Nie ma literatury bez wiedzy naukowej, ale i nie ma rozwoju nauki bez dyskusji, w tym artystycznej, i bez rozpatrywania wszystkich aspektów zagadnień i weryfikowania poglądów. To jednak wydaje się dzisiaj zbyt trudne do realizowania. Kto niegdyś wymyślił roboty, loty na księżyc i łodzie podwodne, Internet i audiobooki, wirtualną rzeczywistość, zastawki do leczenia wodogłowia, radar i satelity telekomunikacyjne, śmigłowce, szczepionki, lasery…? Pisarze.
Teraz pisarzy spycha się do roli mało przydatnych rozrywkowców (w Polsce tak jest na pewno), a naukowców oducza swobody ruszania mózgiem (żeby nie naruszali utartych zasad dziedzin, w których się obracają – to dopiero bzdura!). To, co się dzieje w szkole podstawowej i średniej (państwowej), przyprawia o ból serca. Nie naucza się nie tylko danych encyklopedycznych, logiki czy konstruowania pojęć lub działań ściśle matematycznych (więc nie tylko arytmetyki). Oducza się czytania! Z własnego rodzicielskiego doświadczenia wiem, że cierpią na to nie tylko uczniowie, ale także sami nauczyciele.
Poznajemy więc świat coraz częściej wyłącznie jednostronnie, wybiórczo, bez należytej krytyki twierdzeń, rozpatrywania przyczyn, sytuacji, etapów zmian, zależności czy skutków. Przyczyną jest nadmiar informacji i jej całkowity chaos, co uniemożliwia dokonywania selekcji, ustalania związków, zależności, czynników istotnych i wtórnych. W tych okolicznościach nie sposób oddzielać prawdy od półprawd, a tych od fałszów, a tych od błędów, a tych od szczególnego ich rodzaju – pomyłek. Nie sposób bezbłędnie diagnozować.
No tak się porobiło, że w związku z tym każdy może gadać, co chce, a reszta musi im jakoś wierzyć wedle wskazówek własnego rozumu. Z tym, że to także jest zwodnicze, bo raz jesteśmy wsypani i kojarzący, kiedy indziej wykończeni i błądzący. Albo na to samo cierpi informator lub (co gorsza) donosiciel. Działa mechanizm oparty na wywoływaniu niepokojących i dręczących problemów, w związku z tym paniki, a następnie dyskontowania tak sprowokowanego pospolitego ruszenia. Podobnie jest z plotką: ktoś rzuca wymyśloną fabułkę, a tłum zamienia ją w prawdę. Dają się na to nabierać nawet mędrcy i fachowcy. Tak zachowują się zwolennicy tezy, że Napoleon wywołał II wojnę światową, a Powstanie Warszawskie odbywało się w 1981 roku począwszy od 13 grudnia. Niektórzy w rządzie polskim podają takie informacje do wiadomości publicznej, A co w czasie pełnienia zadań rządowych?
Szczęśliwi ci, którzy nie czytają gazet, nie oglądają telewizji. Żyją sobie spokojnie i bez lęku, najbezpieczniej. Tymczasem nie ma dnia, żeby słuchaczowi albo widzowi coś się nie zwaliło na głowę. Dzienniki telewizyjne zaczynają się od wypadków, podpaleń i zabójstw, najlepiej dokonanych młotkiem, z pozostawieniem połowy zwłok dziecka na śmietniku. Redaktorzy potrafią z każdej śmierci zrobić sensację. Słyszymy też o dziurze ozonowej, o płonącym zimą świecie, o możliwości zmniejszenia zawartości dwutlenku węgla w atmosferze, z tym że nikt nie mówi, skąd się biorą nowe ilości węgla i tlenu; czyżby przybywały z Kosmosu? Nagle dwutlenek węgla stał się trujący. Komuś pomylił się tlenkiem (czadem), a świat radia i telewizji to podchwycił, rzecz jasna bezmyślnie. Tymczasem jest tak trujący jak, powiedzmy dla przykładu, cukier. Jeśli zjesz go ile trzeba, to znaczy łyżeczkę na szklankę herbaty, to OK. A jeśli zjesz naraz kilogram, to się nim zatrujesz. Czy mamy prawo nazwać cukier substancją trującą? Tak, ale tylko wtedy, gdy jest w gigantycznym nadmiarze.
Jeśli nabierzesz dwutlenek węgla do płuc wraz z tlenem, nic się nie stanie, chyba że nie będzie tlenu. Wtedy sprawa nadal nie będzie jednak polegała na truciu, tylko na braku tlenu. Mówienie o trującym dwutlenku węgla w dzisiejszym świecie jest bzdurą dyskwalifikującą osoby, które to twierdzą. Na biologii, fizyce i chemii siedziały w szkole ze słuchawkami w uszach i tyłem do tablicy.
Kłamano o chorobie Creutzfeldta-Jacoba, AIDS, promieniowaniu jonizującym czy ultrafioletowym, wodzie górskiej, mleku krowim… Byleby było o czym mówić na tak zwanej antenie, a czas słuchacza czy widza leciał, bezboleśnie produkując nadawcy pieniądze dzięki czasowi słuchania. Same głupstwa i paradoksy, byleby kasa była dźwięczna (od złota i monet).
To tematy, które do dzisiaj się nie zestarzały, choć przygasły jako głupstwa rozpoznane. Ale w kolejce czekają następne, równie frapujące. Szkodliwe okazały się fale elektromagnetyczne, a w związku z tym anteny rozgłośni radiowych, mikrofalówki, komputery i telefony. Już wiemy, że śmierć czyha ze strony tłuszczów, węglowodanów, cukru, soli kuchennej, witamin, aspiryny, mleka, mięsa, pomidorów, marchewki… Od wszystkiego. Jeśli dziennikarzom brakuje nowych smaczków, to odgrzewają stare dania, a zawsze w odwodzie mają wojnę. Dziennik wieczorny, który nie działa jak obuch siekiery, dziś już jest uważany za niepożyteczny.
Słowem żyjemy w czasach apokalipsy. Co jeść? Może zaniechać niecnego procederu wkładania czegoś do ust i potem mielenia zębami i połykania? Jeść za pomocą, powiedzmy, strzykawki albo aerozolu. Jak wychodzić z domu? Może lepiej unikać tej głupiej czynności? Jak spać, żeby tajfun amerykański nie zwalił dachu nad głową w Polsce? Poranna jazda do pracy może skończyć się w kostnicy, powrót do domu grozi kalectwem. Nic, tylko wejść pod stół, nakryć głowę kocem i czekać na XXV wiek.
Jest oczywiste, że trwa wyścig w intrygowaniu ludzi, zatrzymywaniu ich uwagi za pomocą coraz silniejszych środków. Cele takiego postępowania bywają różne, ale z pewnością na pierwszym miejscu należy wymienić po prostu pieniądze i politykę. Natura odbiorcy jest taka, że dopóki mu się nie znudzi, chętnie nadstawi uszu na coś obrzydliwego, brutalnego, groźnego, niebezpiecznego, patologicznego. Między jedną a drugą przerażającą informacją pojawia się przesadna reklama o proszku do prania, który daje efekt „higienicznie czysty”.
Czym będzie się przyciągać tłumy w przyszłości? Tematy z biegiem czasu tracą na znaczeniu. Muszą być zastępowane nowymi. AIDS (Acquired Immune Deficiency Syndrome, zespół nabytego niedoboru odporności) przegrała z BSE (Bovine Spongiform Encephalopathy, gąbczasta encefalopatia bydła, tzw. choroba szalonych krów). Już dopuszcza się do publikacji głosy, które kwestionowały wiele poglądów dotyczących wirusa HIV (Human Immunodeficiency Virus, wirus ludzkiego braku odporności) jako idiotycznie nienaukowych. Przy okazji wyszło na jaw, ile publicznych pieniędzy zmarnowano na niecelowe badania tej choroby. Dziennikarze wolą udawać, że nic się nie stało. Spełnili swoją rolę, teraz mają następne zadania, znowu pisane wielkimi literami.
Ważną tu postacią jest Stanley B. Prusiner, kojarzony z odkryciem prionów, mających być przyczyną choroby BSE. Nie twierdzę, że priony to jego fantazje, bo wiadomo, że to on je naprawdę odkrył jako pewien rodzaj substancji białkowych bez kwasów nukleinowych (które mają np. wirusy), ale do dziś żaden poważny naukowiec nie powie o tych białkach, że są bez wątpienia przyczyną BSE i że z całą pewnością pełnią funkcję biologiczną. Sztucznej inteligencji (AI) w tym względzie bym nie ufał, bo po prostu nie ma na ten temat zdania, tylko dziś jeszcze swoją „wiedzę” czerpie właśnie z prasy, a nie z prac naukowych (może to się w przyszłości zmieni). Jest możliwe, że priony są tylko produktami przemiany materii, przeznaczonymi do wydalenia z organizmu albo niewykorzystanymi lub zepsutymi elementami biologicznej gospodarki fizyki i chemii organizmu.
Nikt tego nie wie, choć są tacy, także w Polsce, którzy tajemniczo twierdzą, że wiedzą. Jednak nie potrafią tego udowodnić. Pominę tu na razie nazwiska, bo bywają niebezpieczni.
Przypomina to trochę akcję pewnego innego amerykańskiego lekarza z Teksasu, zresztą pochodzenia właśnie polskiego, dra Stanisława Burzyńskiego, który twierdzi, że pewne odkryte przez niego naturalne substancje białkowe, tak zwane antyneoplastony (de facto są to naturalnie występujące we krwi i w moczu peptydy i pochodne aminokwasów), mają leczyć wszelkie nowotwory. Nie podał, o jakie szczegółowo substancje chodzi, ale na stosowaniu antyneoplastonów zbił pieniądze i jak twierdzą znawcy, nabrał tysiące ludzi, niestety powstrzymując ich od leczenia w klinikach przeciwnowotworowych. Jego „teoria” wciąż cieszy się popularnością wśród zrozpaczonych pacjentów, a stosujący ją podbijają stawki za „leczenie”. Unika się tu prawdziwych badań naukowych i kontroli leku. Autor opatentował swoją „metodę” i do dziś nie podaje istotnych informacji, o jaką substancję naprawdę chodzi. Tworzy symulacje statystyk, nie dokańcza procedur naukowych, wyznaczonych przez FDA (Food and Drug Administration, Agencja Żywności i Leków) i ACS (American Cancer Society, Amerykańskie Towarzystwo Walki z Rakiem). W ogóle wykręca się od wszelkiej rzetelności naukowej. Jakoś na świecie kliniki medyczne sposobów Burzyńskiego nie przyjęły za wiarygodne, natomiast gazety i inne media trąbią swoje głupstwa nadal, nie zniechęcając zdezorientowanych chorych do rezygnacji z leczenia na korzyść użycia antyneoplastonu. To przypomina do dziś pobrzmiewającą, a przecież tragiczną w skutkach pomyłkę z akceptowaniem XVIII-wiecznej metody zwanej homeopatia (leczenie tego samego tym samym), wymyślonej przez mistrza okultyzmu, lekarza Samuela Hahnemanna. Najcięższe zarzuty stawiane stosowaniu homeopatii są podobne, dotyczą bowiem tego, że odciąga ona od stosowania leczenia skutecznie ratującego życie.
Głosy krytykujące osiągnięcia badaczy prionów, w tym kwestionujące wartość odkryć wspomnianego wyżej Prusinera, są traktowane jako repliki awanturników, którzy nie zdążyli dopchać się do żłobu. A wiadomo że brakuje modeli badawczych, wyniki doświadczeń wciąż są w niezależnych ośrodkach nieporównywalne. Ignoruje się sprzeczności zawarte w hipotezie działania prionów, zbyt wiele przyjmuje się na wiarę. Mimo to Prusiner w 1997 r. otrzymał Nagrodę Nobla. Może krytycy mają jednak źle w głowie?
Tymczasem żadne media nie przedstawiają wątpliwości. Nie wspominają na przykład, że dziś nastąpiła zmiana w ocenie przyczyn i skutków innej patologii, zwanej chorobą Alzheimera, i że odkładanie się w mózgu blaszek amyloidowych (peptydy beta-amyloidowe) oraz splątków neurofibrylarnych (białko tau), raczej nie prowadzi do śmierci neuronów, ale jest jej skutkiem. Niejako przy okazji „alc-hajmerem” zaczęto nazywać wszystkie typy otępienia mózgowego, co stwarza dodatkowe problemy z leczeniem tych stanów, z których prawie każdy wymaga odrębnego podejścia.
Wszystko to tak, jak w wypadku choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy. Jeszcze w latach 80. XX w. uważano, że jest ona skutkiem niedożywienia, błędnej diety, nerwicy, ale dziś na sto procent wiadomo, że w niemal stu procentach przypadków powodują ją bakterie Helicobacter pylori albo stosowanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych (albo jedno i drugie), bardzo rzadko pewne zaburzenia hormonalne. A przez wieki leczono ją jako zaburzenie żywienia i zły tryb życia.
Alfred Nobel przewraca się w grobie, tak jak w 1922 r. w związku z nagrodą dla J. Fibigera za pasożytniczą teorię powstawania raka. Teoria była błędna, ale na szczęście dzięki dyspucie naukowej, która przetoczyła się przez prasę biomedyczną i na kongresach, uczeni skorzystali z pewnych składników metodologii Fibigera i nauczono się pracować na modelu sztucznie wywoływanych nowotworów. Być może podobnie stanie się z dorobkiem Prusinera i Alzheimera. Niech tylko pojawi się dyskusja poważna – a nie bezpardonowo hamowana lub zniekształcana przez pazerne media, które jadą ekonomicznie na reklamach i układach. Na razie mamy maskujące histeryczne krzyki. Tu działają farmacja i aptekarstwo. To najlepszy interes jaki kiedykolwiek wymyślono.
To przykłady z medycyny. Ale warto przyjrzeć się też zawijasami z cyklu „sztuk ekonomicznych”, czyli kantów opierających się na wyzysku ludzi, którzy ciężko pracują, a mimo to nie mogą się dochrapać oszczędności gwarantujących wygodną starość czy poprawne wychowanie i wyszkolenie dzieci.
Banki i inne podobne przedsiębiorstwa ekonomiczne od dawna stosują metody ściągania danin za przechowywanie naszych oszczędności albo pożyczki zwane kredytami. Jeszcze dziesięć lat temu płaciły za korzystanie z zapasów ludzi, którzy „bezpiecznie” przechowywali swoje zasoby w bankach na kontach oszczędnościowych i ogólnych. Za wypożyczanie (kredyty) brały z pewnej części zysku, ale całego zysku nie śmiały zabierać, bo to by było zwykłe złodziejstwo. Teraz to się odwróciło, już sie nie kryją i nie wstydzą.
Banki stworzyły atmosferę rzekomej opieki nad naszymi środkami, a w rzeczywistości obracają nimi i czerpią gigantyczne zyski, nam nie dając za to ani grosza. Kredyty mają charakter lichwy. Tak zwane inwestycje w bankach to jedynie przykrywka dla drastycznego wyzysku, zresztą czyniona cudzymi rękami.
Jakieś nędzne „procenty” nawet nie wyrównują strat ponoszonych przez klientów banków z powodu inflacji (spadku wartości pieniądza). Kiedy tylko jest okazja, są jeszcze bardziej obniżane.
Literatura nic o tym nie wie? Szkoda wielka. Jest głupia czy niedoinformowana? Nie widzi nędzy, krzywdy, zła, lichwy?
Warto zauważyć, że zbyt często mamy do czynienia z walką głupstw z idiotyzmami, a od prawdy jest coraz dalej i dalej. Kłamią na potęgę, żeby tylko ludzie nie mieli o niczym pojęcia. Pomaga w tym Internet z jego trudną do rzeczowego rozpoznania strukturą i z nieuchwytnymi metodami działania.
Pamiętam czasy, kiedy na poprawę stylu myślenia miała wpływ literatura piękna. Rzeczywiście to robiła. Chyba nie bez powodu ogranicza się u nas jej znaczenie.
Piotr Müldner-Nieckowski





