsze mnie wspierała, załatwiała mi lekarzy w chorobie i chciała dla mnie jak najlepiej? A może dziewczyny chciały po prostu posiedzieć i pogadać, a ja sobie wyobrażam Bóg wie co?

Na pasterce ksiądz w czasie kazania mówił o rozpustnikach, dla których święta są tylko okazją do obżerania się w nadmiarze i chlania wódy. Cóż ten ksiądz może wiedzieć o rozpuście? – pomyślałem. Czemu religia tak bardzo nie lubi seksu? Czy w niebie będziemy mogli być naprawdę szczęśliwi, pozbawieni tego, tak podstawowego elementu życia na ziemi? Czy uniknąłem grzechu, czy zgrzeszyłem wobec bliźnich obojętnością, odrzuceniem?

Przez całe dwa dni potwornie bolała mnie głowa. Jedzenie świąteczne w ogóle mi nie smakowało. Miałem katzenjammer, chociaż wódki nawet nie tknąłem. Nie mogłem spojrzeć bez wstrętu w lustro. Cholera wie, czemu?

Były to najgorsze święta Bożego Narodzenia w moim życiu.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko