Leszek Żuliński – Plaut, Homer, Kolberg

0
224

Leszek Żuliński

 

Plaut, Homer, Kolberg

 

10 sierpnia 1996 roku, akurat w setną rocznicę urodzin Stefana Wiecheckiego, na Placu Zamkowym opustoszała kolumna. Zygmusia wzięli do remontu; zdjęli do kąpieli. Tego jeszcze nie było – żurawie nie miały gdzie przysiąść… Wiech, gdyby żył, miałby temat do kilku opowiadań, felietonów i humoresek. Kiedyś zresztą pisał: Plac Zamkowy nie Bielany, a pomnik nie karuzela, żeby go z miejsca na miejsce przestawiać. Jak go Władek tatusiowi postawił, tak jego prawo stoić i szkoda gaduchny. Och, gdyby dziś widział, co się w ogóle z pomnikami wyprawia… Jednak karuzela!

Ale i Wiech już wtedy nie żył od lat (zmarł 26 lipca1979). Tyle, że do 400-lecia stołeczności Warszawy dołożył swój własny jubileusz. Kto jak kto, ale on musiał, on tego nie mógł przegapić. Najbardziej warszawski z warszawskich pisarzy.

Urodził się w sercu Woli, w rewirze dzisiejszej Wolskiej, Ordona, Redutowej, w niebiednej rodzinie producenta wędlin, powiedzmy wprost: masarza. Potem mieszkał tuż przy Kercelaku (dziś stoi tu wolski PDT). Zaczął pisać jako kilkunastoletni chłopak. Interesował się teatrem i nawet w lokalu kina przy ul. Wolskiej prowadził swą prywatną scenę. Był prawdziwym ułanem w wojnie 1920 roku. Ukończył studia prawnicze. Wchłonęło go jednak dziennikarstwo. W „Kurierze Czerwonym” pisywał felietony i małe reportaże; na dobre zadomowił się na łamach jako sprawozdawca sądowy. Jego pitavale z wokand grodzkich i starościńskich robiły istną karierę dzięki nowej pisarskiej metodzie: Wiech zachowywał język i koloryt plebsu stającego przed majestatem Temidy w całej pokraczności swych grzeszków i pyskówek. Była to bardzo nadwiślańska i swojska Temida.

Debiutował w 1929 roku sztuką Porucznik brygady; potem wydał sławne Znakiem tego (1936) i zdążył opublikować do wojny jeszcze 5 innych książek. Już pod koniec lat 30. narodził się Teofil Piecyk. Podczas okupacji Wiech właściwie nie pisał. Nie drukował. Razem z żoną prowadził na Wileńskiej sklep ze słodyczami. Warszawiacy jednak świetnie go pamiętali z przedwojennej prasy codziennej i oto pośród ruin 1945 roku jedną z oznak powracającej normalności stało się to, że znowu w prasie Wiech się pojawił. W „Expressie Wieczornym”. Potem w „Przekroju”. „Przekrój” w latach 40. wydrukował dwie sławne powieści: najpierw Szczotkę do butów Koźniewskiego, potem Cafe pod Minogą Wiecha. Jedną z pierwszych książek wydanych po wojnie była Wiadomo – stolica! Koźniewski po latach pisał, że w tamtym okresie Warszawa miała dwóch legendarnych Stefanów: Starzyńskiego i Wiecheckiego.

Ktoś napisał, że Wiechecki był w zasadzie pisarzem bez biografii. Coś w tym jest. Przypominał na co dzień dobrze ułożonego pana o powściągliwym temperamencie urzędnika i tak właściwie przeżył swoje życie, choć publiczność szalała, gdy stawał przed mikrofonem lub na estradzie. Jeszcze bardziej niż sprawozdawcę sądów grodzkich przypominałby ich woźnego, gdyby wdział liberię, ale o to właśnie chodziło – o ów specyficzny komizm, którego nowe zasoby odkrył był na swój sposób Buster Keaton. Tego pisarza bez życiorysu zresztą Kaden nazwał Plautem, a Lechoń Homerem Warszawy. Wiech między Kercelakiem a bazarem Różyckiego, między Wolą a Targówkiem przerzucił most plebejskości i peryferyjności, który zawisł nad resztą miasta i którym pisarz wędrował bez wytchnienia. Plonem tych wędrówek była nieskończona liczba publikacji prasowych oraz 34 książki – ostatnia wyszła w 1990 roku, 11 lat po śmierci autora (nie wiem, jak dzisiaj wyglądają wznowienia tych tytułów).

W zasadzie był komentatorem miasta. Opisywał każdy szczegół, każdy kamień, każde wydarzenie. Komentował. Prowadził swoją osobliwą kronikę felietonisty i satyryka. Potrafił poświęcić tekst temu, że gdzieś tam kostkę zmienili na asfalt. A zaraz potem pisał, co w teatrach. Stworzył bohaterów – Teosia Piecyka, Walerego Wątróbkę, Gieniuchnę i szwagra Piekutoszczaka – do których warszawiacy przywiązali się, tak jak do członków rodziny Matysiaków czy potem do bohaterów serialu Dom. To byli ich bliscy z bazarów, z ulic, z tramwajów. Może Piecyk z biegiem lat miał swe kolejne wcielenia – Malinowskiego-Brusikiewicza, Maliniaka-Kłosowskiego? Może miał swych wiejskich kuzynów – Pawlaka i Kargula? W latach odbudowy miasta i powojennej małej stabilizacji tzw. patriotyzm lokalny był uczuciem mocnym i radosnym. Kult środowiskowego folkloru kompensował potrzeby kulturalne; twórcy pokroju Grzesiuka czy Wiecha dawali ludziom coś więcej niż rozrywkę – dawali poczucie tożsamości i rodowodu, nawet pewnego etosu.

Trzem zasadniczym sprawom zawdzięczał Wiech swą ogromną popularność. Po pierwsze, będąc Kolbergiem Warszawy, fanatycznym kibicem jej folkloru, zaludnił swe teksty lumpenproletariatem. Matecznikiem miasta uczynił bazar. I malował typy, jak ongiś Kostrzewski. Kiedy Walery Wątróbka stanie np. przed bazarowym sprzedawcą widokówek, nie będzie miał żadnego kłopotu z wyborem kartki: – Może ja coś doradze – krzyczy sprzedawca. O wiele pan jest człowiekiem żonatem i ma życzenie na żoninej mamusi się odegrać, nie zaszkodzi ten widoczek posłać. Widziem na niem kobiete w starszem wieku z językiem sześciocalowem gwoździem do deski przybitem. Ma to oznaczać, że szanowna mamusia morde niepotrzebnie rozpuszcza, czy jest o co, czy nie ma, i w ten deseń fisharmonię zięcia i córki, jak to mówią, zniwecza… No, kto by nie kupił takiej widokówki? Ale tenże Wątróbka wieczorem pójdzie z Gieniuchną do opery, na Bizeta, i zda relację: Tylko Gienia wszystko w końcu zepsuła. Kiedy dymisjonowany przodownik w charakterze oberwanego łapciucha z nożem za pasem w państwowem cyrku nr 1 przed położeniem Carmeny zimnem trupem najpiękniejszą arię „Zginiesz, zgago, z mojej ręki” zapylał, moja żona krzyknęła: – No, zarżnij ją pan nareszcie! Pół do jedenastej, bramę nam zamkną! Nie ma co się oburzać; trzeba pamiętać, że Gienia nie lubiła Cyganek, bo raz jedna buchnęła jej kołdrę z niedomkniętego mieszkania.

A więc Wiech zderzał kulturę „niską” z tą „wysoką”, zderzał oba światy, nie bał się żadnego z nich, ukazywał swoich bohaterów w każdym sztafażu wielkomiejskości, od peryferii po salony. Przy okazji zrecenzował dziesiątki filmów i spektakli (Boy wydał Flirt z Melpomeną, a Wiech ksiuty z tąże boginią, czyli Ksiuty z Melpomeną, 1963). W Dryndą przez Warszawę (1960) wynalazł znakomitego narratora – sałatę, czyli dorożkarza. Któż lepiej niż dryndziarz czy taksówkarz zna miasto i któż lepiej mówi językiem ulicy?

Po drugie, bohaterowie Wiecha nie mieli kompleksów wobec historii i kultury. Na wszystkich niwach czuli się au courant. W Helenie w stroju niedbałem (1956) pan Teoś zna się na wszystkim. Tak np. opisuje obiady czwartkowe: Stasio, faktycznie, lubiał wrąbać coś dobrego i niezależnie stołówkie dla poetów w Łazienkach prowadził, gdzie co czwartek Słowacczaki z całej Warszawy na flaki z pulpetamy się schodzili. A król siadał między niemy, największe porcje przed sobą postawić kazał, a poeciaki do wiersza się między sobą kłócili… W innym tekście Jagiellonka (łosoś kobita!) na Wawelu trzepie dywany, a do Popiela z rodu Piastuszkiewiczów przychodzą Cyryl i Metody, i na początek długo muszą się tłumaczyć, że wcale nie są z ulicy Cyryla i Metodego (gdzie, jak wiadomo, było UB)… Trafnie objaśnił tego typu zabiegi Krzysztof Mętrak: Regułą rzeczywistości stworzoną przez Wiecha jest to, że wszystkie zjawiska i zdarzenia świata muszą się „przeglądać” w tym, co jest mentalnością i obyczajem „miejscowym”. Jego bohaterów nie zaskakuje ani Paryż, ani ślub koronowanych głów etc., ponieważ ich miara oceny świata została stworzona „tutaj”. Dla warszawiaka więc wszystko inne jest prowincją, peryferiami, gdyż właściwy pępek świata to Warszawa.

Po trzecie, Wiech głosił hymn na cześć trwania i przetrwania. Ponad historią i ponad podziałami. Tylko on jeden miał taki stosunek do wojny, jaki miał. Tylko on jeden umiał powiedzieć np. o hitlerowcach: blondyni w blaszanych kapeluszach. Wiech był w polskiej literaturze tematu wojennego trochę Fernandelem, a na pewno wzorem szarego, uczciwego antybohatera. Może to tę zwyczajność podchwycił potem Białoszewski? Znamienne słowa napisał nie kto inny, jak sam trzeci wielki warszawski Stefan, czyli Kisiel: Gdyby nie było II wojny światowej, panowie Piecyk i Wątróbka mogli się zabawnie gnieździć na dalszych stronach popularnych „expresiaków” czy „wieczorniaków” i ostatecznie nic by w tym nie było nadzwyczajnego. A tu nagle, rozpięci ponad „nocą narodową” wojny i ponad ruinami Warszawy nabrali wymiaru symbolicznego, choć przecież na pozór wcale się nie zmienili, ba, nawet się nie zestarzeli. Tyle że przez owe pamiętne sześć lat wszystko się przekręciło, stanęło na głowie i fiknęło kozła, miliony ludzi zginęło, miliony się przeprowadziło, dawna Wola i Ochota, Targówek i Szmulowizna albo przestały istnieć, albo weszły w całkiem nową skórę, język bohaterów Wiecha z popularnej masowej gwary stał się jakimś zanikającym reliktem dawności, boć nowi ludzie w nowych okolicznościach mówią już po nowemu. Ale mimo to Wiech nie zmartwiał: dawniej inspirowany przez warszawską ulicę, dzisiaj zaczął z kolei ją inspirować…

Kisiel poruszył problem najistotniejszy: czy Wiech po wojnie nie powinien był się obudzić w innej rzeczywistości jako inny pisarz?

Właściwie stało się na odwrót. Rzeczywistość literacka Wiecha zaczęła przerastać realia. Pisarzem zajęli się uczeni i językoznawcy. Doroszewski ogłosił istnienie nowej gwary, zwanej wiechem. I „wiechem” zaczęliśmy mówić, bo przecież te wszystkie znakiem tego, niemożebnie, przypuszczam że wątpię, pic i fotomontaż, bajer na Grójec – to z niego. Nadal nie za dobrze wiemy, co to minoga, ale wystarczy nam, że żona restauratora Aniołka wypisz wymaluj była taka: długa, mizerna na urodzie, z małą mordką, tylko z tą różnicą, że nogi posiada, ale za bufetem nie widać… A że dama ta ochrzczona była imieniem Serafina, to już zupełnie inny temat.

Sam pisarz, wielokrotnie indagowany, przyznawał się, że coraz bardziej kreował i wymyślał to, co dawniej, przed wojną jeszcze dawało się zauważyć i zasłyszeć. Mówił, że współtworzył tę gwarę. Stawał się więc poniekąd ojcem zaginionego świata. Warszawa z roku na rok była inna niż jej folklorystyczny wizerunek. Coraz mniej było tu rodowitych warszawiaków, coraz mniej wiechowego lumpu, nawet – o, zgrozo! – bazar Różyckiego schodził na psy, zaszczuty przez konkurencję. Orkiestra z Chmielnej to cepeliada, a Czerniaków to głównie XXI-wieczna Bartycka. Ale sądzę, że te naturalne przemiany w żadnym stopniu nie odbierają Wiechowi prawa do jego świata. Po wojnie ten folklor był, podkreślam, bardzo potrzebny jako jeden z nośników nowej tożsamości mieszczańskiej, jako symbol stołecznego patriotyzmu idealizującego trud odbudowy i radość zabawy, a w tej ostatniej mierze jako antidotum socrealistycznej ascezy. Poza tym to w zasadzie wspaniałe, gdy fakty kulturalne powołują do życia jakąś rzeczywistość. To temat na poważną rozprawę. Ale przecież czyż folklor zakopiański byłby w znanym nam kształcie możliwy bez Witkiewicza lub Tetmajera? Czy folkloru lwowskiego nie zawdzięczamy w dużej mierze Szczepciowi i Tońkowi? Czy np. piosenki Grzesiuka lub Dziewczęta z Nowolipek Gojawiczyńskiej nie stwarzały świata zaanektowanego jako realny?

Świat Wiecha jeszcze za jego życia począł odchodzić do skansenu. Miasto się zmienia. Życie się zmienia. Ogromne migracje wstrząsnęły całymi regionami. Kim jest właściwie dzisiejszy wrocławianin? Ale Wiech nie jest winien temu, co zaginęło. Dlaczego zresztą miało przetrwać? Jego zasługą jest to, co pozostanie jako obszar zarejestrowanej kultury, której zadaniem jest także tworzenie mitów. Kultura nie tworząca mitów spłaszcza się do wymiarów zwykłej pracy. A praca bez mitów – to chyba coś strasznego.

Ważne, że Wiech wciąż bawi i śmieszy. Daje się czytać. Pozostawił po sobie tak wiele, że wciąż zaskakuje. Był np. znakomitym smakoszem szmoncesów, sam napisał sporo opowiadań żydowskich, które wyszły dopiero pośmiertnie, w 1990 roku, w tomie Koszerny Kozak. Tam m.in. spotkamy poetę Szpilfogla, zafascynowanego postacią hetmana Żółkiewskiego, którego pryncypał, właściciel sklepu (z szyldem: Pieprz, kawę, cukier i cynamon trzyma Pechkranc Salamon) strofuje: Panie Szpilfogel, co za jeden ten Ziółkowski, czy to klient? Nie słyszałem o takowego! Czyż nie pyszne?! A więc i taki Wiech istnieje. Piewca jeszcze jednego z zaginionych światów.

Ktoś, kto kiedyś jeździł kolejką Jabłonna-Karczew, robił zakupy na ulicy Wielkiej lub widział karuzelę na Bielanach, niejedną łzę uroni czytając tego arcywarszawskiego uzurpatora, który marzył o jednym: by nadać miastu charakterystyczne i niepowtarzalne oblicze.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko