Joanna Jagiełło – We Lwowie z moją Kawą z kardamonem

0
288

Joanna Jagiełło

We Lwowie z moją Kawą z kardamonem

 

 

   Lwów, miasto, w którym nigdy nie byłam. Witam się z nim pospiesznie. Samolot się spóźnił i ledwo zdążam przebrać się przed spotkaniem w księgarni. Na drzwiach wejściowych kawowe plakaty. „Czy już kupiłaś „Kawę z kardamonem” pyta jasnowłosa pani na plakacie, która przypadkiem jest mną. Nie do końca wierzę w to wszystko. Oprócz ustawionych w księgarni egzemplarzy „Kawy…” moją uwagę zwraca „Ania z Zielonego Wzgórza”, książka do tej pory na Ukrainie nieobecna i też wydana przez moje wydawnictwo – Urbino. Też ma zieloną okładkę i mam głębokie poczucie że moja bohaterka, Linka, i Ania zaprzyjaźniają się. W końcu spędzają razem dużo czasu. 

Czy trzeba tłumaczyć? – pyta widownię Bożena Antoniak, moja tłumaczka. Nie trzeba. Jestem zdziwiona, że czytelnicy rozumieją po polsku, ale i ja szybko zacznę rozumieć po ukraińsku. To język znacznie bardziej podobny do polskiego niż rosyjski. To kameralne spotkanie, ale jest bardzo miło. No i dowiaduję się, że w księgarni książka bardzo dobrze się sprzedaje. To ‘hit sezonu’ Po spotkaniu Bożena prowadzi mnie do kawiarni „Sztuka”. Powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że Lwów kojarzy się nie tylko z lwami, ale też z kawą. Są tu kawiarnie, sklepiki z kawą, manufaktury… Miasto idealne, żeby promować moją książkę. 

Wieczorem oswajam miasto. Zaczynam od wypicia kwasu, kupionego na ulicy ‘z wózka’. Potem podróżuję jak zagubiony wędrowiec bez mapy, tak jak lubię najbardziej. Nie mogę zasnąć. Jutro zaczynają się targi. 

7 Festiwal Książki Dziecięcej i Młodzieżowej we Lwowie będzie kojarzył mi się ze słonikami. Kolorowe słoniki są na koszulkach i na naklejkach. Dzieci zbierają naklejki na specjalnych kartach – kiedy ma się dużo słoników, można dostać nagrodę. A za co można dostać słonika? Na przykład za książkę. „Słonik za kniżku” będę mówić dzieciom. Czy dlatego wydanie ukraińskie „Kawy z kardamonem” schodzi jak świeże bułeczki? Kupują trzynastolatki, ale i dziesięciolatki. I ich mamy. Wszystkie mają piękne imiona: Nastia, Julia, Rosłana, Sałomea. Na początku próbuję wypisywać je cyrylicą, ale przecież po ukraińsku pisze się trochę inaczej niż po rosyjsku. Zaczynam się mylić. Dostają więc autografy po polsku. Na książkach przy każdym rysuję filiżankę kawy. Aromat kardamonu układa się w chmurki, serduszka, kwiatki. To mój specjalny podpis na lwowskich targach. Oprócz książek, podpisy składam na karteluszkach w linie, w kratkę gładkich. Całych grubych zeszytach i świstkach wielkości biletu. Po spotkaniu targowym w auli dzieci wciskają mi te kartki w twarz tak, że nic nie widzę. Autografy daję nawet w toalecie. 

W Pyzatej Chacie wzmacniam się ukraińską solanką, i przeglądam wywiad, który ukazał się dziś w gazecie ‘Dzień”. Na zdjęciu jestem z córkami, każda z nas trzyma po jednej książce – dwie polskie i ukraińskie tłumaczenie. „Nastolatek nie przeczyta książki dlatego, że jakiś krytyk powiedział, że jest coś warta” – taki jest lead-in wywiadu. Podoba mi się, że to zostało wybrane jako motto. Dlatego właśnie lubię pisać dla młodzieży. Jak to mówię – nie ma ściemy – książkę się czyta bo jest fajna, a nie z innych powodów. 

Jedziemy do biblioteki na spotkanie. Po wczorajszym spotkaniu w księgarni spodziewam się równie kameralnej widowni, ale spotyka mnie niespodzianka. Sala jest nabita. Pełno ludzi i wszyscy czekają na mnie. Jeszcze nie wiem, że za chwilę zostanę „Królową kawy”. Po spotkaniu na mojej głowie ląduje złota korona z filiżanką z przyklejonymi ziarenkami. Na spotkaniu poznaję Julkę, która jest wcieleniem Ani z Zielonego Wzgórza, mam też okazję posłuchać, jak niezwykle uzdolniony chłopiec gra specjalnie dla mnie piosenkę na gitarze. Ukraińska gościnność. Człowiek wciąż we Lwowie czuje się wyjątkowy… I znów lądujemy na targach, bo tam ponownie „autograf-sesja”. Takich sesji jest chyba sześć… Promocja, o której każdy chyba marzy. Wieczorem spotkanie dla autorów i wydawców w barze „Dzyga”. To znane, artystyczne miejsce we Lwowie. W sali na dole pełno obrazów, właściwie to już nie żałuję, że nie mogłam się dostać do Lwowskiej Galerii Malarstwa – otwarta jest w takich godzinach, że nigdy mi nie pasuje. Tutaj też mam Sztukę – i to tworzoną przez młodych ukraińskich artystów. 

Sobota zaczyna się wcześnie rano. Dojeżdżamy z Bożeną taksówką na prawie sam szczyt góry Wysoki Zamek. Tam znajduje się budynek lwowskiej telewizji. Mamy swoje dziesięć minut w telewizji śniadaniowej – „Lwów o poranku”… Program idzie na żywo. Pierwszy raz jestem w telewizji, przeżycie i stres. Częstują nas kawą w małych, czerwonych filiżankach. 

A potem powrót na stoisko targowe. I spotkanie w wielkiej auli. Dzieci pytają o wszystko. Po przeczytaniu fragmentu, który dzieje się w barze ‘u chińczyka’ najbardziej interesują się tym, co można tam zjeść. 

Wieczorem robię sobie pieszą wycieczkę na dworzec kolejowy, bo miasto to nie tylko centrum. Jako urodzony podróżnik uwielbiam dworce. Trafiam na tłum ludzi wciskających się do pociągu do Kijowa. Będą jechać całą noc. A w Kijowie niedługo następne targi książki, które będą trwały tam cały tydzień… Aż żałuję że i tam mnie nie będzie. Może kiedyś. 

Niedziela to następne sesje podpisywania, ale i spotkanie w innej bibliotece. Znowu się wzruszam, bo spotkanie jest wspaniale przygotowane. Na regale wystawa ‘kawowa’. Są różne gatunki kawy, czekolada z kawa, kardamon, tygielki do parzenia… A na regale, na kartonie i szarym lnie wypisane nazwy kaw z kawiarni „Aksamit” . czekoladowa prohibicja. Malinowa senność. Orzechowa pokusa… no i oczywiście Miodowa pasja, czyli tytułowa kawa z kardamonem i miodem. Ech, szkoda, że to już ostatni dzień. Wieczorem Anatol, mąż  mojej tłumaczki i szef wydawnictwa zabiera mnie na baraninę. Tak dobrego mięsa nigdy nie jadłam. Znowu: ukraińska gościnność. Na drogę do Polski dostanę od Bożeny i Anatola ukraiński koniak i ‘basturma’ – pikantne suche mięso, które je się do piwa. 

W poniedziałek chodzę po cmentarzu Łyczakowskim i w głowie słyszę różne zadawane na spotkaniach pytania. „Czy z pisania książek można się utrzymać?” – to pytanie przypomina mi, że po tych cudownych pięciu dniach spędzonych na robieniu tego, co kocham, trzeba wracać do Polski i do pracy. I nie będzie to łatwe… Bo ta ukraińska promocja bardzo motywuje do tego, żeby pisać jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Bo czytelnicy na to czekają. Na początek dostaną kontynuację „Kawy…” czyli „Czekoladę z chili”. Już na jesieni. Urbino wyda następną książkę z „kawowej serii”. Może znowu przyjadę do Lwowa…

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko