Strona główna Rok 2026 Nr 609 Adam Lizakowski – Zapiski znad Jeziora Michigan i spod Wielkiej Sowy

Adam Lizakowski – Zapiski znad Jeziora Michigan i spod Wielkiej Sowy

0
75

„Wiedza jest dla młodych rozsądkiem
dla wiekowych pociechą
dla biednych bogactwem
dla bogatych ozdobą”

Diogenes

Lata na emigracji. San Francisco. 1982-1991.

Do San Francisco przyleciałem  7 czerwca 1982 roku z Wiednia poprzez Frankfurt nad Menem i Nowy Jork, przez wiele godzin niczym ptak byłem w powietrzu. Czas się cofnął ku mojemu zaskoczeniu, a samo miasto gdy je po raz pierwszy zobaczyłem poprzez szybę samochodu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. To było moje pierwsze zderzenie z Ameryką i San Francisco miało być kluczem do mojej przyszłości, i całego życia. Miałem dwadzieścia pięć lat, za sprawą prezydenta Reagana dostałem klucze do raju, do ogrodu w którym miałem żyć przez wiele lat, nawet planowałem spędzić w nim całe życie. Magia miejsca była ogromna, o mieście śniłem już od miesięcy, siła snów była ogromna, moje małe mity, prywatne na własny użytek miały się dopiero spełnić. W konsulacie amerykańskim w Wiedniu, na rozmowie z konsulem na jego pytanie co zamierzam robić w Ameryce odpowiedziałem mu pisać wiersze i zdawać relację jaka jest Ameryka, jak mi się w niej żyje, tym co zostali z drugiej strony Atlantyku. Ceną jaką miałem zapłacić była moja młodość, jej rozkwit miał nastąpić na ziemi kalifornijskiej, a opowiedziane historie (wiersze), miały połączyć obie strony oceanu. Jestem na  wschodzie i jestem na zachodzie, w ten sposób powinienem postrzegać swoje nowe życie, narodziła się szansa na dotarcie do własnego istnienia. Jedno porzuciłem, aby zyskać drugie. Uciekłem tym pod których byłem stałym nadzorem i opieką, im musiałem być posłuszny i do nich należały moje nagrody i kary. Stanąć na własnych nogach, oddychać własnymi płucami, podejmować decyzję, narodzenie się po raz drugi w takim mieście jak San Francisco, w takich kraju jak Stany Zjednoczone, to żadna rewelacja, bo tutaj każdy wie, że wędrówka, w której bardzo łatwo jest się zagubić, zatracić własną świadomość i tożsamość, ale także można i to jest dla mnie najważniejsze przejść przez ciężką próbę i odnaleźć siebie.

Mieszkałem w San Francisco  (1982-1991), gdzie miałem okazję spotkać się i uczestniczyć bardzo czynnie w życiu tamtejszej Polonii, a także  brałem udział w życiu amerykańskiej bohemy literacko-poetyckiej. W latach 1986-1989 byłem redaktorem naczelnym miesięcznika społecznego kulturalnego Razem. Od samego początku pobytu w tym mieście uczestniczyłem w działalności Polish Community Center, które założył Dalegor Władysław Suchecki, redaktor, wydawca gazety „San Francisco Beacon” , którego byłem redaktorem naczelnym, pismo te sprzedawałem po polskich mszach świętych w San Francisco i San Jose. Był też miesięcznika „Polonian”,  przeznaczony przede wszystkim dla Polonii w Północnej Kalifornii, którego byłem współpracownikiem. Także bardzo czynnie uczestniczyłem w życiu fundacji pani Wandy Tomczykowskiej, która założyła i kierowa przez wiele lat The Polish Arts and Culture Foundation in San Francisco, która chętnie zatrudniała mnie jako kelnera podczas licznych spotkań w jej Fundacji na ulicy Sutter.  Byłem też częstym gościem The Polish Club na 22 ulicy, którego wtedy gospodarzem był pan Dominik Widłak, dyrektorem Towarzystwa Literacko-Dramatycznego pani Helena Kurek. To ona zorganizowała moje pierwsze spotkanie poetyckie promujące tomik wierszy pt. Cannibalism Poetry, w kwietniu 1984 roku własne Domu Polskim, który po angielski nazwano Polish Club.  

W San Francisco w 1987 roku zakończyłem pisanie dziennika/wspomnień, który rozpocząłem pisać jeszcze w Polsce na kilkanaście miesięcy przed  wyjazdem do Austrii. Opisuję w nim swoje pierwsze siedem lat na emigracji, od Pieszyc do San Francisco.   Dziennik ten nazwałem  Zapiski znad Zatoki San Francisco, ale dopiero po przyjeździe do Chicago  w roku 1991 rozpocząłem jego publikację w odcinkach  w latach 1995/96 na łamach czasopisma Gwiazda Polarna.  Książka została wydana w roku 2004 w Rzeszowie pod redakcją profesor Alicji Jakubowskiej -Ożóg z Uniwersytetu Rzeszowskiego. Praca  ta doczekała się wielu publikacji i recenzji, zdobyła kilka nagród literackich.

W 1988 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie, (nie rezygnując z polskiego). Od tego też roku dzięki rekomendacji Czesława Miłosza publikował wiersze  na łamach paryskiej Kultury, w sumie dwadzieścia jeden aż do śmierci jej redaktora w 2000 roku. Także za pośrednictwem poety z Berkeley publikował wiersze w krakowskim Tygodniku Powszechnym.  

Poeta – emigrant

Emigracyjna biografia rozgrywa się na planie przestrzennym trzech miast: Pieszyce, San Francisco i Chicago.  Tworzyłem literackie obrazy Kalifornii, łącząc tematykę emigracyjną z historią i krajobrazem tego stanu. W Chicago przede wszystkim interesowała mnie polskość u historia Polonii. A w Pieszycach odkryłem swoje korzenie i tożsamość, którą do dzisiaj opisuję.

Poświęciłem im wiele wierszy, spisując coś w rodzaju poetyckiego dziennika imigranta, który chciałby uczynić z tych miast nie tylko swoje naturalne otoczenie, ale i wpisać je w swój świat wyobraźni na równi z miastami i miasteczkami dzieciństwa. „Stare miasteczko miało pomóc mi doszukać się własnych korzeni i tożsamości, a „nowe miasta” miałyby stać się także częścią duchowego wnętrza, odsłaniając przed moimi oczami nie tylko to, co widzialne, ale i własne podglebie mitów.  Dostrzeganie przeszłości, sny dawnych mieszkańców, marzenia nowo przybyłych, czyli to wszystko, co decyduje o głęboko intymnych wiązaniach, jakie spokrewniają człowieka z danym mu miejscem. 

Promującego album ze zdjęciami Czesława Miłosza we Wrocławiu

Podczas lutowego spotkania (1) 12 lutego br., prowadzący ze mną te spotkanie Robert Gawłowski zapytał się mnie jak przebiegały te moje spotkania z Noblistą. Dosłownie poprosił mnie w jednym złożonym dwoma krótkimi zdaniami pytającymi, abym opisał takie spotkania. O poecie i człowieku Czesławie Miłoszu pisałem bardzo dużo w wielu miejscach, robię to już przez wiele lat, dlatego zawahałem się co mam powiedzieć… bo nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Łatwo zapytać, ale trudno odpowiedzieć, bo czasu jest bardzo mało, dosłownie kilka minut, a chciałbym odpowiedzieć wyczerpująco jednocześnie podkreślając jak bardzo ważne były dla mnie takie spotkania. Stwierdzenie, że bardzo dużo nauczyłem się od Pana Czesława  poprzez rozmowy z nim tak naprawdę nikogo nie przekonują i niczego nie wyjaśniają. To, że  na wiele jego słów, porad, wskazówek zwróciłem  uwagę nie  tylko podczas naszych rozmów i powiedzmy  tydzień później, czy miesiąc później też za wiele niczego nie wyjaśniają. Niektóre z jego wypowiedzi, zdań, myśli dotarły do mnie po latach, gdy rozmawialiśmy jak ważne jest miejsce urodzenia, i emocje z tym związane. Jego słowa nie odcinaj się od środowiska w którym wyrosłeś, były ziarnem rzuconym na glebę chicagowską na której wyrosło Towarzystwo Miłośników Dolnego Śląska we Chicago. Ale odpowiedź na pytanie czy Pan Czesław Miłosz kazał mi zakładać TMDŚ,  jest NIE.  Tak samo Pan Czesław nie kazał mi układać tomu wierszy pt. Legenda o Poszukiwaniu ojczyzny. 

Wiele jego myśli i słów wciąż tkwi we mnie nawet dzisiaj i nie wiem jak je wykorzystać z korzyścią  dla siebie.

Przeważnie otwierała drzwi żona Pana Czesława Carol, wtedy wprowadzała mnie do środka, a zawsze szeroko uśmiechnięty Pan Czesław zapraszał do  małego salonu, w sumie można powiedzieć, że dom był bardzo mały jak na Noblistę. Wyobrażałem go sobie jako rezydencję, coś  dużego i wspaniałego, a to była po prostu bardzo skromna mała chatka.  Siadam na fotelu za mała ławą a on naprzeciw mnie na kanapie, i tak rozpoczynała się rozmowa. Rozmowa dwóch emigrantów od czasów Abrahama jest bardzo podobna. Ale Abraham, słuchał Boga do niego On powiedział: wyjdź ze swojego kraju, ze swojej ojczyzny, z ojczyzny twego ojca i udaj się do krainy, którą ja ci wskażę (Gen. 12:1). Nie sądzę, aby w rozmowach ze mną wypełniała go nostalgia za tym co utracił, ani poczucie bezradności, gdy spotkaliśmy był już kilka lat po Nagrodzie Nobla i prawie trzydzieści lat w Ameryce. Wiem, jak, że dla niego pisanie było autoterapią a także „zabicie czasu”, bo cóż miał on robić w tej Kalifornii, gdy na uczelni miał tylko kilka godzin pracy w tygodniu. Wprawdzie komuna w Polsce jeszcze nie upadła, ale „Solidarność” mocno dawała jej w kość. Był bardzo aktywny i swoją osoba wypełniał prawie całkowicie polskość w Ameryce, był bardzo świadomy tego, że Polacy w Ameryce nie czytają jego książek, ale ja był tym wyjątkiem, które w jakimś stopniu zrekompensował mu te „straty”.  Mówiąc poetycko, jego listy do Polonii amerykańskiej   powierzane mocno zakorkowanym butelką, ja wyłowiłem na plażach oceanu w San Francisco. Czy uwierzył w to, że można ukorzenić się na plaży, zapuścić korzenie w piasku, na brzegu pomiędzy wodą a lądem?

Do mnie bynajmniej Bóg nie przemówił, byłem zwykłym emigrantem uciekającym przed Jałtą, na konferencji której Zachód sprzedał Polskę, tak jak się sprzedaje krowę, lub konia na targu. „Nasi przyjaciele” zdecydowali o zmianie granic, Stalin tak sobie to wymyślił a Amerykanie i Anglicy, zdrajcy się zgodzili. Uznali także rządy tymczasowe pod kontrolą komunistów (rząd lubelski) kosztem rządu emigracyjnego. Ale o polityce z Panem Czesławem nie rozmawialiśmy. Zwracałem się do niego właśnie mówią: Panie Czesławie, nie Panie profesorze, nie Panie Miłosz, ale Panie Czesławie, a on do mnie panie Adamie.

Rozmowy z Panem Czesławem …

Na samym początku o rozważaniach na temat spotkań z Panem Czesławem muszę powiedzieć, że wywarły one na mnie ogromne znaczenie i ogromne korzyści, cokolwiek te słowo znaczy, była to i jest wartość dodatnia.  Jeśli istnieje trzecie oko, to on mi je otworzył, jeśli jest serce zamknięte to on mi je otworzył, otworzył też umysł, oczy i uszy. Nie było objawienie, którego doznał Budda, bo się przebudził w jednej chwili, ale objawienie, które wciąż po prawie czterdziestu latach wciąż trwa i co najważniejsze działa.

Rozmowy nasze zawsze były bardzo konkretne, zawsze były o czymś, nigdy nie rozmawialiśmy o tematach błahych czy nieistotnych. Czułem się w jego domu jak w „ogrodzie nauk”, gdzie on był ogrodnikiem, a ja nowym krzewem z dżungli nad którym trzeba włożyć sporo pracy i czasu, aby mógł cieszyć oczy ogrodnika. Gdy spotkałem Pana Czesława w pierwszych miesiącach naszej znajomości to pracował nad książką  pod tytułem „Rok myśliwego”, wtedy nie wiedziałem, że to osobisty dziennik dokumentujący okres od sierpnia 1987 do sierpnia 1988 roku. Czasem Pan Czesław przeczytał kilkanaście zdań ze swojej pracy, pytał się o moje zdanie, co tym myślę, były to fragmenty dotyczące życia, religii, polityki, ludzi, których poeta znał na progu swojego życia dorosłego, czyli jeszcze przed wojną. Dla mnie to była ciemna magią, więc wiele nie mógł ze mną porozmawiać, ale nawet jeśli nie potrafiłem odpowiedzieć mu w tej samej chwili, to jego pytania zapadały w mojej pamięci bardzo głęboko.  Rozmyślałem nad nimi, i czasem, sam sobie zadawałem pytania Pana Czesława. Przy pierwszych spotkaniach padały podstawowe pytania, typu: Jak Pan się w tej Ameryce znalazł? Dlaczego w San Francisco, Kalifornii? Skąd jest pan z Polski? Jak żyją nowi imigranci, tacy jak pan w tym mieście? Z czego żyję? Tych pierwszych spotkaniach, nawet nie przyznałem, że piszę wiersze. Bałem się, że mnie odtrąci myśląc, o jeszcze jeden nawiedzony poeta. A gdy się przyznałem pokazując skromne tomiki po angielsku wtedy Pan Czesław był bardzo ciekawy o czym piszę, i dawał mi do zrozumienia, że pisanie po angielsku  o Ameryce wtedy będzie miało sensu, jeśli będę pisał z własnego doświadczenia i bacznie korzystał z doświadczeń bliskich mi ludzi. Nie chciałem pisać po polsku i pierwsze dwa tomiki wydałem po angielsku, co dla Pana Czesława wydało się bardzo dziwne i niezrozumiałe. Moja decyzja ucieczki z Polski nie była „aktem samobójczym” jak dla niego i wcale się nie przejmowałem emigracją już tutaj osiadłą od drugiej wojny światowej. Prezydent Reagan dał mi zapomogę tak zwany welfare, czyli zasiłek społeczny, kilka setek dolarów miesięcznie i żyłem spokojnie i pięknie jak kalifornijski koliber, właściwie o nic się nie martwiąc.

Poeta podszedł mnie bardzo sprytnie, nie zabronił, ale dał mi czas na to, abym sam się dowiedział i przekonał, że z pisania po angielsku nic nie będzie.  Więc co, zastanawiałem się po to uciekałem z Polski na drugi koniec świata aby pisać o Pieszycach, Górach Sowich, małej ojczyźnie, krzywych chodnikach, spadających tynkach z domów i ludzi stojących w kolejkach za chlebem i mięsem po kilka godzin dziennie, zastanawiałem się. Czy to jest temat na poezję, ta szara proza życia. Ale Miłosz widział to zupełnie inaczej, zaczął od dopytywanie mnie o korzenie, skąd jestem? Jak się moi rodzice znaleźli na Dolnym Śląsku? Co wiem o nowym miejscu i czego się  dowiedziałem o miejscu rodziców, dziadków przodków. I szybko się okazało, że praktycznie nic nie wiem ani o swoim miejscu w którym się urodziłem, ani o swoich rodzicach, z trudem odszukałem w pamięci imiona dziadków, o pradziadkach już nic nie wiedziałem. Zastanawiałem się po co to wszystko jest mi potrzebne i do czego jest mi potrzebna znajomość miejsca urodzenia i dziadków.  Chodziło mu przede wszystkim o pamięć i szukanie w pamięci to co została dekady wcześniej zapisane. Była to także zachęta do poszukiwania grzebania, a także odkrywania tego wszystko co powinienem zrobić mieszkając jeszcze w Polsce. I to przed czym uciekłem na drugi koniec świata, do Kalifornii, San Francisco, dogoniło mnie, zacząłem szukać po bibliotekach i archiwach amerykańskich swoich korzeni rodzinnych i historii miejsca urodzenia

Pan Czesław był tym co zadawał pytania i narzucał tematykę spotkań. Głównym tematem rozmów były jego książki, czytanie jego prozy i poezji było mi bardzo potrzebne, bez tego nie byłoby żadnych spotkań. Poza tym dzięki tym spotkaniom, które nie były aż tak często, trzeba to powiedzieć otwarcie mogłem dzięki książkom oderwać się od emigracyjnej rzeczywistości  pobudzić mózg, zapragnąłem zobaczyć miejsca w których Miłosz mieszkał o którym pisał, to rozwijało wyobraźnię, zredukować stres i nadało jakiś większy sens mojemu życiu na emigracji.

Później,  gdy została zaspokojona ta ciekawość pierwsza przeszedł na ciekawość druga: który poeta według pana był lepszy, Gałczyński czy Tuwim? Jacy ulubieni polscy poeci na emigracji? Czy był pan na spotkaniu z Ginsbergiem w City Lights? Co nowego? Jak Pan się czuje?  I z tej ogólnej rozmowy, o pogodzie i samopoczuciu, przechodziliśmy do rozmowy o poezji i ogólnie mówiąc literatury, pisaniu wierszy. Moim zadaniem domowym będzie przeczytanie twórczości tych, którzy podobnie jak ja stawiali pierwsze kroki w Ameryce w wieku już dorosłym. I okazało się, że na palcach jednej ręki można było policzyć tych  emigrantów co pisali o Ameryce po angielsku. Sam się przekonałem na sobie, że niestety nie dam rady, wtedy Pan Czesław na spokojnie wytłumaczył mi, że nigdy nie będę poetą amerykańskim i pisanie po angielsku nie ma w moim przypadku większego sensu, choćby dlatego, że jestem już za stary na Amerykę, (byłem około trzydziestki), aby pisać o Ameryce nie można a mieć więcej niż dziesięć lat. Wtedy intensywnie zacząłem myśleć jakie wiersze o San Francisco i Ameryce mogą mu się na tyle spodobać, aby w nich udowodnić mu, że nie jestem tylko Polakiem mieszkającym w Kalifornii, ale i bacznym obserwatorem życia wokół mnie i spojrzę na swoją rzeczywistość także jako Amerykanin. Tak powstały m.in. wiersze Z Pieszyc do San Francisco, czy Amerykańscy Poeci.  Z czasem je i kilka innych pokazałem mu podczas naszych spotkań, a on je zatrzymał sobie i jak się z czasem okazało wysłał je do paryskiej Kultury, i tak dzięki Pan Czesławowi zadebiutowałem z prawdziwego zdarzenia piśmie emigracyjnym. 

Sięgałem pamięcią do dzieciństwa do rodziców i rodziców  rodziców i ku mojemu przerażeniu nawet nie wiedziałem, kiedy i gdzie urodzili się moi dziadkowie, w sumie nic o nich nie wiedziałem. Ukochana babka Paulina, z którą zostawałem gdy byłem chory i nie mogłem iść do przedszkola nawet nie wiedziałem w którym roku się urodziła i gdzie. Z trudem obliczyłem, że gdzieś pomiędzy rokiem 1884-1888, skoro mój ojciec urodził się w roku 1911. Tak intensywnie o niej myślałem, że napisałem wiersz pt. Babka Paulina, i nagle zacząłem sobie przypominać jej narzekania na wodę, chleb, pomidory, ogórki, czereśnie, że tak dobrze nie smakują jak w miejscu w którym się urodziła. Na zachodni kraniec Polski przyjechała do syna w 1945 roku, który po zdobyciu Berlina na Wschód Polski nie wrócił i został osadnikiem wojskowym w Górach Sowich w maleńkiej wiosce w której nawet nie było pięćdziesiąt domów. Uzmysłowiłem sobie, że jak tak samo przez pierwsze kilka lat narzekałem w San Francisco na amerykański chleb z waty, na truskawki bez smaku, na warzywa, które smakowały mi jak papier.

Była najmądrzejsza na świecie
chociaż nigdy nie nauczyła się pisać ani czytać
och Boże jak ona mnie kochała
chociaż nigdy tego słowa nie powiedziała.

Pokochać kogoś to znaczy huśtać go na kolanie,
Śpiewać
„krakowiaczek jeden miał koników siedem
pojechał na wojnę został mu się jeden,
siedem lat wojował, szabli nie wyjmował
szabla zardzewiała wojny nie widziała”

Pokochać kogoś to znaczy zasznurować jego but
pogłaskać po głowie, podrapać po plecach
pozwolić wysmarkać się w koniec fartucha.

 Babka zmarła w 1965 roku i ja dwadzieścia lat później na drugim końcu świata myślę podobnie jak ona o jedzeniu na który zostałem wychowany.

Przecież od znajomości jego prozy i wierszy wszystko się rozpoczęło

Poeta z uśmiechem na twarzy zauważył, że faktycznie czytam jego twórczość, jego biografię, jego mogłem traktować jako produkt na sprzedaż w rozmowach z nim. Poeta właściwie we wszystkich książkach tworzył swoją autobiografię, do mnie należało tylko ją wykorzystać, stawiając umiejętnie pytania. Nie wiedziałem wtedy, że zaciągam dług u poety, który po latach, po jego powrocie do kraju i śmierci staram się  spłacić poprzez organizowanie wystaw zdjęć zrobionych w jego domu, ogrodzie, podczas spotkań literacko-poetyckich w Ameryce. Ale nie byłoby tego długo, gdyby nie profesor Andrzej Zawada z Uniwersytetu z Wrocławia nie zwrócił się do mnie po zdjęcia Pana Czesława, który mu podpowiedział, że ten tak bardzo skromny okres pod względem zdjęć w Kalifornii może w jakimś stopniu być zilustrowany fotografiami moimi. 

Prace literackie Laureata Nagrody Nobla były dla mnie materiałem do uczenia się o nim  co nazwałem: Czesław Miłosz jego znajomi plus lektury. To zdecydowało, że pewnego dnia, Pan Czesław już nie żył,  postanowiłem jechać na Litwę i zobaczyć na własne  oczy te miejsca tak bliskie jego sercu, w których poeta był, pisał i w rozmowach ze mną wspominał. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo już to opisałem we wcześniejszych publikacjach.  Wilno było najważniejsze, ale i dolina rzeki Nieważy zwaną Issę, w której chciałem się wykąpać i się wykąpałem. Przecież Pan Czesław wydał powieść Dolina Issy, zaledwie po pięciu latach na emigracji w 1955 roku, czyli zaczął pisać ją dużo wcześniej. Jeszcze dobrze nie stanął dwoma nogami na ziemi Zachodu, a już wspominał swoje dzieciństwo i młodość, lata spędzone na Litwie.  Na Litwie przez te sto lat od jego urodzin niewiele się zmieniło, poza tym, że drogi były  dużo lepsze niż w Polsce, ale natura, przyroda, komary i wszelkiego rodzaju złośliwe owady były takie same. Podobnie jak kościoły i cmentarze wokół nich. Rzeka Niewiaża –  nad którą w czerwcu 1911 r. w Szetejnach urodził się poeta, tak samo leniwie zygzakami płynęła, ale bardzo malowniczo w roku 2011 i chyba nic a nic się nie zmieniła, nadal była dzika, czyli dzięki Bogu naturalna,  nad  jej trudno dostępnymi (miejscami)  brzegami rosły, chwasty, krzaki, drzewa.

Rzeka była w  dole dwór pana Czesława był na wysokiej skarbie, należało zejść w dół a tam na piaszczystym brzegu zdjęć buty, podwinięć nogawkami spodni i wejść do wody, ale w pewnym momencie zdecydowałem się rozebrać i popływać.  Po brzegach zieleń, a w niej  chóry ptaków, a ja w środku tego wszystkiego, niby zwykła rzeka a jednak zaczarowana. Niepodobna do żadnych innych rzek w których się kąpałem wcześniej i później. Dotrzeć tu można drogą na północ od Kiejdan, pokonując wspaniałą przestrzeń równiny z ciągnącymi się aż po horyzont polami.

Aby dojechać do miejsc Pana Czesława należało jechać asfaltową drogą pomiędzy  polami ciągnącymi się po horyzont, pola płaskie jak stół, monotonne jak życie kierowcy autobusu.  Odwiedziłem te miejsca i miejscowości związane z poetą, były to Opitołoki oddalone 5 km od Kiejdan. Przy samej szosie znajduje się barokowy kościół św. Piotra i Pawła  w nim  w 1909 r. wzięli ślub rodzice Czesława Miłosza: Aleksander Miłosz i Weronika Kunatówna. Pojechałem też do małego kościółka w którym został poeta  ochrzczony w Świętobrości, zrobiłem dużo zdjęć, czułem się dziwnie patrząc na budynki, kościoły, domy, stare, wielkie drzewa, na które prawie sto lat wcześniej patrzył mały Czesio.

Czasem podczas rozmowy z poetą pytałem: a kto namalował ten Pana portret? 

Albo, czy mogę wziąć do ręki medal noblowski, który leżał w otwartym ciemno czerwonym pudełku ze złotymi literami o takim miłym w dotyku materiale, na małym stoliku stojącym pod ścianą. Głównym temat zawsze była emigracja i życie w nowym dla mnie  społeczeństwie, wśród Polaków i Amerykanów. Miałem dwadzieścia pięć lat, gdy postawiłem stopę w San Francisco, czyli połowę mniej niż Pan Czesław, który gdy wylądował w Kalifornii miał skończone pięćdziesiąt lat. Prawdę mówiąc, nigdy nie przeżywałem jakieś kryzysu, czy depresji z powodu samotności i poczucia wyobcowania. Na emigracji czułem się świetnie, a w San Francisco cudownie.

Nie miałem ani żony ani dzieci jak on. Byłem młody, zdrowy, pełnym pokos seksualnych i ciekawy świata, tego wszystkiego co się działo wokół mnie. Ostatnią rzeczą jaka by mi przyszło do głowy to martwienie się nad sobą, czy użalanie nad swoim losem. W moim ogrodzie rosły pomarańcze i grejpfruty, kwitły cytryny na kwiatami których fruwały piękne kolorowe motyle i kolibry. Jak ból, jak zagubienie, San Francisco, Kalifornia podobała mi się, chodziłem na plaże nudystów pod most Golden Gate w dzień, a wieczorami do kawiarni słuchać poetów, czytać wiersze, pić piwo, żadnego bólu egzystencjalnego nie czułem, jak doświadczony wojną i stalinizmem, hitleryzmem i komunizmem poeta Miłosz,  jedynie co odczuwałem to nieustanny brak kasy.

Urodziłem się w 1956 roku, ale ani powstanie na Węgrzech, ani Poznański Czerwiec nie wywarły na mnie większego znaczenia.  Protestujący robotnicy  domagający się  „chleba i wolności”, poprawy warunków życia i niższych norm pracy, to była zupełnie nieznana mi bajka z okresu komunizmu. Czesław Miłosz, stojący mocno dwoma nogami  i doświadczony historia i polityką XX wieku – wojen, wygnania oraz kryzysu wartości. Miłosz, jako świadek historii, nie za bardzo mnie interesował. On interesował mnie jak tłumacz i poeta, którym ja tak bardzo chciałem być.  Ból istnienia, ból przemijania, wiara, rozum, bezsilność, poszukiwanie własnej świadomości, tożsamości, korzeni, nawet nie chciałem aby mnie przedstawiano jako poeta emigracyjny, polonijny, tylko polski.  Nawet przez moment nie myślałem, aby wracać do „raju młodości”, a też nie miałem żadnej w sobie tęsknoty za nim.

Dopiero rozmowy z POETĄ to wszystko mi uświadomiły i zmieniły kompletnie moje rozumienie świata, małej ojczyzny, samego siebie i dokopania się własnych korzeni. Nadarzyła się okazja w rozmowach z nim do autoreklamy, tworzenia jakiś mitów na swój temat i kreowanie siebie samego. Mówiąc współczesnym językiem nawet nie świadom tego stawałem się własnym marketingowcem. Te przemyślenia oczywiście przyszły z czasem, wtedy na początku gdy trząsać ręką pukałem do drzwi były na drugim końcu układu słonecznego.    

Zawsze byłem, aktywny, miałem kilka spotkań poetyckich w roku i w języku polskim i angielskim. Raz tylko jak było spotkanie w Berkeley w siedzibie YMCA, zaprosiłem poetę, przyszedł z wtedy jeszcze narzeczoną Carol. Powstało na sali małe poruszenie, ale o tym pisałem już gdzie indziej. Wracajmy do tematu: jak można się zaadaptować pod nowym niebem, czy tęsknota będzie dokuczać, albo czy praca i nowe warunki życia spełnią oczekiwania. Ale to nie było tylko rozmowa dwóch emigrantów poszukujących chleba, i zadowolenie brzucha, tutaj chodziło o coś więcej, o poezję, o wiersze, o literaturę. Tutaj chodzi także o zrozumienie siebie samego, tego co pozostało z drugiej strony oceanu i tego co jest tu i teraz. Życie w nowym świecie, które tak naprawdę nigdy dobrze nie zrozumie i coraz to lepsze zrozumienie swojej własnej wewnętrznej rzeczywistości.

1.      Klub Muzyki i Literatury we Wrocławiu, spotkanie  połączone z prezentacją Albumu pt. „Czesław Miłosz portretowany z pamięci przez Adama Lizakowskiego” Prowadzenie Robert Gawłowski 12 lutego (czwartek) 2026.

CDN

Adam Lizakowski 

Poprzedni artykułMichał Nizgorski – Sztuka nie zadawania pytań
Następny artykułJohn Guzlowski – prezentuje Anna Maria Mickiewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko