Strona główna Felietony Krystyna Habrat – ZANIM DZIEŃ UŚMIECHNIE SIĘ SŁOŃCEM

Krystyna Habrat – ZANIM DZIEŃ UŚMIECHNIE SIĘ SŁOŃCEM

0
44

CZYLI:

PORANNE ROZWAŻANIA O NASZYM MÓZGU – SIEDLISKU INTELIGENCJI

/felieton/

Obudziłam się dziś zanim jeszcze dzień uśmiechnął się słońcem. O w pół do piątej. Zrobiłam sobie małą kawkę z mlekiem i cynamonem i , siadając w fotelu pod oknem, odsłoniłam zasłony. Miałam nadzieję ujrzeć zorzę polarną, ale z ciemności dzień wyłaniał się ponury. W dodatku i tutaj obrastające nas wokoło coraz wyższe wieżowce rzucają cień na nasze życie.

Ale nie chciałam o tym teraz myśleć, nauczona przez męża, by się nie zamartwiać tym, na co się nie ma wpływu. Kawa była wyborna.

Zresztą tu mieszkańcy też walczyli przeciw zbyt gęstej zabudowie drapaczy chmur w każdym wolnym zakątku. I cóż? Zwyciężyli deweloperzy. Nawet w osiedlowej przychodni znaleźli sposób na wzrost zatłoczenia pod drzwiami gabinetów lekarskich. Sprywatyzowali dentystów i ta część korytarza już pusta. Kilku specjalistów znikło. Powoli z balkonów nowych budynków znikają ogłoszenia: Sprzedam! Wynajmę! Wyrastają między nimi kolejne. Znowu pod widłami dźwigów padają drzewka, krzewy. Musimy godzić się na życie w półmroku i tumulcie tłumów. Szybko zapominamy o jasności szerokich horyzontów.

Tych dosłownych i tych w przenośni. Bo oto wpadł mi w ręce stary wycinek z gazety, którym założyłam książkę. Tę małą o Oxfordzie. Kupioną tam kiedyś na pamiątkę… zwiedzania. A w tym gazetowym wycinku jest o przewodniej idei tej uczelni – o rozwijaniu szerokich horyzontów umysłowych jak i największego wachlarza zainteresowań, aby kształtować człowieka mądrego z korzyścią dla rozwoju nauki, dla społeczeństwa i jego samego, zapewniając mu lepsze życie. Bo rozdrabianie się w nadmiernej specjalizacji nie jest dobre.

Sami widzimy u nas, jak choćby w służbie zdrowia lekarz pierwszego kontaktu dla postawienia pogłębionej diagnozy odsyła do różnych specjalistów , czekamy więc długo na termin do takiego, czekamy potem długo pod jego drzwiami w tłoku poczekalni, a ten odsyła na badania i z wynikami znów do niego…Czasem zapominamy, po co do niego przychodzimy, co to nam dolegało, gdy dostawaliśmy skierowanie? A ważny i niedosiężny medyk nie docieka. Widać, nic groźnego, skoro o tym zapomnieliśmy.

Kawę wypiłam, dzień za oknem powoli się budzi. Niebo jaśnieje. Na razie nie biorę smartfonu, aby zagrać w sudoku, jak lubię, dla gimnastyki umysłu, a otwieram wielką i grubą książkę Władysława Kopalińskiego „KOTY W WORKU, CZYLI Z DZIEJÓW POJĘĆ I RZECZY”.

Zatrzymałam się na rozdziale i Sodomie i Gomorze, bo nie lubię takich tragedii, gdzie ludzie giną w wielkich cierpieniach. I to tak ich dużo. Pewnie, dotąd by i tak nie dożyli, a jednak ich żal. Z tego powodu nie czytuje też kryminałów ani sensacji. Tylko tyle, by mieć w tym orientację no i takie książki podarowane mi przez miłe osoby. A pełny tytuł tego rozdzialiku, bo takich tu przeszło 200, brzmi: „Sodoma, Gomora i St.Pierre”.

Dwie pierwsze nazwy dobrze znane, bo weszły nawet do mowy potocznej, jako okrzyk na określenie czegoś, co woła o pomstę do nieba, jakaś zgnilizna moralna, paskudne odstępstwa od obyczajów. Nawet pewne grzechy i przypadłości chorobowe bywają tak nazwane, o czym ostatnio głośno. Jakoś tamtych ukaranych nie bardzo żałuję, bo mieli nazbyt wesołe życie. Bardziej żal niewinnych. Współczucie musi budzić żona Lotta, która pomimo srogiego zakazu obejrzała się za siebie na miasto i skamieniała w słup soli. Niedawno czytałam o niej piękny wiersz Józefa Łobodowskiego, jak jej żal było życia, jakie , odchodząc, porzuca, kołowrotka, na który przędła, ogródka pod oknem i ptaków, jakie karmiła. Traciła to wszystko nie za swoje winy. I obejrzała się. Tak, żony Lotta mi szkoda. Przecież znalazła się w gronie kilku uczciwych, wyprowadzanych z miasta zagłady. Ona tylko, podobnie jak Orfeusz, lekko się obejrzała. Zgubiły ich uczucia. Te jakże ludzkie, subtelne drgnienia serca, najsubtelniejsze.

Natomiast o tej trzeciej miejscowości St.Pierre czytam chyba po raz pierwszy. To było na Martynice w maju 1902 roku. Wybuchł wulkan Mont Pelee. Zginęło całe 30-tysięczne miasto. Z winy jednego polityka. On zlekceważył ostrzeżenie natury.

Nieraz powtarzam: jak to dobrze, że u nas nie ma wulkanów, trzęsień ziemi, tsunami, skorpionów, czarnej wdowy, węży boa, grzechotników i kilku innych nieszczęść. Wystarczą nam własne. Nie potrafię nawet tego , co tam, opisać. Posłużę się cytatem z książki, str.248:

„W St. Pierre miały odbyć się wybory, w których władze miasta, kontrolowane dotychczas przez partię zwaną niezbyt właściwie Postępową, poczuły się po raz pierwszy zagrożone przez partię3 kolorowych, tzw. Radykalną. Gubernator Luis Moutet, przysłany na wyspę dopiero przed siedmiu miesiącami, popierał partię białych. Przywódcą radykałów był Murzyn, kupiec Amedee Knight, którego hasłem wyborczym było niebezpieczeństwo wulkanu; partia Postępowa starała się je zlekceważyć. Jednak kilku senatorów rozumiało sytuację i wzywało do natychmiastowej ewakuacji miasta.

Ale siły przeciwne były zbyt potężne Jedyne w mieście pismo wylewało co dzień potok łgarstw na ten temat, Władze lokalne, policja, wojsko i tak zwani eksperci naukowi robili wszystko, by podnieść na duchu mieszkańców i zapobiec szerzeniu się paniki i przygnębienia. A przecież była to tylko burza w szklane wody. Wystarczyłoby dla uratowania mieszkańców miasta, by gubernator przełożył wybory na inny termin. Jednak wybuch Mont Pelee sprawił uczonym niespodziankę. (…)Łatwo być mądrym po szkodzie, ale śmierć mieszkańców St., Pierre była bezpośrednim skutkiem strachu białych władców, że rządy wymkną się im z rąk na rzecz kolorowych.”

No cóż, sytuacje psychologiczno-społeczne układają się według pewnego schematu. I lubią się powtarzać.

Jacy ci ludzie byli tam zaślepieni. Ja o takich zawsze mówię, i wcale nie żartuję, że pewnie za mało książek czytali. A szczególnie – powieści.

Tam może mieli za mało bibliotek, księgarń. I tylko jedno pismo, do tego zakłamane!

Nie to co u nas, teraz. Niektórzy z triumfem ogłaszają, że czytelnictwo znowu nam rośnie! Bo wzrosła do kilku % liczka osób, którzy w zeszłym roku przeczytali jedną książkę. No, no! Gdzie fanfary?!

Ja do niedawna głosiłam, że nie uważam za inteligentnych osób, którzy nie czytają co najmniej 25 książek rocznie. Dwie na miesiąc – zgodnie z wymogami wypożyczeni w bibliotece i choć jedna na rok – taka „przyłóż do serca”, dla przyjemności, pociechy lub podnoszenia własnej inteligencji, albo w wyniku szerszych zainteresowań, które charakteryzują ludzi inteligentnych o szerszych horyzontach umysłowych. Właśnie ta dwudziesta piąta, a jeśli to osoba naprawdę inteligentna, to nie jedna taka książka , a 5 lub 10 razy tyle. No, chyba, że ta osoba pisze akurat doktorat i brak jej – chwilowo – czasu. Albo to kobieta pracująca , która ma małe dzieci.

I cóż tu dodać więcej? Że bywają przecież tacy, co rezygnują z pracy naukowej, aby móc więcej czytać. A nawet pisać. I wcale tego nie żałują, choć ani Nobel, ani sława, takim nie grozi. Ja nawet taki przykład mogę wskazać palcem …

Tylko książki teraz coraz większe, grubsze, cięższe… wagowo. Te „Koty w worku”, które wyżej cytowałam, ważą niemal 80 dag. Blisko kilogram. I jak tu taką wziąć do parku, by poczytać w słoneczku na ławeczce? Do kieszeni nie wejdzie, Ani do torebki. Za ciężka, by czytać ją na stojąco w tramwaju. A kiedyś tyle się czytało w kolejkach epoki „pustych haków, z octem w tle”.

Teraz puste są ulice bez wystaw księgarskich, gdzie zawsze już na wystawie można było coś wypatrzyć. Wejść, kupić i pokochać.

Dobrze, że choć wulkan nam nie zagraża.

Krystyna Habrat 18 kwietnia 2026 r.

Poprzedni artykułGrzegorz Borowiec – Wiersze
Następny artykułTadej Karabowicz – Mnemoniczna pamięć w powieści Tadeusza Jasińskiego „Mocarze zejdą z gór”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko