Strona główna Rok 2026 Nr 608 Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 6)

Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 6)

0
29
Maria Wollenberg-Kluza

Wieńczysław GLIŃSKI

Z panem Wieńczysławem, wybitnym aktorem starej szkoły, spędziłem w połowie lat dwutysięcznych w jego mieszkaniu na przy ulicy Senackiej na warszawskiej Saskiej Kępie wiele godzin, rozłożonych na kilka spotkań. Jako urodzony w roku 1921 (zm. 2008) i człowiek o bogatej i dramatycznej biografii (m.in. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych), miał ogromnie wiele do opowiadania. Oczywiście nie tylko o swoich doświadczeniach okupacyjnych, wojennych, ale także o pracy aktorskiej i życiu towarzyskim w środowisku artystycznym. Jego aktorskie emploi było bardzo bogate, bo z jednej strony znakomicie wcielał się n.p. w postacie o profilu lekkim, wesołym, „salonowym”, nawet komediowym, z drugiej doskonale kreował postacie dramatyczne, a nawet o zakroju tragicznym, n.p. „Zadrę” w „Kanale” Andrzeja Wajdy. Jako gawędziarz pan Wieńczysław był wspaniały. Był tzw. czarującym causerem, opowiadał barwnie, z rozmachem, jakby z sarmackim kolorytem. Pewnego razu zagadaliśmy się przy czerwonym winie długo w noc, a że wypiliśmy go obaj sporo, więc w pewnym momencie pan Wieńczysław błogo zasnął. W tej sytuacji okryłem go kocem i wymknąłem się z mieszkania na deszczową ulicę, po zasygnalizowaniu tego komuś z rodziny, kto akurat był w domu obecny. Pan Wieńczysław zwykł urządzać swoje urodziny z rozmachem nader bujnym. Zapraszał mnóstwo gości i serwował bufet z prawdziwie królewską hojnością, a nie były to imprezy składkowe. W obsługiwaniu gości pomagali mu dwaj jego sympatyczni wnukowie, z którymi bawił się w trochę teatralną grę w stylu „pan i jego lokaje”, klaskaniem i wołaniem („lokaje, moi lokaje!”) wzywając ich aby troszczyli się o potrzeby gości. Nie zapomnę zwłaszcza pierwszych urodzin pana Wieńczysława, na których miałem zaszczyt być gościem (maj 2004 roku). Przypadła mi wtedy w udziale gratka obserwowania „spektaklu”, który nazwałbym Spektaklem Wielkich Wejść. Przyszedłem trochę wcześniej z myślą, że i ja może przydam się jako pomoc domowa w przygotowaniu „imprezy”. Okazało się jednak, że mogę spokojnie usiąść i obserwować przychodzących gości. W bocznym przedpokoju natknąłem się na pana Ignacego Gogolewskiego palącego papierosa, a przy tym czyniącego to z dystynkcją właściwą mu w przypadku każdej czynności. Po pewnym czasie ujrzałem wchodzących kolejno: wspaniałą aktorkę, panią Barbarę Horawiankę i wybitnego reżysera, pana Stanisława Różewicza, brataa dramaturga Tadeusza. Goście usiedli na kanapie i oddali się rozmowie. Niedługo później przyszedł pan Stanisław Mikulski, który do nich dołączył. Czułem się jak na widowni teatru obserwując scenę zapełniającą się znakomitymi postaciami. Jednak najlepsza część tego widowiska miała miejsce przeszło godzinę później, gdy przybył pan Wiesław Michnikowski. Mieszkanie pana Wieńczysława było już wtedy wypełnione gośćmi i gdy usłyszeli oni, że idzie tak znakomity i popularny gość, ustawili się szpalerem, witając go oklaskami, niczym wchodzącego monarchę. A on witał wszystkich „hurtowo”, kłaniając się uprzejmie na ledwo i prawo, z czarującym uśmiechem i wołając: „Witam wszystkich państwa, razem i każdego z osobna”. Po czym podszedł do Stanisława Mikulskiego z pytaniem: „Stasiu, czy pamiętasz, jak mnie pytałeś, czy zostać aktorem?”. „Pamiętam, Wiesiu, ale to było 55 lat temu” – zawołał pan Mikulski i z wysokości swojego wzrostu pocałował starszego, filigranowego kolegę w czoło. Uwielbiałem poczucie humoru pana Wieńczysława. Podczas wspomnianych urodzin byłem świadkiem, jak zadał jakąś zagadkę panu Stanisławowi Różewiczowi. Uzyskawszy zadowalającą odpowiedź zawołał: „Brawo! Wygrałeś główną rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”!

Ignacy GOGOLEWSKI

W sposobie bycia solenny, jakby trochę oficjalny, uroczysty, ważący słowa, budzący respekt swoją czujnością w słuchaniu rozmówcy. To wrażenie wzmacniała piękna, dźwięczna, metaliczno-kryształowa barwa jego głosu i wspaniała intonacja. Dawało się w nim wyczuć bagaż doświadczeń życiowych i to, że ma silne poczucie dramatyzmu życia. Po raz pierwszy spotkaliśmy się (1999) przy piwie w lokalu „Pod Lwem” przy ulicy Wierzbowej. Niestety, „solidaruchowi”, który jako redaktor przyjął ode mnie wywiad w jednej z lubelskich gazet nie spodobały się niektóre polityczne oceny i enuncjacje pana Gogolewskiego, w tym jego pozytywne uwagi o PRL, więc zażądał ode mnie ich „wyrzucenia”. Kiedy zadzwoniłem do pana Ignacego z pytaniem, czy godzi się na to, zareagował niejakim rozdrażnieniem i stwierdził, że w takim razie „nie chce już publikacji”. Mimo to, gdy ponad rok później (2001) poprosiłem go o ponowne spotkanie, tym razem dla celu publikacji wywiadu w „Trybunie”, zgodził się bez problemu. W rozmowie w kawiarni „Telimena” przy Krakowskim Przedmieściu, do zapisanego tekstu rozmowy dodaliśmy sporo dodatkowych wątków i całość ukazała się w naszej gazecie. Dla mnie Ignacy Gogolewski to przede wszystkim brawurowy baron Kyan w „Hrabinie Cosel” Jerzego Antczaka, Aktor w „Mistrzu” Zdzisława Skowrońskiego, Rupert w „Stawce większej niż życie” czy tytułowy „Bolesław Śmiały” w filmie Witolda Lesiewicza i oczywiście Konrad w sławnej inscenizacji Aleksandra Bardiniego w warszawskim Teatrze Polskim (1955) oraz Kordian w telewizyjnej inscenizacji Jerzego Antczaka (1963).

Wiesław GOŁAS

Spotkaliśmy się w jego garderobie w Teatrze Polskim. Mój rozmówca, wielki aktor, nie tylko sprawiał wrażenie stremowanego i onieśmielonego, ale raz nawet mi to powiedział, co mnie bardzo zdziwiło i podejrzewałem nawet, że to z jego strony jakiś rodzaj gry, zabawy w kotka i myszkę. Myliłem się jednak, jako że pan Wiesław Gołas rzeczywiście był człowiekiem bardzo skromnym i staromodnie nieśmiałym, tylko dziwiło mnie dlaczego akurat w stosunku do mnie. Pan Wiesław akurat nie był tzw. urodzonym gawędziarzem. Na pytania odpowiadał krótko, konkretnie, oszczędnie, bez skłonności do rozwijania bujnej opowieści, do tego stopnia, że rzeczywiście miałem wrażenie iż ta jego wstrzemięźliwość wynika z prawdziwej staromodnej i w dzisiejszych czasach już właściwie niespotykanej skromności i nieśmiałości, z autentycznego przekonania, że to co mówi, nie jest wiele warte. Pewne problemy zaistniały przy okazji autoryzacji. Po przekazaniu panu Wiesławowi spisanego tekstu, długo oczekiwałem na akceptację finalnej wersji. Trwało to tygodniami, a przy okazji każdego mojego kolejnego telefonu, pojawiał się kolejny powód opóźnienia. W końcu zwątpiłem i przestałem dobijać się o autoryzowany tekst. Wiele miesięcy później zadzwoniła do mnie pani, która przedstawiła się jako córka pana Wiesława i powiedziała, że oddając do pralni płaszcz ojca, znalazła w kieszeni tekst wywiadu, a że był tam też przezornie przeze mnie napisany numer mojego telefonu komórkowego, więc była możliwość kontaktu. Okazało się, że pan Wiesław jest bardzo roztargniony i zapomniał, gdzie pomieścił kartki z wywiadem. Kilka dni później, dzięki uprzejmości mojej rozmówczyni, dostałem od niej do ręki autoryzowany tekst wywiadu. Nawiasem mówiąc, pan Wiesław Gołas należał do nielicznych aktorów, którego nadzwyczajne, nieprzeciętne talenty aktorskie z podziwem podkreślają koleżanki i koledzy po fachu.

Michał GRUDZIŃSKI

W czasach pracy w TVP zdarzało mi się bywać na planach Teatru Telewizji i na planach seriali. Pewnego dnia znalazłem się – służbowo, bo nie gustuję w tym gatunku w jego postaci współczesnej – na planie serialu „rodzinka.pl”. Na planie wypatrzyłem m.in. starszego, siwowłosego aktora, który grał nestora rodziny, nobilnego dziadka Zenona. Wpatrywałem się w niego uważnie i skądś, to znaczy z któregoś filmu, ta twarz wydawała mi się znajoma, ale nijak nie mogłem sobie przypomnieć – skąd. Sprawdziłem, że aktor nazywa się Michał Grudziński, kojarzyłem go z kilkoma innymi rolami, ale ciągle nie dawała mi spokoju myśl, że widziałem go jako młodego aktora, w jakiejś bardzo dawnej roli i to bardzo odbiegającej, podobnie jak cały film, od sielsko-słodkiego klimaciku serialu „rodzinka.pl”, roli w jakimś mrocznym filmie. W przerwie udało mi się porozmawiać kilka minut z panem Grudzińskim, ujmująco wręcz miłym człowiekiem, głównie o roli Zenona, bo to było mi wtedy potrzebne do tekstu-relacji z planu. Po rozmowie sięgnąłem do internetu w telefonie, zajrzałem do filmografii pana Grudzińskiego i wtedy olśniło mnie, która to z jego ról tak mnie nurtowała, choć nie mogłem sobie przypomnieć nawet tytułu filmu. Otóż była to jego rola, debiutancka, w mrocznym, ekspresjonistycznym filmie Andrzeja Żuławskiego z 1971 roku, „Trzecia część nocy”, gdzie zagrał rolę Mariana, karmiciela wszy, który to motyw był swobodnym nawiązaniem do okupacyjnej działalności Instytutu Weigla we Lwowie, gdzie krew wysysana ochotnikom przez zakażone tyfusem insekty służyła do produkcji szczepionki. Oto, pomyślałem, owa magia zawodu aktora, który przez swoje życie zawodowe wędruje często przez krańcowo odmienne co do charakteru i nastroju role, jak w tym przypadku – od przepełnionego strachem i histerią ekspresyjnego Mariana, po dobrotliwego, serdecznego i nobliwego, realistycznego dziadka w „familijnym” serialu. Przy tej okazji przypomniałem sobie Mariana Dziędziela. Komuś może wydać się niewiarygodne, ale Dziędziel jako młody aktor miał cherubinowatą, słodkawą, trochę nijaką urodę blondyna z wilgotnymi oczyma sarny, która przez wiele lat nie stwarzała mu dużego pola do popisu. Od mniej więcej dekady Marian Dziędziel jest mocnym aktorem, o szorstkim emploi twardego mężczyzny, często bezwzględnego, o ludowym rodowodzie i chrapliwym głosie. On również przeszedł z biegiem lat długą drogę zawodową.

Jerzy GRUZA

Natknąłem się swego czasu w internecie na informację, która mnie mocno podekscytowała, informację dla mnie sensacyjną. Według niej, 23 lipca 1956 roku pokazano w raczkującej wtedy telewizji, więc oczywiście na żywo, w ramach również raczkującego Teatru Telewizji, przedstawienie pod tytułem „Doktor Faul”, według opowiadania Kazimierza Brandysa „Obrona Grenady”. Wyreżyserował je, zgodnie z informacją, Jerzy Gruza. Sensacyjność tej informacji polegała na połączeniu dwóch składników: czasu historycznego emisji i tematyki przedstawienia. Utwór Brandysa należy do nurtu tzw. literatury obrachunkowej, dotykającej – najogólniej rzecz ujmując – postaw ludzkich w okresie stalinizmu, kwestii wierności, zdrady, odwagi, tchórzostwa, prawdy i kłamstwa, oczywiście głównie w wymiarze życia politycznego i społecznego. „Obrona Grenady” opowiada o grupie młodych ludzi teatru, prowadzących swoją autorską i amatorską scenę, poddawanych presji, manipulacji, „kuszeniu” przez ważnego, wysoko postawionego działacza partyjnego, inteligentnego i nieco demonicznego, skrytego w utworze pod mianem doktora Faula. Zgodnie z dość powszechną opinią, Brandys sportretował pod tym „kryptonimem” czołowego działacza najwyższych władz PZPR, Jakuba Bermana, często uważanego za drugą osobę po Bolesławie Bierucie. Sensacja polegała jednak nie na książkowej publikacji tego opowiadania, ale na tym, że – jeśli uwierzyć znalezionej informacji – przygotowanie i emisja tego przedstawienia odbyła się między dramatycznymi wydarzeniami czerwca 1956 w Poznaniu, a tzw. Polskim Październikiem tegoż samego roku, a na dodatek jeszcze na tym, że Jakub Berman, choć jego pozycja na szczytach władzy była już zachwiana, to wciąż na nich trwał. Do tego dochodził osobny czynnik w postaci poziomu technologicznego ówczesnej telewizji – medium pionierskiego, w powijakach, na niskim, prymitywnym poziomie technicznym, emitowanej na malutkich czarno-białych ekranikach. Ta nowinka techniczna tak miała się do telewizji dzisiejszej, jak model auta z 1900 roku do najnowszego modelu luksusowego auta rocznik 2025. Ożywiony wspomnianą ekscytacją-sensacją, prawie natychmiast zadzwoniłem do Jerzego Gruzy w nadziei na jakąś relację wspomnieniową z tej realizacji. Interesowało mnie jak do niej doszło, „kto za nią stał” politycznie, kto dokonał opracowania tekstu, kto przygotował jakąś ilustrację muzyczną czy scenografię, kto zagrał w przedstawieniu, a nade wszystko jaka była jego idea artystyczna i jak to się stało, że podobną realizację powierzono tak młodemu twórcy, jako że Gruza miał w 1956 roku 24 lata. Fakty z tym związane mogły się ułożyć w nader frapującą historyjkę z polityką tle. Na frapujące wspomnienie liczyłem tym bardziej, że Gruza, poza tym, że był wybitnym reżyserem, jest także utalentowanym pisarzem, kapitalnym i niebywale dowcipnym gawędziarzem, autorem kilku tomów arcyzabawnych, przepysznych anegdotycznych wspomnień, głównie z życia świata artystycznego w PRL. Był również ciekawym causerem, sypiącym stare anegdoty i personalia jak z rękawa. Co prawda w kontakcie bezpośrednim sprawiał wrażenie człowieka skwaszonego, minorowego, jakby wiecznie niezadowolonego, pesymistycznego w typie Kłapouchego z „Kubusia Puchatka”, ale jego spisane wspomnienia i anegdoty są naprawdę pyszne i bardzo zabawne. Nie bez znaczenia było też to, że już uprzednio poznałem Gruzę, przeprowadziłem z nim wywiad prasowy i kilkakrotnie z nim rozmawiałem. Liczyłem więc z jego strony na odrobinę wylewności po znajomości. Dlatego byłem naprawdę zdumiony i rozczarowany, gdy usłyszałem w słuchawce: „Ja coś takiego robiłem? Nic takiego pamiętam, zupełnie nic”, a moje próby pobudzenia pamięci mojego rozmówcy na nic się zdały. Oh, gdyby pamiętał choć nazwisko jednego aktora, jednego realizatora, który być może jeszcze żyje, może byłby to dla mnie obiecujący ślad…. Ale nie. Gruza kategorycznie powtórzył, że nie tylko „nic, ale to zupełnie nic nie pamięta” z tego przedstawienia, ale nawet nie pamięta, czy takie przedstawienie w ogóle powstało. Nic, całkowita luka, pustka w pamięci, czarna dziura. Sprawa przedstawienia „Doktor Faul”, z braku jakiegokolwiek, najdrobniejszego nawet tropu, pozostała więc dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą. Minęło dobrych kilka lat i w czerwcu 2018 roku zobaczyłem pana Gruzę na pogrzebie Romana Kłosowskiego w roli jednego z mówców nad trumną w domu przedpogrzebowym na Powązkach tzw. Wojskowych. Stojąc za pulpitem, Gruza snuł ze swadą frapujące funeralne wspomnienia o zmarłym komiku, okraszając je zabawnymi i zabawnie opowiadanymi anegdotami, udowadniając tym samym, że nawet pogrzebowa mowa może być wesoła. Gdy kierowaliśmy się w stronę miejsca pochówku podszedłem do pana Gruzy, przywitaliśmy się, zamieniliśmy kilka słów, a ja, trochę jakby z głupia frant, ni stąd ni zowąd, zadałem mu tu to samo pytanie o przedstawienie „Doktor Faul”, które postawiłem mu przed laty. Doświadczenie podpowiada mi bowiem, że czasem wobec tych samych osób trzeba ponawiać te same próby osiągnięcia jakiegoś celu. Zdarza się bowiem, że za pierwszą próbą ten ktoś jest akurat niedysponowany, zmęczony, nie w nastroju, nie chce mu się albo podlega innym czynnikom utrudniającym. Bywa z tym trochę tak, jak z komputerem. W jakimś momencie nie możemy go włączyć, wariuje nam, stawia opór, ale gdy na jakiś czas go wyłączymy i zresetujemy, to po ponownym uruchomieniu zaczyna sprawnie działać, jak gdyby nigdy nic. Ale pan Gruza nie zadziałał jak zresetowany komputer. Jego pamięć, jego twardy dysk pozostał nieprzejednany i nieużyty. Pożegnaliśmy się i pan Jerzy Gruza oddalił się z cmentarza. No cóż, kapryśna jest pamięć Mistrza.

C.d.n.

Poprzedni artykułStanisława Górki poetyckie widzenie świata – Małgorzata Mittelstadt
Następny artykułKrystyna Habrat – Nowe hasło

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko