Bzdury, które już pełną gębą wygłaszają dziennikarze, a nawet profesorowie uniwersytetów, niestety też polskich, przekraczają granice normalności. I przyzwoitości. Z jednej z nich zażartował francuski badacz Jean Baptiste Perrin, a było to grubo przed II wojną światową. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło, naprawdę. Nie zajrzą do Wikipedii czy jakiejkolwiek innej encyklopedii i plotą idiotyzmy, których nawet dzieci się wstydzą, bo ze szkoły wiedzą co innego. Tak było ze słynnym diabłem w walizce albo reakcją jądrową w probówce, a teraz jest codziennie z mieszaniem nauki do polityki i polityki z bzdurą. Nie wahają się nie tylko pleść od rzeczy, ale niszczyć ludzi.
Ale od początku. Moja żona-rzeźbiarka i moja siostra-anglistka, tak się składało, nosiły to samo imię, a przez dłuższy czas również identyczne nazwisko. W związku z tym nagminnie pytano mnie, jaką książkę ostatnio przetłumaczyła moja żona i jaką rzeźbę stworzyła siostra, czyli akurat odwrotnie.
Zdarza się, że radio czy telewizja zaprosi na rozmowę, i wtedy oczekujesz jakichś opinii o swoim wystąpieniu. Bądź pewien, że ludzie będą zachwyceni. Usłyszysz: „Widziałem cię w TV! Brawo!”. Jednak, kiedy będziesz próbował dociec, co z twojej telewizyjnej obecności zostało mu w pamięci, usłyszysz: „Nie pamiętam co, ale mówiłeś bardzo dobrze”.
W młodości mój głos w telefonie był bardzo podobny do głosu ojca. Pewna panienka o imieniu Teresa (dziś dostojna emerytowana doktor nauk medycznych) upierała się, że kiedy do mnie dzwoni, często jej odpowiadam, że mnie nie ma, ale do głowy jej nie przychodziło, że nie rozmawiała ze mną. Mam głos identyczny z głosem mojego już świętej pamięci taty, który dziś miałby 111 lat. Kiedy te sprawy między mną a Teresą (ładna bestia była, trzeba przyznać) się rozgrywały, miał 45. Podobieństwo brzmienia naszych mów było tak duże, że mama, jeśli nie widziała, kto mówi, to nie wiedziała kto. Chyba że mówiliśmy swoje charakterystyczne kwestie, ja o poezji, tata o rzeźbie. Wniosek? Nie wiesz kto i co, to sprawdź i nie opiniuj po wariacku, bo się ośmieszysz.
Jeśli zapytasz byłego studenta, kto z profesorów robił na nim najlepsze wrażenie, odpowie chętnie, że ten, który inaczej się ubierał, świetnie rysował na tablicy, o którym krążą anegdoty, słowem – który miał swój styl. Nie zanalizuje wykładów, nie pomyśli, ile się od wykładowcy nauczył. Styl ważniejszy. To jest myślenie albo człowieka niedoświadczonego, albo niedouczonego postępowania z rzeczywistością, albo głupca. Tego ostatniego najczęściej, niestety.
Swego czasu celowo w kilku kolejnych dziennikach telewizyjnych podano wiadomość o budowie masztu TV w Szczecinie. Za każdym razem pokazywano ów maszt, podawano jego wysokość, koszt wykonania itd., a po tygodniu pytano o to dużą liczbę respondentów. Wynik był zaskakująco zły, nikt nie podał rzeczywistych wymiarów budowli. Później z tego doświadczenia się podśmiewano, mówiono, że to amatorszczyzna naukowa i że „teoria świadka niedoskonałego” nie jest niczym nowym.
Ale ja nie byłbym tak skory do ironii. Skutki bowiem zbyt często bywają opłakane. Ponadto nie chodzi o niedoskonałość świadkowania, ale raczej o nieumiejętność wyciągania wniosków z informacji i zapamiętywania nie oprawy, ale sedna w tej oprawie się znajdującego. Po pierwsze ważne jest rozpoznanie, czy wiadomość jest kompletna. Jeśli nie, to trzeba zadać pytanie wyjaśniające. Na prośbę „Podaj mi to ze stołu” wypadałoby odpowiedzieć kwestią: „Ale które «to» masz na myśli? Jest ich kilka. Łyżka, talerz, kartka, długopis…”.
Mija 30 lat od zabicia warszawskiego studenta Wojciecha Króla (zmarł 17 marca 1996). Odbył się proces ludzi podejrzanych o zamordowanie. Świadkami miały być psy (sic!). Dano im do powąchania ślady pobrane z samochodu, do którego jednak najpierw przez pomyłkę wpuszczono sukę. Całe badanie licho wzięło. Obrona słusznie podniosła argument, że w ten sposób wśród ocenianych zapachów pojawił się atraktor, który mógł zmylić psie nosy. I już się nie dowiemy, kto był mordercą. Wszystko wskazuje na to, że nigdy.
Przykładów błędnego rozumowania, prowadzącego do zniekształcania informacji, można podawać nieskończenie wiele, to żadna sztuka. Co chwila ktoś wyciąga wnioski z nieistniejących faktów czy związków przyczynowych i buduje na tym wielce zajmujące teorie bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Ludzie, jak pisał Le Bon w „Psychologii tłumu”, mają zdumiewającą skłonność do kojarzenia zjawisk odległych, niepodobnych i nieprawdopodobnych, a następnie natychmiastowego uogólniania na zasadzie post hoc, ergo propter hoc (po tym, zatem na skutek tego). Jeśli po trzęsieniu ziemi na Hawajach złamałem w Warszawie nogę, to znaczy, że przyczyną złamania nogi było trzęsienie ziemi. Wymownie opisał to Gabriel Garcia Marquez w „Stu latach samotności”: jeden z tropikalnych bohaterów obejrzał na jarmarku lód i uznał, że jest to największy wynalazek świata.
Można się zastanawiać, ile takich błędów daje się znaleźć w nauce albo w licznie pojawiających się (i wymuszanych przez media) przypuszczeniach. Kiedy za młodu z zapartym tchem czytałem intrygujące teksty współczesnych ewolucjonistów, na przykład Richarda Dawkinsa, Briana Goodwina, Lynn Margulis, a nawet niektóre „teorie” Darwina, zawsze wraz z kolegami, studentami medycyny, odnosiliśmy wrażenie, że mamy do czynienia z bajkami opartymi na fałszywych podstawach, czyli hipostazach. Autor wymyślał nieprawdziwą przyczynę albo fałszywy mechanizm i dalej już podawał rozumowanie prawidłowe.
Fałsze w nauce kapitalnie opisał profesor Uniwersytetu w Chicago Massimo Pigliucci w książce „Nonsense on Stilts”. Ostatnio ukazała się w doskonałym tłumaczeniu Pawła Kawalca pod tytułem „Bujda na resorach. Jak odróżnić naukę od bredni”. Polecam. Powinna się przydać nie tylko dziennikarzom i naukowcom, ale przede wszystkim pisarzom, bo to oni powinni być pierwszymi myślącymi, którzy stykają się z czytelnikami, a więc oni niosą kaganek oświaty. Jeśli pisarz pokazuje jazdę tramwajem przez miasto w XVII wieku, to nie tylko kłamie, ale i fałszuje i umieszcza w umysłach publiczności fakty, które nie mogły mieć miejsca. Niektóre bzdury potrafią się błąkać przez wieki. Na przykład płaskość krążka Ziemi. Tak, płaskoziemcy i antyszczepionkowcy istnieją do dziś i mają się całkiem dobrze.
To zawsze wprowadza w błąd tych, którzy nie znają podstaw, ale liczą na ich dostarczanie przez pisarzy, dziennikarzy i naukowców – czytelników, słuchaczy.
Więc twórcy hipostaz (dzisiaj są to najczęściej politycy i naukowcy humaniści, zwłaszcza socjolodzy), w tym premierzy, tak właśnie robią. Dostarczają bzdury, i tym samym zachęcają do głosowania na siebie tych, którzy w idiotyzmy wierzą.
Dostarczyciele ci kłamią lub puszczają w obieg fałsze w sposób często trudny do udowodnienia. Wyuczeni na szkoleniach NLP (programowanie neurolingwistyczne) potrafią skutecznie ukrywać bazy fałszów, czyli podstawy ich wypowiedzi, i większość słuchaczy właśnie tego nie wie. A to działa, mimo że powszechnie wiadomo, iż NLP jest zespołem świetnych technik kształtowania wypowiedzi w sposób dający sobie radę z każdym dyskutantem i każdym, kto nie zna się na rzeczy, o której w danej chwili jest mowa. Po latach okazuje się, że wyszkoleni w NLP kłamali, ale tak się dzieje dopiero wtedy, kiedy opadną emocje i jest cztery „D”, czyli „dany denat drobi drób”.
Ciekawe, że ci fałszywi ludzie, butni w sposobie wyrażania pogardliwego stosunku do odbiorców (szczególnie do tych o nastawieniu idealistycznym lub niemających czynnego dostępu do mediów), traktują swoje dociekania (nie badania) jako naukę przyrodniczą, prawdę polityczną, tezę historyczną, dowód naukowy, daną statystyczną itd., unikając określeń „filozofia” czy „wiedza”, ale podkreślając wartość „słuszności” i „korzyści”. Uważają, że każda wypowiedź publiczna jest metodą „luźnego rozumowania” i że tym samym nie jest nauką, wiedzą czy prawdą, a wobec tego można ją dowolnie ogłaszać. Nie dostrzegają (albo nie chcą dostrzegać) przy tym, że właśnie ta metoda (rozumowanie luźne, czyli wszechstronne, bez barier) jest chyba jedynym poważnym narzędziem weryfikującym naukę.
Znany ewolucjonista Richard Dawkins (ur. 1941 r.) mówi wręcz: „Niektórzy badacze wolą zejść z obranej drogi, niż przyjąć te aspekty nauki, które mogą się wydać podejrzane. Wydaje się, że ten okres mamy już za sobą i można się spokojnie zająć nauką, zamiast wciąż się od czegoś dystansować” (1995), czyli mówiąc wprost, kłamie tak, że nie sposób to kłamstwo zauważyć. Co więcej, on sam, ów Dawkins, pisze o tym dlatego, żeby ukryć, że nader często po prostu sam fałszuje jako głosiciel ewolucjonizmu. Na przykład twierdzi, że rzymski katolicyzm neguje ewolucję. To brzmi dla niektórych może i ładnie, ale jest oczywistym kłamstwem, więc Dawkins podaje to w sposób mocno zawoalowany. Nie znosi katolików, gardzi nimi, więc im dokucza, ale niby mimochodem. Jest to tym ciekawsze, że przecież fałszu nie trzeba ukrywać, gdyż z założenia nie poddaje się żadnemu zaprzeczeniu. Nie opiera się na argumentach ani innych dowodach (np. zasadach logiki), za pomocą których można by coś zweryfikować i potwierdzić lub obalić. Kłamstwu dużo łatwiej zaprzeczyć, bo jest wrażliwe na dowody.
Taka postawa jest więc co najmniej wątpliwa. Im jestem starszy, tym trudniej mi zaakceptować agresywne doniesienia o niezwykłych dokonaniach tam, gdzie teorie są opierane na pojedynczych faktach i luźnych związkach przyczynowych. Tak ongiś było z reakcją termojądrową w probówce (była to tzw. zimna fuzja, ang. cold fusion; 1989 r.). Cały świat dał się na to nabrać. Co charakterystyczne, w wielu laboratoriach (niestety również polskich) całkowicie potwierdzono wyniki tego doświadczenia. Tak, tak! To prawda. Ogłaszano, że reakcja termojądrowa w kolejnym niewielkim laboratorium została stwierdzona! Po paru miesiącach jednak zapadła wymowna cisza, która trwa do dziś.
Zauważmy, że teza, iż Świat powstał na skutek wielkiego wybuchu, jest rodzajem wyznania pewnej wiary, i to gorszej niż w religiach, bo mającej zero podstaw merytorycznych. W religiach przeważnie źródłem wiary są zdarzenia widziane naocznie. Czasem mylnie interpretowane, czasem możliwe do zinterpretowania właśnie dzięki wierze, ale zawsze opartej na jakichś faktach lub przez nie zasugerowane. W wypadku teorii powstania wszechświata nie ma żadnych naocznie stwierdzonych faktów, pozostaje jedynie czysta fantazja, która jednak ma daleko idące konsekwencje, choćby w postaci ogromnych pieniędzy wydanych na dowodzenie, że jest prawdą. Bo nikt nie miał lepszego pomysłu na wyjaśnienie, skąd się wziął Kosmos, w którym jesteśmy. A spróbuj przy tym głośno stwierdzić, że to brednie. Wyklną cię, i to od razu wielcy profesorowie.
To samo jest z różnymi hipostazami w ewolucjonizmie. Mętne i bulwersujące myślącego człowieka są np. twierdzenia Nilesa Eldridge’a, który w 1972 r. miał wykazać na podstawie badań paleontologicznych, że stopniowe przejścia międzygatunkowe nie były możliwe. Otóż niczego nie wykazał. Znalazł jedynie kilka luźno powiązanych przesłanek do sformułowania pomysłu, od którego do teorii jest jeszcze bardzo daleko, i uznał (wraz ze Stephenem Jayem Gouldem), że ewolucja gatunków, w zasadzie niezmiennych, odbywa się podczas gwałtownych epizodów tak zwanych specjacji, polegających głównie na zmianie układów rozrodczych. Brzmi to wciąż baśniowo, trochę tak, jak w słynnym telewizyjnym kuplecie Olgi Lipińskiej „Historyk pisze historię”.
Wszystko to skłania do refleksji, że nasza wiedza o świecie jest naprawdę znikoma, a rozwój nauki polega na błądzeniu we mgle, ludzie zaś myślą ułomnie, nie potrafią uwzględniać wszystkich aspektów zagadnień ani łączyć faktów zgodnie z logiką. Nawet logika jest dla nich czymś nie do końca sprawdzonym, a chwilowe urzeczenia mają większą niż ona moc sprawczą. I wtedy mogą wywoływać wojny, pogrążać w cierpieniu miliony ludzi. Czegóż to już politycy nie udowodnili! Ostatnio prezydent Rosji Putin obok wielu groźnych historycznych głupstw i kłamstw ogłosił, że język ukraiński jest odmianą rosyjskiego, czyli gwarą, a niektórzy mieszkańcy Śląska, wbrew wszelkim dowodom naukowym, bajdurzą, że gwara śląska nie jest językiem polskim, i nawet wymusili na Sejmie uchwalenie ustawy o tym. Dokąd to wszystko zmierza?
Ale istnieje też druga strona tego medalu. Człowiek, który wszystko neguje, wydaje się niewiernym Tomaszem, który jeśli nie zobaczy i nie dotknie, to nie uwierzy. Jeśli nie sprawdzi, nie poliże, za Chiny nie uwierzy. Słynny w naszych kręgach politechnicznych doktor Witold Kruczek opisuje w swej książce o momencie pędu, jak francuski fizyk Jean Baptiste Perrin urządził kiedyś na jednym z dworców znaczący numer. Właściwie kabaretowy. Wmontował do walizki ruchome koło rowerowe. Kiedy na dworcu bagażowy biegł z walizką przed siebie, wszystko było w porządku, ale gdy skręcił z nią do przechowalni, zaczynała mu się wyrywać z rąk. Tragarz puścił walizkę i uciekł, krzycząc „Diabeł, diabeł!”. Nie znał teorii ruchu obrotowego i momentu pędu. Na nic były tłumaczenia, nie pomogło nawet pokazywanie wnętrza walizki. Nie pomogło jemu, ale inni się jednak z tego śmieją.
Piotr Müldner-Nieckowski





