Strona główna Rok 2026 Nr 607 Franciszek Czekierda – DYKTATURA CIEMNIAKÓW. ROZMOWA KISIELA Z ANDRZEJEWSKIM

Franciszek Czekierda – DYKTATURA CIEMNIAKÓW. ROZMOWA KISIELA Z ANDRZEJEWSKIM

0
46
Franciszek Czekierda

„Dyktatura ciemniaków” to jedno z najsłynniejszych określeń z czasów PRL-u celnie charakteryzujące schyłkowe rządy Władysława Gomułki. Zanim Stefan Kisielewski, zwany Kisielem, wypowiedział te słowa, przypomnę krótko kontekst społeczno-polityczny.

W 1967 roku w Polsce Ludowej obchodzono hucznie 50. rocznicę rewolucji październikowej w Rosji. Z tej okazji Kazimierz Dejmek w Teatrze Narodowym przygotował premierę Dziadów Adama Mickiewicza (25 listopada). Na spektaklach widzowie odczytywali antycarskie i antyrosyjskie fragmenty dramatu, jako aluzje do aktualnej sytuacji panowania i dominacji Związku Radzieckiego w Polsce. Jednym z najbardziej oklaskiwanych fragmentów sztuki były słowa Oficera rosyjskiego do Bestużewa:

Nie dziw, że nas tu przeklinają:
Wszak to już mija wiek,
Jak z Moskwy w Polskę nasyłają
Samych łajdaków stek.

Już po kilku spektaklach zaniepokojeni przedstawiciele partii rozmawiali z reżyserem, który, wbrew ich sugestiom, nie wprowadził zmian do inscenizacji. Entuzjazm widzów, wzmagający się ze spektaklu na spektakl, władze odczytywały jako antyradziecką manifestację. W połowie stycznia 1968 roku kierownictwo PZPR zawiesiło od 1 lutego spektakl, uznając go za „antyrosyjski, antyradziecki i religiancki”. Zawieszenie było de facto zakazem. Ostatnie przedstawienie odbyło się 30 stycznia. Po nim widzowie (z dużą liczbą studentów) wznosili okrzyki, żądając dalszych spektakli, po czym udali się pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu z transparentem „Chcemy kultury bez cenzury”. Milicja rozpędziła demonstrację, aresztując kilkudziesięciu młodych uczestników. Niezależni przedstawiciele polskiej kultury byli oburzeni restrykcyjną reakcją władz.

29 lutego tego roku odbyło się nadzwyczajne walne zebranie oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich, na którym zdecydowana większość w pisemnej rezolucji (autorstwa Andrzeja Kijowskiego) opowiedziała się za przywróceniem wystawiania Dziadów oraz wezwała władze PRL do tolerancji i swobody twórczej. Przed jej uchwaleniem wywiązała się dyskusja, podczas której Stefan Kisielewski, członek ZLP i ZAiKS-u, popierając ją, powiedział że rezolucja „[…] stawia sprawę całościowo na tle tej skandalicznej dyktatury ciemniaków w polskim życiu kulturalnym, jaką obserwujemy od dłuższego czasu”.

Określenie to dotknęło partyjną elitę, a najbardziej Gomułkę, który wziął odwet za bolesne słowa; 11 marca, trzy dni po spacyfikowaniu wiecu studentów Uniwersytetu Warszawskiego, cywilni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa pobili pałkami pięćdziesięciosiedmioletniego Stefana Kisielewskiego w zaułku na ulicy Kanonii w pobliżu miejsca zamieszkania. 19 marca na naradzie aktywu partyjnego w Sali Kongresowej PKiN Gomułka nazwał go człowiekiem o „brudnej duszy” i „sługusem reakcji”. Spotkały go dodatkowe represje: całkowity zakaz publikacji (tzw. zapis cenzury), zakaz wyjazdów za granicę, stała inwigilacja i podsłuch w domu. Kisiel, jako wnikliwy obserwator rzeczywistości, w swoich Dziennikach nazwał sarkastycznie Gomułkę „humanitarnym dozorcą więzienia”.

Był to jeden z najciemniejszych okresów PRL-u. Manifestacje studenckie w miastach uniwersyteckich zostały stłumione, aresztowano ponad 2700 osób, usunięto z uczelni tysiące studentów, wymieniono kadry akademickie na lojalnych naukowców, wszczęto antysemicką kampanię, wymuszano emigrację, na którą wyjechało około 13 tysięcy Żydów polskiego pochodzenia (głównie inteligencji), a w sądach skazywano liderów protestu na kary więzienia, m.in. Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika.

Drugi akt hańby rozegrał się 21 sierpnia tego roku, gdy wojska polskie z innymi armiami Układu Warszawskiego (bez Rumunii) wzięły udział w inwazji na Czechosłowację w celu spacyfikowania Praskiej Wiosny, czyli wolnościowych i demokratycznych ruchów pod przywództwem Aleksandra Dubčeka.

Na znak protestu Jerzy Andrzejewski wystosował list protestacyjny do prezesa Związku Literatów Polskich (ZLP), solidaryzując się z prezesem Związku Pisarzy Czechosłowackich, Edwardem Goldstückerem oraz wyrażając współczucie i poparcie dla czeskich i słowackich kolegów po piórze. Swoje protesty napisali również: Zygmunt Mycielski oraz Sławomir Mrożek, przebywający na emigracji. Trzeba zaznaczyć, iż pisemne protesty w kraju były aktem wielkiej odwagi ze strony ich autorów.

Na początku października 1969 roku Stefan Kisielewski odwiedził w mieszkaniu przy ulicy Świerczewskiego 53 w Warszawie (naprzeciwko ogrodu zoologicznego) Jerzego Andrzejewskiego. W sierpniu pisarz obchodził sześćdziesiąte urodziny, na które zaprosił około pięćdziesięciu gości. Kisielewski nie był obecny. Andrzejewski jednak o nim nie zapomniał, na jesieni poczuł się w obowiązku i go zaprosił, poza tym chciał z nim odświeżyć kontakty. Kiedyś byli bliskimi znajomymi, lecz po wydaniu w 1948 roku Popiołu i diamentu bezkompromisowy Kisiel zwrócił mu uwagę, że zafałszował obraz Polski powojennej. Nie był w tej ocenie odosobniony. Maria Dąbrowska zanotowała w Dziennikach powojennych, że Popiół i diament to „[…] paszkwil na młodzież polską w ogóle, nazywany powszechnie «Gówno i zamęt»” (22 VII 1948). Andrzejewski się obraził na Kisiela i przez wiele lat nie odzywali się do siebie. Innym ważnym powodem zerwania ich relacji było neofickie zawierzenie pisarza komunizmowi (które stosunkowo szybko mu przeszło).

– Swoim protestem przeciwko napaści na Pepików uratowałeś honor Polaków –Kisielewski powiedział w swoim stylu, witając się z gospodarzem. Po zdjęciu płaszcza wręczył mu butelkę alkoholu owiniętą w papier sklepu monopolowego.

– Trochę przesadzasz… – stwierdził pisarz. – Był to mój akt oburzenia i wstydu. Zresztą nie byłem w tym odosobniony, Mycielski zachował się podobnie, pisząc do muzyków czeskich i słowackich.

Gospodarz zaprowadził Kisiela do pokoju gościnnego, gdzie na stole stała już butelka Żytniej, przekąski i dwie skromne zastawy.

– Marysi nie ma? – gość wskazał dłonią na dwa nakrycia.

– Wyjechała do Szczecina.

Kisielewski usiadł na wskazanym krześle.

– Przyznam, że Czesi mi zaimponowali – nawiązał do przerwanego wątku.

– I Słowacy – uzupełnił Andrzejewski.

– Jedni i drudzy okazali się odważni i dzielni. Pamiętasz dowcip z pięćdziesiątego szóstego? Żydzi zachowali się jak Kozacy, Węgrzy jak Polacy, Polacy jak Czesi, a Czesi jak świnie.

– Teraz wszyscy z bloku wschodniego, z wyjątkiem Rumunów, zachowali się jak świnie.

– Nie obawiasz się, że za swój protest zostaniesz, jak ja, potraktowany pałką.

– Współczuję ci za to. Przypuszczam, że pałką raczej mnie nie potraktują, ale innych „przyjemności” już mi nie oszczędzili: totalnego zakazu publikacji, śledzenia po ulicach, czy podsłuchu. Zresztą wszystko to znasz…

– Nie powinniśmy więc mówić ciszej? – Kisielewski zaproponował.

– Mam ich w dupie, niech podsłuchują – Andrzejewski podniósł głos.

– Racja, bo i bez tego mają nas za jawnych wrogów. Znajdujemy się niemal w identycznej sytuacji.

– Obawiam się, że ze mną jest gorzej, bo gazety oskarżają mnie o zdradę interesów narodowych i wspieranie sił kontrrewolucyjnych w Czechosłowacji. A to jest gruby kaliber gróźb…

– Często się z tobą nie zgadzałem, ale w tym przypadku przyznaję ci rację, bo wkroczyłeś na pole polityki zagranicznej, za co może być sąd.

– Gdyby rządzili stalinowcy, po procesie od razu… kulka w łeb – Andrzejewski zaśmiał się sarkastycznie.

– A ja w łeb dostałem tylko pałą. Nie wspomnę o plecach, nerkach, ech… – westchnął boleśnie. – Bez procesu – uzupełnił.

– Twoja „dyktatura ciemniaków” potwornie ich zabolała.

– Nie spodziewałem się, że zadałem im tak celny cios. W lipcu były przyznawane odznaczenia z okazji 25. rocznicy Polski Ludowej. Mówię o ludziach kultury, oczywiście większość otrzymali partyjniacy i bezpartyjne sługusy, ale odznaczono też katolickich działaczy i publicystów, na przykład Piaseckiego, Kostka Łubieńskiego, Andrzeja Micewskiego, Adzia Morawskiego, Tadka Mazowieckiego i nawet Turowicza. Zresztą Jerzy staje mi się coraz bardziej obcy z powodu źle redagowanego Tygodnika Powszechnego.

– Nie wiem, czy z ich orderów cieszyć się, czy płakać.

– Przy tej okazji wymyśliłem kawał: „Gratuluję panu!”. „Czego?” – pyta gość. – „Nieotrzymania orderu” – zarechotał Kisiel.

– Możemy więc sobie pogratulować.

– Władek Bartoszewski napisał mi list, ubolewając, że nie dostałem orderu…

– Kolejny dowcip? – pisarz uniósł kąciki ust.

– Według niego powinienem dostać order za „dyktaturę ciemniaków” w dziedzinie językoznawstwa, co uzasadnił, że nie każdemu udaje się stworzyć określenie zwięzłe i precyzyjne zarazem, no i powszechnie już przyjęte.

– Święta prawda. Czesio Miłosz twierdzi, że chciałby napisać jedno zdanie, ale takie, które by naprawdę ważyło i które byłoby jako wynik jednego życia.

– Zawsze go ceniłem. Czesław jest w pewnym sensie moim literackim ojcem, zachęcał mnie do pisania. W czasie okupacji był pierwszym czytelnikiem mojego Sprzysiężenia.

– No, proszę… Tego nie wiedziałem. Jeśli chodzi o twoją „dyktaturę ciemniaków” to spełniłeś marzenie, które on sobie nakreślił. Co prawda tego nie napisałeś, tylko powiedziałeś, ale nie ma to znaczenia. Liczy się efekt. Po latach o moim proteście zapomną, a twoja złota myśl będzie żyła do końca tego reżimu.

– Byłeś wtedy na zebraniu ZLP… – upewnił się Kisiel.

– Dyskusja toczyła się głównie o cenzurze.

– Mówiąc to miałem na myśli właśnie zamordystyczną cenzurę.

– Ale siła twoich słów była tak nośna, że wszyscy na sali, a później wolni Polacy, rozumieli je szerzej, jako dyktatura ciemnych ludzi władzy – Andrzejewski niemalże krzyknął w kierunku wiszącego żyrandola, w którym mógł być ukryty mikrofon. – Po czym odwróciwszy się do Kisiela, rzekł cicho: – Niech usłyszą, ciemniacy!

Kisielewski wyszedł na chwilę do toalety. Po powrocie gospodarz nawiązał do innych spraw.

– Słyszałeś, że u Iwaszkiewicza w jego warszawskim pied-a-terre było ponoć włamanie?

– Moim zdaniem pod płaszczykiem włamania służby przeprowadziły rewizję. Nawet temu pieczeniarzowi nie ufają. Podobno szukają jakichś papierów, czy pamiętników.

– Mają zainteresowania literackie… – zaśmiał się sarkastycznie Andrzejewski.

– Swoją drogą memento w tym nieliche.

– Powinniśmy uważać?

– Osobiste zapiski trzeba trzymać w bezpiecznym miejscu – Kisielewski rzekł konfidencjonalnie.

– Dzisiaj uprawianie literatury jest szczególnie niebezpieczne.

– Zauważ, że bolszewicy wciągnęli całe słowo pisane do swej polityki i wmówili pisarzom polityczną misję.

– Na Zachodzie nie robią z pisania misji, ani mitologii. Rządzących guzik obchodzi, co ludzie piszą, nawet jeśli coś wysmarują przeciw nim – Andrzejewski stwierdził zdecydowanym głosem.

– Komuniści robiąc z literatury misję, sami sobie stworzyli oponentów, bo poeta, czy pisarz, z natury krytyczny, najczęściej staje kontra wobec partyjnej głupoty.

– Dobra literatura nie może być bezkonfliktowa. Swoją drogą teraz mamy luksus, bo nas tylko nie drukują i nie wypuszczają za granicę. Pamiętasz, co było kilkanaście lat temu?

– W Rosji za Stalina w najlepszym przypadku skierowaliby nas na wczasy do łagru na Sybirze, u nas było łagodniej; zaledwie więzienie – Kisiel zaśmiał się sardonicznie. – Chociaż Mycielski twierdzi, że teraz ma gorzej, niż za czasów stalinowskich, bo wówczas zawsze ktoś był „na górze”, kto się wstydził i mógł zadecydować o jakimś zamówieniu. Wtedy personel składał się jeszcze z urzędników sprzed wojny, teraz ludzie są bardziej ulegli, nie zależy im na żadnej tak zwanej „uznanej wartości”, ani nie chcą się narażać w imię wartości nadrzędnych.

– Ze swego punktu widzenia Myciel ma rację. Ale ty jako kompozytor i pisarz wiesz, że piszący mają gorzej. Każde słowo w tym kraju jest kontrolowane przez reżim. Ludzie wszystkich zawodów mogą jako tako pracować, z wyjątkiem pisarzy. W przeciwieństwie do ciebie sądzę, że ten zawód nie jest uważany przez totalistów jako misyjny, tylko traktują go jako podpórkę swojej polityki. W Czechosłowacji zaczęło się od walki o wolne słowo; mówione i pisane. Dopiero z powodu brutalności sowieckich pogróżek społeczeństwo się obudziło i scementowało.

– Kiedyś słowo wygra z reżimem, precedens już był: Borys Pasternak zwyciężył z samym Stalinem, przetrzymał go i za Doktora Żywago dostał Nobla.

– Ale, jak wiesz, zmusili go do odmowy.

– Parszywcy! W takich sytuacjach powtarzam sobie usłyszane gdzieś powiedzenie: „Trzeba im kupić szklany nocnik, żeby zobaczyli, co narobili”.

– Komunizm, najgorszy ustrój świata – Andrzejewski podsumował.

– Nie ustrój, lecz religia wytwarzająca osobliwą elitę cwaniaków i kanciarzy bez sumienia. Religia pod przykrywką polityki.

– Polityka zawsze była niemoralna.

– Przy absurdalnej koncentracji władzy, tajności i braku wszelkiej kontroli i odpowiedzialności rządzą w tej części świata miernoty i demony. Najlepszym przykładem było żarcie się o władzę na Kremlu po śmierci Stalina, a potem po upadku Chruszczowa.

Gospodarz zrobił przerwę. Poszedł do kuchni przygotować kawę. Podał ją, a następnie rozlał do kieliszków kolejną porcję Żytniej.

– Doszły mnie słuchy, że z „Trybuny Ludu” wywalili Podkowińskiego i Krasuckiego – stwierdził Andrzejewski.

– Boże, iluż oni wyrzucili porządnych i utalentowanych Żydów, a takich szkodników, jak Berman, czy Różański zostawili.

– Ubolewam nad wyjazdami ludzi zdolnych. Dla społeczeństwa to niepowetowana strata.

– Na ich miejsca już pchają się nowe byczki. Na uczelniach z posłusznych i miernych doktorków robią docentów. Oczywiście bez habilitacji.

– Wyniszczają inteligencję dawnego typu.

– Do tego ubytku trzeba dodać jeszcze naturalne odejścia. Ostatnio zmarło dużo ludzi kultury: Władek Kędra, Bacewiczowa, Komeda, Anna Kowalska, Wierzyński, Zawieyski, Hłasko, Gombrowicz. Istny pomór. A z Zawieyem to jakaś tajemnicza sprawa wypadnięcia przez okno w szpitalu… Samobójstwo? Morderstwo? Nie wiem.

– Wstrzymuję się od jakichkolwiek przypuszczeń. Czas pokaże. A co do Gombra…, był nominowany do Nobla – Andrzejewski nawiązał do bliskiego sobie tematu, ponieważ jego nazwisko również znajdowało się na liście nominowanych do tej nagrody.

– O jednego kandydata masz mniej – Kisielewski uśmiechnął się ironicznie.

– Nie kpij, proszę. Co prawda nie przepadaliśmy za sobą…

– Pamiętam, jak spotykaliście się w „Ziemiańskiej” – Kisiel wszedł mu w słowo.

– Owszem, lecz dość szybko nasze relacje ochłodły. Wiesz, że on niemal wszystkich kąsał z byle powodu. Ale o zmarłych nie wypada mówić źle, jego odejście jest wielką stratą dla naszej kultury – gospodarz stwierdził z nutką smutku.

– Cenię go za Dziennik i Trans-Atalantyk. To pisarz o zupełnie samorodnym sposobie myślenia, choć nierówny.

A propos twórczości; nie mogąc publikować, piszesz coś dla siebie?

– Teraz gryzie mnie nieprzydatność, ale nie załamuję się. Marzec dał mi popęd. Skrobię do szuflady Dzienniki i inne takie… Nie zaniedbuję też muzyki. Ostatnio otrzymałem wyróżnienie na festiwalu w Słupsku za kołysankę, oczywiście pod pseudonimem, bo Kisielewskiego odrzuciliby w przedbiegach. No i piszę mały koncercik dla pewnego Amerykanina. Pod pseudonimem pisuję też recenzje dla Tygodnika, bo redakcja wciąż płaci mi pensję.

– Czyli dramatu finansowego nie masz – Jerzy skwitował.

– Turowicz namawia mnie, żebym coś napisał pod własnym nazwiskiem, ale nie chcę być kastrowany przez cenzurę. Jestem człowiekiem słowa i nie mogę niszczyć jego wartości kłamstwem. Lawirowanie, omijanie niewygodnych dla władzy tematów, poddawanie się autocenzurze, czy pisanie o niczym to dla mnie równoznaczne z kłamstwem. Lizodupem na pewno nie będę.

– Kisielu drogi – pisarz odłożył pusty kieliszek, podnosząc do góry dłonie – podpisuję się pod tym obiema rękami. Ja też coś skrobię, choć wiem, że mnie tu nie wydadzą. Nie bacząc na ewentualne przykrości wydałem, jak wiesz, w zeszłym roku w Paryżu Apelację. Mija już rok, a reżim nie zafundował mi dodatkowych represji; nie wiem o co chodzi…

– Zdaje się, że te ciemniaki nie wiedzą, jak to ugryźć. Gratuluję ci tej publikacji. – W tym momencie Kisiel zamyślił się: – „Trochę zrehabilitował się za Popiół i diament”. – Zastosowałeś oryginalną hiperbolę: obłęd rządzących pociąga za sobą wariactwo rządzonych. Jak patrzę na niektórych, na przykład na Szpotańskiego, gdy ostatnio pijany nachodził mnie nocą, wrzeszcząc i obrażając mnie, to myślę, że twoja wizja się sprawdza.

– Oby to był tylko wyjątek. Niestety fikcja czasem potrafi się proroczo spełnić w rzeczywistości.

– Po przeżytych doświadczeniach gdybym miał coś wydać pod swoim nazwiskiem u Giedroycia, zachowałbym się chyba… bojowo – Kisielewski stwierdził.

– Bojowo? – Andrzejewski nie zrozumiał.

– Bojowo, czyli się boję. Mówię szczerze. A może bym się nie bał, nie wiem… – „Powiedzieć mu? – Kisiel wahał się. – Nie. Nie będę się chwalił, że już od dawna publikuję w Kulturze pod pseudonimem”. – Ale na pewno nie zachowałbym się, jak Dobrowolski – kontynuował – który kilka miesięcy po Marcu wydał Głupią sprawę, powieść niby o wyborach ideologicznych, a tak po prawdzie jest to dokument bojaźni, głupoty i chorobliwego braku skrupułów; napluł na Żydów przed wojną i po wojnie, na rewizjonistów, na Schaffa, na kawiarnię PIW-u, na Amerykę, na poezję awangardową, na Małowiernych Putramenta, a nawet na własną AK-owską przeszłość.

– Drugi załganiec to Dobraczyński, fałszywy od środka endek i błazen – dodał Andrzejewski.

– Trzeci to Żukrowski. On jeszcze gorszy, bo zdolniejszy.

– Kolejny głupiec w naszej literaturze to Lichniak. A Rusinek… łgarz.

– Durniów i lizusów jest znacznie więcej, choćby Machejek, który wypisuje brednie w „Życiu”.

– Szkoda o nich gadać, Stefan. Powiedz lepiej co u tych, którzy zachowali kręgosłup. Na pewno się z nimi widujesz, bo ja już rzadko…

– Ostatnio byłem u Wańkowicza. Po staremu chytro obłudny i filut.

– Kto był?

– Jasienica, Janek Lipski i adwokat Olszewski. Towarzystwo akurat na pięć lat ciupy. Z Ameryki odwiedziła starego Żubra córka, która opowiadała, że jej dzieci uważają Stany za krainę niewoli, a Nixona za satrapę.

– Pomieszkaliby u nas, to szybko zmieniliby zdanie.

– Wiosną, krótko po śmierci Eisenhowera, byłem u Wańkowicza z Jasienicą. Rozmawialiśmy o Ameryce. Ike zabronił Pattonowi zająć czeską Pragę, którą wzięli Ruscy, potem zagarnęli pół Europy. Amerykanie to naiwniacy, za ich głupotę świat zapłacił i będzie płacił. Niewiele kapują, nie znają Moskalików. Pierwszy lepszy warszawski taksówkarz wiedział więcej o Rosji niż razem wzięci Eisenhower i Roosevelt.

– Dzisiejszy taksówkarz też wie więcej o Sowietach, niż Nixon i cała jego administracja.

– Jeśli chodzi o młodych pisarzy ze zdrowym oglądem rzeczywistości, ostatnio rozmawiałem z Markiem Nowakowskim.

– Słyszałem o nim dobre rzeczy.

– Myśli podobnie do mnie. Jest nadzieją literatury.

– Powracając do starych przypomniałem sobie, że Bieńkowski też wydał w Paryżu książkę.

– Mój sąsiad. Za te Motory i hamulce socjalizmu Gomułka, jego przyjaciel z czasów okupacji, wściekł się. Ma go wyrzucić z partii.

– Słyszałem, że czuje się zdradzony tą publikacją, ale najpierw on zdradził ideały Października. A to poważniejsza rzecz, niż wydanie książki na Zachodzie. Społeczeństwo nigdy nie zapomni Gomułce zamrożenia po pięćdziesiątym szóstym odwilży, a książeczkę o socjalizmie ludzie szybko puszczą w niepamięć.

– Swoją drogą Bieńkowski lubił dowcipy, z powodu których Kliszko dostawał piany. Jak byłem jeszcze w sejmie, powiedział w kuluarach żartobliwie, że mamy kilka tysięcy nauczycieli-idiotów szkół niższych. Dla mnie nie był to wic, lecz szczera prawda.

– Ostatnio spotkałeś się jeszcze z kimś ciekawym? – Andrzejewski dopytywał.

– Ze Stasiem Dygatem na przyjęciu w ambasadzie amerykańskiej. Jest zabawny i zdolny. Każda jego rzecz jest dobra.

– Nobla nie dostanie, ale czyta się go świetnie.

– Potrafił ustawić się poza komunizmem, nie przeciw, ale poza… Opowiadał mi, że nasz sport to są kombinacje i machlojki, potem skonkludował, że nie ma żadnego sportu, tylko płatne układy. Zgłupiałem. Rozmawiałem na ten temat z jego siostrą, Danką…

– Żoną Lutosławskiego?

– Tak. Wyjaśniła mi, że Staś lubi się popisywać i żebym go nie słuchał. Sam już nie wiem… Ale bardzo go lubię.

Nastała chwila ciszy, podczas której gospodarz uzupełnił kieliszki.

– Niedawno spotkałem Basię Hoff, kojarzysz? – zapytał Kisielewski.

– Ta od mody. Była żona Tyrmanda. Sklerotykiem jeszcze nie jestem, staruszku – Andrzejewski, usatysfakcjonowany, uśmiechnął się żartobliwie.

– Tyrmand napisał jej, że kłóci się ze swoimi studentami na Uniwersytecie Columbii, którzy są rzekomo postępowi: maoiści i antyamerykańscy, a on, jak wiadomo, jest proamerykańskim konserwatystą.

– Młodym na Zachodzie we łbach się przewraca.

– Lolek merytorycznie ma rację, ale taktycznie nie ma, bo jest popędliwy i ma skłonność mówienia ludziom, że są głupi – Kisiel tłumaczył sugestywnie.

– A kto to lubi?

– Czasem samokrytycznie myślę, że gdybym dostrzegł, żem głupi, przestałbym być głupi.

– Niegłupia myśl – Andrzejewski pochwalił go. – Ja też nie lubię przyznawać się do popełnienia głupich rzeczy.

Po opróżnieniu drugiej butelki Żytniej Kisielewski wstał od stołu i powoli zbierał się do wyjścia.

– Na koniec powiedz co u twoich pociech? – zapytał gospodarz.

– Dziękuję, w porządku. Jerzyk dostał się na uniwerek.

– Nie miał problemów z powodu nazwiska?

– Jakoś nie. Albo mają bałagan, albo trochę odpuścili. Natomiast Wacek…

– Słyszałem, że robi karierę jako pianista w duecie, ale nie pamiętam z kim… – wszedł mu w słowo.

– Z kolegą Markiem Tomaszewskim. Muzykę poważną transkrybują na rozrywkową i wyobraź sobie, że w Niemczech zachodnich, we Francji, Hiszpanii i Beneluksie jest na nią duży popyt. Cieszę się, że nie komponuje muzyki poważnej, dzięki temu całkiem nie wszedł w moje buty. Jednak boję się o niego, bo tu zaczynają pomstować, że grają na Zachodzie. Nie chcę, żeby odciął sobie wszystkie drogi. W lipcu kupił mi prezent, którego zresztą nie chciałem, Renówkę. Jego znajoma, jakaś Francuzka, jechała nią, by mi ją dostarczyć, no i wykropiła się na Pomorzu. Znalazła się w szpitalu w Gdyni. Jerzyk z Krysią pogotowiem drogowym ściągnęli rozbite auto.

– Córka, jak dobrze pamiętam?

– Romanistka. – Kisiel zrobił krótką pauzę. – Tak wyglądają prezenty dla mnie. Nie dość, że go nie mam, to musiałem zapłacić za jego przywózkę 1500 zł. Nie wspomnę już o kosztach naprawy.

– Moja Agnieszka też jest romanistką, świeżo po studiach. Zamierza być tłumaczką. A Marcin, rówieśnik twojego Wacka, jest inżynierem. Też się cieszę, że nie poszedł w moje ślady.

– Rodzina, ach rodzina… – Kisielewski zanucił wesoło refren piosenki z Kabaretu Starszych Panów. – Wiesz, że powiększy się nam literacka rodzina? Jasienica żeni się w grudniu. Kilka dni temu podekscytowany dzwonił do mnie.

– A to ci niespodzianka – Jerzy mocno się zdziwił. – Może zazna trochę radości po marcowej chamskiej napaści Gomułki. Żal mi było Pawła, gdy słuchałem przemówienia tego Gnoma.

– Poderwał sobie czterdziestkę, może trochę starszą. Walczyła w powstaniu, była w oflagu.

– Paweł mój rówieśnik…

(Tu należy uzupełnić informację o żonie Pawła Jasienicy, Zofii O’Bretenny, z domu Darowska. W obozie jenieckim poznała Irlandczyka, za którego po wojnie wyszła za mąż. Małżeństwo szybko zakończyło się rozwodem. Zofia była konfidentką Służby Bezpieczeństwa, na której polecenie zbierała informacje o pisarzu. Jeździła na jego spotkania autorskie i zadawała interesujące pytania przygotowane przez SB. Pisarz zwrócił na nią uwagę, po krótkim czasie uległ jej urokowi. Pobrali się w grudniu 1969 roku. Po ślubie wciąż donosiła na małżonka. Był to bodaj jedyny taki przypadek w Polsce).

Stefan Kisielewski stał przy drzwiach wyjściowych.

– Poruszyliśmy zaledwie wycinek polskich spraw – Andrzejewski na pożegnanie podał mu rękę – a myślałem…

– Polska, Polsce, polski… – Kisielewski wszedł mu w słowo. – Za dużo jej. Ostatnio często sobie powtarzam stare wezwanie: „Polsko, bądź mniej Polską”.

– …A myślałem, że pogadamy jeszcze o sprawach światowych – Andrzejewski dokończył myśl.

– Polityka światowa szalenie mnie interesuje. Na przykład Francja i de Gaulle. Dobrze, że ten narcystyczny staruch zrezygnował. Jego wielkomocarstwowa megalomania spowodowała osłabienie NATO i Zachodu, a wzmocniła Rosję.

– Naiwność Zachodu jest zastraszająca. Tamci intelektualiści wciąż są ślepi i kojarzą pojęcie sprawiedliwości z komunizmem.

– Dodatkowo komuniści moskiewscy zawładnęli językiem rewolucyjnym, wmówili ludziom, że mają monopol na rewolucję i przemiany społeczne. O jerum!

– Teraz Moskwa dogaduje się z Bonn – Andrzejewski podawał płaszcz przyjacielowi.

– Dlatego dała nam zielone światło na rozmowy z Niemcami. Może oni wreszcie oficjalnie uznają granicę na Odrze i Nysie. A jeszcze nie tak dawno nasza propaganda bredziła, że mamy bać się Niemców. Tak naprawdę to Niemcy i Zachód powinni bać się Rosji.

– Za dużo tych spraw, nigdy ich nie wyczerpiemy – gospodarz dawał do zrozumienia, że czas wizyty dobiegał końca.

– Już wychodzę, ale na zakończenie powiem jeszcze, że w Wolnej Europie słuchałem sądowej mowy Michnika, który dużo mówił o Kuroniu i Modzelewskim. Pomyślałem sobie prześmiewczo, że za dziesięć lat pierwszomajową defiladę przyjmować będą Cyrankiewicz, Kuroń i Modzelewski.

– Ty sobie żartujesz, a ja wierzę, że zgodnie z toczącym się kołem historii dzisiejsi więźniowie polityczni będą rządzić w przyszłości. Może nie za dziesięć lat, ale kto wie, czy nie za dwadzieścia?

– Nie wierzę – sprzeciwił się Kisiel. – Przez najbliższe dekady nie narodzi się u nas jakikolwiek opór, ani nie pojawią się wybitni ludzie chcący coś zmienić, prowokacja Marca rozpirzyła resztki oporu. Niedawno dotarły do mnie informacje, że w lecie aresztowali młodych ludzi przerzucających przez Tatry bibułę i Kulturę paryską. Odizolowani od wolnego świata będziemy bezwolnie tkwili w tej rzeczywistości do usranej śmierci.

– A ja ci mówię, że nie. Zobaczysz, że jeszcze doczekamy się zmian na lepsze.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułKalina Izabela Zioła – O Tadeuszu Strimerze
Następny artykułKrzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc. 5)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko