Strona główna Felietony Piotr Müldner-Nieckowski – Co w nas zostało z tamtych czasów?

Piotr Müldner-Nieckowski – Co w nas zostało z tamtych czasów?

0
52
Piotr Muldner-Nieckowski fot. Ewa Modestowicz

Trochę niestety zostało. Niektóre sygnały świadczą o genetycznie uwarunkowanym przechodzeniu pewnych zachowań z dziadków i rodziców na dzisiejsze dzieci.

Kiedy ksiądz profesor Józef Tischner (1931–2000), analizując spadek po komunizmie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL-u), z troską i rzetelnie posłużył się kryptonimem „homo sovieticus” (łac. człowiek sowiecki), niejednemu otworzyły się oczy. Tak, to prawda, jesteśmy nasączeni lękiem przed autokrytycyzmem i pozbawieni zdolności podporządkowania się zdrowemu rozsądkowi. Jeśli szef każe tak, to ma być tak, mimo że aż prosi się o „nie”.

Człowiek sowiecki to taki, który kierownika, a już premiera na pewno, uważa za wszechmocnego władcę, który mówi prawdę, kiedy kłamie i odwrotnie, kłamie, kiedy mu się z ust wyśliźnie jakaś prawda. To taka osoba, która nie szanuje życia jako cudu naszego świata, prawo zaś traktuje tak, jak sama je rozumie (albo jak jej podpowiada gazeta), ale zgodnie z tym, co wykłada władza, i potrafi pleść na ten temat od rzeczy. Jeśli coś robi źle, to twierdzi, że źle zrobił poprzednik.

Woli czekać na to, co zostanie zdecydowane za nas i nadal mówi o mitycznych „onych”, którzy zapewniają niezbędne minima. Do dziś istnieją gromady ludzi, którzy nie widzą dnia pracy w biurze bez dziesięciu herbat, ale protestują, kiedy się ich rozlicza z wykonania zadań. Uważają, że pieniądze na ZUS pracodawca daje z własnej kieszeni, bo tak nakazuje ustawa, i nie dopuszczają myśli, że środki na ten cel przecież sami muszą wypracować. Sądzą, że właściciel firmy wymaga od pracownika wydajności tylko dlatego, żeby sobie samemu nabijać kabzę. Nie czują, że biedny biznesmen biednie płaci.

Inny Józef, mianowicie komunista Oleksy (1946–2015), były premier RP (1995–1996), oświadczył swego czasu, że sześćdziesiąt procent społeczeństwa to ludzie bezwolni, którzy nigdy nie zmienią podejścia do życia i którym trzeba zapewnić to, co w komunie dawali „oni”, czyli tak zwana (z rosyjska) wierchuszka. To się do dziś niewiele zmieniło, tylko zostało zamaskowane przez różne dodatki internetowo-fejsbukowe, braki w kontaktach z ludźmi, samotniczy sposób bycia, polegający na nieodstawianiu twarzy od ekranu smartfonu, wreszcie przez dostęp do powierzchownej nieułożonej logicznie magmy informacji, z której nie wynika co jest prawdą, co fałszem, co domysłem lub kłamstwem, a co bzdurą całkiem niepotrzebną. Zupełnie niezrozumiałe są postawy wyborcze, dość powszechne, ale oparte na irracjonalnej zasadzie, że głosuje się na osobę wraz z jej wyglądem, brzmieniem głosu, sposobem ubierania się i tego do jakiej grupy politycznej należy. Natomiast nie oddaje się głosu na to, co ta postać sobą reprezentuje, jakie ma poglądy ani jak będzie działać jako poseł czy radny w sprawach dotyczących wyborcy. Ludzie przeważnie myślą według schematu: „co innego na co dzień, co innego przy urnie; tak jak: co innego w ciągu tygodnia, a zupełnie co innego w niedzielę”.

Na to może się nakładać spotykane w każdym systemie politycznym i w każdym kraju zjawisko wyborcze, które można nazwać bezargumentowym „żądaniem zmiany władz” albo nieuzasadnianym „pragnieniem odnowienia władzy”, czyli odnowy dla samej odnowy. Jest to zapewne dziwaczne, ale wcale nierzadko spotykane dążenie do przeciwstawienia się temu, co się w państwie działo dotychczas, jednak bez żadnej analizy możliwych skutków takiej „poprawy”.

Nawet jeśli taki nowy wybór okaże się dla wyborców szkodliwy i nowy rząd pogorszy sytuację w kraju, nie powiedzą, że są temu winni, bo źle wybrali, ale będą utrzymywać, że winna jest stara władza; ich zdaniem chyliła kraj ku upadkowi, a nowe władze tylko tę schyłkową tendencję przejęły z konieczności i nic nie mogą na to poradzić. Za obelżywe uważają uwagi, że sami jako wyborcy są temu winni, bo wybrali nie tych, których należało. Tytułem obrony własnego wyborczego interesu z uporem postanawiają w przyszłości głosować na władzę gorszą tylko dlatego, że wygrała teraz. Na ten nielogiczny galimatias nakłada się jeszcze cała seria innych błędnych składników rozumowania wyborczego, na przykład głosowanie na kandydatów innych niż wybierani przez niemiłego sąsiada albo wstrętną teściową – i im na złość.

Istnieją różne opinie o najczęściej spotykanych, ale niezbyt dobrych cechach, postawach i motywacjach obywateli wychowanych w warunkach obyczajowości komuny, ale wszystkie w jakiś sposób się pokrywają. Właściwie są to te same oceny społeczeństwa komunistycznego, lecz z użyciem innego języka, odmiennych nazw dla podobnych zjawisk emocjonalnych, etycznych, ekonomicznych czy społecznych. Wszystkie prace na ten temat dokumentują ideowe rozbijanie społeczeństwa i pokazują, że obserwowany rodzaj destrukcji społecznej jak żadnej innej doktrynie udał się w czasach nowożytnych właściwie tylko komunie.

Dlatego obecnie nadal używa się dawnych metod. Są po latach zmodyfikowane, ale teraz działają już na całym świecie i dla niepoznaki wolniej, z taktyką typu salami, mniej agresywnie niż w czasach bezmyślnie krwawej rewolucji sowieckiej czy ludobójczego anarchosyndykalizmu w Meksyku.

Opracowano i rozpoczęto stopniowe, trudne do zauważenia wdrażanie nowego systemu lewicowo-liberalnego, identycznego co do marksistowskich zasad, tylko z innymi rekwizytami niż ten pierwotny.

Robotników jako klasę wiodącą zastąpiono osobami transpłciowymi i o niestandardowej seksualności, stopniowo zwiększając ich liczebność (na razie jest za mała, choć głośna). Cele bytu społecznego nastawiono docelowo na likwidację rodziny i samotnictwo, zaś rodzicielskie wychowanie potomków na zastępcze albo państwowe. Szkolną naukę wiedzy, sztuki, języka czy logiki usiłują zastąpić wpajaniem umiejętności opartych na wiedzy celowanej, praktycznej (nieencyklopedycznej, niepojęciowej, a więc nietwórczej, nierozumowej) oraz uświadamianiem dowolnie wybranej seksualności. To ostatnie ma się kojarzyć ze strefą przyjemnościową, ale de facto zmierza do minimalizowania wartości osobniczych i osobowościowych, m.in. do niszczenia tajemnic życia każdej jednostki, co tymczasowo jest maskowane sztucznym i niewydolnym systemem RODO, który zamiast ludziom pomagać, w rzeczywistości przeszkadza w życiu codziennym i zawodowym.

Wszystko po to, aby łatwo się sterowało ludnością ujednoliconą i możliwie daleko pozbawioną praw i cech osobniczych.

Nic nowego. W latach 20. i 30. XX w. urzędowała w Moskwie popularna caryca seksu, niejaka Aleksandra Michajłowna Kołłontaj (1872-1952), rosyjska działaczka komunistyczna, rewolucjonistka, feministka i pisarka, związana z frakcją bolszewików Włodzimierza Lenina. Apostołka miłości, jak ją nazywano. Dla niej seks był niczym wypicie szklanki wody. Bez zobowiązań. Stworzyła Ministerstwo Kobiet do prowadzenia propagandy edukacyjnej w celu wyzwolenia seksualnego małżeństw. Rosjanki zaczęły ją masowo naśladować. Marksiści ze Szkoły Frankfurckiej (1923-1938 Niemcy, 1939-1949 USA, 1950-1956 Niemcy) wpisali to do doktrynalnych zasad „nowego społeczeństwa”. Do Polski na szczęście prawie nie dotarło.

Komuna wraca dzisiaj coraz częściej głównymi drzwiami, korzystając z istnienia niemałych resztek zakonserwowanej ekipy PRL-owskiej i jej dzieci, i z trudnych do zmiany cech nabytych przez niekomunistyczną ludność wyrosłą w tamtej rzeczywistości.

O ile w ramach reakcji na teksty Oleksego wzruszano ramionami („komunista zawsze będzie cyniczny”), o tyle wypowiedź ks. Tischnera wielu oburzała, bo brzmiała nie jako nazwa cechy społecznej, ale jak obelga. Wyszła przecież spod pióra autorytetu. Została odebrana dosłownie i jako napaść, a nie nazwanie brzydkiego, ale jednak grzechu. Niejeden obnosił się ze swym niezadowoleniem jak gdacząca kura, która właśnie zniosła jedyne jajo. Określenie było nie w smak nie dlatego, że dotykało jakichś bolesnych ran, ale ze względów czysto powierzchownych, politycznych, w sumie prostackich. Trochę tak, jakby ktoś został przyłapany na przypadkowym założeniu czerwonego krawata, zaczerwienił się ze wstydu i miał o to pretensje do księdza-filozofa.

Flaga sowiecka była czerwona, a ruskich i komunistów przez długie lata nazywaliśmy „czerwonymi”, to fakt. W samym kolorze właściwie nie ma nic złego, my też tę barwę mamy, a jednak w Gdyni, w ferworze usuwania śladów po komunizmie PRL-u, zlikwidowano ulicę Czerwonych Kosynierów. Zapomniano, że Czerwoni Kosynierzy to ochotnicze oddziały robotników dzielnie broniących naszych granic w 1939 r. W Płocku zabrano się do niszczenia pomnika Władysława Broniewskiego (przeciw czemu słusznie zaprotestowało nowo wtedy powołane i bynajmniej nie komunistyczne Stowarzyszenie Pisarzy Polskich).

Broniewski był wielkim poetą i solidnym patriotą, choć socjalistą, chwilami tylko komunizującym. Swoje w więzieniu moskiewskim NKWD na Łubiance odsiedział, nie godził się bowiem z napaścią ZSRS na Polskę w 1939. Z innych idiotyzmów przełomu lat 80. i 90. warto odnotować, że w Moskwie za czasów prezydenta Borysa Jelcyna (1931–2007) żądano zmiany nazwy Placu Czerwonego, mimo że została temu miejscy nadana w XVI wieku. Zapędy odnowicieli były nietrafne, jednak zgodne z nową poprawnością i zapewne miały służyć starciu z siebie pyłu niesławnych lat. „Patrzcie na nas, uczcie się, jak bezpowrotnie zrywać z przeszłością”. O tym, co rodzina robiła w czasie wojny, a zwłaszcza jeśli ktoś z jej członków działał w AK czy Szarych Szeregach, ratował Żydów albo dostarczał żywność przez płot obozu koncentracyjnego, należało milczeć jeszcze w początkach XXI wieku, bo – zdaniem większości – odkrycie tego faktu mogło ściągnąć represje.

Niektóre symbole, takie jak nazwy ulic, rzeczywiście mogą irytować tych, którzy pod ich znakiem cierpieli biedę i katusze. Tkwi to w nas niekiedy naprawdę głęboko i jest przekazywane następnym pokoleniom rodziny. Jednak jeśli mamy z czymś walczyć, to najpierw ze zwichrowaną mentalnością, która tak bardzo utrudniała i nadal komplikuje codzienne życie. Z odruchami warunkowymi, a nie symbolami. Z dokuczliwym nastawieniem do ludzi, pogardą i nienawiścią, których wielu nawet nie potrafi logicznie uzasadnić. „Używajmy argumentów i zdejmujmy przeciwsłoneczne okulary, bo zmieniają ostrość sądów”, mawiał Zbigniew Herbert, gdy słyszał nietrafne opinie w sprawie odruchowych zmian nazw w Polsce.

Nie posłuchano go na przykład przy sprawie zmiany nazwy ulicy „Armii Ludowej” w Warszawie na „Lecha Kaczyńskiego”. Warto przypomnieć, że Armia Ludowa, utworzona z innych bojowych jednostek komunistycznych na terenie okupowanej Polski, od 1 stycznia 1944 r. brała udział w tworzeniu PRL-u pod okupacją rosyjską, wtedy sowiecką. Jako nazwa ulicy razi do dzisiaj wszystkich, którzy rozumieją, czym był PRL. Zamiast wybranego dla niej głosami radnych imienia „Lecha Kaczyńskiego” ta część „Trasy Łazienkowskiej” w Warszawie nadal na podstawie decyzji prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego ma antypolską nazwę „ulica Armii Ludowej”, czym od lat doprowadza Warszawiaków do szału, przypominając nie tylko o dyskomfortach komuny, ale i dramatach z nimi związanych.

Do najważniejszych zawijasów psychologicznych, które przetrwały z tamtych lat zaliczyłbym ten, który każe nam robić wszystko na opak. Przez cały powojenny okres totalitaryzm usiłował wykorzenić z nas samodzielność myślenia i przekonać, że jesteśmy tyle warci, ile nam się powie. Skutkiem takiego wychowania było znaczące obniżenie poziomu zaufania do bliźnich, paradoksalne osłabienie wiary we wspólnotę i podejrzliwość co do ewentualnego donosicielstwa kolegów. Z jednej strony nadal nie doceniamy siebie samych, z drugiej, na zasadzie kompensacji, innych, bo dlaczegóż mieliby być lepsi.

Kto dziś zostaje dyrektorem i chce się zasłużyć władzy, szybko staje się w swej mentalności zastępcą podwładnych i usiłuje pracować za nich wszystkich. Jeśli czegoś sam nie zrobi, to pozostali – uważa – zrobią to źle albo wręcz pominą obowiązek. I dziwi się, że nowocześniejsi biznesmeni poszukują na stanowiska kierownicze ludzi nieobciążonych przeszłością, młodych. Jest też odnawiana obecnie moda na zatrudnianie ludzi starszych, ale za to albo kolesiów ze swojej partii albo innych „swoich”. W każdym razie takich, którzy zadbają bardziej o firmę niż o pracowników. To też mamy z komuny.

W umysłach postkomunistycznych jak zadra tkwi przekonanie, że trzeba się we wszystkim zabezpieczać na wszelki wypadek, czyli na przyszłość, bo ta jest z zasady niepewna, a system państwowy zawodny. Jeżeli więc zepsuł się zamek w drzwiach, to trzeba kupić dwa, bo jutro już takiego się nie dostanie. Nie sposób ich tego oduczyć. Mają to wpojone przez dziadków wychowanych na PRL-owskiej biedzie.

Właścicielka sklepu, mająca naturę dawnej „dziwki sklepowej”, dziwi się, że ma mało klientów, ale zachowuje się za ladą jak owa sprzedawczyni z „Mistrza i Małgorzaty”, która na pytanie, czy jest woda mineralna, odpowiada, że nie ma i obrażona odwraca się tyłem.

Rada miasta w kłótniach poświęca wiele godzin problemowi zaworu w kaloryferze, które mógłby w ciągu kwadransa naprawić hydraulik, a ważne sprawy odkłada ad Kalendas Graecas, bo są to” rzeczy zbyt trudne i odpowiedzialne jak na jedno posiedzenie”. Ocena wagi problemów jest dla wielu urzędników zajęciem niedostępnym umysłowo, zablokowanym. Komuna jednak nie dąży do ich odblokowywania. Zbyt „mądrych” odsuwa na bok, bo zagrażają szefostwu.

Sfrustrowany kierowca odbija sobie niepowodzenia małżeńskie i ustawicznie zajeżdża innym drogę, mając przy tym pretensje o to, że ktoś uszkodził mu błotnik.

Pracownik pogotowia ratunkowego permanentnie spóźnia się do pracy.

Urząd skarbowy ściga małych dłużników, a wielkim i bogatym schodzi z oczu, zaś mocodawca zwany fiskusem (po prostu: minister finansów o konkretnym nazwisku) popiera to w całej rozciągłości, proponując coraz nowsze przepisy, odbierające biednym ostatnie grosze; szczególnie razi grabieżczy pomysł z kasami fiskalnymi.

Jeśli właściciel firmy kupuje nowe komputery, bo stary sprzęt się zużył, to już w dniu następnym ustawia się do niego kolejka pracowników z żądaniem podwyżki. Wzorując się na zachowaniach z lat 60.-70. ubiegłego wieku, nie biorąc pod uwagę zasad rozwoju firmy wywnioskowali, że przyszły jakieś pieniądze, które warto zgarnąć dla siebie.

Wpisanie pracownikowi do zakresu obowiązków sprzątanie stanowiska pracy, u wielu spowoduje odruchowe sprzątanie przez cały dzień (aby nie robić tego, co naprawdę należy), ale kiedy takiego zapisu nie ma, biurko i otoczenie tonie w śmieciach. Kto miał przez jakiś czas choćby małą własną firmę, ten wie, o czym, tu piszę. Nie ma kultu pracownika. Tego polskie szkoły dziś nie uczą.

Lud nasz nadal czuje się czasem motłochem, z którym można wyczyniać wszystko, co tylko nie spowoduje protestu ulicznego. Ale też jaki to jest lud?

Ano normalny. Taki, że jeśli po ośmiu godzinach sterczenia na korytarzu jakiegoś urzędu obywatel wreszcie dopadł upragnionych drzwi, usiadł przed blatem wymarzonego biurka urzędniczki i położył przed nią wypełniony drukowanymi literami formularz, to zachowuje się jakby wpadł do raju i może swawolić jak u cioci na imieninach. Błysnąć inteligencją, dać coś do zrozumienia, okazać się kimś ważnym. Zaczyna się wdawać w rozmówki, wyraźnie odpoczywać na petenckim krześle, zapominając, że za drzwiami czekają następni chętni do składania dokumentów. Zamiast załatwić sprawę w dziesięć sekund, rozprawia pół godziny i opowiada dowcipy, chcąc się przypodobać zmęczonej pani urzędniczce.

Piotr Müldner-Nieckowski

Poprzedni artykułDariusz Pawlicki – Zwierzęta pośród ludzi, ale i ludzie wśród ludzi
Następny artykułArkadiusz Frania – Wiersze tygodnia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko