Strona główna Bez kategorii Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 13)

Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 13)

0
1
Maria Wollenberg-Kluza

Włodzimierz PRESS

Niezapomniany Grigorij Saakaszwili z „Czterech pancernych i psa”. Spotkaliśmy się w lubianej przez artystów kawiarni „Mozaika” przy ulicy Puławskiej. Ciekawy, kulturalny rozmówca, stonowany i skromny, pozbawiony egotyzmu. Sam zwrócił uwagę, że zrobił najmniej spektakularną karierę spośród całej – w sumie – piątki aktorów, którzy odegrali załogę czołgu „Rudy” (Janusz Gajos, Roman Wilhelmi, Franciszek Pieczka, Wiesław Gołas). Powiedział, że zawsze „lepiej czuł się w roli obserwatora życia niż jego uczestnika” i to jest najlepsze wyjaśnienie dlaczego przez całe swoje zawodowe życie pozostawał w cieniu. Zawód aktorski wymaga postawy czynnej, często walecznej, zasada „siedź w kącie znajdą cię” działa w nim być może – o ile w ogóle działa – w bardzo nielicznych, wyjątkowych przypadkach. Znaleźliśmy też jeden szczególnie wspólny temat – Paryż. Ja jestem w Paryżu zakochany od dziesięcioleci i z niezmienną radością tam bywam, pan Włodzimierz bywa tam, bo ma tam rodzinę, co jest skutkiem emigracji części jego rodziny po marcu 1968 roku.

Maciej PRUS

Spotkaliśmy się w jego wypełnionym po brzegi książkami mieszkaniu w warszawskim wieżowcu. Ich część ustawiona była w pryzmy w przedpokoju i przeznaczona do pozbycia się ich przez właściciela. Rozmowa o drodze teatralnej Macieja Prusa była bardzo interesująca, na miarę inteligencji, wiedzy i daru narracji mojego znakomitego rozmówcy, wybitnego człowieka sceny. Gdy jednak na koniec spotkania rzuciłem mu pomysł zrobienia wspólnie wywiadu-rzeki z nim, machnął lekceważąco ręką i powiedział, że nie podejmie mojego pomysłu, bo nie chce, aby ta książka skończyła tak, jak część książek z jego księgozbioru lub w składzie tanich książek. No cóż, „habent sua fata libelli”.

Maciej Maria PUTOWSKI

Zawdzięczam mu wiele, gdy chodzi o moje prywatne upodobania estetyczne. Tak pokochałem estetykę jego scenografii filmowej, że po wielu latach skorzystałem z niektórych jej akcentów do wykreowania estetyki prywatnego mieszkania. Pan Maciej Putowski był autorem dekoracji wnętrz do kilku najbardziej plastycznych, wizyjnych polskich filmów, m.in. do „Lalki” i „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha J. Hasa czy „Wesela” i „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Kiedy wybierałem się do pana Putowskiego, do jego mokotowskiego mieszkania, wyobrażałem sobie, że zastanę prawdziwy „sezam” estetyczny, wypełniony obrazami, rzeźbami, stylowymi antykami etc. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem się w bardzo skromnie, nawet standardowo urządzonym, dość zagraconym mieszkaniu bez żadnych „mecyji”. Okazało się, że wspaniały świat estetyczny pana Putowskiego istnieje nade wszystko w jego wyobraźni i nie materializuje się w życiu codziennym. I o tej wyobraźni fascynująco, acz z prostotą, mi opowiadał. Pan Putowski nie żyje od kilku lat, więc już nigdy nie zrobi wspaniałego, czarownego filmowego wnętrza. Jednak biorąc pod uwagę ubóstwo plastyczne współczesnego polskiego kina i jego odwrócenie się od estetyki w stronę koszmarnej brzydoty (jakbyśmy nie mieli jej po uszy w codzienności), jego talent chyba nie bardzo mógłby znaleźć dziś zastosowania.

Rena ROLSKA

Pani Rena Rolska to, nie tylko dla mnie, legenda polskiej piosenki. Już jako kilkuletni berbeć słuchałem z radia lub z płyt (ebonitowych i winylowych), oczywiście nieintencjonalnie, śpiewanych przez nią piosenek, a najbardziej utkwił mi w pamięci słodki głos pani Reny w „Złotym pierścionku”, wydobywający się z głośnika domowego radioodbiornika „Viola”, który do dziś zachowałem jako antyk techniczny. Nawet kilka fraz zapisało mi się w dziecięcej pamięci („złoty pierścionek kataryniarza jedyny, na moje szczęście, na szczęście każdej dziewczyny” i o „papudze ze złotym dziobem”). Kiedy pani Rena pojawiła się w kawiarni „Rozdroże” na umówione spotkanie ze mną, ujrzałem starszą damę o wspaniałej postawie, elegancką i zadbaną, w imponującej formie, pogodną, bardzo miłą, bez śladów zgorzknienia. Pani Rena zaimponowała mi też pamięcią i darem syntezy, opowiadając mi w zgrabnym skrócie całe swoje życie, w tym artystyczne. Żyje życiem starszej damy, trochę wspomnieniami, a trochę życiem towarzyskim w gronie pokoleniowych przyjaciół. Od kilku lat już nie żyje.

Irena SANTOR

To niewiarygodne, że takie aksamitne, atłasowe damy jak ze starych portretów istnieją w rzeczywistości i to w tych czasach – pomyślałem, przeprowadzając z nią wywiad w hipernowoczesnej, szklanej scenerii supernowoczesnego gmachu TVP, tzw. „gargamela”. Chwilę przed rozpoczęciem wywiadu pani Irena Santor podniosła mi ciśnienie. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu w hallu, usiedliśmy, po czym pani Irena oświadczyła mi, właściwym jej słodkim tonem, że „nie będzie tego wywiadu”, bo zmieniły się plany związane z jej wizytą w TVP i za chwilę będzie zajęta. Zrobiło mi się przykro, że tracę taką życiową dziennikarską okazję rozmowy z Wielką Santor. Musiałem mieć uderzająco smutną minę, bo pani Irena powiedziała nagle, że „coś po nią nie przychodzą”, więc „może zdąży pan zadać jakieś dwa pytania”. „Dobre i to” – pomyślałem i zacząłem zadawać pytania, a pani Irena odpowiadała. I trwało to ponad kwadrans, bo przez taki czas nikt nie przychodził po panią Irenę, a przy „sprężaniu się” dziennikarza i lakonicznych odpowiedziach można zebrać całkiem sporo materiał. Tym sposobem pomogło mi polskie spóźnialstwo. Ktoś coś zaniedbał i kazał pani Irenie czekać, ale ja na tym zyskałem. „Niech żyją spóźnialscy” – pomyślałem wtedy.

Anna SENIUK

Z pierwszego wywiadu z panią Anną nie zapamiętałem niczego charakterystycznego poza jej perfekcją w sposobie autoryzacji wywiadu. Kilka lat później wybrałem się do warszawskiego kina „Kultura” na spotkanie z okazji pokazu „Lalki” Wojciecha J. Hasa, jednego z odrestaurowanych cyfrowo filmów tego reżysera. Pani Anna była bohaterką tego spotkania jako odtwórczyni drugoplanowej roli prostytutki Magdalenki, podopiecznej Wokulskiego. Po spotkaniu, wraz z niewielkim gronem osób, poprosiliśmy panią Seniuk o autografy i dedykacje. Ja podsunąłem jej do podpisu książkę o Hasie, ilustrowaną jej wizerunkiem jako Magdalenki, na kadrze z filmu. Jak to często bywa w podobnych sytuacjach, nikt nie miał długopisu i wszyscy rozglądali się za kimś, kto go przypadkiem ma. I właśnie ja miałem, więc skorzystałem z wynikającego z tego faktu przywileju, pierwszy podsunąłem fotę do dedykacji i wręczyłem pani Annie długopis. Wpisała, jak to ma w miłym zwyczaju, z „kwiatuszkiem” Za mną stała już kilkunastoosobowa kolejka innych chętnych, wyłącznie pań. Przez kilka minut czekałem na „odzyskanie” długopisu, ale ponieważ podchodzące osoby przedłużały kontakt i nawiązywały z panią Anną rozmówki, machnąłem ręką na długopis i wyszedłem, spisując go na straty. Pomyślałem sobie, że zostawiłem długopis „Magdalence” z „Lalki” jako podarunek i to mi stratę osłodziło.

Andrzej SEWERYN

Cenię bardzo Andrzeja Seweryna za ogólny talent teatralny, za bardzo dobre (choć nie wielkie moim skromnym zdaniem) aktorstwo, za wielką wiedzę o teatrze, za kolosalną ambicję i pracowitość. Jest jednak jak na mój gust zbyt solenny, zbyt uroczysty, zbyt patetyczny, jakby brakowało mu nieco dystansu do samego siebie i poczucia humoru. Taka też była nasza rozmowa w jego gabinecie w Teatrze Polskim w Warszawie, interesując, ale jak z „królem lodu”.

Wojciech SIEMION

Wojciecha Siemiona doceniłem i polubiłem jako aktora, a był aktorem wybitnym, dość późno, choć lubiłem jego vis comica. Wcześniej nie miałem gustu do jego ludowości, wiejskości. Dopiero kiedy w 1971 roku zobaczyłem go w Teatrze Telewizji, w kapitalnej roli Arnolfa w „Szkole żon” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy, w molierowskiej peruce siedemnastowiecznym kostiumie, zrozumiałem że to wielki majster w swoim zawodzie, a nie ludowa kukiełka. Kilka lat później podziwiałem go w roli lichwiarza Wilczka w „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Rozmowa nasza była krótka i pośpieszna, w przerwie sesji samorządu warszawskiego, w gmachu przy placu Bankowym. Był wtedy radnym. Na koniec pan Wojciech wpisał mi dedykację – swojemu „ziemlakowi”, jak to sformułował, jako że część mojej rodziny od strony matki pochodzi z tej samej części Lubelszczyzny co jego, z Krzczonowa, i zaprosił do udziału w dorocznym, tłumnym spotkaniu w jego ukochanej posiadłości w Petrykozach. Przybyłem, miód i wino piłem oraz podziwiałem, jak fenomenalnie wyrecytował poemat Kazimierza Przerwy-Tetmajera „Jak Janosik tańczył z cesarzową”. Kilka lat później wybierałem się do Petrykoz ponownie i nawet nabyłem jakąś gościnną butelczynę przedniego trunku dla pana Wojciecha, gdy jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że artysta zginął w wypadku drogowym.

„SKALDOWIE”

Oczywiście, w pierwszym rzędzie Andrzej i Jacek Zielińscy, ale dla mnie nade wszystko ukochani „Skaldowie”. W latach siedemdziesiątych było dla mnie sensacją ujrzenie ich przez chwilę na zakopiańskich Krupówkach, odzianych („Skaldowie”, nie Krupówki) w modne wtedy kożuchy-baranice. Pamiętam, że Andrzej zawołał do pozostającego nieco w tyle Jacka: „Jacek, zapierdalamy na Gubałówkę!” . Czterdzieści lat później udało mi się z moimi ukochanymi „Skaldami” przeprowadzić wywiad. Zajebiście! Dziś życie tylko jeden z braci, Andrzej.

Jerzy SKOLIMOWSKI

Przyjechał po mnie autem do wsi Wielbark, na Mazurach, niedaleko od Szczytna, z którego ja z kolei tam dotarłem autobusem. Bez jego podwózki na miejsce bym nie dotarł, jako że Jerzy Skolimowski rezydował (było to lato 2008) w letniej posiadłości, w drewnianym domu stojącym na leśnej polanie, niemal jak pustelnik. Miał tam też pracownię malarską. Słuchałem opowieści legendarnego, światowej renomy reżysera filmowego, twórcy m.in. „Walkowera” czy „Rysopisu” własnym oczom nie wierząc, że rozmawiam z nim w takim miejscu i takich okolicznościach. Skolimowski, mimo pewnych, dawnych atrybutów człowieka z „wielkiego świata”, kolegi światowych gwiazd kina, który reżyserował m.in. Ginę Lollobrigidę, Davida Nivena w „Królu, damie, walecie” czy Harveya Keitla w „Pojedynku” oraz niegdysiejszego playboya jeżdżącego po Łodzi czerwonym kabrioletem alfa romeo jest człowiekiem bardzo skromnym, ciepłym, bezpretensjonalnym, wręcz nieśmiałym, a ponadto kocha zwierzęta (stąd jego film „IO”, o osiołku) i jest dla nich bardzo czuły. Przy okazji naszej rozmowy okazał się, jak różne bywają spojrzenia twórców i widzów na ten sam film. Pan Jerzy powiedział mi bowiem, że za swój najbardziej nieudany film uważa „Króla, damę i waleta” (1972), który z różnych powodów jest moim ulubionym jego filmem.

Józef SKWARK

Rozmówcą był bardzo miłym, spokojnym i kompletnie bezpretensjonalnym. Należał do tych aktorów, których droga zawodowa biegła od gwałtownie zdobytej, ale „beznazwiskowej” popularności do wieloletniej miarowej, ale nie przynoszącej rozgłosu krajowego, pracy teatralnej, aktorskiej i reżyserskiej, głównie we Wrocławiu (m.in. w „Sprawie Dantona” w reżyserii Jerzego Krasowskiego). Mało kto z widzów pamiętał jego nazwisko, funkcjonował w zbiorowej percepcji jako tytułowy „szatan z siódmej klasy”, Adaś Cisowski z filmu Marii Kaniewskiej z 1961 roku. Oglądałem go z zachwytem i emocją jako dziecko. I ta emocja sprzed wiel lat po części powróciła do mnie w czasie tej rozmowy. Rozmawiałem – w warszawskim Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego – z Szatanem z Siódmej Klasy osobiście, we własnej osobie.!!!

Witold SOBOCIŃSKI

Wielki operator filmowy! Sfilmował Andrzejowi Wajdzie „Wesele” i „Ziemię Obiecaną”, a Wojciechowi Hasowi „Sanatorium pod Klepsydrą”. Spotkaliśmy się w jego domu w Konstancinie-Jeziornej. Wiele interesującego mi opowiedział. Stracił wskutek nagłej, przedwczesnej śmierci utalentowanego operatorsko syna. Kiedy po spotkaniu opuściłem jego progi i szedłem już jakieś pięć minut w upalne południe jakąś prawie polną drogą do przystanku, nagle wyłoniło się za mną auto, za którego kierownicą siedział pan Sobociński. Zatrzymał się, wziął mnie „na łebka” i podwiózł w dogodne miejsce w Warszawie.

C.d.n

Poprzedni artykułJanusz Termer – Grób Agamemnona, czyli uroki masowej turystyki…
Następny artykułKrzysztof Lubczyński – „Lalka” jako muzyczno-komediowy kabaret

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko