Strona główna Rok 2026 Nr 606 Maciej Bieszczad – Wiersze Tygodnia

Maciej Bieszczad – Wiersze Tygodnia

0
194


Przemiany


Gdyby nie długość, szerokość, głębokość i czas,
Pewnie nigdy byśmy nie powstali.
Można sobie owszem wyobrazić dwa wymiary
(Gwiazdy i planety, jeśliby wtedy istniały,
Byłyby dynamiczną płaszczyzną). Jak zatem
Pojąć dziewięć lub więcej niewiadomych?

Zmartwychwstaniemy duchem i ciałem.

Co ma się niby dokonać, zakładając, że Stwórca
Mieści się w zwielokrotnionych skalach? No co?


Kołowrót


Wraca po śladach do miejsca urodzenia.
Czekają na niego w podupadłym domu.
Nieboszczyk podnosi igłę gramofonu.
Kto by się domyślił takiego zakończenia?

Czekają na niego w podupadłym domu.
Prababki i ich matki, trzy pokolenia.
Kto by się domyślił takiego zakończenia?
Dłonie i stopy sztywnieją od szronu.

Prababki i ich matki, trzy pokolenia.
W szafach, w sieni, pod podłogą atomu.
Stopy i dłonie sztywnieją od szronu.
Witają się podchodząc z zaskoczenia.

W szafach, w sieni, pod podłogą atomu
Rodzą się na nowo w sowich spojrzeniach.
Witają się podchodząc z zaskoczenia.
Wystrzegają się listów oraz telefonów.

Rodzą się na nowo w sowich spojrzeniach.
Pierwsze słoneczne dni następnego sezonu.
Nie czytają listów. Nie lubią telefonów.
Takty końcowe pieśni wzruszenia.

Pierwsze słoneczne dni następnego sezonu.
Głaszczą noce w środku schronienia.
Takty końcowe pieśni wzruszenia.
Oczy puszczyka na wprost neonów.

Głaszczą noce w środku schronienia.
Nieboszczyk podnosi igłę gramofonu.
Oczy puszczyka na wprost neonów.
Wraca po śladach do miejsca urodzenia.



Wielka otchłań

Święci, niekochani,
nie jestem jak ogon komety,
z odłamków mojego ja
nie narodzi się gwiazda,

nie uchronicie mnie przed nią,
która ma rozmiary bozonu
o odmiennych właściwościach

niż cząstka przeczuta
przez Petera Higgsa.


Z sennika

– Po nikim nie płakałem tak, jak po nim.
Rozmawiałem śniąc ze zmarłym kolegą.
– Jak to? A co to znaczy umrzeć?
Nieboszczyk wyraził zdziwienie,
A potem wyszedł obrażony i wymamrotał:
– Po mnie, kiedy rozwiewałem się jak dym,
nie uroniłeś nawet łzy.



Zakole rzeki

Znikasz z oczu nad urwiskiem, w burzowej chmurze.
Malunki i freski nie chcą dać wiary, że Cię posłyszałem.
Z palcem na ustach, rozsławiony w marmurze,
znikasz z oczu.



Krótkie wizyty


Uwierzyliśmy, że odzyskamy utracony Raj.

Czesław Miłosz


Zieleń traw w kwietniu. Patrzę, nic nie rozumiejąc.
Gdzieś już to widziałem. Nie pamiętam, kiedy to

było, na jakiej polanie, w jakim miejscu.
Wchodzę do rzeki po kolana, zmierza w przeciwną

stronę. Nie wiem, czy zaczęła przybierać
wczoraj, czy pochwyciła mnie jak oderwaną gałąź

przed starodawną ulewą? Wokół bezimienne drzewa.
Igły sosny kłują, lecz trwale nie krzywdzą.

Człowiek nie godzi się z sobą. Kiedyś już to
przeżywałem. Ciurkiem, chyłkiem skądś powracam.



Klepsydra


Z czasem się dowiesz, co powraca w czasie,
A co pierzcha i przecieka, penetrując ziemię.
Nie od razu odszyfrujesz w codziennej prasie
Dysharmonie sensów. Dziura w osobistym atlasie
Zionie dalszym ciągiem, który w tobie drzemie.
Jako nowicjusz w zadziornej i narowistej klasie
Mogłeś nie wiedzieć, kto zamieszkał w drzewie,
Kto się tak wysławia poprzez trele ptasie.
Z czasem się dowiesz.
Konieczność osadza cię w człowieczej masie.
Masz awersje do dni niczym do odpadków w zlewie –
To pośpieszają, to ryglują w nieprzyjaznej glebie.
Odwróć głowę, podejdź do okna, stań na tarasie.
Odstąpisz od siebie w międzyczasie.
Z czasem się dowiesz.



Kwadra zdarzeń


Igła księżyca mogłaby
utknąć pod skórą,

tkwić tam jak drzazga.
Można by ją zostawić

w spokoju, wbitą w dłoń.
Tak więc nie odkładaj tego

spojrzenia na później.
Zobaczysz przez jej

oczko oczywiście
siebie, ale także dzieci

na podwórku, panią z
warzywniaka, ogon psa,

jak i refleksy świetlne
na ścianach kamienic.

Mozaika wyparuje,
ponownie stanie się

szkicem, rozwijanym
poprzez dodawanie

nowych detali. Ludzie
zastąpią ludzi, śmiech

i płacz rozlegnie się
jak płacz i śmiech.

Widoczne opiera się
na niewidocznym

pięknie. Zaraz się
rozpadnie, spójrz sam,

jak wczoraj i dziś.



Dwa plus dwa równa się pięć

Dostojewski, a za nim Szestow, nie zgadzali się
z wynikiem prostego działania matematycznego.

W roli dyrygenta obsadzili zdarzenia niemożliwe.
Włóczęgę obwołali mędrcem i władcą. Skutek

uwolnili od przyczyny. Śmierci odebrali berło.
Uczeń wywołany do odpowiedzi, ich zdaniem,

powinien napisać pięć na tablicy, zamykając
za sobą drzwi do przykrej wiedzy.

Wzorem Argonautów, Odyseusza, Magellana,
dowódców statków kosmicznych wyplątali się

z zastawionych sideł. Jak wszyscy kierowali się
ku wyjściu. Przed południem wybierali drzemkę,

wcześniej zjadali śniadanie. Żyj niepodważalnie.
Przeciwstawiaj się do ostatniej chwili.



Pytania o tożsamość


Jaka jest natura wspomnień? Taka
jak natura człowieka, to znaczy

pokrewna z rodzajem zjawisk ulotnych,
z rosą na mchu? Przypatrzmy się

wizerunkowi matki. Czego w nim brakuje?
Głosu i twarzy. Czy właśnie tego?

Czy jest zarazem wspomnieniem ojca?
Zmarniejemy po cichu pod blokiem

skalnym? Czym wobec tego
są odgłosy na każdym wyburzonym

moście? Ciąg dalszy runął do rzeki,
osnowę porwał nurt. Najbliżej nam

do melodii, do zapachu? Czyż nie?





Poprzedni artykułZbigniew Kresowaty – Sacrum w sztuce i jej humanistyczne posłannictwo
Następny artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Uciekająca walizka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko