CZŁOWIEKA INTELIGENTNEGO INTERESUJE WSZYSTKO
Dużo ostatnio o Mickiewiczu. Może dlatego, że 26 listopada minęła 170 rocznica jego śmierci, ale bardziej za sprawą usunięcia „Pana Tadeusza” z lektur obowiązkowych. Tak wszyscy mówią, ale ja nie dowierzam. Polak bez „Pana Tadeusza”? Jak mógłby tak żyć?
Niektórzy dopominają się, aby chociaż fragmenty przerabia na lekcjach polskiego. Inni proszą, by poprzez film Wajdy udostępniać młodzieży to arcydzieło.
Ten i ów nieśmiało przypomina, że przecież to najważniejsza polska epopeja.
Wszystko na nic. Lista lektur już zaklepana. Podobno bardziej przydatne im książki, w których wtłoczy się im do głów, jak powinno wyglądać współczesne życie, że rozwód rodziców to żaden powód do popadania dziecka w trudności wychowawcze czy depresję, bo rodzina patchworkowa, taka sklejana z coraz to nowszych ojców, matek, rodzeństwa, to coś niby pięknego, i że trzeba odrzucić przestarzałe modele.
Trudno, młodzież i tak podobno mało czyta. Za to podobno więcej wiedzą i nie obędą się już bez komputera, internetu, smartfonu. W tym bieglejsi od dziadków, którzy znają jeszcze na pamięć całe fragmenty tego, co napisał wieszcz.
A ja jeszcze pamiętam jak polonistka w klasie siódmej rozbudzała w nas miłość do Mickiewicza. Czytaliśmy wtedy całego „Pana Tadeusza”. I każdy w klasie musiał nauczyć się innego wiersza wieszcza, aby go deklamować na uroczystej akademii z okazji jakiejś rocznicy związanej z wieszczem. Wszyscy byli zaangażowani w to. Nawet ci, których nigdy nie wybierano do deklamacji na akademii. Niektórzy z nich tak się swą rolą przejęli, że nasz ulubiony, ale cichutki kolega wciąż w „Odzie do młodości” wygłaszał: „Nie lgnie do niego fala, ani on do fali” zamiast: „Nie lgnie fala do niego…”, a może na odwrót. Zaraz sprawdzę, jak ma być, bo tak mi się to wbiło w pamięć, że ten ładny , nieśmiały brunecik z kręconymi włosami za każdym razem mówił na odwrót, pani go poprawiała, powtarzał poprawnie i na drugi dzień znów na odwrót, że już zapomniałam, jak to powinno brzmieć. A więc Mickiewicz napisał: ”Nie lgnie do niego fala…”. Po latach moja pamięć mogła to pokręcić, ale teraz nawet wiem, dlaczego kolega za każdym razem wygłaszał to błędnie.
Po prostu psychologiczne prawo zapamiętywania głosi, że jeśli na początku nauczymy się czegoś błędnie, taki ślad wytworzy się w mózgu i potem bardzo trudno to poprawić, przestawić na właściwy ślad. A kolega w siódmej klasie miał pewnie już wbite do głowy, że ładne zdanie ma na początku podmiot, a dalej te inne wyrazy. Tym się pewnie kierował, pisząc wypracowania, bo pani od polskiego była wymagająca i uczyła nas , jak pisać, a wszyscy staraliśmy się robić to jak najlepiej. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że można się nie starać, robić coś po łebkach. Właśnie ta pani nauczyła nas miłości do Mickiewicza i w ogóle do czytania książek. I to różnorakich.
Tak, dobry nauczyciel powinien przygotować do odbioru dzieła zanim zada jego przeczytanie. Nasza nauczycielka już w klasie VI uczyła nas obserwacji przyrody i wyrażania tego słowami, tak literacko, żeby było jak najładniej. Był wtedy wrzesień i powiedziała w klasie by opisać jesień. Przez chwilę trwało milczenie, bo w naszym niedawno zbudowanym mieście, gdzie niewielkie bloki stały wśród olbrzymich sosen, pory roku przemijają mało zauważalnie. Sosny , zima czy lato, pozostają szarawe. Mniej tylko kwiatków w przyblokowych ogródkach, usychają krzaki pomidorów, zwisając na paliku. Ale zżółkną klony wzdłuż ulic. I już ten i ów podnosił palce, by ogłosić swoje zdanie o jesiennej przemianie. Ja, pamiętam, zgłosiłam, że w lesie sosnowym pokazują się czerwone muchomory w białe kropki. Pani uważnie każdego słuchała i ustalała z nami, jak taki obraz sformułować słowami, jakich użyć przymiotników, jak ustawić słowa. Gotowe zdania wpisywaliśmy do zeszytów. A w domu mieliśmy zrealizować inny opis na wzór tego. Tym sposobem nasza polonistka rozwijała naszą wyobraźnię i umiejętności pisania wypracowań, może nawet więcej, np. wierszy. Nakłaniała różnymi sposobami, by być oczytanym. Tak wychowany uczeń nie będzie już opuszczał opisów przyrody, ale np te u Mickiewicza potrafi zobaczyć oczami wyobraźni i docenić.
Już na początku szóstej klasy przytachała na lekcję polskiego stos książek z biblioteki szkolnej, która prowadziła, i kazała nam wybierać sobie je do czytania. Uczniowie oglądali książki, kartkowali, podczytywali i wskazywali te wybrane. Później pani to komentowała. Zganiła wybór bajek w kolorowej okładce, które kilku dziewczętom wpadły w oko, zalecając wybór stosowniejszy do naszego wieku. Aprobowała książki podróżnicze oraz arcydzieła literatury, a więc właśnie Mickiewicza. To była pierwsza poważna lekcja, kiedy dobitnie zrozumieliśmy, że należy czytać wartościowe książki. Nie tylko te rozrywkowe, które bawią, ale przede wszystkim te, które wzbogacają nas duchowo , wzbudzając zachwyt poprzez wartości artystyczne i te które uczą nas więcej o świecie. Może jeszcze my wtedy jedenastolatki nie potrafiliśmy tego ująć w słowa, ale już wiedzieliśmy co wybierać, na co zwracać uwagę. To było coś ważnego. Rodzice mówili podobnie, bo wtedy ludzie więcej czytali niż obecnie, ale pani zadawała się być większym autorytetem.
Nazajutrz wywiesiła obok tablicy wielki karton ze spisem, wypisanych poziomo lektur obowiązkowych i nadobowiązkowych, a pionowo naszych po kolei nazwisk. Każdy kto przeczytał daną lekturę, malował w swojej rubryce trójkąt: czerwony przy lekturze obowiązkowej, niebieski – przy nadobowiązkowej. Ależ powstała od razu rywalizacja, kto więcej czyta, kto szybciej zdobywa kolorowe trójkąty.
Pani czasem stawała przy spisie i pytała kogoś z nas o przeczytaną książkę. Należało powiedzieć swoimi słowami, czy się podobała i dlaczego, co w niej zaciekawiło i coś od siebie. A były to książki różnorodne. Od poezji Mickiewicza po „Dawida Copperfielda” Karola Dickensa w wersji jednotomowej i książki biograficznej z wypraw na biegun pt „Roald Amundsen” i jeszcze Centkiewiczów „Anaruk, chłopiec z Grenlandii” . Innych w tej chwili sobie nie przypominam, ale w sumie było ich co najmniej 30 i należało przeczytać je wszystkie. Bezwzględnie. I przeczytaliśmy!
Dzięki temu dotąd lubię czytać książki o wyprawach polarnych, przy których sama odczuwam zimno, to głód, gdy im żywność się kończy i ich zwątpienie i upór, by zdobyć cel. Pani nauczyła nas w ten sposób czytania różnorodnych książek.
A jak przeczytaliśmy wszyscy kolejną lekturę pani ogłaszała dyskusję nad nią. Nigdy nie opowiadało się treści, bo , jak pani podkreśliła na początku, to byłoby zbyt łatwe, a nas stać na więcej. Każdy więc na omawianiu danej lektury starał się podnieść palce i coś powiedzieć, opisując swe wrażenia przy czytaniu. Pod koniec lekcji pani wygłaszała zawsze: A w domu napiszecie o tym wszystkim piękne wypracowanie, uwzględniając to, co każdy powiedział. I pisaliśmy te wypracowania z wielkim zapałem.
Gorzej było, gdy po klasówce pani przynosiła listę wszystkich błędów, jakie ktokolwiek zrobił – głownie ortograficzne i po wspólnym z nami omówieniu, jak ma być poprawnie i dlaczego, znowu wygłaszała: A teraz z tych błędów ułożycie w domu jakieś opowiadanie. Te błędy – zrobione przez wszystkich w klasie, napisane już poprawne, mieliśmy już w zeszytach, ale problem w tym, że klasówka miała zawsze dwa tematy do wyboru i jak tu połączyć w jedną opowieść słowa nijak do siebie niepasujące, bo jedni pisali o „Człowieku, który się kulom nie kłaniał” (gen. Walter, a drudzy np. o balladzie Mickiewicza „Świteź”?? Jakoś się udawało, a nasze umysły nabierały wszechstronności.
I uduchowienia, bo niedużo lat upłynęło, gdy w liceum poruszały nasze dziewczęce serca rozterki Tatiany zakochanej w Eugeniuszu Onieginie. Jej wahania, czy napisać mu list z wyznaniami i potem zawstydzenie, że nie odwzajemnił jej uczuć, choć aż na list się zdobyła. Niby odległe to czasy, kiedy oni żyli, odległość też przestrzenna, inne warunki, obyczaje, ale drgania serca ciągle takie same, u rozmarzonej Tatiany jak i u współczesnej licealistki. Ale jeszcze tej bez smartfonu.
A Almayer, opisany przez Conrada, już zupełnie daleki na tych swoich tropikalnych wyspach, ale jego niezgoda z żoną coś może przypomina. Choćby niekiedy zza ściany. Lecz jakże bliski staje się nam, gdy ukochana córka ucieka mu ze swym ukochanym i nazajutrz Almayer idzie po plaży pochylony, i zaciera starannie każdy ślad stopy uciekającej córki. Bardzo ją kochał. Miał wobec niej inne plany. Jakże to ponadczasowe! Jakże częste! Nasze serca rezonują bólem tego ojca z debiutanckiej powieści mego ulubionego autora.
Czyżby obecna młodzież była głupsza od nas, że tak się im skraca listę lektur, bo podobno to ich męczy. Bo nie lubią czytać. Wolą gry na smartfonach. Mają już inne mózgi. Nienawykłe do lirycznych emocji. My czytaliśmy całego „Pana Tadeusza”, bez trudu opanowywaliśmy dużo jego fragmentów, a dziś dawkuje się uczniom jedynie fragmenty do przeczytania i to podobno nadobowiązkowo. Nie wierzę.
Podobno przed wojną chłopaki ze starszych klas, którzy już co nieco liznęli łaciny, posyłali tych młodszych do apteki po 5 deko sapiencji. Póki i ci nie nauczyli się, że sapiencja znaczy mądrość. A mądrość zaczyna się od zainteresowań. Coś nas zaciekawia i chcemy wiedzieć o tym więcej. A to z kolei rodzi nowe pytania i chęć zgłębienia tego. Tak się myśli. Tak rozwija się mądrość. Taki ma być uczeń. Homo sapiens.
Dlatego warto przypominać, że człowieka inteligentnego interesuje wszystko.
Tak, człowiek mądry wie dużo. Każdy powinien jak najwięcej wiedzieć. Dotąd chyba w pedagogika nakazuje rozwijać w dziecku jak najwięcej zainteresowań z różnych dziedzin, które mogą się przerodzić w kierunku zawodowym, artystycznym, sportowym itd. Wychowuje się dzieci poprzez rozmaite umiejętności sprawności: prace ręczne, techniczne, umuzykalnienie, śpiew, sport, gry, poznawanie świata i ludzi poprzez książki i na wszelkie sposoby. Umysł i charakter pięknie kształtuje harcerstwo. Tylko w miarę, gdy młody człowiek dorasta, należy jego rozliczne zainteresowania ukierunkować. Musi przecież wybrać jakiś zawód. Określić siebie kim chce być? Musi bardziej przykładać się do wytyczonych zainteresowań, więcej się z pewnych przedmiotów w szkole uczyć, a inne zamiłowania traktować już jako hobby w wolnym czasie. Ale ich nie tracić!
Nie na darmo wśród lekarzy kultywuje się zamiłowania literackie i co roku ogłasza konkurs na wiersz lub prozę pt: „Przychodzi wena do lekarza”. Pokazywane też bywają też inne lekarskie hobby, jak wyprawy wysokogórskie, zwiedzanie świata, sport oraz coroczny bal karnawałowy czy wystawa karafek połączona z degustacją nalewek… Dobry odpoczynek sprzyja lepszej pracy.
A poezja, która w pewnym wieku potrafi poruszyć serce? Tego nam zabraknie, gdy okroimy poznawanie naszej epopei, bo w „Panu Tadeuszu” jest i miłość liryczna i miłość do ojczyzny poprzez pokazywanie widoków naszego nieba i przyrody, ale i naszej historii. muzyki i poloneza w najbardziej uroczystym momencie. Czy bez rozczytywania się w „Poloneza czas zacząć” ,z całą jego historyczno- obrazową oraz muzyczną otoczką , współcześni maturzyści wystarczająco pięknie ten taniec na studniówce zatańczą?
Krystyna HABRAT





