Strona główna Rok 2026 Nr 610 Franciszek Czekierda – Kazimierz Wierzyński i jego trzy muzy

Franciszek Czekierda – Kazimierz Wierzyński i jego trzy muzy

0
53
Franciszek Czekierda

Poeta pochodził z niemieckiej rodziny Wirstlein. Jego ojciec przyjął nazwisko Wierzyński w 1912 roku. Jak podaje Wojciech Wencel w biografii Wierzyński. Sens ponad klęską (2020) ich niemieccy przodkowie przybyli do Galicji pod koniec XVIII wieku w ramach akcji werbunkowej. Jednym z jej celów, poza gospodarczymi, była germanizacja Polaków. Po latach los okazał się przewrotny, koloniści niemieccy spolonizowali się, czego najlepszym przykładem była rodzina Wierzyńskich; bracia poety – o ironio – zginęli z rąk Niemców podczas II wojny światowej. Nie zamierzam jednak przedstawiać biografii Kazimierza Wierzyńskiego (1894-1969), chcę tylko zarysować jej niektóre wątki w aspekcie relacji z wybrankami jego serca.

BRYSIA

Pierwszą żoną poety była Bronisława Koyałłowicz zwana Brysią. Większość źródeł podaje, że urodziła się w 1892 roku. Jednak wedle Wielkiej Genealogii Minakowskiej przyszła na świat w 1889 roku. Bronisława od najmłodszych lat występowała w teatrach, zadebiutowała w 1908 roku. Jej pierwszym mężem był wileński aktor, Aleksander Rodmunt (ur. w 1880), który podczas wojny zmarł na tyfus we wrześniu 1915 roku.

Kazimierz był przystojnym młodzieńcem o jasnych falowanych włosach. Na temat urody Bronisławy zdania są podzielone, na pewno była atrakcyjna, miała lekko skośne oczy i donośny głos, co dla aktorki było atutem. Kiedy poeta zobaczył ją na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, wywarła na nim mocne wrażenie. Bronisława ujrzała go po raz pierwszy na wieczorze literackim wiosną 1923 roku i od razu uległa jego urokowi. Poczekała, aż wszyscy słuchacze wyszli z sali. Podeszła do niego śmiało, rozmawiała z nim o poezji, aktorstwie i sztuce. Byli sobą zauroczeni. „Zostanie moją żoną” – Kazimierz pomyślał, gdy żegnając się całował jej dłoń. Brysia zastanawiała się, czy ten wysoki blondyn w okularach może być jej wybrankiem serca. Nazajutrz powiedziała młodszej siostrze, Halusi, że spotkała swojego rycerza podobnego do średniowiecznego barda.

Potem spotykali się jeszcze kilka razy. Znajomość szybko przerodziła się w gwałtowny romans. Czuli, że są sobie przeznaczeni. Jednak Brysia miała swoje plany: w październiku pojechała do Zakopanego na wypoczynek. Kazimierz, nie mogąc bez niej wytrzymać, ani tworzyć, przeżywał męki. Wreszcie podjął decyzję, która miała zmienić jego życie; pojechał za nią do Zakopanego. Najpierw odwiedził malarza Rafała Malczewskiego, syna słynnego Jacka, w willi „Marysin” (blisko „Atmy” Kasprowicza), którą odstąpił mu ojciec. Po przywitaniu się, usiedli przy stole.

– Życie mi już obrzydło! – Wierzyński zaczął katastroficznie.

– Kaziu, co się dzieje? – Rafał zaniepokoił się.

– Najlepiej będzie, jak wyjadę z Polski, a może nawet opuszczę Europę. Nie chcę się tu męczyć! – mówił podenerwowany.

– Skąd u ciebie ten ton?

– Jeżeli się z nią nie ożenię, zwariuję – stwierdził.

– Aha… Rozumiem – Malczewski uśmiechnął się pod nosem. – Powiedz coś o niej.

Wierzyński opowiedział o Brysi.

– Więc na co czekasz? Odszukaj ją, postaw sprawę jasno, a odzyskasz chłodną werwę.

– Nie muszę jej szukać. Jest „Pod Jedlami” na Kozińcu.

Po rozmowie poeta nieco się uspokoił. Tego dnia odwiedził ją, by spełnić swoje postanowienie.

– Co ty tu robisz? – Bronisława zdumiała się, widząc go w progu. Po sekundzie uśmiechnęła się radośnie.

Twarz Kazimierza napełniła się nadzieją. Chciał uścisnąć jej dłoń, zamiast tego rzucili się sobie w ramiona. Po chwili niespodziewanie uklęknął przed nią.

– Kochanie, proszę cię o rękę. Zostaniesz moją żoną?

– Mój kochany wariatuńcio – przytuliła jego głowę do łona. – Nie mogłeś mi tego powiedzieć w Warszawie?

– Tak szybko wyjechałaś… Myślałem, że uciekłaś przede mną – Kazimierz wstał z kolan.

– Bardziej przed sobą. Miałam w głowie jeden wielki mąt. Te sprawy tak szybko się działy, że musiałam się uspokoić i odpocząć gdzieś daleko.

– Pobierzmy się od razu, najlepiej tutaj – mówił podekscytowany.

– Nie bądź w gorącej wodzie kąpany. Dlaczego nie w Warszawie?

– Jutro pójdziemy do księdza, żeby powiedział nam, co jest potrzebne – nie zważał na jej słowa.

– Wiem co jest potrzebne. – Chciała dodać: „Już to przerabiałam…” – lecz w ostatniej chwili powstrzymała się. – Nie mam metryki chrztu, wszystkie dokumenty przepadły na wojnie.

– O to się nie martw, wystarczy wiarygodne oświadczenie.

– A te nieszczęsne zapowiedzi?

– Wszystko da się załatwić – mówił z optymizmem w głosie.

Nazajutrz oboje udali się do księdza Jana Tobolaka, proboszcza parafii Najświętszej Rodziny. Po przedstawieniu sprawy, pleban, znający z lektur poetę, od razu napisał list do krakowskiego biskupa Adama Sapiehy z prośbą o wydanie zgody na poświadczenie stanu wolnego wdowy, potwierdzenie jej wyznania rzymsko-katolickiego oraz o dyspensę od ogłoszeń trzykrotnych zapowiedzi. Jednocześnie napisał list do proboszcza parafii pw. św. Bartłomieja w Drohobyczu o przysłanie odpisu metryki chrztu Kazimierza.

Po tygodniu, gdy wymagane dokumenty zostały przysłane (przedwojenna poczta była niezawodna), 15 listopada 1923 roku Kazimierz i Bronisława stanęli na ślubnym kobiercu w zakopiańskim kościele na Krupówkach. Świadkiem ze strony poety był jego starszy przyrodni brat, Bronisław, natomiast ze strony panny młodej szwagier, Ludomir Komierowski. Skromne wesele odbyło się w willi „Borek” w centrum miasta. Ze względu na przyspieszony termin ślubu nie pojawili się Skamandryci; Iwaszkiewicz i Lechoń we wspólnym liście przesłali nowożeńcom życzenia. Młodzi do marca mieszkali we wspomnianej willi, po czym przenieśli się do warszawskiego mieszkania przy ul. Hożej w pobliżu Marszałkowskiej. Brysia, zrezygnowawszy ze sceny, pełniła rolę pani domu.

Trzypokojowe mieszkanie stało się jednym z kilku salonów stołecznej inteligencji, odwiedzali je m.in. Skamandryci, Maria Dąbrowska i Władysław Skoczylas, utytułowany artysta drzeworytnik, wykładowca Szkoły Sztuk Pięknych. Skoczylas przyprowadził kiedyś swoją zdolną studentkę, Janinę Seideman, która od 1918 roku przyjęła pseudonim artystyczny Konarska, zaś od 1924 roku używała go jako nazwiska. Już podczas pierwszej wizyty piękna graficzka spodobała się Wierzyńskiemu, który jednak swoje wrażenie traktował wyłącznie estetycznie. Pierwszy, najszczęśliwszy, okres małżeństwa był dla Kazimierza impulsem do pisania erotyków, które wydał w 1925 roku w tomiku Pamiętnik miłości. Oto jeden wiersz z tego zbioru Umiłowanie:

O, jakże do tego przywyknę,

O, jakże z tem się oswoję,

Jak cię ogarnę, przeniknę,

Umiłowanie moje.

Jakie ci zerwę liście,

Jakiem osypię pąkowiem,

Co ci, jedyna, na przyjście

Twoje najdroższe odpowiem.

Jak ci się oddam cały,

Co z siebie całego powierzę,

W mem szczęściu, w mym lęku, nieśmiały,

Dawno do ciebie należę.

Małżonkowie odwiedzali na Mazowieckiej kawiarnię „Ziemiańską” (zwaną także małą „Ziemiańską”, duża „Ziemiańska” znajdowała się na ul. Wierzbowej). Spędzali tu miło czas w towarzystwie Skamandrytów, Skoczylasa i Konarskiej, która stale mu towarzyszyła i stała się muzą artystów. Brysia zaprzyjaźniła się z nią.

Po powrocie z Zakopanego Kazimierz otrzymał posadę dziennikarza w „Kurjerze Czerwonym”, a od 1926 roku został redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”. Jest to ważny epizod w życiu jego i polskiego sportu, ponieważ był inicjatorem istniejących do dziś imprez: plebiscytu na dziesięciu najlepszych polskich sportowców roku i wyścigu kolarskiego Tour de Pologne. Sport był dla Wierzyńskiego pasją, którą umiejętnie przełożył na język poezji w wierszach poświęconych sportowcom i lekkiej atletyce. Tomik Laur olimpijski wydał w roku 1927. Rok później odbywała się w Amsterdamie Olimpiada, w której Polacy mieli uczestniczyć po raz drugi. Mieczysław Treter, prezes Towarzystwa Szerzenia Sztuki Polskiej wśród Obcych, zaproponował wysłanie tomiku wierszy na konkurs sztuki i literatury, który był jedną z dyscyplin Igrzysk Olimpijskich. Po przetłumaczeniu wierszy na język niemiecki pomysł został zrealizowany. Jury konkursu pierwszego sierpnia przyznało Laurowi Olimpijskiemu złoty medal, co było nie lada sensacją. Tomik wierszy został wkrótce przetłumaczony na siedem języków. (Na tejże olimpiadzie Halina Konopacka zdobyła w rzucie dyskiem pierwszy złoty medal olimpijski dla Polski).

Na przełomie lat 1927 i 1928 Kazimierz i Brysia zorganizowali u siebie na Hożej sylwestra i powitanie Nowego Roku. Na przyjęciu byli m.in. Maria Dąbrowska (jej partner, Stanisław Stempowski, pozostał w domu), Jan Lechoń z przyjacielem z MSZ-tu, sędzia Mieczysław Szerer z żoną, adwokat i krytyk literacki Emil Breiter z żoną Marią, zwaną Rysią, Wacław Czarski, administrator Biblioteki Boya, Janka Konarska z wujem, Aleksandrem Heimanem-Jareckim, bogatym przemysłowcem i poeta Stanisław Baliński.

Po dobrej kolacji dwaj Skamandryci i Staś Baliński zaczęli chórem deklamować z nieskrywaną wesołością Feliksa Przysieckiego Pieśń przedwiosenną, której pierwsza i trzecia zwrotka brzmiały następująco:

Smutek lubi się gnieździć w wytartym surducie,

O twem osamotnieniu świadczy brak guzika,

A w dziurze, co się jątrzy w wykrzywionym bucie,

Opuszczona dziwaczna powieść się zamyka.

Bo twego kapelusza kryza połamana,

Zawadjacka brawura zdartego krawata,

Wskazują pobitego w życiu weterana,

Co błądzi, jak banita wśród obcego świata.

Dąbrowska, słuchając, przyglądała się uważnie recytatorom ubranym w eleganckie fraki. (Pozostali mężczyźni i kobiety, również byli nienagannie ubrani). Po posiłku część gości wstała od stołu. Kiedy zasmucona pani Maria usiadła na kanapie, przysiadł się do niej gospodarz, który ją cenił i lubił.

– Taka radosna atmosfera, a cóż ja widzę? Melancholię na pani twarzy… – zagadnął Wierzyński.

– Słuchając waszej deklamacji pomyślałam sobie, czy kto z was, młodych, wie, co to wytarty surdut, nędza i niedola… – rzekła refleksyjnie.

– Są różne oblicza niedoli – odrzekł ogólnikowo, nie wiedząc do czego zmierzała.

– Choćby taka, jaką przeszedł w młodości Żeromski. O tym warto pamiętać.

– Czasy się zmieniły. W znacznej mierze dzięki niemu. Teraz jest trochę lepiej.

– Ale tylko trochę. Nie chcę skalować rodzajów ubóstwa, które wciąż jest obecne w naszym społeczeństwie, co mnie przygnębia. W związku z tą sytuacją naszła mnie myśl, że artysta często na początku swej drogi boryka się z biedą i brakiem uznania. Kiedy po pewnym czasie osiągnie twórcze powodzenie i zamożność, to właśnie te dwie rzeczy są produktem ubocznym jego pracy i talentu. Nie celem.

– Jak u Dickensa, Londona, Conrada, czy Hamsuna.

– Otóż to. – Pani Maria, patrząc w dal, zamyśliła się: „Cechą naszych literatów jest, że potrafią świetnie zarabiać pobocznymi uzdolnieniami, jedni dziennikarstwem – zerknęła na twarz Wierzyńskiego – inni pisaniem do kabaretów. Wystawiają sobie, że potrafią to pogodzić z bezinteresowną twórczością. Mnie się wydaje, że nie zdołają”. – I kolejna refleksja… Nie! – zrobiła pauzę. – Nic więcej nie powiem.

– Pani Mario, proszę mówić – zachęcał ją.

– Korzystam z waszej gościny, nie mogę więc zasiadać w kręgu szyderców.

– Na ten wers przytoczonego psalmu odpowiem przysłowiem: gość w dom, Bóg w dom. Nawet gorzkie słowo z pani ust nie wywoła we mnie najmniejszej goryczy obrazy.

– Lubię pana, panie Kazimierzu, dlatego powiem tę uwagę, zresztą wcale nie odkrywczą. Kontrast treści utworu Przysieckiego opisujący literata niby eleganckiego, a jednak biednego, „co błądzi, jak banita wśród obcego świata” oraz was, interpretatorów w wykwintnych wieczorowych strojach, wywołał we mnie dojmujący smutek. Uważam, że nie można robić parodii z czyjegoś nieszczęścia, ponieważ bohater utworu reprezentuje jakąś cząstkę społeczeństwa. A eleganccy młodzieńcy robiący coś takiego, to… – zawiesiła głos.

– Hipokryzja? – uzupełnił niepewnie.

– To zbyt mocne określenie, ale bliskie opisanej sytuacji.

– Przepraszam, pani Mario.

– Nie czuję się obrażona. Chodziło mi tylko…. Nie będę się powtarzała.

– Tak mi przykro.

– Powoli będę się zbierała – wstała z kanapy.

– Do dwunastej jest jeszcze daleko.

– Obiecałam Stanisławowi, że wspólnie powitamy Nowy Rok.

– Proszę go pozdrowić.

Godzinę przed północą Brysia uruchomiła gramofon, z którego rozlegała się muzyka taneczna z płyty Syrena-Electro. W średnim pokoju służąca zrolowała dywan, a małżeństwo gospodarzy na parkiecie zainicjowało tańce. Po pierwszym kawałku Brysia musiała pójść do kuchni. Do Wierzyńskiego pośpiesznie podeszła Janka Konarska i bez słowa zaczęła z nim tańczyć, delikatnie dotykając go biustem. Gospodarz nie był zdziwiony jej zachowaniem, słyszał co nieco o jej erotycznych podbojach, jednak wierność wobec żony była ponad to.

Wierzyński poświęcał się twórczości i jednocześnie ciężko pracował jako redaktor naczelny, co musiało się odbić na relacjach małżeńskich. Jak pisze w cytowanej biografii Wojciech Wencel: „Miał świadomość, że Brysia – jak w piosence – «boi się sama spać» , ale imperatyw pisania był dla niego najważniejszym nakazem, któremu nie potrafił i nie chciał się przeciwstawić. […] Tymczasem Brysia nie oczekiwała od niego namiętności na miarę poezji. Nie rozumiała, dlaczego amant, za którego wyszła, całą swoją energię oddaje Euterpe, a w codziennych sytuacjach przypomina «strasznego mieszczanina»”.

Irena Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki (1992) wspomina, że kiedy Brysia poważnie zachorowała, wówczas Janka Konarska, jej wierna przyjaciółka, opiekowała się nią w domu. Czuła opieka przerodziła się w miłość do… jej męża, który – zapominając o wierności – również się w niej zakochał.

Ostatniego dnia maja 1928 roku z niezapowiedzianą wizytą przyszła do Wierzyńskich na Hożej Maria Dąbrowska. Zastała tylko Brysię, której nastrój daleki był od optymizmu. Pisarka poczuła się nieswojo także dlatego, że nie było gospodarza, wahała się, czy wyjść, lecz zrozumiała, że byłby to nietakt. Zagadnęła ją stereotypowo:

– Jak się pani czuje? Jak leci?

Nie spodziewała się, że Brysia przed nią się otworzy.

– Chyba rozejdę się z Kazimierzem – powiedziała zdecydowanym tonem, który kontrastował ze słówkiem „chyba”.

– To straszna wiadomość – pani Maria zareagowała emocjonalnie, po sekundzie uświadomiła sobie, że sens jej słów może być dla Wierzyńskiej rozwiązaniem problemu, a nie czymś strasznym.

– Dzieli nas nie tyle niezgodność charakterów, co absolutne rozminięcie się wzajemnych oczekiwań. Pragnęłam czegoś innego…

Dąbrowska poczuła się skonfundowana.

– Podoba mu się Janeczka, jest młodsza, co stwierdzam bez żalu – Brysia powiedziała to jednak z wyczuwalnym żalem. – Ale rozwodu mu nie dam! – podniosła głos. – Zresztą ona na pewno za niego nie wyjdzie.

„Najbliższa przyjaciółka zabrała jej męża. Czy to dowodzi upadku obyczajów? – Pani Maria zastanawiała się. – Raczej świadczy o słabości charakterów”.

– Nie chcę się wtrącać, ale wspomniała pani, że z Kaziem chce się rozejść.

– Może wyjdę za mąż za Heimana – rzekła z naiwnością panienki. – Poznała go pani u nas.

– Kulturalny pan, przemysłowiec… – Dąbrowska przypomniała sobie Aleksandra Heimana-Jareckiego z sylwestrowego przyjęcia.

– Olek jest bardzo bogatym i w dodatku przystojnym brunetem – Brysia rzekła zachwycona.

Po usłyszeniu, że jest przystojnym brunetem, pisarka z trudem powstrzymała się od ironicznego uśmieszku; był on w istocie pyknikiem średniego wzrostu.

– Aleksander zapewni mi to, co jest potrzebne prawdziwej kobiecie.

Dąbrowska łatwo domyśliła się, że biedna Brysia tęskniła za zbytkiem i hołdami. „W pożyciu z Kaziem tego mieć nie może – zafrasowała się w duchu. – W gruncie rzeczy takie jest dno sprawy”.

– Proszę tego nikomu nie mówić, ale gdy zwierzyłam się Jance z moich problemów i że dłużej już nie mogę być z Kazimierzem, ona podsunęła mi myśl, że… Aleksander i ja… – Zrobiła pauzę, by zaczerpnąć powietrza. – Że on…, że ja mu się podobam.

– Konarska… to jego siostrzenica? – Dąbrowska upewniła się.

– Tak. Jej wuj to dobry człowiek. W Łodzi ufundował szkołę, bibliotekę i coś jeszcze…

JANKA KONARSKA

Kto wie, czy Konarska już w 1928 roku nie była pomysłodawczynią małżeństwa Heimana-Jareckiego z Brysią, by mieć dla siebie Kazimierza? Taką tezę postawił publicysta Wacław Zbyszewski. Późniejsze fakty zdają się potwierdzać jego domniemanie.

Kazimierz Wierzyński, przybity sytuacją małżeńską, chciał się oddalić na jakiś czas od żony i domu. Skorzystał z propozycji Ministerstwa Spraw Zagranicznych i na początku 1929 roku wyjechał na pół roku do Ameryki, aby promować dorobek niepodległej Polski w środowiskach polonijnych.

Mniej więcej w tym czasie Brysia jeździła do modnego sanatorium w Jaworzu w Beskidzie koło Bielska-Białej, gdzie uwiodła głównego lekarza Henryka Borenioka. Zdaniem Marii Dąbrowskiej, która pisała tam Noce i Dnie, najpierw chciała uwieść Jerzego Czopa, przystojnego właściciela uzdrowiska, jednak kiedy zorientowała się, że Czop jest zajęty (z Dąbrowską łączył go namiętny romans), przerzuciła kobiece sidła na doktora Borenioka, podobnego – zdaniem pisarki – do Sancho Pansy.

Po powrocie z Ameryki Wierzyński zacieśnił intymne stosunki z Janką Konarską. Latem 1932 roku oboje pojawili się w Jaworzu już jako kochankowie. W tym samym czasie przyszła wiadomość z Los Angeles, że Konarska otrzymała srebrny medal za drzeworyt Stadion na konkursie sztuki i literatury podczas Olimpiady w Los Angeles. Nagroda była potwierdzeniem jej talentu i jednocześnie stanowiła korelację ze złotym medalem olimpijskim Wierzyńskiego, który otrzymał go cztery lata wcześniej. Byli więc szczęśliwymi laureatami i kochankami.

W 1933 roku Kazimierz i Brysia rozwiedli się. Na początku sierpnia tegoż roku Bronisława wyszła za mąż za Aleksandra Heimana-Jareckiego, który wcześniej obdarował ją pierścionkiem zaręczynowym za 17 tysięcy złotych (przeciętne wynagrodzenie miesięczne w tym okresie wynosiło ok. 250 zł). Tego dnia, była to niedziela, Wierzyński odwiedził w mieszkaniu na ulicy Polnej Marię Dąbrowską, przed którą wylewał swoje żale w związku z rozwodem. Prawdopodobnie przeżywał także ślub Brysi z Aleksandrem, czego pisarce nie mówił. Pani Maria długo go pocieszała. W związku z tym, że służąca Władzia miała wolne i w domu nie było jedzenia, oboje poszli do restauracji Bouqueta, gdzie przy posiłku rozmawiali jeszcze kilka godzin. Mimo żywionej do poety sympatii, Dąbrowska surowo go oceniła, zapisując w dzienniku, że wobec byłej żony zachował się, jak prostak.

Kiedy Wierzyński otrząsnął się z rozpaczy, planował związać się z Janeczką na stałe, co dla środowiska artystycznego stolicy było oczywiste. Jednak nie było mu to dane. Sensacja wydarzyła się w poniedziałek 12 marca 1934 roku: na porannej mszy w kościele Świętego Krzyża Janina Konarska wyszła za mąż za Antoniego Słonimskiego. Świadkami byli przyjaciele Skamandryty, Antoni Sobański i Stanisław Baliński. Krewny Konarskiej, Antoni Marianowicz w Raptularzu familianta wspominał: „Jej małżeństwo ze Słonimskim stanowiło zaskoczenie nie tylko dla mnie. […] To, żeby moja kuzynka (ciotka?) wyszła za kogoś, kto nie był, jak wówczas mawiano, pur sang [czystej krwi], nie mogło mi nawet przyjść do głowy. Jakiś hrabia, szambelan papieski, chargé d’affaires – owszem, ale nigdy ktoś, kto ostentacyjnie przyznaje się do swego «niearyjskiego» pochodzenia, a nawet się nim szczyci («syn rasy stokroć starszej niż Porta Romana…»). Dla znanych z bigoterii neofitów, jakimi byli przezacni skądinąd wujostwo Sejdeman-Konarscy, stanowić musiał ten głośny mariaż ich córki nie lada orzech do zgryzienia… (Wspomnienia o Antonim Słonimskim, 1996). Janina Kumaniecka w książce Saga rodu Słonimskich (2003) napisała, że „Janka jeszcze wiele lat później zwierzała się, że zakochała się w Antonim od pierwszego wejrzenia, i choć wtedy on jej po prostu nawet nie zauważał, postanowiła przeczekać wszystkie burze i romanse i wyjść za niego za mąż. I postawiła na swoim…”. Jakże tajemnicze i niezgłębione jest serce kobiety.

W dniu ślubu na warszawskich ulicach panowała śnieżna zamieć. Późnym popołudniem Wacław Zbyszewski natknął się w centrum miasta na Wierzyńskiego, który złapał go nerwowo za guzik płaszcza.

– Czy pan wie co się stało? – Kazimierz zapytał go dramatycznym tonem.

– Nie wiem – Wacław odparł zaniepokojony.

– Janeczka wyszła dzisiaj rano za mąż za Antoniego – zawołał.

– Nic nie rozumiem – Zbyszewski nie mógł w to uwierzyć (był on także adoratorem Konarskiej).

– Ja też nic nie rozumiem.

– Przecież mieliście się pobrać?

– A no właśnie! Pobrać… – rzekł niemal płaczliwie.

– Jak to się mogło stać?

– To wiedzą tylko dwie istoty: ona i Pan Bóg.

– I Słonimski – uzupełnił Zbyszewski.

– Na pewno nie. Nie od parady powiadają, że kobieta to diabelskie nasienie.

– Współczuję.

– Niech będzie przeklęta – podniósł głos. – Powiem całej Warszawie, jaka jest naprawdę! – krzyknął.

Wierzyńskiego opanowała rozpacz. Według wspomnień Ireny Krzywickiej „[…] nie umiał zapanować nad sobą, latał po wszystkich znajomych, opowiadając, że Janka zrobiła mu świństwo (!), i prosząc, by przestano ją przyjmować”. Dosadniej oceniła go Maria Dąbrowska w Dziennikach: „Kazio okazał się dosyć prostackim męskim bubkiem, wszystko to razem dosyć niesmaczne i małostkowe mimo pozorów wielkich przejść”.

Kilka dni po ślubie Słonimski i Konarska opuścili stolicę, wypływając statkiem do Kopenhagi do Jarosława Iwaszkiewicza, który w Danii pełnił funkcję sekretarza poselstwa RP. Państwo młodzi wysłali pisarzowi telegram, że płyną parowcem Czesław. Zaskoczony Iwaszkiewicz, nie orientujący się, co się działo w światku literackim, był przymuszony gościć ich kilka dni.

Wierzyński niewątpliwie czuł się zdradzony. Po pewnym czasie pogodził się z faktami i odzyskał równowagę psychiczną, o czym świadczy jego częsta obecność na wystawnych przyjęciach organizowanych przez jego byłą żonę wspólnie z mężem. Nawiasem mówiąc Brysia nie była szczęśliwa z Aleksandrem, o czym kiedyś powiedziała w zaufaniu Irenie Parandowskiej.

HALINA

Przyjęcia te organizowane były co miesiąc, bywali na nich znani artyści, m.in. Karol Szymanowski, Grzegorz Fitelberg, Wacław Zbyszewski i Henryk Sztompka z żoną Haliną (z domu Pfeffer). Kiedy Sztompka grał na fortepianie, Wierzyński dotrzymywał towarzystwa pani Halinie. Sytuacja ta musiała się powtarzać regularnie, aż wreszcie adorowanie jej przez przystojnego poetę przyniosło ten skutek, że się wzajemnie zakochali. Pani Sztompka wystąpiła o unieważnienie małżeństwa (trwającego 10 lat), które zostało uznane przez Sąd Biskupi za niebyłe w 1936 roku. Pobrali się 18 grudnia 1938 roku. Zamieszkali w nowym mieszkaniu na ulicy Belwederskiej. Halina (ur. w 1902), skromna i współczująca, tłumaczka języka francuskiego (przełożyła m.in. Życie Liszta Guy de Pourtalès’a), interesująca się muzyką i sztukami wizualnymi, była przeciwieństwem egoistycznej Bronisławy.

W kwietniu 1939 roku Kazimierz Wierzyński został członkiem Polskiej Akademii Literatury na miejsce zmarłego dwa lata wcześniej Bolesława Leśmiana. Wybór ten był formalnym ukoronowaniem jego kariery poetyckiej.

Wierzyńscy długo nie nacieszyli się wygodnym mieszkaniem z widokiem na park Łazienkowski. Szóstego dnia po wybuchu wojny w 1939 roku opuścili Warszawę na zawsze. Przez Krzemieniec i Lwów dotarli wspólnie z innymi uciekinierami do granicy z Rumunią. W nocy z 17 na 18 września wspólnie z Marianem Hemarem, w jego samochodzie, przekroczyli w Śniatynie granicę, przejeżdżając mostem przez rzekę Prut. Po wielu perypetiach dotarli do Wielkiej Brytanii, gdzie zamieszkali na stałe.

EPILOG

Najtragiczniejszy los spośród kobiet związanych z Wierzyńskim spotkał Brysię. Po wybuchu wojny wspólnie z mężem schronili się we Francji. Przebywali w Nicei w tzw. Wolnej Strefie administrowanej przez marionetkowy rząd marszałka Petaina w Vichy. Zdawałoby się, że mogli się czuć bezpiecznie. Aleksander Heiman-Jarecki przeczuwał jednak zagrożenie i zamierzał opuścić Francję. Brysia nie chciała wyjechać. W tej kwestii doszło między nimi do sporu, po którym mąż sam wyjechał do Londynu. Pewnego dnia ktoś zauważył na jej palcu drogi pierścionek z brylantem. Doniósł Niemcom, że Brysia jest Żydówką, co stało się przyczyną jej aresztowania. Na próżno tłumaczyła się, że jest Polką ze szlacheckiej rodziny. Wywieziono ją do obozu w Auschwitz, gdzie w październiku 1943 roku została zamordowana. Heiman-Jarecki przeżył wojnę, mieszkał w Wielkiej Brytanii, potem w Australii, gdzie zmarł w 1966 roku.

Janina Konarska i Antoni Słonimski byli szczęśliwym małżeństwem ponad czterdzieści lat. Po ślubie poświęciła się mężowi, rezygnując z kariery malarki i graficzki mimo, że odnosiła na tym polu liczne sukcesy. Zmarła w 1975 roku przed Antonim, który to boleśnie przeżywał. Poeta odszedł rok później w następstwie wypadku samochodowego.

Halina, po śmierci Wierzyńskiego, który zmarł na zawał serca 13 lutego 1969 roku, zajmowała się porządkowaniem jego spuścizny literackiej i kilka razy udzielała wywiadów na temat ich przeżyć wojennych i emigracyjnych. Zmarła w Londynie w grudniu 1980 roku.

Kazimierz Wierzyński niewątpliwie był wrażliwy na uroki płci pięknej, o czym świadczy jego życie oraz poezja. Przytoczę tylko dwa przykłady jego wierszy z początków kariery, gdy w 1918 roku po raz pierwszy pojawił się w Warszawie. Urzeczony widokiem ładnych panien i młodych kobiet mijanych na ulicach, przelał swój zachwyt na papier:

Dziewczęta mają osiemnaście

Dzisiaj na mokrych wargach lat,

Cieszę się nimi i młodnieję

I wszystkim jestem brat i swat.

Zda się, nie żyję – jestem żyty…

I myślę chyba wciąż na wspak

Niemądrej głowie, którą kiwam,

Kiwam – i wszędzie mówię: tak.

(Fragment wiersza I znów jest tak ni w pięć ni w dziewięć z tomiku Wiosna i wino, 1919).

Dziewczęta moje, dziewczęta,

O piersi podwójnych pękach,

Śmiejcie się ze mnie, lecz dajcie

Choćby się nosić na rękach!

Choćby się dotknąć, powiedzieć

Na ucho i w tajemnicy,

Że czekam dziś wieczór każdej

Na każdym rogu ulicy.

(Fragment wiersza Nie umiem tego powiedzieć z tomiku Wróble na dachu, 1921).

Poprzedni artykułKalina Izabela Zioła – Jak dotknięcie strun harfy
Następny artykułTadej Karabowicz – Kontekst i filozofia bycia w tomie poetyckim Cezarego Żarny „Ruch obrotowy”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko