Na grobie Dżocziego syna Czyngis Chana
W czerwonym pyle stepu i traw wiecznych,
Tylko jaszczurka przemyka śmigle nic nie zostaje
Nie ma też wody jakże skąpe te trawy w których
Może mrówka tylko
Nic więcej
Wyłania się z cegieł kamienny dach to już ?
Byłem sam a wydawało mi się
Że jest ktoś jeszcze
Znak Tengri
Odcisk łapy wilka na wewnętrznej scianie
Tu będę
Tu zaszedłem tak daleko
Że dalej nie ma już nic
Poza scianą metafizyki
Ułytau, Kazachstan , lipiec 2018
Samotność dyplomaty
Nikt przecież nie wie jak naprawdę
Kłaniają się na wszelki wypadek by zapewnić
Nie wiedząc o rzeczywistych
Ani o przeczuwanych
Chcą wiele i walczą
W koszulach krawatach spinkach w mankietach
Sam we wszystkich okazjach jakże inaczej
Sam w piekle łaski sam w ogrodach zła
Sam jedynie martwy jak człowiek
Sam jedyny dla siebie
Niepowtarzalny jak nirwana
Idę czytając patrząc w lustro dojmującej
Samotności
Kto kiedy dlaczego
Wiersze szamańskie
* * *
Przechodząc koło góry coraz dalej
Widział krąg szamański zrośnięty przestrzenią
Z lasu wychodzący ptakom i
Zwierzętom
Jakby dalej niż rzeczywiste światy
Których nie ma
Nie ma ani między nami
Nigdy nie zasiadały
Nie pożywiały się
Nie
Jak małe zwierzątko
Nie jak
Jak zwierzątko nie
Tak do końca
Z lasu wychodząc
Majestatycznie
* * *
Zawsze zawsze dalej najdalej
Piechotą konno przestrzennie
Biały szaman Ałtaju
Z włócznią ogniem i czaszką łosia
Wychodzi z jurty
Oczyszczając kobierzec
Uczniów traw
Mleko dwóch kolumn
Świątyni
Tengri
Wewnątrz
Świadomości
Zawsze
* * *
wschód świeci
światłem
ono jest
zewsząd
ono jest
rodzajem
* * *
Świadomość tworzy moją
Etniczność, korytarzem,
W dół, do samego mchu
Duszy, pierwszych obrazów,
Tego, co obok, jest
Dlatego, że
* * *
Ciepłe, dotykalne, czujne.
Na dół na dół
Wślizgując się do żródeł
Dyszy to ciepłe obok
Najpierwsze
Kosmate nieokreślone
Bezkształtne
Świadomość
Zapada się się
Dyszy po
Obok bezkształtnego
Obok
Niepewne
* * *
Tworząc czaszki przodków
Konia,łosia, jelenia
Jedząc nad dymem ognia
Kość, gryząc ,żując
Pragnąc przykucnięty
Żadze zwinięte w krąg
Żmiji jadem wypełzły
Trysnęły grzechem ciepłym
Z dna siebie, ciepło cicho
Przebiegle
* * *
Do pełna
Nienazwane
Miękko
idzie
* * *
Tochta – władca Złotej Ordy
Chan z krwi Dżyngisa
Syn Tenri chana
Władcy nieba
Z jurty pełnej
Mleka
Wiecznego
Gwiazd
Traw
Palonych dymów
Deszczu
mokro
* * *
Gdzie, gdzie coraz dalej
Pędząc do siebie i przed
Jak rytm przeskakując
We dnie
I w nocy
Rano
Konie konie
Stada
Przetupują
Pragnienie żródlane
* * *
Do wszystkiego
Jakby bieg
Najzwiężlej
Dobre
Że
Dobre biegiem przód
Kucnięte
Siedzi
Mówi
Robi
Że
Aż
Przez wszystko
Wiersze w przekładzie Selima Chazbijewicza ( przekład poetycki) i Henryka Jankowskiego (przekład filologiczny)
Grzechy przeszłości
Ten i ów gdy książkę otworzy – przeklina,
Batu chana, Hulagu, Timura,
Barbarzyńca- tak historii brzmi wyrok ,
Na gnącego niegdyś karki emira.
„Lud i chan tatarski” – szepcą
W różnej mowie, w różnych stronach świata,
Chan tatarski kraje me zniewolił,
Niech go piekło, niech idzie do kata.
Tatar zsiadłszy z konia, zasępiony,
Twarz ukrywa, głos ścisza wstydliwie,
Nie znam Batu, Czyngisa, Timura,
Nie widziałem, nie wiem, nie rozumiem.
„To ty ! „ – syczą mu wrogowie,
Twój wygląd świadectwem historii,
Ty to jechałeś za Czyngisem,
Ty to paliłeś z żądzy mordu,
Twa cera śniada, nos płaski, skośne oczy.
„To nie ja” – biedak odpowiada,
Jam nie z rodu Czyngisa ni Batu,
Ojciec prawy, zacna matka stara,
Ma rodzina z kadiego, imama.
Zostawcie ten lud biedny – jest niewinny,
Jeśli byłby to odpowie za to,
To jam wnukiem Timura, Czyngis Chana,
I ja będę na ich drodze stawał.
Biorę wszystkie winy ich na siebie,
My paliliśmy twój Bagdad, twoją Basrę,
Rujnowaliśmy pałace Rzymu.
Zarzynaliśmy. Jednym cięciem trzewia, kości,
Gwałciliśmy kobiety bez litości,
U podnóża gór pięknego Krymu.
Budapeszt 13 lutego 1920
W cichym stepie tatarskim
W tatarskim stepie, cichym stepie nie wyrosła trawa,
W tatarskim stepie, cichym stepie znikł jadalny owoc,
Już dawno tędy młodzieniec nie przeszedł,
Tą krętą drogą !…
W cichym stepie, stepie tatarskim martwe wioski stoją,
W tatarskim stepie , cichym stepie, ludzie żyć się boją,
Na cmentarzach zebrana z tatarskiego stepu
Jego młodzież – i rzadkie dziś dzieci !
Nie pije wody step tatarski do końca bezkresu,
Nie przejdziesz nigdy tego stepu bez zmagań z naturą,
W tatarskim stepie, cichym stepie, trzeba wzniecić burzę,
Wyschły tu rzeki, zeschły żaby, puchacze zawodzą,
W tatarskim tym stepie, cichym stepie, gdy dziecko się rodzi.
W tatarskim stepie, cichym stepie, opadła posucha,
Stepowi temu krwi potrzeba, może się odrodzi.
W tatarskim stepie, cichym stepie, stada krów, zajęcy,
Stepowi temu lwa potrzeba by nie wysechł więcej.
Budapeszt 1916
Kurt Nebi Czoban
Owce rozpuścił, na kiju się wsparł,
I flet ożywił Kurt Nebi Czoban.
Włosy czarne, białe nogawice,
Lśni mosiądzem sakwa, błyszczy nóż,
Kurt Nebi Czoban stado swe rozpuszcza po zboczu,
I swe owce, jagnięta i kozy liczy już.
Po czym włożył duszę całą w świst piszczałki,
I o bożym świecie zapomniał był całkiem.
Na zboczu gór krymskich Kurt Nebi Czoban
Patrzy na babie lato, jest zupełnie sam.
I tak gra na swej fujarce Kurt Nebi Czoban,
„Kręć się wkoło, kręć z wiatrem” – kręci się,
Znika smutek i zgryzoty tym wzbogacę się.
Skaczą jagnięta po łąkach, po wykrotach snadniej,
Owczarek słucha pieśni, aż złagodniał od niej.
Flet oniemiał, zamilkł a w świecie się zdało,
Że gra jeszcze , to echo w sercu grało.
Zmierzch zapada, wiatr rześki muska i dotyka,
Już umilkła symfonia ćwierków, kumkań, cykań,
Dźwięk fletu najlepszą jest dla owiec paszą,
Te mu bekiem wtórują, serca swoje pasą.
A dźwięk pędzi, przez góry dochodzi do wioski,
Z wioski w góry, z gór w niebo, dalej, za nieboskłon,
Co wieczorem wyśpiewa, powie głos pasterza,
Wie już rano i Czongar i Jałta na brzegach,
I tak całego Krymu wspólna, tajna nuta
Kryje się w owej pieśni przesławnego Kurta.
Lozanna, kwiecień 1920
Zbuduję pałac
Zbuduję pałac ! Nie będzie w nim chana,
Nie będzie sług, głodu, pogardy, nie będzie w nim krwi.
Z obcych krajów nie ściągnę cegły ni kamienia,
Dość mam cegieł w kraju urodzenia.
Jeśli nie będzie dość wysoki dach błękitny,
Trwały będzie fundament, jasne okna w nim.
Będą one przestronne, by wchodziło światło,
Drzwi otwarte będą by wejść tam każdy mógł.
Niech wiatr północny domu żadnego nie ziębi,
Niech zagrody dziedzica nie mają tu zrębów.
Zbuduję pałac ! Nie będzie w nim chana !
Nie będzie sług, głodu, pogardy, nie będzie w nim krwi,
Przewrócę ziemię, rozkopię kurhany,
Pozbieram dawnych bohaterów kości,
Ugniotę je z gliną, jak na wodę dzbany,
I każdej mogile krzyknę głośno – „kość” !
Niech będą święte wszystkie cztery ściany,
Studnia i kwiaty, majdan i szeroki trakt.
Nie depczcie ziemi świętej bezczynnie Tatarzy,
Każdy niech pałac wznosi, buduje swój kraj,
I niech on będzie jedynym, według naszej miary,
Dom tatarski, pałac, ojczyzna – nasz Krym.
Zbuduję pałac, nie będzie z kamienia,
Będzie z ducha i kości dawnych bohaterów,
I nigdy w nim nie będzie obcym żaden Tatar.
Lozanna 22 maja 1920
Nota biograficzna
Bekir Czobanzade był największym poetą Tatarów krymskich w XX stuleciu. Urodził się w 1893 roku w miejscowości Argyn na Krymie, zmarł w 1938 roku. Był poetą ale także naukowcem, językoznawcą i literaturoznawcą, profesorem uniwersytetów w Budapeszcie i Lozannie ( Szwajcaria) w roku 1920. Ukończył uniwersytet w Budapeszcie z tytułem doktora w 1918 roku. Był też profesorem uniwersytetu w Symferopolu na Krymie ( 1922-1924) i uniwersytetu w Baku w Azerbejdżanie od 1924 roku. Turkolog , znawca języków tureckich. Zajmował się także folklorem tatarskim na Krymie, wydawał prace naukowe z tego zakresu. Prawie cała jego poetycka twórczość pochodzi z okresu młodości – studiów w Budapeszcie i pracy w Lozannie. Jako wybitny językoznawca polemizował z teorią W. Marra sowieckiego naukowca którego tezy popierał sam J. W. Stalin. Ta naukowa polemika skończyła się dla profesora Czobanzadego oskarżeniem o szpiegostwo i chęć obalenia ustroju sowieckiego. Aresztowany w roku 1938 przez NKWD zginął w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. W swoich wierszach opiewał krymską ojczyznę i ubolewał nad upadkiem współczesnych Tatarów. Jego dorobek poetycki nie jest duży ale bardzo znaczący dla współczesnej poezji tatarskiej.
Nad grobem Ismaila Samani, twórcy imperium
Samanidów w Bucharze
Przemijają imperia, słychać upływ czasu,
Kamienie tylko mówią o zamierzchłych wojnach,
A o traktatach państw cicho trawa szumi,
I kot się ociera o nagrobny napis:
Tu leży władca świata znanej połowy,
Niech Bóg zlituje się nad jego duszą,
Tak szybko mija czas, że już nie zdążysz
Przed samym sobą jak najdalej uciec.
Sonet o Olsztynie
Miasto nieco odległe od głównych szlaków z Warszawy,
Miasto spalone, cierpiące o czym prawie nikt nie wie,
Gdzie malownicze zaułki, i gdzie chmury na niebie
Rysują obraz jezior. Tam to lasy i trawy,
Moje szlaki knajpiane, Stara Warszawska, Rynek,
Pamięć o dawnej Warmii, mieszkanko na Generałów,
Instytut na Szrajbera, biurko pełne szpargałów-
Widziałem jak zmienia się miasto; i ciągle płynie Łyna
Ta jedyna, niezmienna z najdawniejszych tu rzeczy,
Tak szybko wśród zarośli bieży woda bystra,
Aż widać ją z najstarszej tu zamkowej wieży.
Olsztynie, miasto już moje, gdzie tyle już przeżyć,
Tyle łez i śmiechu, tyle wódki i pracy; już nie sposób zaprzeczyć
Że tu jestem. Do kiedy ? Na zawsze, chciałbym wierzyć.
Wiersz pamięci Witolda Hulewicza *
Dni przechodzą powoli, słoneczne
I dżdżyste, szary piach, ziemia,
Błoto rozjeżdżone,
Rozbite szkło zegarka,
Wypadłe z kieszeni
Lusterko, okulary zarzucone;
Tak pięknie jesienią
I las tak pachnie i drzewa
Są tak kolorowe,
A ciebie poeto
Popędzono przez szeregi
Psów i mundurów, gnano,
Szybciej, kolbą, uderzenie
Zgrzyt zamka,
Poeto Wilna
Zdobywco przestrzeni myśli-
A tam, tam, za lasem Rilke
Już w płaszczu,
Czekał na ciebie
Szybciej, jedziemy,
To daleko
*Witold Hulewicz urodzony w 1895 roku w rodzinie ziemiańskiej. Był poetą, tłumaczem i propagatorem w Polsce literatury niemieckiej. Przyjaźnił się z Rainerem Marią Rilke którego wiersze tłumaczył i wydawał po polsku. Współtworzył z bratem Jerzym czasopismo „Zdrój” w latach 1917 – 1922. Czasopismo to propagowało na gruncie polskim ekspresjonizm. Witold Hulewicz był pierwszym szefem działu literackiego Polskiego Radia, redaktorem programowym Rozgłośni Polskiego Radia w Wilnie. W roku 1935 przeniósł się do Warszawy. W Wilnie organizował tzw. środy literackie w celi Konrada w dawnym klasztorze Bazylianów, gdzie działa się akcja III części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Rozstrzelany 12 czerwca 1941 roku w Palmirach przez Niemców.
Motyw z Heideggera
Czas wokół mnie przechodzi splata
Dzień po nocy i dzień po dniu
Jak po deszczu świat trawy powietrze
Tak wstaję wypłukany wykształcony istniejący
Jesienią latem dążący do siebie
By stwarzać godziny w kropli wody
Być tą wodą w kropli
Być uciekać nie widzieć
Czasem ognie wieczorne patrzą
Jak idę coraz bardziej rozchodzony na drodze do siebie
Wielbią dróżkę wśród kwiatów którą
Być nie mogę już dłużej – bowiem
Rozchodzony idę by wielbi bycie
Kształt krystaliczny
Aktu oglądu intencji
Aktu w nieskończoności
Popatrzenia
Obok studni
Przejścia myśli
Bycie obok
Tak jak obłok pary
By
Być
Motyw z Gennadija Ajgiego
Drążę korytarze Alchemii
Zawsze sam wyznawca tajemny,
Sam złakniony czegoś
Ni śmiechu, ni życia,
Idąc ot tak,
Przez co i cień i inne dni
Tak to-
Drążę, drążę niedocieczony
Jak byt jest,
Jak jest
Jak,
I nieskończenie tęsknię
Nieskończenie
Nie wiem,
Że nie,
Nic
Moje nogi przechodzą do nowej
Cywilizacji wyrzucone z miast Eurazji
Krokiem tańca, marsza,
Szukam zaginionych
Szlaków plemion
Namiotów,
Przebiegam szlakiem stepu,
I pustyni oczy patrzą jak
Powietrze ucieka spod stóp,
Łapię dzień,
Zdobywam noc,
Świt,
Drzewa stają się zielone
Woda strumieniem,
Świadomość
Mną.
Pamięci Bekira Czobanzade poety tatarskiego Krymu zamordowanego przez NKWD w 1938 roku
Winien jestem Tobie i my wszyscy Tatarzy,
Z ord północnych wyszli
Idący naprzeciw zagładzie,
Co oczy ma tura.
Winien jestem Tobie i my wszyscy Tatarzy,
Język i symbol, flagę
I samogłoski idące jak armia
Naprzeciw nicości.
Tym co odeszli, zginęli winien jestem
Ten wiersz i wielkość i przestrzeń
Jelenich rogów i traw
Stepu suchego latem,
Rzek wesołych, soli fal morskich,
Snów, snów
I raz jeszcze chorągwi
Złota tamga Girejów
Krymskich chanów w błękicie
Rozwiana na tle Nieba
A pod nią sen mój
W słońcu i zbożu jasny,
I idę naprzeciw przeznaczenia
I na koniec
A drzewa są zielone jak to
Latem,
Jak dziwne sztandary dawno
Zgasłych ludów co wyszły
Zdziwione z dziejów świata
Wynurzyły się z wodorostów
Historii śmiałe,
Same jedne
Tak sen to powiedział
Innym snom
Oniryczne portale
Buchara, starożytne miasto Baktrii,
Później stolica emiratu, siedziba władcy,
Miasto którego ruiny
Stoją wypalone słońcem
W moim śnie
Genetycznej pamięci,
Archetypicznych
struktur świadomości
Buchara, planeta
Onirycznej wyobraźni
Z portalami
Wśród których obudzę się
Po śmierci i zbliżą się
Do mnie postacie
Z którymi pójdę
Poza wszelkie horyzonty
Na północ
Albo
Na południe





