Gorzki sen dziecka
Początek roku to czas rozliczeń z sobą i światem, czas wielkich planów, ale także czas wspomnień. Powracamy myślą do tych, którzy odeszli już dawno lub przed chwilą.
Wspominamy uśmiechy, które lekko wyblakły na pożółkłych zdjęciach, słowa, które zapadły nam głęboko w duszę i słowa, których nie zdążyliśmy komuś powiedzieć.
Dobrze, że te wspomnienia napływają, bo one sprawiają, że ludzie, którzy umarli, nie zapadają w pustkę, nie rozpływają się w nicości. Żyją tak długo, jak długo żyje pamięć o nich. Chciałabym więc przypomnieć, przywołać na chwilę niektórych z nich.
Dzisiaj przypominam Tadeusza Stirmera.
Tadeusz Stirmer urodził się 3.07.1951 w Poznaniu i tam też mieszkał przez całe życie. Z wykształcenia był inżynierem – budowlańcem, posiadał członkostwo Wielkopolskiej Okręgowej Izby Inżynierów Budownictwa, ponad 30 lat pracował na budowach w kraju i za granicą.
Od roku 1998 aktywnie uczestniczył w działalności Klubu Literackiego CK „Zamek”,
a potem „Dąbrówka”, prowadzonym przez Jerzego Grupińskiego. Był też członkiem wrocławskiej Grupy Literackiej „Dysonans.” Od 2009 roku był czynnym członkiem poznańskiego oddziału Związku Literatów Polskich.
Opublikował pięć książek poetyckich: „Dla nikogo mnie nie ma” (Wydawnictwo Stowarzyszenie Artystyczne w Zmowie, Poznań 2002), „Na ścierwisku” (Salon Artystyczny im. Jackowskich, Pobiedziska 2007), „Łamana polszczyzna” (Wydawnictwo ARTIS, Wrocław 2009), „Bwana Polanda”- (Seria Wydawnicza Libra, Poznań 2011) oraz „Śpij dobrze, dziecko” (Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2011).
Wiersze drukował w wielu czasopismach literackich np. Topos, Akant, Gazeta Kulturalna, Protokół Kulturalny, Brek Art., Obrzeża oraz w licznych almanachach i antologiach. Był laureatem wielu ogólnopolskich konkursów literackich.
W swojej poezji poeta ukazywał polskie społeczeństwo, z wszystkimi jego wadami i słabościami, pokazywał naszą szarą codzienność z tamtych lat, wytykał błędy polityczne władz i brak tolerancji wśród Polaków. Jego wiersze były bardzo zróżnicowane – czasami mocne, męskie, takie prawdziwie „budowlane”, a czasami pełne wrażliwości, pokazujące jego niepewność, czasami ból i rozczarowanie, strach przed zbliżającą się starością i rozgoryczenie brakiem jaśniejszych perspektyw.
Tadeusz był człowiekiem bardzo bezpośrednim, czasami wręcz obcesowym. Zawsze mówił to, co myślał, posuwając się nawet do grubiaństwa. Nieraz koleżanki czy koledzy obrażali się się na niego za zbyt ostre słowa. Ta arogancja nie wynikała jednak ze złośliwości, lecz z jego prawdomówności. Serce Tadeusz miał dobre, gdy trzeba było komuś pomóc, pierwszy stawiał się „na posterunku” i pomagał. Był jak opoka, jak stuletni dąb. Patrząc na tego silnego człowieka, który był miękki jak wosk w rękach kobiety, swojej Muzy, która nieraz do krwi raniła jego szorstką powłokę swymi szkarłatnymi paznokciami, napisałam wiersz „Dąb i muza”:
Dąb i muza
była jego muzą i największym przekleństwem
jej czerwone usta i anielskie oczy odbierały spokój plątały myśli
swój niepokój przekuwał w twarde szorstkie wersy
pośród których zakwitały czasem stokrotki
a on był dla niej niby nadmorska skała jak tysiącletni dąb
na konarach ramion wieszała przejrzyste wstążki i girlandy uśmiechów
oplątywała go powojem lirycznych wierszy i słodkich pocałunków
otulona jedwabiem zmierzchu zasypiała w jego cieniu
na dębowym pniu krwawiły ślady paznokci
Po przeczytaniu go Tadeusz tylko popatrzył na mnie ze smutkiem i spytał „No a co mam zrobić?”
Gdy dzisiaj o nim myślę, w pamięci mam wysoką, zwalistą, grubo ciosaną sylwetkę, ręce jak małe łopaty i naburmuszoną często, nieogoloną twarz i chropawy głos. A czasami chłopięcy, nieśmiały uśmiech. I bardzo łagodne oczy. Tadeusz był pełen sprzeczności,
i pełna sprzeczności była też jego twórczość. Tę sprzeczności w wierszach poety najwyraźniej widać w ostatniej jego książce, „Śpij dobrze dziecko”. Napisałam więc dedykowany Tadeuszowi wiersz:
Gorzki sen dziecka
Tadeuszowi Stirmerowi
twarde kamienne wiersze
jak mur fortecy z której strzelnic
kartacze słów
i nagle wśród ciosanych kamieni
przejmujący krzyk
nakreślony delikatną kursywą
bolesny lęk przemijania
bezbronny jak brzuszek jeża
tak łatwo można zranić
jaskrawo malowanym paznokciem
Napisałam go zaraz po przeczytaniu tomiku „Śpij dobrze, dziecko”. Wiersz ten można go nazwać moją najkrótszą recenzją książki, zawiera bowiem wszystkie najważniejsze treści, jakie chciałabym przekazać na jej temat. Gdy pokazałam Tadeuszowi tę moją krótką „recenzję”, uśmiechnął się tylko i powiedział „W sam punkt”
Ostatnia wydana książka poetycka Stirmera różni się znacznie od poprzednich tomów, poruszających sprawy drażliwe, bolesne, przyziemne, w których utwory były twarde jak beton i jak on szorstkie, bardzo często cyniczne. Polityka mieszała się w nich z problemami braku tolerancji, z codziennym dniem szarego człowieka. To były zawsze mocne wiersze mocnego mężczyzny. W najnowszym tomiku poeta pokazuje czytelnikowi zupełnie inną twarz. Tam można zobaczyć, że jest zmęczony, niemłody już i osaczony przez liczne uwarunkowania. Wiersze nadal mają charakterystyczną dla tego autora twardość, są mało wygładzone, ale tematyka jest zupełnie inna. Stirmer próbuje zmierzyć się tam ze swoim wiekiem i targającymi nim obawami, wątpliwościami i bólem. Oczywiście zauważa również otaczający go świat, ale wszystko widzi jakby przez pryzmat przeżywanych osobistych wzruszeń i ciągłego niepokoju:
Pies był dość stary
żył tylko
z poczucia obowiązku
ona go nakarmiła
pił z ręki
mleczne światło skóry
. . .
zdarza się że warczy
w głąb siebie”
(„Portret”)
We wszystkich utworach, nawet tych pozornie bardzo prozaicznych, zauważyć można ciągle obecną kobietę, upragnioną, nieosiągalną, dającą jednak impuls do życia i tworzenia: „ wiem – zawrócę wiatr / zepchnie śniegi z łąk / i odsłoni barwy / oszalałych traw / z których skręcę powróz / mocno splotę nas / … / tylko czasem stań / tylko czasem bądź” („Piosenka”). To ta kobieta sieje w nim niepokój, nie pozwala spokojnie myśleć, zmusza do zastanowienia nad sobą. To dla niej chce znów być młody, wolny… Z nią chce zasypiać i budzić się u jej boku… Stąd pewnie tytuł „Śpij dobrze, dziecko” i oryginalny pomysł, by w tomiku pomieścić dwa bardzo liryczne wiersze Edyty Kulczak. Pierwszy z nich, poprzedzający utwory Tadeusza Stirmera, jest o zasypianiu, a drugi, kończący książkę, o przebudzeniu. Ta niezwykła kobieca klamra, spinająca całość, nadaje zawartym pomiędzy nią utworom trochę magiczny, nierzeczywisty charakter, jakby były one zawieszone na krawędzi jawy i snu. To wrażenie nierzeczywistości spotęgowane jest jeszcze zastosowaniem przez autora dwóch wątków tematycznych. Pierwszy z nich to wspomniane poprzednio mocne, chropawe wiersze, pisane na parzystych stronach, po lewej stronie. Na stronach nieparzystych, po prawej, pisane są utwory tak ulotne i delikatne, że trudno wprost uwierzyć, że wyszły spod pióra tego samego autora. Czasem są to wiersze, czasem krótka poetycka proza, ale zawsze jest to jakby zapis snu, marzenia, wspomnienia… I te subtelne, czułe słowa zapisywane są zawsze kursywą. Po obu stronach książki czai się jednak lęk przemijania, strach przed utratą, przed starością i samotnością, przed utratą godności. I odzywa się ból zranionego serca:
przełknę gorycz jak kość
inaczej nie wypada
pójdę się napić
przez cieknącą przestrzeń
i będę czekał na znak
cień gestu
. . .
pełen złości na brudny świt
walę głową w pustkę ekranu
(„Kwarantanna”)
czy też: „Pulsuje w dłoniach / telefon nabiera ciepła- / ona jest tam w środku / . . . / jak rosyjski mag skupia się / by ocalić resztki godności / i czeka – czeka na znak / gotów zabić kopertę / rozedrzeć brzuch posłańca” („Siła skupienia”). I jeszcze: „on będzie dalej snuł / wizje tętnic świeżej krwi / ale to paroksyzmy / stygnący proch losu” („Krótka historia”). Autor nie bardzo wierzy, że może jeszcze być spełniony i szczęśliwy, ucieka więc przed śmiesznością i poniżeniem: „zapach złudzeń został / po tej stronie światła / mój wilczy nos ostrzegał / że śmieszy skrzep soli / łzawe oko / szelest piasku w żyłach / odchodzę by nie parzyć / żelazem języka / bez krwi z kroplą żółci…” (Jeszcze życie”) czy : „odarty ze skóry / żebranego słowa / przeglądam się w sobie / z pogardą” („Kiedy milczysz”), szarpie się wśród tych ucieczek i powrotów: „wczoraj przeżyłem zawał / utraty prawdziwej / jestem w tym słaby / zbiera się nade mną / bliska nieuchronność / godzina duchów minęła / nadszedł czas ostrza / dotykalnej ciszy…” („Monolog”) wiedząc, że jego czas minął, że niewiele może już osiągnąć: „po co się miotasz / nie przyjmuj czasu / jak przekleństwa – / to dzienny dar losu / spójrz w szybę / minął twój wiek / kolejna dekada / odchodzi właśnie dzisiaj” („Koniec sezonu”), że pozostaje tylko czekać na… Na co? Na koniec miłości ? Koniec życia?: ”wreszcie uległem: cholesterol / morfologia o.k / cukier gorzki / jak czekolada lakulus / zapowiada się / długie nudne / pełzanie do mety” („Opad”). Jednak nawet gdy poeta poddaje się tym czarnym nastrojom, w tle towarzyszy mu zawsze obraz kobiety: „oddycham popiołem / już wiem że za długo / teraz przewrócony / będą po mnie chodzić / porastać drzewami / zasypia mózgu orzech / przerośnięte serce – / tak piszę śmierć w milczeniu / . . . / zanim padłem / widziałem twój smutek” („Pustynia”). Tak pisze autor o swoich rozterkach po lewej stronie książki. Zupełnie odmienne są, jak wspomniałam wcześniej, rozmowy z samym sobą po prawej, pisanej kursywą stronie. Chociaż też mówią o tęsknocie, przemijaniu, rozterkach związanych z wiekiem i niespełnioną miłością, ich forma jest zupełnie inna. To subtelna pajęczyna słów, delikatna koronka uczuć. Bezbronność i ból. Nie mają one tytułów, gdyż trudno byłoby je nazwać, osadzić w rzeczywistości: coraz więcej znaków -/ ten rodzaj bliskości / kiedy dłoń przy dłoni / jest nie tylko gestem / kiedy dawno – wczoraj / nie jest częścią doby… To tylko zawieszone pomiędzy jawą a snem przemyślenia: w wigilię narodzenia pańskiego / próbuję oderwać się / od własnego krzyża / . . . / patrzysz z uwagą / jak spadam w stado / wygłodzonych kotów / jeszcze ujrzeć anioła / w krwistej sukni; / nemezis krąży / w moim chorym niebie, to zżerająca poetę tęsknota za dotykalną obecnością kobiety: odwiedzaj miejsca i ludzi / aż trafisz złoty promień / powróci do ciebie w formacie 3d / oplącze wygłodniałe serce / albo po ludzku wpełznie / w twoje stopy i będzie wędrował / wyżej i wyżej do miejsca / gdzie zadomowi się na dłużej.
Autor zdaje sobie sprawę, że w tych wierszach jest zbyt czuły, próbuje zachować właściwą sobie twardość i szorstkość, lecz próby te jeszcze podkreślają bezbronność wobec uczucia:
jesteś już dobrze posklejany
pogodny jak wypchany szczygieł
twarda łza co nie wypada
z oka
Wiersze pisane kursywą są przejmujące i piękne. Uzupełniają chropawą część książki i jednocześnie pozwalają czytelnikowi poznać drugą, tę subtelniejszą stronę Tadeusza Stirmera:
to się dzieje wbrew
bez dotyku słowa
z głodu wyobraźni:
portret kobiety
z otwartą źrenicą
przywołuje muszlę
jeszcze niedomkniętą
z tajemnicą sprawcy
w wyrazie jej oczu
I tę delikatność, na co dzień głęboko skrywaną, pokazuje poeta tylko poprzez senne zwidy, tak by nikt nie posądził go o liryzm. Przecież tylko we śnie nie odpowiadamy za swoje słowa, tylko we śnie wszystko jest możliwe. Więc śni poeta swój słodko – gorzki sen o miłości:
żeby chociaż zapach
cień włosa
albo fantom spinki
to sen
Ostatni tom poety, „Śpij dobrze, dziecko”, jest doskonałą książką, interesującą zarówno w treści, jak i oryginalnej formie. Z pewnością warto ją przeczytać.
Autor omawianej książki był człowiekiem bardzo pracowitym, życie dzielił pomiędzy pracę i poezję. Ale chyba brał na swoje barki zbyt wiele, i poza tym życie nie szczędziło mu kłopotów i stresów. Jego organizm wreszcie się zmęczył, zmęczył się śmiertelnie. Tadeusz Stirmer zmarł na zawał serca 14 stycznia 2014 roku. Lecz nie odszedł na zawsze. Pozostawił książki i wspomnienia, które będą żyły w naszej pamięci.





