Strona główna Rok 2026 Nr 610 Leszek Wójcik – Wiersze

Leszek Wójcik – Wiersze

0
104

 

KSZTAŁTY ŚWIATA

Na początku byłem ręką
badałem kształty świata
wypukłość i wklęsłość
gładkość i szorstkość
powierzchownie poznawałem
istotę rzeczy

Potem stałem się głową
śledziłem nitki podziemnych grzybni
temperatury i ciśnienia tworzące burze
plątaniny kabli w drodze do eksplozji
pieniądze które nie zmieniają się w czas

Teraz jestem sercem
stoję w otwartej bramie
patrzę na sad pełen owoców
ciemny las brzeg morza
pełen horyzont spokoju




RZECZY

Każdego dnia poznawałem rzeczy
bujany fotel wypełniał się dziadkiem
złocona papierośnica karmiła go
obłokami gryzącego dymu
laska szła z babcią krok w krok
sztywna i pewna siebie

Lewa rękawiczka ojca tęskniła za prawą
dla której po wojnie zabrakło ręki
ścierka matki podawała obiad
który parował oddechem zmęczenia
a po pracy uczyła dyscypliny

Rzeczy rozumiały się dobrze
ze swoimi ludźmi
szanowały swoje miejsce na ziemi
a potem odchodziły nagle
nie wiadomo dokąd




ZAPAŁKI

Dziadek miał w kredensie farmę
pustych pudełek po zapałkach
rozmnażały się co kilka dni
przy rozpalaniu żeliwnego pieca
lub gotowaniu niesfornego mleka
które stale próbowało zbiec na wolność

Dziadek trzymał je pod kluczem
jakby się bał że podpalą świat
kolejną wojną z której trudno wrócić
a one perwersyjnie prowokowały
niespełnioną obietnicą ogniska
ze śpiewem kiełbasą i wódką do świtu

Nie zdążyłem go spytać o bliznę na czole
o zapałki dni liczonych w stalagu
ani o to jak zaprzyjaźnił się
z czarnym wojskowym beretem

Któregoś dnia musiał się ukryć
w pudełku po zapałkach i przepadł
ze starym kredensem żeliwnym piecem
i ryzykiem wojennego pożaru




STAWY

Po lekcjach chodziliśmy nad stawy
koło starego wysypiska śmieci
pełnego gruzu i cuchnących opon
które sennie kamieniały z żalu
za kilometrami nieprzebytych dróg

Rozchylaliśmy wilgotne kurtyny trzcin
oglądaliśmy pantomimę moczarki kanadyjskiej
rytmiczny balet rzęsy drobnej
pląsy nartników i kijanek
skryte życie toczyło się pewne siebie
obojętne wobec naszej uwagi

Wrzucony nagle patyk
przebijał lustrzaną powłokę stawu
fala uderzeniowa burzyła porządek
wodne stworzenia rozpraszały się
przed cieniem małych ludzi
byliśmy ich strachem i chaosem

Nie ma już tamtych stawów i wysypiska
wszystko zarosło twierdzą ze świeżego betonu
patrzę prosto w jej szklane oczy
milczymy w nieznanych sobie językach
ktoś wrzucił kij w powłokę czasu
żeby nie było czego pamiętać




PRÓBUJĘ OPISAĆ DOM

Próbuję opisać dom
niedzielny poranek
z nieobecnym dziadkiem
którego wojna zgubiła tak bardzo
że nie umiał znaleźć drogi ze stalagu

Babcia nuciła piosenki z ochronki
smarowała chleb cienko i dokładnie
zmieniała masło w czarodziejski fluid
połączony z chlebem w tajemnym misterium
to nic że nie ma wojny i jest niedziela
masło jest cenne i nie jest na zawsze

Ojciec rano włączał radio dla sąsiadów
Moskwa z melodią i piosenką słuchaczom polskim
ktoś gdzieś słuchał ktoś coś notował
wszyscy wiedzieli że Moskwy trzeba słuchać

Matka zagniatała ciasto na makaron
do rosołu co wzmacniał w ciężkich czasach
niedziela bez rosołu była nieważna
tak jak droga do kościoła
przez kładkę nad wykopem pełnym błota
w którym budowano socjalizm

Próbuję opisać do
rozwiany podmuchami czasu
i chleb cienko smarowany masłem
którego mogłoby kiedyś zabraknąć



DWORZEC

Ten dworzec był całym moim życiem
odkąd pamiętam zawsze tam był
przykręcony do ziemi stalowymi szynami
z pociągami co przychodziły i odchodziły jak ludzie
stukotem kół i zapachem smaru dopominały się o pamięć
łączyły kogoś z kimś przeważnie nie w porę

I nagle w przestrzeni zabrakło dworca
ktoś odsunął go na boczny tor odkręcił
zabrał grunt spod koślawych szyn
przeciął spóźnione połączenia
które pozwalały wierzyć że czas jest względny

Rana po dworcu sięga w głąb pamięci
wyciąga pomylone drogi szalone odjazdy
łzy pożegnań westchnienia powitań
cień dymu który snuje się za mną od początku
jak lokomotywa która odjechała
i kiedyś nieuchronnie powróci



CZAS PRZESZŁY

Coraz więcej czasu
spędzam z przeszłością
rozmawiam z nią odwiedzam
bliskie miejsca i ludzi

Wieczorem kładę przeszłość do łóżka
opowiadam jej bajki
o złotych ptakach losu
które odleciały w dalekie strony

Wyciągam spod poduszki obrazki
do historii której nikt nie opowie
mówię jej o czasie niepojętym
tak samo dawniej jak i teraz

Urodziłem się w Krakowie w 1960 r., mieszkam w Lubaczowie. Jestem absolwentem geografii UJ i studium dziennikarskiego PAT. Pracuję jako pilot wycieczek i przewodnik turystyczny.

Wydałem 7 tomików poezji: Zmiana wymiaru (1992), Nazywanie (1994), Cokolwiek dalej (1999), Naprawiający dzwony (2007), Krakowska mgła (2013), Między innymi (2023), Gdzie się lęgną słowiki (2026).

Moje wiersze były publikowane w czasopismach literackich, były prezentowane w audycjach radiowych oraz tłumaczone na język angielski, niemiecki, francuski i grecki. Znalazły się też w kilkudziesięciu antologiach i almanachach. Jestem laureatem wielu ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów poetyckich, w tym m.in. konkursu im. Z. Herberta w Londynie (2008), „Dać świadectwo” (2012), konkursów Polish American Poets Academy w Wallington (2013), „O Złotą Metaforę” (2021), „O ludzką twarz człowieka” (2021, 2022), im. W. Pietrzaka (2022), im. W. Iwaniuka (2022, 2023), im. A. German (2023), im. S. Horaka (2024), im. J. I. Kraszewskiego (2025), im. W. Sebyły (2025, 2026), Exodus 2025 oraz o Małopolską Nagrodę Poetycką „Źródło” (2024, 2025). Jestem członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich i Polish American Poets Academy.

Autorska strona na Facebooku:

https://www.facebook.com/Leszek.Wojcik.poeta
Poprzedni artykułJerzy Stasiewicz – Świat z ubocza
Następny artykułKrzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 8)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko