Jan Strękowski – Oblatywanie budyniu (10)

0
325

Jan StrękowskiOblatywanie budyniu (10)

Tam gdzie król piechotą chodzi

           

Bruno SchulzSztuka wciąż przełamuje kolejne tabu w takim tempie, że niedługo nie będzie co przełamywać. Najdłużej trwa przełamywanie tabu związanego z ludzką płciowością. Każdy kto ma coś do powiedzenia, a przede wszystkim ci, których mózg przypomina plażę, sięga po ten temat. I zawsze można tu liczyć na życzliwy aplauz. Podobnie śmierć. Tu też roi się od harcowników, którzy nie cofną się przed niczym.

Jednak jest taka strona ludzkiej egzystencji, która choć dotyczy wszystkich, bywa prawie nieobecna w sztuce. Choć rzemiosło tego tematu nie unika. O czym przekonać się może każdy, kto odwiedził Barcelonę. Wiele z oferowanych przez ulicznych sprzedawców figurek przedstawia osoby siedzące… na sedesie. Jest nawet papież czytający podczas tej ważnej czynności gazetę.

Poza tym, choć to niepojęte, ta strona ludzkiej egzystencji rzadko staje się narzędziem szoku. Wspomnieć można tu Duchampa, dadaistę, który wywołał burzę wystawiając w 1917 r. na wystawie w Nowym Jorku pisuar. Dzieło to nosiło nazwę „Fontanna”. Podobny szok, tzw. społeczeństwa konsumpcyjnego, wywołał film Luisa Bunuela „Widmo wolności”, gdzie wytworni bohaterowie zasiadają wokół stołu na sedesach, podczas gdy jedzenie, jako czynność wstydliwa, odbywa się na osobności. Jeśli wspominano o tym obowiązkowym zajęciu człowieka, to najczęściej z pełną powagą, co najwyżej lekkim przymrużeniem oka. Czasem uśmiech nie był zamierzony. Tak jest we wspomnieniach Felicjana Sławoj – Składkowskiego, który jako minister spraw wewnętrznych II Rzeczypospolitej, postanowił podnieść poziom higieny narodu przez zmuszenie owego narodu (szczególnie upartego narodu wiejskiego) do budowy ubikacji czyli ustępów, czyli sławojek, jak szybko zostały ochrzczone (sam Składkowski nazywał je dowcipnie „srawojki”).

O innej stronie związanej z codzienną czynnością napisał sowiecki pisarz, więzień łagrów, laureat literackiego Nobla, Aleksander Sołżenicyn w „Archipelagu Gułag”, nazywając wypróżnianie się jedną z niewielu przyjemności więziennego życia. Chodzi o skrawki papieru, które dostawali więźniowie w celach higienicznych. Jak napisał: „są takie atrakcyjne wiezienia, gdzie dają skrawki książek – to jest dopiero czytanie! trzeba odgadnąć, s k ą d to, przeczytać z obu stron, wniknąć w treść, ocenić zalety stylu – a bo to łatwo, kiedy słowa obcięte są w pół? – i jeszcze zamienić się z sąsiadami. Tu dają ścinki przodującej niegdyś encyklopedii „Granata”, ówdzie – aż strach pomyśleć – z k l a s y k ó w, i to wcale nie beletrystyka… Wizyta w wychodku staje się aktem poznania”.

Przyjemności lektury towarzyszą jednak i mniej przyjemne doznania. Jak napisał trochę dalej Sołżenicyn: „Jest to ordynarna potrzeba, o której w literaturze pięknej nie wypada napomykać (chociaż powiedziane zostało z nieśmiertelną puszkinowską lekkością: „Szczęśliw, kto sobie wczesnym rankiem…”). Ten naturalny, zdawałoby się, początek dnia więziennego kryje w sobie pułapkę dla aresztanta na cały dzień (…). Przy więziennym bezruchu i skąpym wikcie, po obezwładniającym śnie, nie jesteś wcale jeszcze zdolny do załatwiania rachunków z naturą zaraz po przebudzeniu. A tu każą prędko wracać i znów cię biorą pod klucz do szóstej wieczór (…). Teraz czeka cię zdenerwowanie (…), bo dzień mija (…) ale nikt już cię nie wypuści do tego miłego lokalu; w o l n i a c y nie są w stanie docenić, ile znaczy łatwy dostęp do niego. Męcząca, trywialna potrzeba potrafi zjawiać się dzień w dzień prawie zaraz po rannej wyprawie, żeby później dręczyć nas cały czas, gnębić, zatruwać przyjemność rozmowy, lektury, rozmyślań i nawet jedzenia skąpych racji.” Wybawienie przynosi dopiero wieczór: ”Jak lekki staje się świat w jednej chwili! Jak uprościły się od razu wielkie problemy – czujesz to?” – woła autor.

Tej potrzebie naszego ciała trudno się oprzeć. Stanisław Vincenz  w „Na wysokiej połoninie” nazywa zdolność opanowywania fizjologii „dobrym ułożeniem”, które „hamuje funkcje ciała, nawet żołądka i pęcherza”. Wspomina także jego ofiary. Jedną z nich była panienka, której zdarzyło się podczas obiadu… puścić bąka. „Panienka stężała jak rażona piorunem. Los jej był przesądzony (…). Niepostrzeżenie, bez widocznego ruchu i nie wstając wbiła sobie w serce ostry nożyk deserowy”. Podobnie postąpił pewien pruski oficer, który wybiegł z sali i na schodach zabił się strzałem z rewolweru.

Żyjący w ciasnych paryskich mieszkaniach, może tzw. chambre de bonne, czyli jak mawiają Polacy: w szambodebonach, bohaterowie prozy Julio Cortazara stykając się z nieuchronnym, czują już tylko zażenowanie, jak tytułowy Łukasz z opowiadania „Łukasz zażenowania”.

Wiadomo, jakie są dzisiejsze mieszkania, ktoś z gości idzie do łazienki, inni nie przerywają rozmowy o Biafrze czy też Michelu Foucoult, ale coś wisi w powietrzu, jakby wszyscy chcieli zapomnieć o tym, że mają słuch, a równocześnie uszy same zwracają się ku świętemu miejscu, które w naszym ściśniętym świecie jest o trzy metry od tego, w którym toczą się intelektualne rozmowy (…).”

Jeśli gościem, który poszedł do łazienki jest Łukasz „jego przerażenie można porównać tylko z siłą, która go zmusiła do zamknięcia się w owym ustronnym miejscu. W tym przerażeniu nie ma ani nerwicy, ani kompleksów, jedynie znajomość nieodmiennej reakcji jelit, wiedza, że wszystko zacznie się łagodnie i cicho, ale pod koniec, przechodząc od floweru do dubeltówki, doprowadzi do straszliwej detonacji (…) na końcu tego, co by mogło być miłą transferencją, zawsze rozlega się huczne pierdnięcie”.

Ale Łukasz czuje się zażenowany nawet, gdy rzecz spełniana jest przez innych „Jakże to dalekie (…) od prostoty dziecka, które w najlepszym towarzystwie pojawiają się i oznajmiają: Mama, kupa. I jak proroczo (…) utrwalił to anonimowy poeta, który ułożył ów słynny wierszyk, gdzie się stwierdza, że „najcudowniejsze doznanie/ to jest udatne wysranie/ temu co się potem czuje/ w świecie nic nie dorównuje”.

Potrzeby ciała i żołądka potrafią nawet obalać rządy. O czym przekonała się premier Hanna Suchocka, kiedy to podczas głosowania nad wotum zaufania dla jej rządu zabrakło jednego głosu. Posła, który zatrzasnął się w sejmowej toalecie.

Egzystencjalną stronę ludzkiej natury pięknie opisał wiele wieków temu grecki filozof Epiktet: „Podziwu godna jest natura i miłuje swoje twory. A już w każdym razie my ciało nasze, rzecz najuprzykrzeńszą i najobrzydliwszą z wszystkiego, tak czule kochamy oraz pielęgnujemy! (…) Naprawdę jest czymś zdumiewającym, że miłujemy taką rzecz uprzykrzoną, której dzień w dzień świadczymy tak wiele posług. Najpierw ten wór ja napełniam, a potem ten wór ja wypróżniam.”

Podobną historię znajdziemy u Deisetz Teitaro Suzukiego we „Wprowadzeniu do buddyzmu zen”. Pisze tam o przygodzie mnicha Doken, którego wysłano do odległego miasta. Jego przyjaciel, Sogen, zaproponował towarzyszenie mu i pomoc we wszystkim. Któregoś dnia okazało się jednak, że są sprawy, w których pomoc przyjaciela nie jest możliwa. „Kiedy (…) jesteś głodny i spragniony, to, że ja jem i piję, nie napełni twojego żołądka. (…) Kiedy chcesz załatwić potrzeby naturalne, musisz sam się sobą zajać, bo ja ci się na nic nie przydam.”

Ta trzeźwa uwaga przyjaciela sprawiła, że Doken doznał satori, czyli oświecenia.

Podczas stanu wojennego, kiedy to PRL opanowała wojskowa junta, zwana WRON, można było przeczytać w jednym z szaletów: „Wojsko za nas wszystkiego nie załatwi”. Miejsce (toaleta w Bibliotece Narodowej) skłania do pytania, czy autor nie zajmował się tam przypadkiem lekturą Epikteta lub Suzukiego?

                                                                            

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko